Bezdomni
Oferta specjalna -25%

Pierwszy List do Koryntian

0 votes
Wyczyść

— Zimno — powiedział, wychodząc przed dom. Prychnął, potrząsnął ramionami i postawił futrzany kołnierz. Mróz szczypał go w policzki na powitanie, łapał mocno, trzymał i puszczał ze śmiechem. Figlarz. Buty na śniegu trzeszczały, śnieg trzeszczał pod butami. Biel wesoła i świąteczna leciała z góry powolutku, wielkimi płatami, tańcząc w powietrzu, gdy wiatr zza rogu wąziutkiej ulicy, na skrzyżowaniu podawał rękę swojemu kuzynowi z przeciwka. Wyglądając przez okna z sieni wprost w ciemność, można było zaledwie rozpoznać czarny zarys kamienic w nieodległej dali i wszędobylski śnieg, od świtu po wieczór sypiący się w dół, powolutku, z cudowną gracją. „Wigilia” — zdawało się, że rozgłasza po mieście z czerwonej cegły cichy głos idący prosto z nieba. Kostki brukowe kuliły się do siebie, jak dzieci przed snem naciągające puchową pierzynę na szyję, na uszy, na nos. Latarnie, stojąc wysoko na przedprożach, w pobliżu balustrad, obok kamiennych kul i słupków, ciepłym światłem dotykały wyczarowanych przestrzeni, które śnieg, przykrywając, oczyszczał, rozjaśniał, a błyszcząc — rozweselał. Latarnie, których światło było słodkie jak rodzynkowe wino, jak mandarynka, lgnęły do śniegu i nocy, lubiły długie, ciągnące się w nieskończoność zimy. Kiedy grudzień wskoczył na kalendarz w kuchni, w piątek, trzysta trzydziesty piąty dzień roku, gdy Strzelec zodiakalny wypuścił strzałę, która w noc wigilijną miała rozbłysnąć na szczycie nieba fajerwerkiem Gwiazdy Betlejemskiej, właśnie w ostatnich dniach adwentowego oczekiwania Bóg postanowił pozbawić spokoju Joachima, staruszka z ulicy Mariackiej w Gdańsku. On to właśnie w dzień wigilijny wyszedł z domu, aby nacieszyć się śniegiem, ale ledwo w swoim spacerze dotarł do wysokiej ceglanej ściany kościoła Najświętszej Marii Panny — sypać przestało. Odmieniony śnieżycą świat wciągał go coraz dalej w przestrzeń pełną dziwów, ku krzewom, w rozpostarte szeroko gałęzie niewysokich drzew rosnących obok plebanii. Połyskiwały one tajemniczo, jakby były wykonane ze świeżo wypolerowanego srebra, niemal niesłyszalna muzyka pękających lodowych drobin, czułych na dotyk wiatru dzwoneczków małych jak główka szpilki, wypełniała mroźne powietrze dźwiękami jak z kołysanki. Joachim przystanął, spoglądając na okruch kosmosu, który nagle wskoczył mu na dłoń i przestał istnieć w snopie pary uciekającym z jego ust. Księżyc, znów widoczny, błyszczał jak lustro wyklepane ze złotej blachy, białe obłoki, resztka dokonującej inwazji flotylli, zarzucały kotwice w pobliżu kościelnych, strzelistych wież. Dowodzący niebiańskimi okrętami kapitanowie w skupieniu oczekiwali na triumfalny sygnał, że się dokonało. Do dwudziestej czwartej pozostało jeszcze kilka godzin. Śnieg, tańcząc z wiatrem, wybrał się na północ, ku morzu. Pasterze, którzy wkrótce mieli nawiedzić żłobek, jedli jeszcze w swoich domach kolację i całkiem prywatnie próbowali nucić Dzisiaj w Betlejem. Wydawało się, że gwiazd wyglądających zza śnieżnych chmur jest więcej niż kiedykolwiek przedtem. Studnia Wszechświata unosiła w sobie tak przejrzystą wodę kosmicznych przestrzeni, że gdyby krzyknąć na całe gardło — „Gloria, gloria in excelsis Deo!” — głos ten dotarłby szybko do najdalszej planety naszego układu i do aniołów — wojowników Bożych. Krok za krokiem, ostrożnie, żeby uniknąć poślizgnięcia, szedł Joachim przed siebie. Dobrze wiedział, że złamanie w jego wieku to poważna sprawa, stare kości bowiem nie chcą się zrastać, kiedy niesie się na grzbiecie ósmy krzyżyk. Mając lat czterdzieści, nie zakładał, że doczeka takiego wieku. Po sześćdziesiątce przestał liczyć lata, a teraz też nie czekał na śmierć. „Sama przyjdzie” — mawiał.

Joachim nie od razu rozpoznał psa w cieniu poruszającym się pod ścianą plebanii. Zwierzę, strzygąc uszami, leżało płasko wśród wysokiej, zeschłej trawy przykrytej prawie w całości śniegiem. Jego zielone ślepia błysnęły niespodziewanie i wydały się człowiekowi groźne. Momentalnie przypomniał sobie opowieści, którymi karmiono go w dzieciństwie, o trupach opuszczających groby, aby zapolować pośród ciemnych nocy na zagubionych przechodniów i zabrać ich żywcem w grobowe ciemności. Kiedy był małym chłopcem, śniły mu się czasami podobne bajdy, a wtedy po przebudzeniu długo nie mógł zasnąć.

— Może to duch? — pomyślał, ale zaraz potem, rozpoznając w czarnym cieniu o połyskliwych ślepiach bezdomny smutek, roześmiał się cichutko i powiedział sam do siebie: „Jestem stary, ślepy i głupi”. Psina skryta w trawie niepewnie zakręciła ogonem. Ruszyła w kierunku człowieka i niespodziewanie odezwała się ludzkim głosem, tak wyraźnie, że nie można było mieć wątpliwości, kto mówi.
— Oto dzień wymodlony, jaśniejący, obiecany i z dawna oczekiwany.

Staruszek, wytrzeszczając oczy, uszczypnął się, bo mróz widać nie zrobił tego dostatecznie mocno, tak aby obudzić. Uznał bowiem rozsądnie, że to musi być sen. Pies otarł się o nogę człowieka, był wynędzniały, że aż strach, jego grzbiet przypominał tarkę, sierść wyglądała niczym sparszywiały worek.

— Jestem gościem niezwykłym — przedstawił się. — Przybywam z krain odległych, byłem niegdyś jak wszyscy, piękny i bogaty — mówił to w taki sposób, jakby deklamował wiersz, uroczyście niczym aktor ze sceny albo ksiądz stojący na ambonie.
— Wreszcie — usłyszał Joachim w głębi swojego ucha słowa, które wypowiedziały jego usta. Potem kwestia za kwestią zaczęły się pojawiać na nich jakby automatycznie: — Dziś wyprostują się moje kolana, a wzrok nabierze blasku. Zawsze tak myślałem, nadejdzie nadzieja dla zawstydzonych — mówił, nie mówiąc.

Pies był ogromny jak wilk z Gubio, bohater jednej z opowieści o świętym Franciszku. Zielone oczy, które tak bardzo przeraziły starca, teraz wpatrywały się weń ze spokojem i mądrością. Mimo to Joachim był zaniepokojony. Miał powód, uczestniczył w czymś, czego nie rozumiał, miał wiele pytań i żadnych odpowiedzi. Właściwie, to co on tu robi? Dlaczego łazi wieczorami po pustym mieście? Kim jest ten, kto objawił w nim swoje istnienie, odebrał mu głos i czuł się w jego ciele jak u siebie w domu? „Czyżbym był opętany?” — pomyślał staruszek. Pies mówił dalej.

— Jeżeli nie teraz, to już chyba nigdy. Gwiazdy miały spadać, księżyc gasnąć, aby łaska Boża szczególnie się mogła ukazać na ciemnym niebie — z nadzieją spoglądał w górę. — W końcu tyle czekałem, modliłem się z dnia na dzień coraz gorliwiej. W zeszły piątek postanowiłem pościć, zrobiłbym wszystko, aby żyć… — głos mu się załamał. Zaszczekał płaczliwie, zawył cichutko i dokończył: — W lepszym świecie. Kiedy pojawiłeś się dziś, cierpliwie czekałem, aż będę mógł przemówić do ciebie wigilijnym głosem. Wcześniej jednak wołałem do ciebie oczami.
— Co wołałeś? — spytał Joachim..
— Nie opuszczaj mnie, bądź ze mną. Lękałem się, że mnie miniesz albo odpędzisz, jak tylu przed tobą. Taka bowiem jest często nasza psia dola. Moje serce drżało w niepewności. Chuchałem na zimne. Chciałem zasnąć na amen, aby nie grzeszyć, wątpiąc, że tego dnia wszystko zacząć się może od początku.
— Dlaczego nie? — odparł starzec.

Wędrując dalej, ujrzeli przed sobą wesoło idące dwójkami młode zakonnice w białych habitach z narzuconymi na ramiona czarnymi płaszczami, podobne do jaskółek. Idąc, śpiewały, śpiewając, dotykały śniegu, dotykając śniegu, nadrabiały stracony czas, podbiegając do tych, co z przodu. Ktoś gdzieś wysoko i świątecznie ćwiczył na skrzypcach fragment z koncertów Franciszka Couperina.

— Piękna muzyka — powiedział pies.
— Nie jesteś głodny? — zapytał Joachim z troską w głosie.
— Jestem — odparł czworonóg — ale to nic nie szkodzi. Przyzwyczaiłem się.
— W domu mam coś do zjedzenia, śledzie w oleju, świeży chleb i… — zastanawiał się staruszek — trochę wódeczki dla siebie, na rozgrzewkę. Ze spiżarni przyniosę laskę suchej kiełbasy.
— A post? — spytała psina.
— Dostatecznie długo pościłeś.

Zwierzę pobiegło na stronę i przy drzewku podniosło nogę.

— Musisz mi wybaczyć — wyjaśniło — chyba przeziębiłem sobie pęcherz.

Joachim wstydliwie odwrócił głowę.

— Pójdziemy do kościoła świętego Mikołaja — zadecydowało psisko.
— Do Mikołaja? — spytał człowiek, a nagle obudzona pamięć podpowiadała mu, że kiedyś już musiał uczestniczyć w podobnym spotkaniu.
— Jest tak co roku — wpadł mu w myśli pies.

Szli dalej. Na rogu Grobli i św. Ducha zatrzymali się przy witrynie nieistniejącego już Antykwariatu, przyglądali się wykreowanym przez wyobraźnię wystawom pełnym kolorowych książek.

— Przestałem czytać — wyznał ze smutkiem staruszek. — Ze względu na oczy.
— A ja nigdy nie czytałem — odparło wesoło zwierzę — bo jestem psem.

Joachim zaśmiał się szczerze: — Ale z ciebie dowcipniś.

Już dawno nie czuł się tak wesoły i… młody. Jakby mu ze dwadzieścia lat ubyło.

— Piesku — spojrzał za towarzyszem — a właściwie, to jak ty się wabisz?.
— Mówili na mnie Miś, Kluska, a potem Pies, zdechłem pięć lat po jakimś ważnym wydarzeniu dla tego miasta, ale co to takiego było, tego już nie pamiętam. Wybrałem się na tamtą stronę podczas wigilijnej nocy. Przyszła po mnie moja matka, a obok niej przechadzali się po ulicach mężczyźni w niebieskich mundurach, pod bronią.

Starzec zatrzymał się, spojrzał na zwierzę.

— A więc ty… — zadrżały mu usta.

Pies pokiwał głową — Nie wiedziałeś?

— A niby skąd miałbym wiedzieć?

Szli dalej w milczeniu, powitali ulicę Szeroką, spoglądając w stronę Motławy i stojącego nad nią średniowiecznego Żurawia.

— Ani żywego ducha — rozejrzał się pies.

Starzec przykucnął, ujmując jego mordkę w dłonie.

— Powiedz mi — zmarszczył brew, lewa ręka niepewnie pogładziła psa po uchu. — Czy ja też? Tak albo nie? O nic więcej pytał nie będę — nalegał.

Pies znalazł się w niezręcznej sytuacji: — Tak — odparł szybko, odwracając głowę.

Człowiek tępo spojrzał przed siebie, opuścił kołnierz i poczuł, że nie zrobiło mu się zimniej. Przybył tu przecież z innego świata, a zimno, śnieg i noc były tutejsze.

Uszczypnął się po raz drugi, tak na wszelki wypadek.

— Idziemy? — spytał pies.
— Po co? — starzec stał i nie chciało mu się ruszać z miejsca.
— Zawsze tam chodzimy.
— Dlaczego? — pytanie zastąpiło pytanie.
— Bo są święta.
— A nie możemy wrócić do domu?
— Możemy, ale jego już nie ma. Wypędzili i ciebie, i mnie. Umarliśmy na ulicy.
— Mnie wypędzili? — mężczyzna był zdziwiony.
— Tak. Twoja córka kazała ci się przewietrzyć przed kolacją. Wieczór był dokładnie taki jak ten, mówili, że zabił cię mróz, ale to nieprawda, bo tobie pękło serce.
— Zaraz, zaraz, coś sobie przypominam. Mój Boże — westchnął starzec. Pies chwycił go za nogawkę spodni. Joachim z ociąganiem ruszył do przodu. Kościół św. Mikołaja był coraz bliżej. Kilka osób wchodziło do środka. Grupka innych stała przed świątynią.

W środku panował półmrok, ludzi było jeszcze niewielu. Przy ołtarzu, po lewej, ustawiono drewnianą szopkę okoloną gaikiem pachnących świerków. Siostra zakonna i dwoje starszych dzieci rozwieszało srebrne i złote girlandy na wysokich drzewkach. Niemal wszystko było gotowe. Jezusik leżał w żłobie w białej koszulinie. Józef stał obok Maryi, przy nich wół i osioł. Trzej królowie w pięknych szatach składali pokłon. Za nimi był wielbłąd o wielkich i smutnych oczach, dalej stadko owiec kudłatych, przed strzyżeniem. Pastuszkowie, pochyleni, rozdziawiali usta.

Joachim przykląkł, pies usiadł obok i wysunąwszy długi język, oddychał zadowolony. Nikt, to oczywiste, nie zwracał na nich uwagi.

— Dlaczego tu przychodzimy? — spytał Joachim, gdy przestali się już modlić.
— Dokładnie nie wiem. Ciągnie nas do żywych.
— Przecież skrzywdzili nas — starzec podniósł się z kolan i zajął miejsce na rozkładanym, czarnym krzesełku. Zwierzak położył się na jego stopach. Miał ciepły brzuch. Ciepły? Czy to możliwe?
— Może to nasza ostatnia wizyta? — rzekł po chwili pies.
— Tak sądzisz? — Joachim pochylił się i pogładził go po wilgotnym nosie, po grzbiecie. Poczuł jego zapach. — A co z tobą — zapytał. — Co ciebie tutaj zatrzymało?
— Wierność. Psy są wierne, mój przyjacielu. Do dziś nie rozumiem, dlaczego mnie zostawił pod tamtym drzewem, nie pamiętam już nawet jego twarzy.
— To straszne — staruszek dotknął łapy psa, była duża i jak brzuch ciepła. Łza zaszkliła się w jego oku. — A może poszedłbyś ze mną, gdziekolwiek nam pójść pozwolą? Nigdy nie miałem psa.

W kościele rozbłysły dwa kolejne kandelabry, jeden, szczególnie piękny, unosił na złotej kuli kilkadziesiąt świetlnych punktów, żaróweczek w kształcie świecy, i figurę Matki Boskiej z Dzieciątkiem. Dominikanin w białym habicie przemknął nawą boczną ku zakrystii.

— Podoba się? — spytała młodziutka zakonnica, dzieci nazywały ją siostrą Bolesławą.

Staruszek nie zwrócił uwagi. Zakonnica zbliżyła się, położyła rękę na ramieniu Joachima.

— Ładnie? — z uśmiechem wskazała na szopkę. Zaskoczony Joachim przyjrzał się wszystkiemu jeszcze raz, uważnie. Splecione girlandy łukiem zwieszały się z dwóch stron, aby mniej więcej nad samym szczytem szopki unieść się w górę i wystrzelić promieniami gwiazdy betlejemskiej.
— Pięknie — odparł.

Zakonnica pobiegła do dzieci. Była zadowolona. Dzieci także.

— A gwiazda? — spytała jeszcze raz, aby rozwiać ostatnie, dręczące ją wątpliwości. — Wisi prosto?
— Prosto, prościuteńko — powiedział staruszek i spojrzał na psa.
— Ona nas zobaczyła, widziała nas — wyszeptał mu prosto w ucho. Pies nie był zdziwiony.
— Wchodząc do kościoła, wchodzisz w inną rzeczywistość — wyjaśnił jak filozof. — Wszystko może się tu wydarzyć. Zwłaszcza w taki dzień.
— Rzeczywiście — Joachim podrapał się po czole.

Przez środek kościoła przebiegł snop światła, łagodny w dotyku, z czułością błogosławiący każde skierowane ku niemu spojrzenie. Usłyszeli, jak kopytka dźwięczą o kamienną posadzkę, pod którą przez wieki układano do snu wiecznego bogatych zmarłych. Setki kopytek na setkach nóżek popędzanych przez dwa pyszne owczarki wygrywało z dziecięcą nieporadnością melodie pastwisk bliskich i dalekich. Duże stado owiec wędrowało, becząc donośnie, środkiem, a także bocznymi nawami, robiąc sporo zamieszania. Śnieżnobiałe, kudłate płynęły w stronę ołtarza, rozpychając się przy ławkach, przewracały krzesła. Uwięzieni prawie po pas w mlecznej rzece wędrowali przewodnicy stada — pastuszkowie obudzeni przez anioła. Byli dokładnie tacy sami jak ci z drewna, w szopce, wystrugani przez rzeźbiarzy, z brodami, w futrzanych kamizelkach, z kapeluszami, podpierający się kijem. Młodsi mieli zatknięte za pasem fujarki, mimo zimowej pory przybyli boso. Za nimi, zachowując dostojny odstęp, poruszał się w tempie noga za nogą — królewski poczet, najpierw jezdni, dosiadając długogrzywych arabów, z pikami w dłoniach, na których powiewały sztandary starożytnych imperiów, obok bębniści i trębacze w kolumnach po czterech, na końcu, idąc pieszo, sami władcy, także łudząco podobni do tych z Betlejemskiej szopki — Kacper, Melchior i Baltazar, w turbanach, obwieszeni drogocenną biżuterią, w szatach miękkich, tajemnie połyskujących, obuci w skórznie o wygiętych ku górze noskach. Z tyłu, prowadzone przez sługi, szły olbrzymie wielbłądy — prawdziwe okręty pustyni, kołysząc się w rytm bębnów spoglądały z wysoka, jakby od pokoleń przyzwyczajone były do przyjmowania świata takim, jaki jest. Na ich grzbietach unosiły się lekko okrągłe palankiny ukrywające w swoim wnętrzu osławione dary: mirrę, kadzidło i złoto. Zwarte zastępy aniołów, połyskując zbrojami, przemykały wysoko pośród strzelistych sklepień niczym fale wzburzonego morza. Złote trąby grzmiały tak głośno, że wydawać się mogło, iż obudzą umarłych. Jasność otworzyła dwuskrzydłe podwoje w sercu ołtarza. Wrota, jak tablice Mojżesza. Staruszek wyjął z kieszeni zegarek z okrętem na wieczku, zajrzał do środka. Mechanizm ocknął się i ruszył z kopyta do przodu. Joachim wstał, wyprostował się bez stękania, jak żołnierz. Od kiedy bowiem przyjął własną śmierć za pewnik, znów poczuł się zdrowy.

— Idziemy — powiedział i dziarsko ruszył w stronę ołtarza.

Pies kręcił się przy nim i podskakiwał.

— Joachimie! — zawołał do mężczyzny. — Miałbym do ciebie jedną prośbę.
— Jaką? — człowiek odwrócił się i spojrzał nań zaskoczony.
— Chciałbym bardzo… Czy mógłbyś na mnie zagwizdać?

Staruszek, który już na dobre przestał być staruszkiem, zaśmiał się gromko — Oczywiście! — I z wprawą niegdysiejszego gołębiarza włożył zgięty palec wskazujący do ust i z całych sił zagwizdał tak, że zleciały się nad kościół św. Mikołaja wszystkie gołębie z okolicznych ulic.

Pies podniósł uszy duże jak u nietoperza, podskoczył przednimi łapami, zaszczekał i pędem dopadł Joachima. Bawiąc się, poszli za karawaną królów, którą zamykali cyrkowi akrobaci robiący koziołki w powietrzu i żonglerzy żonglujący na raz dziesięcioma piłkami, i połykacz ognia, i fakirzy, i różni tacy, którzy bardzo, ale to bardzo lubią zabawiać małe dzieci. „Karuzela” — pomyślał Joachim o świecie i było mu tak lekko, że śmiał się i śmiał, bez przerwy. Pies był tuż przy nim, kudłaty psi ogon był równie wesoły, jak jego serce.

Bezdomni
Waldemar Borzestowski

urodzony w 1964 r. – artysta, prozaik, malarz, dziennikarz. Był m.in. szefem działu prenumeraty w dużym koncernie prasowym oraz robotnikiem torowym, kupował stare książki na aukcjach i oprowadzał konie po parkurze....

Produkt dodany do koszyka

Zobacz koszyk Kontynuuj zakupy

Polecane przez W drodze