Czego nie słychać
fot. nina hill / UNSPLASH.COM

Czego nie słychać

Chyba nigdy ze sobą nie rozmawiałyśmy. Może byłam za mała? Może z dziećmi się nie rozmawiało. Lub ona nie miała czasu rozmawiać tak, jak w mieście: nad herbatą, przy stole. Na wsi się raczej mówiło krócej, konkretnie, że trzeba jutro wybrać ziemniaki, że zupa się zagrzała, żebyśmy nie włazili na siano, bo się nadziejemy na widły, które schował tam dziadek. O, dziadek to prędzej – on rozmawiał, głośno. Siadał przy stole obok okna. Stół był przykryty ceratą przybitą na rantach gwoździkami. Wyciągał ze słoików rolmopsy, z białego kredensu kieliszki do wódki. Ktoś mu towarzyszył: sąsiad, tata albo wujek. Kiedy nie było gości, siedział w kuchni na zasłanym kapą łóżku, w koszuli zapiętej pod samą szyję i szerokiej marynarce, w gumiakach, z nogą na nogę i dłońmi złożonymi jedna w drugą. Latami tak siedział, bo mu się na starość dłonie odkształciły – dopasowały do siebie, prawie zrosły w idealnym porozumieniu. Mówił dużo, nerwowo. Do niej, gdy stała przy piecu, obracała krążki cebuli na rozgrzanej płycie albo ubijała masło w wysokiej maselnicy. Czy mu odpowiadała? Widzę ich oboje, słyszę szuranie jej łapci o podłogę i to, jak on przestawia nogi w gumowcach. I to, jak płonące drewienka strzelają pod kuchnią. I skrzypnięcie drzwiczek od pieca, trzask iskry wyskakującej na blaszane obicie. Ale ich nie słyszę. 

Dlacze

Zostało Ci jeszcze 75% artykułu

Wykup dostęp do archiwum

  • Dostęp do ponad 5000 artykułów
  • Dostęp do wszystkich miesięczników starszych niż 6 miesięcy
  • Nielimitowane czytanie na stronie www bez pobierania żadnych plików!
||
Wyczyść

Zaloguj się