Doskonała miłość usuwa lęk
fot. honey yanibel minaya cruz / UNSPLASH.COM

Doskonała miłość usuwa lęk

Oferta specjalna -25%

Skrupulatom na ratunek

0 votes
Wyczyść

Jeśli dostrzeżemy osłabienie czy co gorsza zanik bojaźni Bożej, to musimy wyraźnie powiedzieć sobie, że nasze życie duchowe jest w ogromnym niebezpieczeństwie.

Przeczytałem niedawno w internecie artykuł, którego autor twierdził, że po przyjściu Pana Jezusa nie powinniśmy odnosić się już do Boga z bojaźnią. Jest dla mnie oczywiste, że Chrystus nauczył nas zwracania się do Boga jako do kochającego Ojca, ale czy nie jest przesadą stwierdzenie, że w Nowym Przymierzu nasza relacja do Boga opiera się już tylko na miłości, ta zaś wyklucza bojaźń? Czy upieranie się, że nadal mamy stawać przed Bogiem z bojaźnią, nie cofa nas do Starego Testamentu?­ – zapytał mnie ktoś.

Jestem przekonany, że uważniejsza lektura Nowego Testamentu prowadzi do zupełnie innych wniosków niż te, do których doszedł autor wspomnianego artykułu. Wezwania do przyjęcia wobec Boga postawy bojaźni nie tylko nie ustają w Nowym Testamencie, ale bywają nawet bardziej radykalne! Wczytajmy się we fragment Listu do Hebrajczyków (12,18–28), w którym znajdziemy pouczenie, by nasza bojaźń Boża była większa niż Mojżesza i Izraelitów, którzy zgromadzeni pod górą Synaj „drżeli ze strachu” (Wj 19,16). My, chrześcijanie także przyszliśmy „do góry Syjon, do miasta Boga żywego – Jeruzalem niebieskiego […] do Pośrednika Nowego Testamentu – Jezusa, do pokropienia krwią, która przemawia mocniej niż [krew] Abla”. A teraz dwa wersy najistotniejsze dla poruszonego tematu: „Baczcie, abyście nie odrzucili Tego, który [do was] przemawia. Jeśli bowiem tamci nie uniknęli kary, ponieważ odrzucili Tego, który na ziemi mówił, to o ileż bardziej my, jeśli odwrócimy się od Tego, który z nieba przemawia” (Hbr 12,25).

Dlatego też, otrzymując niewzruszone królestwo, trwajmy w łasce, a przez nią służmy Bogu z czcią i bojaźnią. Bóg nasz bowiem jest ogniem pochłaniającym (por. Hbr 12,28–29).

Choć brzmi to paradoksalnie, natchniony autor jest przekonany, że bojaźń Boża w Nowym Przymierzu nie zanika, przeciwnie, wzmaga się. Jak to wyjaśnić? Pójdźmy za bardzo prostą intuicją św. Tomasza z Akwinu: „Im bardziej ktoś kogoś kocha, tym bardziej boi się go obrazić i zostać od niego oddzielony”.1

Miłość czy bojaźń? Bezsensowna alternatywa

Wystarczy zwykła codzienna obserwacja, by zauważyć, że tam, gdzie istnieje szczera i głęboka miłość, tam zawsze pojawia się bojaźń. Nie jako sztuczny dodatek, ale jako coś spontanicznego, wypływającego z natury miłości. Różne są odcienie tej bojaźni i bardzo różna jej intensywność: może być lękiem o przyszłość kochanego człowieka, o jego zdrowie, o to, czy poradzi sobie w życiu, czy spotka na swojej drodze mądrych i szlachetnych ludzi; może być gwałtowna, wymykająca się spod kontroli albo ujawniać się wewnętrznie w ciszy ducha. Pojawienie się jej zawsze nieomylnie sygnalizuje, że ktoś nie jest nam obojętny i że nie przyglądamy mu się tylko z oddali. Intensywność i charakter bojaźni o kogoś ujawnia więc, jak wiele ten ktoś dla nas znaczy. Nietrudno zatem dostrzec, że alternatywa: „albo miłość, albo bojaźń” nie ma sensu już w świetle najbardziej podstawowych, potocznych doświadczeń.

Podobnie powinniśmy myśleć o bojaźni Bożej. Zupełnie bezsensowne jest tak ostre postawienie sprawy: albo miłość do Boga, albo bojaźń Boża. Bojaźń jest bowiem naturalnym składnikiem miłości do Boga i objawia, czy kochamy Go naprawdę, czy tylko udajemy. Bojaźń pokazuje, ile On dla nas rzeczywiście znaczy. Dlatego, jeśli dostrzeżemy osłabienie czy co gorsza zanik bojaźni Bożej, to musimy wyraźnie powiedzieć sobie, że nasze życie duchowe jest w ogromnym niebezpieczeństwie. Niewykluczone, że Bóg stał się nam obojętny i przyjęliśmy wobec Niego postawę neutralnego widza.

Niewolnik i syn

Jestem prawie pewien, że we wspomnianym artykule znalazł się następujący fragment z Pierwszego Listu św. Jana Apostoła: „W miłości nie ma lęku, lecz doskonała miłość usuwa lęk, ponieważ lęk kojarzy się z karą. Ten zaś, kto się lęka, nie wydoskonalił się w miłości” (4,18).

Cytat ten rzekomo dowodzi, że w Nowym Przymierzu postawa bojaźni Bożej już się zdezaktualizowała. Taka interpretacja wspomnianego fragmentu jest jednak w oczywisty sposób błędna. Przecież św. Jan naucza, że doskonała miłość usuwa „lęk, który kojarzy się z karą” (w innym przekładzie: „pociąga za sobą udrękę”), nie zaś każdą bojaźń. Innymi słowy, doskonała miłość usuwa „lęk, który kojarzy się z karą”, nie zaś bojaźń Bożą, która współistnieje z miłością doskonałą. Tradycja chrześcijańska tak właśnie odczytała ten fragment i zainspirowana nim wprowadziła rozróżnienie na dwa typy bojaźni Bożej: bojaźń niewolniczą (timor servilis) i bojaźń synowską (timor filialis).

Bojaźń niewolnicza rodzi się z lęku przed karą. Niewolnik kieruje się zasadą: „muszę to zrobić, bo inaczej spotka mnie kara Boża”. Zauważmy, że mimo wszystko stara się robić, co należy, a więc jest na swój sposób Bogu posłuszny. Choć brzemię tego posłuszeństwa jest ciężkie, to jednak jest w nim zalążkowo obecne jakieś dobro. Dostrzega to Kościół, który mimo oczywistej ułomności bojaźni niewolniczej widzi w niej pewną wartość. Owszem, niewolnik nie odnosi się do Boga jak do Przyjaciela, ale przynajmniej traktuje Go serio i liczy się z Nim. Ten rodzaj bojaźni można porównać do lęku wysokości. Czasami bywa paraliżujący, ale trudno zaprzeczyć, że jest przydatny.

Druga bojaźń, a więc bojaźń synowska, pojawia się wtedy, gdy boimy się obrazić kogoś, kogo kochamy z całego serca. Ta bojaźń jest szlachetniejsza, czystsza, ponieważ Bóg jest w niej traktowany jak ktoś bezcenny, sam w sobie godzien miłości. Bojaźń synowska nadaje naszej relacji z Bogiem szczególne zabarwienie, wnosi postawy czci, adoracji, delikatności i pokornego uniżenia. Jest to bojaźń „ubogich w duchu” (Mt 5,3), ochraniająca miłość, by nie przerodziła się w wyzutą z czci poufałość, która – jak uczy doświadczenie – przemienia się z czasem w zwyczajną obojętność. Trudno sobie wyobrazić, aby takiej bojaźni miało zabraknąć w Nowym Przymierzu. Co więcej, po tym jak Chrystus tak bardzo zbliżył nas do Boga i związał z Nim miłością przyjaźni, tej bojaźni powinno być – jeśli można wyrazić to w kategoriach ilościowych – więcej, a nie mniej. Nie ma więc żadnego paradoksu w stwierdzeniu, że bojaźń Boża w Nowym Przymierzu nie zanika, ale raczej się wzmaga: „Komu wiele dano, od tego wiele wymagać się będzie” (Łk 12,48).

Nie bójcie się

Chciałbym zwrócić uwagę jeszcze na dwa wymiary bojaźni Bożej, które czynią z niej niezbędny element zdrowo przeżywanej relacji do Boga.

Po pierwsze, bojaźń jest spontaniczną reakcją człowieka na spotkanie ze świętością Boga. Przypomnijmy sobie proroka Izajasza, który ujrzawszy „Pana zasiadającego na wysokim i wyniosłym tronie”, wykrzyknął: „Biada mi! Jestem zgubiony!” (Iz 6,1). Do Izajasza podobny jest św. Piotr, który po cudownym połowie ryb, stojąc oko w oko ze świętością i wszechmocą Jezusa, upadł Mu do kolan i powiedział: „Wyjdź ode mnie, Panie, bo jestem człowiek grzeszny” (Łk 5,8). Nietrudno sporządzić długą listę podobnych biblijnych przykładów. Pismo Święte sugeruje więc bardzo mocno, że człowiek, który spotyka Boga prawdziwego, instynktownie odpowiada bojaźnią. Wydaje się, że możemy na tej podstawie wysnuć ogólniejszy wniosek. Otóż powinniśmy zawsze stawać się podejrzliwi wobec tych naszych aktów pobożności, w których nie możemy rozpoznać żadnych znamion bojaźni Bożej. A może tak w głębi serca nie wierzymy w Jego wszechogarniającą świętą obecność i dlatego bojaźń Bożą traktujemy jako coś obcego i zbędnego? Trafnie to wyraził bł. John Henry Newman:

Czy uczucia bojaźni i trwogi są uczuciami chrześcijańskimi, czy też nie? Powiadam więc, że nikt w sposób rozsądny nie może w to wątpić. Są to odczucia, które powinniśmy posiąść i to w wielkim stopniu, gdybyśmy zobaczyli Boga Wszechmogącego. Są to odczucia, które będziemy posiadali, jeśli uświadomimy sobie Jego obecność. Będziemy je posiadać w takiej mierze, w jakiej uwierzymy, że On jest obecny. Jeśli ich nie posiadamy, to dlatego że nie uświadamiamy sobie, nie wierzymy, że On jest obecny.2

Po drugie, nieporozumieniem jest taki oto sposób myślenia o bojaźni Bożej: „Mamy już tyle różnych bojaźni, lęków i strachów na tym świecie, że dokładanie do nich wszystkich jeszcze bojaźni Bożej wydaje się czymś bezsensownym. Czy Bóg nie staje się wtedy źródłem dodatkowego utrapienia?”. Umieszczenie bojaźni Bożej na jednym poziomie z bojaźnią rodzącą się ze spotkania z niebezpieczeństwami życia jest pomyłką. Boimy się przecież różnych postaci zła, absurdem byłoby bać się Boga w taki sposób, jak boimy się jakiegoś grożącego nam niebezpieczeństwa. Bojaźń Boża ma więc całkowicie odmienny charakter i nie tyle dodaje jakąś dodatkową bojaźń do już istniejących, ile raczej może ich ujmować albo przynajmniej ograniczać ich zgubne oddziaływanie. Takie wydaje się znaczenie słów Jezusa: „Nie bójcie się tych, którzy zabijają ciało, lecz duszy zabić nie mogą. Bójcie się raczej Tego, który duszę i ciało może zatracić w piekle” (Mt 10,28).

Te dwa wersy są częścią dłuższej wypowiedzi Chrystusa, w której wzywa On do odwagi i ufności w opatrzność Bożą. Jednak ta odwaga staje się możliwa właśnie dlatego, że jest w nas prawdziwa bojaźń Boża. Wezwania: „Nie bójcie się!” tego świata i „Bójcie się!” Boga są nierozdzielne. Ponieważ udzielony został nam dar Bożej bojaźni, nie musimy bać się niebezpieczeństw tego świata tak, jakby były „złem ostatecznym”. Bojaźń Boża to taka tajemnicza bojaźń, która dodaje odwagi.

1 ST, II-II, q. 19, a. 10, corp.
2 J.H. Newman, Parochial and Plain Sermons, Ignatius Press, San Francisco 1987, s. 964.

Doskonała miłość usuwa lęk
Mateusz Przanowski OP

urodzony w 1974 r. – dominikanin, doktor teologii Uniwersytetu Kardynała Stefana Wyszyńskiego, wykładowca Kolegium Filozoficzno-Teologicznego Domi...

Produkt dodany do koszyka

Zobacz koszyk Kontynuuj zakupy

Polecane przez W drodze