Co jest, a co nie jest walką ze smokami

Co jest, a co nie jest walką ze smokami

Intencją mojej wypowiedzi jest zaprzeczenie trafności motywów, którymi kierowała się Kapituła Medalu Świętego Jerzego, i co z tym się wiąże, zaprzeczenie temu, co zdaniem środowiska „Tygodnika Powszechnego” jest godne poparcia w życiu publicznym.

Kapituła Medalu Świętego Jerzego przyznała to odznaczenie za rok 2003 Adamowi Michnikowi i Václavowi Havlowi. Pierwszą stronę „Tygodnika Powszechnego” z 12 października 2003 roku zdobiło zdjęcie nagrodzonych i tytuł tekstu pióra redaktora naczelnego „TP” księdza Adama Bonieckiego Współtwórcy Wielkiej Zmiany. Uzasadniono w nim taki właśnie wybór, podkreślając wkład Adama Michnika w pokonanie smoka totalitaryzmu. Podzielam ocenę, że wkład ów jest bezdyskusyjny i zasługuje na wysokie uznanie. Drugim powodem uhonorowania Michnika były jego działania na polu dialogu między lewicą laicką i Kościołem katolickim. W tym miejscu mogą pojawić się wątpliwości wynikające z faktu niekonsekwentnej (by nie powiedzieć pokrętnej) wobec Kościoła linii „Gazety Wyborczej”, którą kieruje Michnik. Nie chcąc w tej kwestii podejmować polemiki, przyjmuję, że intencją Kapituły mogło być docenienie dawnej książki Michnika Kościół, lewica, dialog czy też współautorstwa książki dyskusji z księdzem Józefem Tischnerem i redaktorem Jackiem Żakowskim, co i ja poczytuję Michnikowi jako wkład w potrzebny dialog między Kościołem i reprezentowaną przez niego lewicą laicką.

Żałuję, że Kapitule Medalu jakby tych zasług było mało. Dalsze bowiem powody, dla których przyznano nagrodę Adamowi Michnikowi, wskazane przez ks. Bonieckiego w wymienionym artykule (w rozszerzonej wersji ukazane w artykule Smok zła istnieje, „Gazeta Wyborcza” z 27 października 2003 roku), kiepsko nadają się na uzasadnienie jakiejkolwiek poważnej nagrody. Intencją mojej wypowiedzi jest zaprzeczenie trafności motywów, którymi kierowała się Kapituła Medalu Świętego Jerzego, i co z tym się wiąże, zaprzeczenie temu, co zdaniem środowiska „Tygodnika Powszechnego” (członkowie Kapituły, a więc Józefa Hennelowa, Krzysztof Kozłowski, Henryk Woźniakowski i ks. Adam Boniecki, są dla tego środowiska nie tyle osobami reprezentatywnymi, ile symbolicznymi), godne jest poparcia w życiu publicznym.

To, co w tym tekście nastąpi dalej, będzie polemiką z wyrażoną przez księdza Adama Bonieckiego oceną współczesnych działań publicznych tegorocznego Laureata Medalu Świętego Jerzego. Pragnę podkreślić, że nigdy nie wpadłbym na pomysł proponowania jakimkolwiek łamom tekstu o Adamie Michniku czy też o jakiejkolwiek innej ważnej postaci życia publicznego. W niniejszej wypowiedzi nie Adam Michnik jest dla mnie istotny, lecz „Tygodnik Powszechny”.

Prezentowane przez Laureata zachowania we współczesnym życiu publicznym, które zdaniem Kapituły Medalu Świętego Jerzego, uznane zostały za godne nagrody, a które moim zdaniem, na pochwałę nie zasługują, to — używając słów księdza Bonieckiego — jego walka ze smokiem nienawiści realizowana przez „ewangelicznie pojmowaną postawę miłości nieprzyjaciół” oraz wypowiedzenie walki smokowi korupcji przez ujawnienie propozycji złożonej Agorze przez Lwa Rywina.

Ksiądz Boniecki pisze: „Kolejna batalia Adama Michnika, bynajmniej nie zakończona, to walka z nienawiścią. Adam postanowił potraktować poważnie ewangeliczną naukę o miłości nieprzyjaciół”. Nie ma zgody. Teksty Laureata z lat stanu wojennego nie wyrażały miłości do ówczesnych (jego i ogółu patriotycznie nastawionego społeczeństwa) nieprzyjaciół, w tym zwłaszcza do symbolizujących przemoc generałów Wojciecha Jaruzelskiego i Czesława Kiszczaka czy np. do Jerzego Urbana. W tamtym okresie to oni i spółka byli nieprzyjaciółmi Adama Michnika i nie pozostawiał na nich suchej nitki w swym ówczesnym pisarstwie.

Nie znam też współczesnych wypowiedzi Michnika, w których dostrzegłbym słowa miłości wobec np. wspomnianego już Lwa Rywina czy też księży Henryka Jankowskiego lub Tadeusza Rydzyka, środowisk endeckich, LPR i innych. Wcale nie uważam, że powinien je wygłaszać. Stwierdzam jedynie, że o obecnych nieprzyjaciołach Laureat — tak jak w stanie wojennym o tych, którzy zgotowali nam ten los — mówi stanowczo, równie wyłącznie źle i czyni to bez jakiegokolwiek związku z ewangelicznie pojmowaną miłością nieprzyjaciół.

Jeżeli Michnik dostał Medal Świętego Jerzego za ewangelicznie pojmowaną miłość nieprzyjaciół, to być może dlatego, że Kapituła chciała podkreślić zmianę postawy Laureata wobec niegdysiejszych (z czasów stanu wojennego i wcześniejszego PRL–u) nieprzyjaciół. Jeżeli mój domysł jest trafny, to w uzasadnieniu nagrody brakuje logiki — osoby te nie są nieprzyjaciółmi Adama Michnika. Są to jego byli nieprzyjaciele, a aktualnie osoby z Laureatem bodaj aż zaprzyjaźnione. Gdzie więc tu zasługa…? Laureat po prostu zaprzyjaźnił się ze swymi byłymi oprawcami (co mu przecież wolno) i zaczął ich lubić. Fakt, że ktoś polubił kogoś, kogo kiedyś nie lubił i od kogo doznawał krzywdy, jest tyle sympatyczny, ile luźno związany z ewangelicznie pojmowaną miłością nieprzyjaciół, a na to powołuje się w uzasadnieniu przyznania medalu ks. Boniecki.

Rzecz staje się wręcz niesmaczna, jeśli zważyć na powszechnie znane współczesne zachowania Laureata wobec niegdysiejszych nieprzyjaciół. Libacje z Urbanem (vide przesłuchania tegoż przed komisją śledczą) czy też słynne „Odpierdolcie się od generała” lub oryginalna teza o tym, że generał Kiszczak jest człowiekiem honoru, i inne podobne do tych zachowania Michnika to przede wszystkim szyderstwo z ofiar stanu wojennego i jednocześnie gesty przyjaźni wobec obecnych przyjaciół.

W kontekście uzasadnienia nagrody przyznanej przez katolickie pismo osobnego akapitu wymaga ostentacyjna fraternizacja Michnika z Urbanem (wątpiących w nią znów odsyłam do przesłuchań obu panów przed komisją śledczą), a to wobec obrzydliwych wypowiedzi tego ostatniego o Ojcu Świętym. Uczestnictwo z autorem tych wypowiedzi w zakrapianych biesiadach jest wyrazem aprobaty postawy współbiesiadnika, a co najmniej jest intelektualnym i moralnym przyzwoleniem na nią. Tezą ogłoszonego przed kilku laty na łamach „Tygodnika Powszechnego” słynnego tekstu ks. Stanisława Musiała pt. Czarne jest czarne była myśl, że od samego zła często gorsze jest jego banalizowanie. „Tygodnik Powszechny” nie reagował krytycznie na przyzwalającą postawę Laureata wobec Jerzego Urbana, a co więcej nagrodził go za postawę miłości do nieprzyjaciół, których Urban jest symbolem. W ten sposób milczący „Tygodnik Powszechny” wraz z nagradzającą Michnika za stosunek do ludzi takich, jak Urban, Kapitułą wpisali się w tezę księdza Musiała o czynieniu zła przez jego banalizowanie. Przykre, że bezkrytyczny zachwyt dla Laureata wygrał z potrzebą okazania solidarności wobec Papieża. W laudacji na cześć Laureata ksiądz Boniecki, broniąc postawy swego środowiska, powiedział: „Z otrzymanych z okazji Medalu wielu listów, i pełnych entuzjazmu (…), i wyrażających oburzenie, wnoszę, że najbardziej drażni w Michniku to, że się zadaje i jada »z grzesznikami, celnikami i nierządnicami«. Tylko że ten zarzut — toute proportion gardée — komuś (w oryginale z małej litery — M. A.) już bardzo dawno temu postawiono”. Kisiel mawiał: „tonący brzydko się chwyta”. Szkoda, że w przytoczonej wypowiedzi doszło do obrony straconych pozycji kosztem naruszenia zakazu brania Imienia Pana nadaremno. Zamiast budowania wyrafinowanych figur retorycznych wystarczyło sprawdzić w wiarygodnych przekazach pozostawionych przez ewangelistów, jak przebiegały i czemu służyły Jego spotkania z ladacznicami i grzesznikami.

Ostatnim powodem przyznania Michnikowi Medalu Świętego Jerzego było ujawnienie przez niego propozycji korupcyjnej złożonej mu przez Rywina. I tu również nie widzę żadnego powodu do dawania Michnikowi jakichkolwiek nagród. Jest on bowiem negatywnym bohaterem zdarzeń ujawnianych w toku prac sejmowej komisji śledczej. Nawet biorąc za dobrą monetę oficjalne usprawiedliwienie przez „Gazetę Wyborczą” opóźnienia publikacji tekstu o aferze (wcześniejsza publikacja — co bez fałszywej skromności podkreślali redaktorzy „GW” — zagrażała ponoć sukcesowi rządowych negocjacji w Kopenhadze), nie da się obronić tezy, że to, co ujawniono w toku postępowania prowadzonego przez sejmową komisję śledczą, a co dotyczy tworzenia ustawy o mediach (szerzej — sposobu funkcjonowania państwa), jest chwalebne dla Adama Michnika. Jednym z istotniejszych przejawów psucia państwa, z którymi można się zapoznać, śledząc upiorny serial przesłuchań, jest bowiem pomieszanie przez Laureata ról, które w normalnym kraju powinny być rozdzielone, oraz szereg złych tego skutków (m.in. dla rozwoju niezależnego dziennikarstwa w Polsce). Nie można łączyć roli szefa niezależnego pisma (taki jest oficjalny status Michnika jako redaktora naczelnego „Gazety Wyborczej”) z natrętnym i niemal nieskrywanym aspirowaniem do odgrywania nieformalnych ról wicepremiera i wiceprezydenta (i to jednocześnie!). Gdy słyszę w telewizyjnej reklamówce głos Laureata: „Nam nie jest wszystko jedno, czy rządzi nami grupa kolesiów”, to odruchowo dopowiadam: „No właśnie!”. Michnik jest postacią nietuzinkową, niepokorną, obdarzoną politycznym temperamentem — jego skracanie dystansu niemal ze wszystkimi, a w tym przypadku z najważniejszymi osobami w hierarchii państwa, jest oczywistą wadą. Mniejsza, że zaprzecza to idei niezależnego dziennikarstwa, gorzej, że źle służy prestiżowi urzędu prezydenta czy premiera (i nic tu nie ma do rzeczy, że osoby aktualnie pełniące te funkcje przypuszczalnie nie zdają sobie z tego sprawy).

W trakcie przesłuchań dowiadujemy się przedziwnych rzeczy na temat rządzenia państwem, procesu legislacyjnego i roli w tym procesie szefa „Gazety Wyborczej”. Poprzestanę na przywołaniu jednej, drobnej, symptomatycznej migawki oddającej w skondensowany sposób istotę problemu. Helena Łuczywo pytana o to, jak doszło do jej spotkania z premierem, na którym miała Leszkowi Millerowi zreferować coś istotnego w sprawie ustawy medialnej, odpowiedziała mniej więcej tak: „Adam Michnik zatelefonował do mnie i powiedział, że mam być u premiera o dwudziestej”. Nawiązał do tego fragmentu zeznania poirytowany student, przerywając wykład z zakresu prawa konstytucyjnego, w ramach którego omawiałem system źródeł prawa, a w tym tryb tworzenia w Polsce ustaw. Rezolutnie stwierdził, że w procesie legislacyjnym w tym kraju nie liczy się procedura określona przepisach, w tym zwłaszcza w Konstytucji, a już zupełnie nie liczy się to, kto ma rację, albowiem najważniejsze — żeby nie powiedzieć, że jedynie ważne — jest to, kto ma do kogo dojścia, w tym zwłaszcza dojścia do premiera; ważne jest więc to, kto jest z Leszkiem na Leszek i dla kogo Leszek zawsze i o każdej porze znajdzie czas. Z przesłuchań wyłania się obraz lata 2002 roku jako okresu, w którym prace legislacyjne w znaczącym stopniu sprowadzały się do rywalizacji między Laureatem a panią wiceminister Aleksandrą Jakubowską o palmę pierwszeństwa w owych dojściach do premiera.

Wśród negatywnych bohaterów tamtych zdarzeń Laureat nie jest z pewnością postacią najmniej sympatyczną. Zdumiewa jednak i oburza to, że przyznanie mu nagrody w październiku 2003 roku (a więc w dziewięć miesięcy od rozpoczęcia prac przez sejmową komisję śledczą) nastąpiło pomimo wiedzy, którą owa komisja ujawniła, w tym zwłaszcza wiedzy o nagannej roli Laureata w psuciu państwa.

Konsekwencje mieszania ról dziennikarza i polityka są nader widoczne: w momencie, gdy jest to wygodne, po powrocie premiera z Kopenhagi na oczach zdumionej publiczności robię z nim misia (a może to było w ramach miłości nieprzyjaciół?), a jak mi to jest niewygodne, to nie odpowiem Katarzynie Kolendzie–Zaleskiej na pytanie o to, która jest godzina, zasłaniając się tajemnicą dziennikarską. Innym skutkiem występowania przez Michnika w roli dziennikarza i jednocześnie aktywnego polityka kreatora sceny politycznej w Polsce był chociażby lęk wielu dziennikarzy przed napisaniem czegokolwiek w sprawie afery Rywina, którą w środowisku dziennikarskim zdefiniowano jako temat będący wyłączną własnością wszechmocnego Laureata.

* * *

Przyznanie Adamowi Michnikowi przez „Tygodnik Powszechny” Medalu Świętego Jerzego, a zwłaszcza uzasadnienie takiej decyzji, jest spektakularnym elementem większej całości, a mianowicie ewolucji linii pisma. Uważam, że owa ewolucja ma niewłaściwy kierunek. Niniejszy tekst publikuję na łamach miesięcznika „W drodze”, gdyż redakcja „Tygodnika Powszechnego” odmówiła jego publikacji.

Co jest, a co nie jest walką ze smokami
Marek Andrzejewski

urodzony w 1959 r. – prawnik, doktor habilitowany, profesor Uniwersytetu Szczecińskiego i Instytutu Nauk Prawnych PAN, przez 9 lat pracował w domach dziecka. Autor artykułów i książek z zakresu prawa i pedagogiki, m.in.:...