Kelnereczka

1

Styczeń, miesiąc kolędowy, idealnie nadawał się, by poznać parafię i zgromadzić trochę funduszy na budowę. Wczesną wiosną Groser zamierzał postawić kaplicę.

W poniedziałek 11 stycznia o godzinie 15.30 wszedł z ministrantami na osiedle o oryginalnej nazwie „Lepsze czasy”. Linia budynków nawiązywała do renesansowych kamieniczek. Każdy był inny. Ciepłe pastelowe kolory, zielenie, pomarańcze. Pomimo zimy — jak dotąd bez śniegu — i pogody wręcz ponurej, było tu ciepło, przytulnie i wiosennie. Dwanaście mieszkań w każdym domu. Razy cztery. Czterdzieści osiem.

Nadusił na przycisk domofonu. Sygnał zwalniający blokadę drzwi odezwał się dopiero przy… jedenastym podejściu. Wszystkie wcześniejsze numery albo milczały, albo padały odpowiedzi w stylu: „Nie interesuje mnie…”, „Jestem chory”, „Nikogo nie ma w domu”. Raz nawet usłyszeli: „Wynocha…”. Wacław zamknął oczy. „Mój Kościół. Jak go zdobyć? Jak zamienić ten tajemniczy domofon w kartotekę parafialną?”.

Kolędy z lat 80. i początku 90. Czekano na księdza. Czy ten okres nie wpędził ich w pychę, w fałszywe zadowolenie, że Polska na szacunku dla księdza stoi? Pewnie, że krążyły i wówczas powiedzenia w stylu: „Pan z wami, koperta z nami”, ale czekano, czekano na księdza.

Coś się zmieniło. Gdy w sobotę zaszedł do Męczenników, by dać Krystianowi do przeczytania plan kolędy na najbliższy tydzień, zastał go przy stole w jadalni dziwnie wyciszonego i zatopionego w myślach. „Drzwi, które się nie otwierają, gdy się do nich puka, uczą człowieka pokory”, powiedział ni to do siebie, ni do Wacława, ni do stojącego przed nim talerza z daremnie kuszącym różowiutkim tatarem. To nieoczekiwane wyznanie Wargina zaskoczyło Wacława. „No, bracie, coś w tobie drgnęło. Upokorzenie jest początkiem drogi duchowej”. Groserowi tego dnia kolęda wypadła znakomicie.

W poniedziałek zaś po rannej mszy zaczepiła go Kaczmarkowa i spytała, czy ma grzech, jeśli nie wpuściła księdza z kolędą.

— Grzech jak grzech. Ale smutek jest…
— Nie mogę, nie podoba mi się ten nowy proboszcz. Powiem szczerze. Dostaję wysypki, jak go widzę. Kiedyś podeszłam do niego po mszy, a on potraktował mnie bardzo krótko. Powiedział, że nie ma teraz czasu i żebym przyszła do biura parafialnego. Za chwilę podszedł do niego młody Stoga, syn tego bogacza. Nagle czas się znalazł. A jak się zaśmiewał, a jak go poklepywał. I zaraz go wziął na plebanię. Księże Wacławie, Kaczmarkowej nie oszuka. Może słodko gadać i czarować te paniusie w pierwszych ławkach, ale mnie już nie wzruszy. To, że ktoś jest grzeczny po interesie, to nic nie znaczy. Za pieniądze to i te na ulicy kochają człowieka.
— Oj, pani Jadziu, dajmy spokój.
— Proszę księdza, już ja wiem, co komu można powiedzieć. Babie na rynku o tym gadać nie będę — machnęła ręką. — Księże Wacławie, a może na placek ksiądz wstąpi? To będzie taka moja kolęda. Przyjdzie ksiądz do grzesznicy? Pan Jezus też jadał z grzesznikami.
— Pani Jadziu, a jak się proboszcz dowie?
— A dałby Bóg… może by coś zrozumiał.

Stał przed domem w „Lepszych czasach” i było mu, jeśli nie głupio, to trochę dziwnie przed ministrantami. „Zamknięte drzwi uczą nas pokory”. Jakże był pyszny, przypisując owe zamknięte drzwi toksyczności Wargina. Cztery rodziny na czterdzieści osiem zgodziły się przyjąć kolędę. Urbańcowie, Borowscy, Rynduchowie — u tych ostatnich atmosfera była tak drętwa, że rozbolała go głowa. O 17.30 dotarł do ostatnich drzwi. „Maria i Olgierd Skalscy” głosiła wizytówka na domofonie. Otworzyła kobieta w wieku czterdziestu, może pięćdziesięciu lat. Ruda, z dużym krzyżem na dekolcie.

— Szczęść Boże, to już… — fakt wczesnego przybycia księdza tak ją ubawił, że śmiała się, troszkę jak słodka idiotka, torując Wacławowi drogę do stołu, na którym stały niezapalone lichtarze. Nie mogąc znaleźć zapałek, zamierzała już wziąć świeczkę, by odpalić ją od kuchenki gazowej, ale wybawił ją jeden z ministrantów, wyciągając z kieszeni zapalniczkę.

Pani Maria, nie spodziewając się tak szybko kolędy, była w proszku do tego stopnia, że w trakcie śpiewania dyskretnie dopinała zamek od sukienki. Groser nadziawszy się na tę czynność wzrokiem, w sposób spontaniczny zamknął oczy, by w większym uniesieniu zaśpiewać: „Pójdźmy wszyscy do stajenki”. Po modlitwie za dom zwolnił ministrantów i zasiadł z gospodynią do stołu.

— Ksiądz nie ma pojęcia, jak się cieszę. Moja pierwsza kolęda w chrześcijańskim domu.
— Jak mam to rozumieć? — uśmiechnął się.
— Bo wie ksiądz, mój mąż jest lekarzem i parę lat pracował w szpitalu wojskowym. Dzięki temu dostaliśmy mieszkanie, no ale w bloku z samymi trepami. Nie muszę tłumaczyć? — Pani Maryla wszystko, co powiedziała, pointowała rozbrajającym he, he. — No więc cierpiałam. Proszę sobie wyobrazić, że byłam jedyną osobą, która przyjmowała księdza po kolędzie. I jeden pułkownik raz przyjął. To był numer! He, he — kobieta zaczęła się śmiać, aż łezki jej się pokazały. — Ten mój proboszcz to był aparat… Górzyński. Całe swoje życie zamienił na dowcip. Dałby się pokroić dla kawału w kawałki. Zapukał do tego pułkownika. Drzwi się otworzyły, a nasz trep mówi: „Słucham”. „My z kolędą”. „A dziękuję, ja jestem niewierzący”. Górzyński na to: „Rozumiem, ale ja płacę od pana podatki, muszę poczynić odpowiednią adnotację. Czy mógłbym?”. „Oczywiście”. I pułkownik wpuścił go do pokoju, szerokim gestem pokazując stół. Wszyscy, którzy obserwowali scenę przez judasze, zdębieli. Pułkownik przyjął kolędę. Rozniosło się to w trymiga po całym bloku, he, he — Maryla ocierała łezki. — Ale że tu, w tym domu, tak mało ludzi przyjęło księdza?… Nie chce mi się wierzyć. Tu przecież prawie sama inteligencja mieszka. Ja myślę, że za wcześnie chodzicie, ludzie wracają z pracy koło dziewiętnastej. Teraz nikt się tak łatwo nie urwie… — pocieszała Grosera pani Maryla. Uśmiechnęła się współczująco, jakby to ona była winna temu wszystkiemu. — A jest jeszcze druga sprawa. Powiem księdzu szczerze. Ja dowiedziałam się o kolędzie przez przypadek od pani Urbaniec. Nie słyszałam, żeby proboszcz coś ogłaszał — pani Maryla pokręciła z przekonaniem głową na znak, że jest stuprocentowo pewna tego, co mówi. — A Urbańcowa wiedziała, bo była na mszy, którą odprawiał wikary.

Wacławowi przypomniały się ostrzeżenia Cybuli. „Chłopie, ty nie dowierzaj Warginowi. Radzę ci, gdzie można, pozawieszaj karteczki z planem kolędy”.

— A ksiądz z której parafii przyszedł?
— Ja tu byłem, u Męczenników, z tym że wyjechałem na rok. Wtedy jeszcze nie było tego domu.

Groser wyczuł, że pani Marylka jest kobietą, z którą można by konie kraść i zdziałać niemało dla dobra nowej parafii, ale opanowała go jakaś straszliwa tępota umysłu spowodowana bólem głowy. Zamiast więc podtrzymać urokliwie zapowiadającą się konwersację, zabrał się do spraw urzędowych.

— No to wykorzystam panią… wykorzystam ten moment i wpiszę panią do kartoteki parafialnej.

Wyciągnął zeszyt i walcząc z uciskiem w głowie, spróbował się uśmiechnąć do gospodyni.

— Pani ma rodzinę?
— Tak, męża i córkę. Córka pierwszy rok studiuje w Krakowie, na Akademii Sztuk Pięknych. A mąż jest lekarzem. Powinien już być… trudno zresztą powiedzieć kiedy… Jest zastępcą ordynatora… Ale co księdzu? — kobieta spojrzała zaniepokojona na Wacława.
— Przepraszam, nie wiem. Tak mnie głowa rozbolała, że nie wiem, co się dzieje. Coś mi kołuje… Może ma pani jakąś tabletkę?
— No wie ksiądz… Żadnej chemii. Jestem specjalistką od masażu leczniczego. Zaraz naszą główkę przyprowadzimy do porządku. Proszę wygodnie usiąść na krześle. Tyłem do mnie.
— Nie trzeba. Proszę się mną nie przejmować. Pójdę już… — Groser nieźle przerażony próbował się salwować.
— Proszę nie dyskutować. Siadać i już. Nie będę księdza brała na swoje sumienie. Upadnie ksiądz za moimi drzwiami i dopiero…

Maryla przechyliła głowę księdza ku sobie, tak że poczuł na potylicy biust i krzyż.

— Proszę o niczym nie myśleć. Zamknąć oczy — padła dyrektywa.

Zaczęła masować głowę Wacława.

„Boże, co za gwałtowna ulga”. Poczuł się jak w niebie. Opuszki palców niczym skrzydła aniołów unosiły jego głowę. Zdało mu się, że te skrzydła zamieniły się w wiosła smukłej galery, która wypłynęła na środek błękitnego morza. Czuł ożywczą bryzę. Było mu tak błogo i nagle morską ciszę zakłócił skrzek mewy.

Z niechęcią otworzył oczy. Przed sobą ujrzał zdziwioną twarz mężczyzny.

Zamurowało go. Z reguły nie tracił rezonu, ale w tej właśnie chwili zrozumiał, co znaczy to powiedzenie. Nie wiedział, co powiedzieć i czy w ogóle należy coś mówić. Wybawił go niewinny głos Maryli.

— No co tak stoisz, kochanie, jakbyś księdza nie widział? Rozbierz się, mamy kolędę.

Mąż uśmiechnął się do Grosera.

— Prawda, że moja żona ma ręce anioła?

Na szczęście Groser nie spytał: „A skąd pan wie?”, tylko nerwowo poderwał się z krzesła.

— Księdza rozbolała głowa — poinformowała kobieta.
— Bo pewnie głodny. Skalski jestem — podał rękę Wacławowi. — Czy poczęstowałaś księdza kolacją? Lata pewnie po domach i wszędzie myślą, że ksiądz już nafaszerowany, a on tu głodem przymiera…

Maryla, stojąc lekko z tyłu Wacława, robiła rozpaczliwe miny do męża, próbując go poinformować, że lodówka świeci pustkami. Groser spojrzał na nią akurat, kiedy z przymkniętymi oczami postrząsała głową w kierunku kuchni. Nie wiedział, jak się odnaleźć.

— Skoczę tylko na dół do sklepu, bo zabrakło herbaty — zakomunikowała gospodyni.
— Ale proszę nie robić sobie problemu, za chwilę wychodzę.
— Ochhh — Skalski pogroził palcem. — Jak ksiądz sobie teraz pójdzie, to pomyślę, że tylko dla żony tu ksiądz przyszedł. Do Maryli ksiądz przyszedł czy do Skalskich?
— Do Skalskich.
— A ile ksiądz jeszcze ma domów do obkolędowania?
— To już ostatni.
— No widzi ksiądz. Marylka pójdzie po herbatę — mrugnął do żony — a my tymczasem kieliszek koniaczku sobie wypijemy.

Skalski zaczął się intensywnie przypatrywać Groserowi.

— A ja księdza skądś znam. Cholera, gdzieś księdza widziałem. Może księdza kiedyś operowałem. Nie? No to kim ksiądz jest?
— Księdzem…
— Właściwie tak… — Skalski nagle zaczął się śmiać, wywołując zdziwienie Wacława. — No bo przyzna ksiądz, że sytuacja była zabawna.
— Jaka? — próbował zyskać na czasie Wacław.
— Ksiądz w ramionach mojej żony w sytuacji dwuznacznej. A Marylka, musi ksiądz przyznać, może się mężczyznom podobać. Żartuję. Nie wiem, jak to się dzieje, że Pan Bóg obdarzył ją takim seksapilem i naiwnością dziecka. Zupełnie jakby nie była świadoma, jakie może robić wrażenie na mężczyznach. Bardzo pobożna niewiasta. I kocha księży. Chryste Panie, ilu ona już księży w życiu namasowała i uleczyła. Jak chce się ze mną podroczyć, to mówi: „Mów, co chcesz, ale oni w sobie coś mają”. Zna ksiądz ten dowcip, jak mąż po przyjściu do domu otwiera szafę, a tam facet?
— Znam.
— Ten, co czekał na tramwaj?
— Tak, ten.
— Szkoda, lubię go opowiadać. No to na zdrowie.

Groser wypił. Chyba z wrażenia nie jak koniak, tylko kieliszek czystej.

— No to na drugą nóżkę.
— Nie, nie, ja już dziękuję. Absolutnie.
— A ja się napiję. Wybaczy ksiądz.

Skalski przez chwilę patrzył tępo przed siebie, jakby oglądał obrazki sprzed paru godzin. — Miałem fatalny dzień. Musiałem dziś zwolnić dwóch ludzi, a raczej wskazać do zwolnienia. Odgórna redukcja. Widzi ksiądz, jako szef powinienem z pracowników wydobywać to, co najlepsze. A niestety, robię dokładnie odwrotnie. Musiałem poszukać w ludziach to, co w nich najgorsze, żeby ich zwolnić. I w ten sposób przynajmniej dwie osoby będą mnie na zawsze nienawidzić.

— I co pan z tym zrobi?
— Jakoś trzeba będzie odreagować… Alkohol, kobieta. Taki płodozmian, żeby ratować zdrowie. Chwila szczerości, póki Marylka nie wróci — Skalski przymknął oczy i rozłożył ręce, jakby chciał powiedzieć „c’est la vie”.
— A co na to żona?…
— Żony nie mogę traktować jako środka na odreagowanie. Łoże małżeńskie musi być czyste. Ona niczego się nie domyśla i sądzi, że ma męża anioła.

Groser zmarszczył czoło i spuścił na chwilę głowę.

— No cóż, najlepiej poprosić siostrę Judytę — wyrwał go głos, jakby dostał nagle obuchem. Spojrzał na Skalskiego, który ze spokojem rozmawiał przez komórkę.
— Tak, będę jutro około 11. Oczywiście, że nie ma prawa tego robić. No to pa, pa — doktor wyłączył komórkę i przeszedł w sposób płynny do rozmowy z Groserem. W ogóle nie tłumaczył się z tej telefonicznej rozmowy.
— Małżeństwo to nie dom publiczny… Dla Marylki zachowuję piękno duszy. Delikatność uczuć.

Groser spojrzał w oczy rozmówcy.

— Dlaczego mi pan o tym mówi?
— Jestem lekarzem, przywykłem do szybkich, rzeczowych rozmów. Przepraszam, niech ksiądz nie myśli, że to cynizm… A zresztą ksiądz też jest lekarzem… dusz.
— Zapraszam do spowiedzi.
— A nie, nie, ha, ha. Ja jestem wierzący inaczej. Chociaż chodzę czasem do Kościoła, żeby sprawić przyjemność Marylce. Ona jest bardzo pobożna. Zresztą nie tylko dlatego z nią chodzę. Nie wyobrażam sobie życia bez kościoła, księży. Znam wielu księży przez Marylkę. W jej rodzinie jest paru. Kiedyś zwierzyłem się jednemu z nich. Powiedział mi, że widzi w moim wypadku dwa wyjścia. Świętość albo rozpusta. Na razie wybrałem to drugie. Ważniejsze jest, żeby lekarz był odstresowany niż święty…

Wróciła Maryla z wyładowanymi plastikowymi torbami. Jej mąż chwycił za butelkę.

— No to co, proszę księdza, jeszcze po jednym?
— Przestań, Olgierd, już chyba masz dosyć. Co ty masz za idiotyczny nawyk zmuszania ludzi.
— Kochanie, jakie zmuszanie? Gościnność…
— No, no, już przestań… Ale jak tam głowa księdza? — zwróciła się do Wacława.
— Rewelacja.
— Byłam pewna. Mam propozycję, przejdźmy najlepiej do kuchni. Mamy wszystko, czego dusza zapragnie. A ja, wie ksiądz, jestem taka Marta i Maria naraz. Lubię usługiwać i słuchać jednocześnie. Rozmawiałam z Urbańcową na schodach. Głupia, o mało zapomniałabym wziąć autograf od księdza. Boże, muszę się dokopać do księdza książki. Teraz nie wiem, w którym ją mam kartonie. My jeszcze nie do końca się rozpakowaliśmy — relacjonowała zaaferowana.
— No wiedziałem, wiedziałem, że skądś księdza znam! — krzyknął Skalski. — W telewizji księdza widziałem. Taka audycja o eutanazji… Ksiądz Groser! Ha, ha… O, to sobie porozmawiamy.
— A daj spokój z eutanazją. Ksiądz buduje kościół.

Groser posiedział jeszcze jakieś półtorej godziny. Oczy mu się przenosiły z pani na pana domu, jakby obserwował mecz tenisa. Niewiele musiał mówić. Skalski był czarujący. W co trzecim zdaniu wychwalał zalety swojej żony.

— Dziękuję serdecznie, było naprawdę cudownie — Wacław wstał od stołu.

Maryla mrugnęła na męża. Skalski wyjął z szafonierki kopertę.

— Proszę taki drobiazg na budowę kościoła. I przyrzekam, że zastanowimy się, jakby tu księdzu sensownie pomóc.

Groser nie wiedział, co robić. Wziąć, nie wziąć? Ale spojrzał na Marylę i powiedział tylko:

— Cieszę się.

I wziął.

2

 Zanim została zakonnicą, marzyła o małżeństwie. Śnił jej się cudowny mąż, szóstka dzieciaków i domek z ogródkiem. Kochała dzieci. Miała w sobie całe pokłady miłości, którymi chciała kogoś obdarować. Porobiła nawet kilka projektów przyszłego domku zatopionego w cudownej zieleni. Trochę gorzej było z lokatorami. W jej życiu to znikali, to pojawiali się kolejni chłopacy. Dlaczego te związki zawsze wygasały? Nie tragizowała. Wierzyła, że za którymś razem będzie ten, na którego czeka. Może najbardziej odchorowała Filipa. Przedostatnią „miłość”. Pewnego dnia powiedział jej, że wstępuje do seminarium. „Przegrałam z Bogiem”, poinformowała matkę dopytującą, dlaczego Filip przestał się pokazywać. Po roku spotkała go na ulicy. Nie był jednak w koloratce. Prowadził pod rękę dziewczynę w ciąży. Czy to była żona?

Judyta nigdy nie próbowała się tego dowiedzieć. Była już bowiem wtedy gdzie indziej. Parę miesięcy wcześniej w pasmo jej przyjaźni i romansów wdarł się Bóg. Nie powiedział: „Zastanów się, a jak stwierdzisz, że ci w życiu nie wyszło, przyjdź do Mnie”. Nie — natarł gwałtownie i zażądał wyłączności i natychmiastowej decyzji. Stało się to w czasie rekolekcji prowadzonych przez Dominika Philippe’a. Judyta mówiła Bogu o swej bezgranicznej miłości do Niego i nagle usłyszała: „A czy zostawiłabyś wszystko dla Mnie?”. „No pewnie”. „A czy wstąpiłabyś do zakonu?”. „Do zakonu?! Dlaczego nie mogę Ci służyć w świecie?”. Bóg milczał. Nigdy nie myślała o zakonie. Znała jedną siostrę zakonną, katechetkę. Owszem, lubiła ją, ale przecież to było lata temu. Siostry, jeżeli już, bardziej kojarzyły jej się z kamiennymi twarzami bohaterek Zakonnicy Diderota, którą przeczytała w liceum. „Boże, chcę Ci służyć, ale nie chcę być zakonnicą”. Zaczęła szukać racjonalnych argumentów „przeciw”. „Dlaczego mam rzucić świat? Skończyłam medycynę, jestem lekarzem…”. Bóg milczał. Judyta pomyślała: „Zobacz, ile osób skończyło medycynę i nie może znaleźć pracy. Czy sądzisz, że bez ciebie zawalą się szpitale?”. Szukała, błądziła, płakała. Radziła się mądrych ojców. Nikt jej nie potwierdził, że usłyszała głos Boga, ale też nikt temu nie zaprzeczył. Po dwóch miesiącach bezustannych targów z Bogiem zapukała do franciszkanek. „Niczego nie obiecuję. Ale spróbuję, jeśli taka Twoja wola”.

Od tego czasu minęło prawie 12 lat. Dziwne, ale się nie szamotała, nigdy nie miała pokusy, by rzucić habit. Raz jednak, w chwili ciemności, chciała się rozstać w ogóle z życiem, uciec ze szklanej klatki, w której zamknęła ją przełożona… O tym zdarzeniu przypominać jej będą już zawsze dwie białe ścieżki na przegubie…

Nie zdążyła się wykrwawić, ale uszła z niej radość. Pół roku po tym wydarzeniu matka generalna wysłała ją na rekolekcje. Jechała bez przekonania. Świat miał dla niej nieusuwalny odcień smutku i melancholii. W pokoju zamieszkała z siostrą Michaelą. Jej barwne życie wywołało pierwszy od wielu miesięcy uśmiech na twarzy Judyty. Siostra Michaela pracowała w hospicjum. Całe jej życie było dowodem na to, że Pan Bóg jest miłosierny i ma poczucie humoru. Nazywała się Rak. Przed laty była znakomitą sportsmenką, mistrzynią Europy juniorek w pchnięciu kulą. Aż pewnego dnia z niezrozumiałych powodów porzuciła karierę i poszła do zakonu. Zaczęła w nim przerzucać na drugą stronę życia — zamiast kuli — biedaków, którzy nie mieli tam siły dojść. Właściwie każdy dzień oznaczał dla niej rozstanie z człowiekiem. Jak z czymś takim nie zwariować?

Judyta, słuchając opowieści Michaeli, uśmiechała się delikatnie, potem zaczęła się głośno śmiać, a potem śmiech przeszedł w histerię. Zaczęła płakać. Wiedziała, że Bóg dał jej znak, o który prosiła. Znowu był on inny, niż myślała. I choć będzie się wzbraniać, już przegrała. Pobiegła do kaplicy. Uklękła i długie godziny płakała. Po raz drugi nieopatrznie pojechała na rekolekcje i Bóg bez wysiłku zarzucił na nią sieci. Znowu zaczęła swoje beznadziejne targi. „Jeżeli nagle zdecydowałeś, że mam wrócić do chorych, dlaczego posyłasz mnie do tych, dla których już nie ma szans na wyzdrowienie? W to najsmutniejsze miejsce świata”. I nagle przypomniała sobie słowa swojego profesora z Akademii, a właściwie nie przypomniała, tylko on stanął przed nią jak żywy — gdyby się odważyła, mogłaby go dotknąć — i mówił jak przed laty: „Wielu z was będzie chciało uciec od człowieka, gdy zrozumiecie, że jesteście bezradni wobec jego choroby. Prawdziwy lekarz nigdy nie jest bezradny, bo jego pierwszym zadaniem nie jest wyleczenie człowieka, ale udzielenie mu pomocy… A tu zawsze jest szansa”.

* * *

Judyta wpadła do hospicjum po grafik na dziś. Powitała ją błagalnym wzrokiem Iwona.

— Judyta wiem, że masz już dziś komplet, ale pani mówi, że mąż już dłużej nie wytrzyma, ma jakieś problemy z cewnikiem. Pojechałabyś? To jest w twoim rejonie.

Judyta pokiwała głową i uśmiechnęła do siedzącej w pokoju kobiety. Nie dostrzegła jednak na jej twarzy ulgi. Kobieta przeniosła zalękniony wzrok z powrotem na doktor Iwonę.

— O Boże! Może nie… Nie ma jakiejś normalnej pani doktor?
— To jest normalna pani doktor.
— Ja wiem, ale mąż się wystraszy, że to już koniec, jak mu przysyłają zakonnicę…
— Dobra, Iwona, ja tu posiedzę za ciebie na dyżurze, a ty weź samochód i jedź… — spróbowała rozwiązać sytuację Judyta. — Ja habitu nie zdejmę.
— To niemożliwe — Iwona gwałtownie, wyraźnie przestraszona, zaczęła protestować. — Tam chodzi o cewnikowanie. Wiesz, że nigdy tego nie robiłam.

Żona chorego, widząc, że nie ma innego wyjścia, jęknęła:

— Dobrze, dobrze… Niech będzie zakonnica.

 W drodze Judyta modliła się, żeby jej to cewnikowanie wyszło. Nie robiła tego w końcu codziennie. Wchodząc do chorego, założyła fartuch, ale nawet gdyby tego nie uczyniła, pewnie i tak nie zauważyłby habitu. Wył z bólu i było mu obojętne, kto przyniesie mu ulgę.

* * *

Pięć wizyt. Ciężki dzień. Parę godzin spędzonych u nałogowych palaczy. Chorzy zwykle palili mocne, tanie i bardzo śmierdzące papierosy. Habit Judyty jak gąbka nasiąkał dymem. Kiedy zdarzało jej się wchodzić do zatłoczonego tramwaju, zastanawiała się, co myślą współpasażerowie. Pewnego razu stojąca przy niej kobieta powąchała ją z obrzydzeniem, oburzona pokręciła głową i odsunęła się od niej. Pewnie pomyślała: „Do czego to już doszło, zakonnice palą papierochy”.

Na koniec zostawiła sobie panią Tatianę. Tatiana miała raka kości nóg. Najmniejszy nieopatrzny ruch mógł być powodem złamania. Pamiętała swoją pierwszą wizytę u niej. Kiedy wysiadła z windy, na klatce powitał ją straszliwy krzyk. Nie miała wątpliwości, do których drzwi zadzwonić. Otworzyła wystraszona i zapłakana dziewczyna.

Weszła szybko do pokoju. Na wielkiej kanapie, w pozycji półsiedzącej leżała pani Tatiana. Kurczowo ściskała męża.

— Ja chcę kupę!!! — jej szept przechodził w szloch, a potem w krzyk, od którego drżały naczynia w kredensie. Łzy jak grochy kulały jej się po twarzy.
— Żona nie może wstawać, a nie umie załatwić się w pampersa. Już pięć dni… — mąż zwrócił się do Judyty. Nie płakał, ale powieki miał czerwone. Pewnie wypłakał już wszystkie łzy. Był całkowicie bezsilny. Jego oczy żebrały o zmiłowanie, choć chyba nie wierzył, że ktokolwiek może je przynieść.
— Zaraz będzie lepiej, pani Tatiano — Judyta zwróciła się do chorej i pogłaskała ją po czole. — Jeszcze trochę będzie bolało, ale to przyniesie ulgę — wykonała szybko zastrzyk domięśniowy z tramadolu, aby zmniejszyć cierpienie.

Poprosiła męża, by jej pomógł delikatnie przesunąć żonę na koniec kanapy, nad dwie rozsunięte pufy, między które kazała wstawić małe wiaderko. Po chwili chora się wypróżniła. Potworny ból brzucha minął jak ręką odjął. Pani Tatiana spojrzała na Judytę jak na cudotwórcę.

Na drugi dzień pani Tatianie przywieziono z hospicjum przenośny fotel WC, na który dwie osoby były w stanie ją posadzić. Od tego dnia przynajmniej jedno cierpienie ubyło pani Tatianie. Kobieta wpadła nawet w euforię.

— Zobaczy siostra, że niedługo będę tańczyła.

Mijały dni. Tatiana nie wstawała z łóżka. Miała sprawny umysł i ręce. Całymi dniami haftowała i robiła na drutach. Ból jednak się nasilał. Chora prosiła Judytę, żeby uwolniła ją od niego, ale nie zgadzała się prawie na żadne proponowane przez nią leki. Działały otępiająco i powodowały senność.

— Nie chcę tego, chcę być przytomna. W końcu się nie obudzę.

Godziła się na zakładanie jej przeciwbólowych plastrów zawierających lek o działaniu zbliżonym do morfiny. Opatrzona takimi plastrami mogła leżeć spokojnie. Judyta co kilka dni musiała zmieniać opatrunki Granuflexu na ranach powstałych w trakcie choroby. Zmiana opatrunku była zabiegiem bolesnym. Dodatkowo, żeby zmniejszyć ból, podawała chorej porcję szybko działającej doustnej morfiny. Na to jedno się godziła, choć też nie bez oporów.

* * *

Judyta zadzwoniła do drzwi. Otworzył jej mąż.

— Siostro, mam prośbę, muszę pójść do ZUS–u.
— Oczywiście, panie Henryku, ja tu posiedzę co najmniej godzinę.
— Postaram się być szybciej — mężczyzna podziękował siostrze kilkoma uśmiechami.

Weszła do pokoju. Tatiana nie skierowała na nią spojrzenia.

— Jak się czujemy, pani Tatiano, dzisiaj?
— Świetnie, wybieram się na wczasy… — nadal nie patrzyła na Judytę.
— Musimy zmienić opatrunki.
— Jak musimy, to po co się siostra pyta?

Judyta wyciągnęła z torby podręczny zestaw opatrunkowy. „Boże, Boże, pomóż Tatianie i mi. Odejmij jej dziś cierpienia”.

— Pani Tatiano, proszę połknąć to lekarstwo — Judyta wyciągnęła w kierunku kobiety szklankę z wodą. Tatiana nie reagowała.
— Nie będę brać żadnych prochów, nie jestem ćpunem… — odezwała się po chwili. — Chcę być przytomna, wiedzieć, co mówię i co się do mnie mówi… nie będzie siostra robiła ze mną, co chce…

„Jezu, pomóż. Jezu, pomóż”, modliła się Judyta.

Po pięciu minutach spytała ponownie:

— To co robimy, pani Tatiano?
— Powiedziałam, że prochów nie wezmę — Tatiana ciężko dyszała.
— To spróbujemy bez?

Pokiwała głową.

Judyta uchyliła kołdrę i pociągnęła za plaster.

— Aaaa!!! — zawyła przeraźliwie Tatiana. — Niech mnie siostra zostawi… Jak siostra nie umie bez prochów, to niech mi przyślą kogoś innego.

Tatiana zaczęła szlochać. Spod jej zamkniętych powiek lały się strumienie łez. Po paru minutach jej oddech się uspokoił. Spojrzała na Judytę, która miała twarz ukrytą w dłoniach.

— Siostra płacze? — spytała.
— Nie, proszę Jezusa, żeby mi pomógł zmienić te plastry.

Zapadła długa cisza.

— Przepraszam, siostro. Nie wiem, dlaczego to robię… Chyba całe zło ze mnie na koniec wychodzi… — znów zaczęła szlochać. Judyta wzięła ręcznik i otarła twarz chorej
— No już… pani Tatiano.
— Siostro…
— Tak?
— Tam na stoliku coś leży dla siostry.

Judyta podeszła i wzięła do ręki serwetkę, wyhaftowany obrazek przedstawiający kobietę z tacą, na której stały dwie szklanki.

— Piękne. Co to? Widziałam kiedyś podobny obraz. Kelnereczka chyba się nazywał.
— To jestem ja — głos Tatiany się załamał, ale całym wysiłkiem woli opanowała się, by nie zacząć szlochać. — Myślałam, że jak wyzdrowieję… to kiedyś siostra zadzwoni do drzwi, ja siostrze otworzę i pójdę do kuchni… i przyniosę ciasto i kawę, i podziękuję za wszystko siostrze, ale to już chyba… Wyhaftowałam więc dla siostry…

Judyta pocałowała serwetkę i zacisnęła z całej siły powieki. Po policzku spłynęły łzy.

— Siostro, siostra płacze?

3

Było wpół do dziewiątej, kiedy Groser wyszedł od Skalskich. Postanowił przejść koło „swego kościoła”. W torbie miał latarkę. Od czasu odkrycia „pierwszych parafian” minął tydzień i nic właściwie w tej sprawie nie zrobił. Nie zawiadomił ani policji, ani nikogo. Czyżby chował głowę w piasek? A może wiedział, że to, jak ma się zachować ksiądz w takiej sytuacji, nie jest łatwe, właściwie jest tajemnicą? Trzeba się modlić i czekać na Boży impuls. Uznał, że więcej drewna pewnie już mu nie zabiorą, bo szopa skończona, a dalej…?

Chyba miał rację. Oględziny sztapli drewna nie wykazały dalszych ubytków. Oparł się o deski i spojrzał w kierunku chaszczy kryjących szopę. Spomiędzy desek dobywało się słabe światełko. Pewnie świeczki. Jakiś czas patrzył w jego kierunku i widział tego światła coraz więcej. W końcu otworzył torbę i wydobył z niej kopertę, którą otrzymał od Skalskiego. Łatwo ją było rozpoznać, bo jako jedyna była kolorowa. Chwilę walczył ze sobą, czy zajrzeć do niej. Westchnął i schował ją do kieszeni. Ruszył w kierunku chatki. Zapukał do starych drzwi łazienkowych. Usłyszał lekki hałas, a potem zapadła cisza. Minęło może pół minuty. Zapukał ponownie. Po paru sekundach w drzwiach ukazała się nieogolona twarz.

— Co jest?
— Zobaczyłem światło, więc chciałem wiedzieć, co się tu dzieje — rzekł ze spokojem Wacław.
— A co ma się dziać, ludzie mieszkają, to jest światło. O co chodzi?
— Jestem tutaj księdzem i trochę odpowiadam za to miejsce.
— I tak nam teroz nic nie zrobicie. W zimie nie można nikogo wyrzucić.
— Nie chcę was wyrzucać, chciałem się zapytać, czy przyjmiecie kolędę?
— Jaką kolynde?
— Ksiądz chodzi po domach z dobrą nowiną. Chrystus się narodził.

Mężczyzna wzdrygnął ramionami.

— Jaki tu dom?
— Wie pan, domem jest każdy człowiek. Wpuści mnie pan?

Mężczyzna walczył, nie wiedział, co zrobić, w końcu się poddał.

— Jak ksiądz uważo, ale i tak nos stąd nie wyrzucicie.

Groser wszedł do środka. Pomieszczenie miało jakieś 4 na 5 metrów, pod jedną ze ścian był wykopany rodzaj kanału. Ktoś musiał w nim przebywać, bo parę razy coś tam się poruszyło. Mężczyzna dołożył parę drewienek do żelaznej kozy. Ściany były obite dyktą, starymi dywanami, nawet i kawałkami linoleum.

— Ktoś jeszcze tu śpi? — spytał Groser, patrząc na kanał.
— Żona…
— Żona… — powtórzył jak echo Wacław.
— Znaczy się moja kobita…
— I wytrzymacie tu przez zimę?
— A co? Chce ksiądz nas zabrać do siebie?
— Problem w tym, że na razie nie mam swojego domu.
— No to po co to godanie? Gdzie momy iść? Do noclegowni? Żeby mnie znów penery okradły?

Nie wiedział, co odpowiedzieć.

— Rozglądnę się, co mogę dla was zrobić. Tu mam takie drewno na placu. Może pan popilnować na razie, żeby mi nie wynieśli?
— Czemu nie?
— A jeść macie co?
— Mieli my, a jutro się znowu coś zoboczy. A co, ksiądz głodny?

Groser uśmiechnął się i pokręcił głową.

— Zostawię tutaj taki mały datek. Taki jest zwyczaj na kolędzie.

Mężczyzna spojrzał niepewnie na zieloną kopertę w ręku Wacława.

— No, nie zawracam panu głowy. Gdyby pan mógł rzucić okiem na te deski…

4

Judyta klęczała przy biurku, a właściwie spała, oparłszy głowę na splecionych dłoniach. Sen złapał ją w czasie modlitwy. Obudził ją dźwięk komórki.

— Judyta? — dzwonił Paweł.
— Co się dzieje? — odparła nieprzytomna. — Wysiadł ci kręgosłup?
— Nie. Mam depreche. Co robisz?
— Próbowałam się modlić, ale chyba zasnęłam.
— A gdzie dzisiaj śpisz w klasztorze czy w hospicjum?
— W hospicjum.
— Mogę przyjechać? Musimy pogadać…

Kelnereczka
Jan Grzegorczyk

urodzony 12 marca 1959 r. w Poznaniu – pisarz, publicysta, tłumacz, autor scenariuszy filmowych i słuchowisk radiowych, w latach 1982-2011 roku redaktor miesięcznika „W drodze”. Studiował polonistykę na Uniwersytecie im. A...