goście po ślubie brytyjskiego ksiącia Williama i jego narzeczonej Kate Middleton opuszczają Opactwo Westminsterskie w Londynie
fot. Brooks Kraft/Corbis

Załóż buty, idziemy do Kościoła

Nie mamy większych oporów, by w kościele odsłaniać brzuchy i prezentować się w mini, szortach, czy klapkach. Takie widoki można spotkać nie tylko na wakacyjnych mszach dla wczasowiczów.

Jeszcze do niedawna w wielu katolickich domach wisiały w szafie ubrania opatrzone etykietą „kościołowe” – garsonki, białe koszule, garnitury, ale przede wszystkim buty. Bo buty – zwłaszcza na wsi – zawsze były dobrem luksusowym. Ponoć w XVIII-wiecznej Holandii bywało, że jedna para przypadała na całą wieś – używał ich każdorazowo przedstawiciel lokalnej władzy, gdy „musiał się udać do Hagi w sprawach państwowych”. Nie jest zatem dziwne, że nawet trzy wieki później zdarzało się, że jedna para musiała służyć właścicielowi przez kilkadziesiąt lat, a zatem nie godziło się używać ich do zwyczajnej, codziennej roboty. Jakże to, w trzewikach iść paść świnie? Elegancko wypastowane buty stały w szafie i czekały na niedzielę czy większe święto, bez nich nie mogła się obejść żadna duża uroczystość. W tym kontekście nie dziwi oburzenie Panny Młodej z Wesela, której wielkomiejski małżonek beztrosko proponował:

PAN MŁODY
Tańcuj boso.

PANNA MŁODA
Panna młodo?! Cóz ta znowu?! To ni mozno.

PAN MŁODY
Co się męczyć? W jakim celu?

PANNA MŁODA
Trza być w butach na weselu.

Do oprawy wielkiej gali, jaką bez wątpienia było wesele, niezbędne były akcesoria cenniejsze i piękniejsze niż te, których używa się na co dzień, bo miały podkreślić wyjątkowość tej chwili. Zresztą podobne przesłanki kierowały zapewne naszymi babciami, gdy wiele lat przed śmiercią szykowały sobie „ubranie do trumny” – elegancka odzież i wypastowane buty były wyrazem szacunku dla majestatu śmierci, ale przemieniały też te spracowane i zmęczone kobiety w kogoś innego, lepszego. Paweł Huelle w swojej ostatniej powieści Śpiewaj ogrody pisze:

Zamknąłem modlitewnik i dalsze słowa wypowiadałem szeptem, nie mogąc oderwać wzroku od czarnej lakierowanej torebki pani Bieszk, którą przez dziesiątki lat zabierała z sobą na chrzciny, wesela, pogrzeby, geburstagi, puste noce, wizyty w urzędach i niedzielne msze, tak jak wkładała pewnie tę samą czarną suknię, w którą teraz ją ubrano. Lakier był sp





Zostało Ci jeszcze 85% artykułu

Wykup dostęp do archiwum

  • Dostęp do ponad 5000 artykułów
  • Dostęp do wszystkich miesięczników starszych niż 6 miesięcy
  • Nielimitowane czytanie na stronie www bez pobierania żadnych plików!
||
Wyczyść

Zaloguj się