„Będziecie świadkami Moimi”

„Będziecie świadkami Moimi”

Oferta specjalna -25%

List do Galatów

0 votes
Wyczyść

W sierpniowym numerze „W drodze” poświęconym pokusie niewiary wydrukowaliśmy tekst Adama Kalbarczyka Wybieram ateizm ukazujący niewiarę jako uzasadnienie ludzkiej godności oraz odpowiedź Grzegorza Chrzanowskiego OP Skąd wiemy, że to, w co wierzymy, jest prawdą?. Artykuł pana Kalbarczyka wywołał lawinę listów i polemik. Niektóre z nich oraz odpowiedź autora kontrowersyjnego tekstu zamieszczamy poniżej.

Dziękujemy Ci za nasze małe światło przemieszane z cieniem. (T. S. Eliot)

Aby odnaleźć Boga, trzeba być szczęśliwym, gdyż ci, którzy w rozpaczy wymyślają Go sobie, okazują zbytni pośpiech i za mało się starają, by odnaleźć głębię Jego palącej nieobecności. (R. M. Rilke)

O wzajemne zrozumienie

W 1913 roku Etienne Gilson w La liberté chez Descartes et la theologie pisze następujące słowa:

Stworzeniu trzeba przypomnieć, że między skończonym a Nieskończonym, którym jest Bóg, istnieje nieredukowalna różnica natury i że ową różnicę musi mieć ono zawsze w świadomości, gdy pragnie w sposób godny mówić o swym stworzycielu. Niebezpieczeństwem, które stale nam zagraża, gdy stosujemy względem Boga zasadę analogii, jest popadnięcie w antropomorfizm. Otóż dla kogoś, kto pragnie wyrobić sobie właściwy pogląd na łaskę Bożą, nadzwyczaj istotne jest odrzeć z wszelkiego antropomorfizmu własne pojmowanie natury Boga.

I taka jest istota rzeczy. W przeciwnym razie grozi nam — tzw. wierzącym — to, że spotkamy się z wyrzutem, iż propagujemy światopoglądowy infantylizm, uprawiamy życzeniową naukę, nazwaną teologią, i w efekcie rozmijamy się z ludźmi dobrej woli, którzy „religię” postrzegają inaczej niż my.

Z wielkim zainteresowaniem przeczytałem esej — swoiste a–credo — Adama Kalbarczyka. Jego szczerość wzbudza szacunek, przedstawione zaś przezeń racje są zaproszeniem do dyskusji, tym bardziej że jego argumenty, jakkolwiek jasno wyłożone, nie są jednak przekonujące, przynajmniej dla mnie. Może to efekt tego, że ja od ateizmu przeszedłem do wiary. Kierunek to przeciwny do obranego przez autora omawianego tekstu, choć — co bardzo ważne — to wciąż ta sama droga.

Chcę, aby moje intencje były czytelne: nie jest to żadna apologia teorii teologicznych. Wszelkie orzekające twierdzenia o rzeczach „nie z tej ziemi” (Bóg, życie wieczne etc.) budzą również we mnie swoisty niesmak. W pełni też rozumiem tych, którym na skutek obserwacji środowiskowych czy słuchania pobożnych frazesów, łatwo jest mówić w swoim sercu: „nie ma Boga”. Nie usprawiedliwiam tego typu twierdzeń (razi bowiem ich orzekający ton, przy jednoczesnej nieweryfikowalności twierdzenia), choć staram się rozumieć racje za nim przemawiające. Imperatyw ten grozi jednak obu stronom, dlatego też uważam, że niebojaźliwe milczenie (u podstaw którego tkwi świadoma ludzkiej małości adoracja Boskiej Tajemnicy, a nie np. wstydzenie się Ewangelii) o sprawach „wiary godnych” (ale nie o własnej wierze!) o wiele bardziej sprzyja świadczeniu o Bogu Żywym niż gros teodycei, szczególnie tych w wersji pop. Milczenie jako inna płaszczyzna komunikacji. Mniej agresywne promieniowanie rzeczywistości Ducha. Żywe Słowo ponad zbytkiem słów.

Wiara jest nade wszystko zaangażowaniem serca (jako witalnego centrum osobowego), poruszeniem ducha. Dopiero potem jest ona głosem rozumu poświadczającego (wewnątrzosobowo) o subiektywnie przeżywanej obiektywności przedmiotu wiary. Rozum jest — i będzie — tutaj, zawsze, wtórny. Warto poczynić, z pożytkiem dla obu stron sporu, jakże czytelne w języku angielskim rozróżnienie między wiarą — faith i wiarą — belief (do którego odwołuje się William James w swym Doświadczeniu religijnym). Brak tegoż rozróżnienia w naszym języku doprowadza do wielu uproszczeń. Ich konsekwencją bywa albo naiwna teodycea z jednej strony, albo refleksyjny ateizm z drugiej. Refleksyjny ateizm (korzeniami tkwiący w wyznaniu: „nie wierzę — I don’t believe”) to deklaracja rozumu. Przeciwwagą dla niego nie jest jednak refleksyjny teizm (wyznający: „wierzę — I believe” — choć i tę formę spotykamy w języku religijnym), ale żywa wiara (faith), którą można by nazwać kontemplatywnym teizmem (a to materia serca — matter of heart). Człowiek wierzący, żyjący w przeczuciu Najwyższej Rzeczywistości, powinien się starać odczytywać ją z wielości jej odsłon w świecie fizykalnym — a nade wszystko w analizie psycho–duchowej, nie zaś tworzyć intelektualne wyobrażenia o niej, tym samym — jako twórca — przydając sobie prawa do zawierania jej w kalekich (i śmiesznych!) schematach, w których algebraiczna precyzja wypiera zachwyt i „święte nierozumienie”. Człowiek niewierzący powinien zaś konsekwentnie do swego niepoznania pozostawać w niedopowiedzeniu o tym, co (jemu) Niepoznane, a nie orzekać o tym czymś poprzez negację, tym samym łudząc siebie samego, że poznał, iż owego Niepoznanego wcale nie ma. Jeśli zaś człowiek wierzący jest postrzegany jako subiektywista dążący do obiektywizacji swej wiary (faith) — o czym wspomina pan Adam, to czyż nie jest takim i niewierzący manifestujący swe przekonanie, niewiarę (not–believe)? Dramat wierzącego człowieka polega na tym, że przeczuwając (to doświadczenie egzystencjalne, a nie wynik kalkulacji) obiektywność przedmiotu swego zaangażowania, ma cały czas świadomość subiektywności tego doświadczenia. I uczciwie przyznaję, że niełatwo wyjść z tego impasu. Właściwie się nie da. Dla wiary bowiem Bóg okazuje się nie kolejnym problemem do rozwiązania, ale Tajemnicą, w której przychodzi się zanurzać bez końca.

Słowa innego Adama, Mickiewicza — „czucie i wiara silniej mówią do mnie / niż mędrca szkiełko i oko”— nie tracą jednak aktualności. My, ludzie wierzący, często owym szkiełkiem i okiem staramy się bronić wiary… i przegrywamy. Sprawdzają się one bowiem w udowadnianiu rzeczy świata tego, ale czy można poprzez nie badać „rzeczy boskie”, świat ducha? Pytam, ponieważ pan Adam Kalbarczyk w swym eseju odwołuje się właśnie do poznania naukowego, które — o ironio! — również stawia nas przed pytaniem: to believe or not to believe — wierzyć czy nie wierzyć — w głos nauki? Zwrócili już na to uwagę Russell oraz Popper, skądinąd raczej dalsi niż bliżsi tym, którzy to z Bogiem chadzają za pan brat. Według Poppera jest sprawą dowiedzioną, że racjonalna jedność ludzi opiera się na jakiejś wierze, i dlatego chwali on Sokratesa za to, że ten widział, iż żadne argumenty nie mogą dać ostatecznego rozwiązania problematycznej kwestii.

Wydaje się, że naukowiec chcący się wypowiadać o Bogu przekracza granice swoich kompetencji. Nauka nie powinna formułować teorii z zakresu wiary. Jeśli chce się zgłębić sens świata i człowieka, to wystarczy nie zatrzaskiwać sobie drzwi przed nasuwającymi się pytaniami i odpowiedziami, oddając należny szacunek chemii, fizyce, antropologii. Jeśli chce się zgłębić tajemnicę duszy i Boga, wystarczy otworzyć drzwi temu, „który stoi i kołacze”…

Bezwyznaniowość i ateizm filozoficzny

Ma rację autor, kiedy zwraca uwagę na zjawisko bezwyznaniowości obecne w społeczeństwie, podkreślając, że nie ten ateizm jest jego troską nieostateczną. To ateizm praktyczny, indyferentyzm religijny. Jest i inny ateizm bardziej wysublimowany, bardziej elegancki — ateizm filozoficzny. Czym jednak on jest? Czy jest wyjałowieniem człowieka z potrzeby religijnej? Potrzeba serca i wymóg rozumu nie idą wszak ze sobą w parze. Trzeba dokonać pojednania tych dwóch, aby nie żyć w rozdarciu. Czy zatem ateizm filozoficzny nie staje się swoistym doświadczeniem parareligijnym, w którym egzystencjalne doświadczenie niewiary staje się aktem wiary? Nie pytam tu o rzeczywistość „obiektywną”, ale o psychologiczną stronę zjawiska. Dlaczego? Bo tak jak człowiek wierzący nie może się „spowiadać” ze swojego Boga, ale tylko ze swojej wiary (faith), tak niewierzący nie ma argumentów przeciw owemu Bogu, ale jedynie argumenty za swoimi przekonaniami (belief). Dzielenie się wiarą i niewiarą są tym samym doświadczeniem Spotkania z Drugim (a „każde prawdziwe życie jest Spotkaniem” — Buber), choć o innej treści. Wzajemne przekonywanie siebie o istnieniu albo nieistnieniu Boga jest takim samym nieporozumieniem.

U człowieka wierzącego Bóg nie jest wynikiem rozumowej kalkulacji, ale jest On afirmowany myślą spontaniczną. Myśl filozoficzna jest zaś wtórna i niekonieczna. Sama filozofia, co warto pamiętać, jest zawsze na drugim planie za życiem, a poznający jest zawsze tylko w „połowie drogi” (Jaspers), choć i to już daleko. Filozofia nie odpowiada na przeżycie religijnego aktu, ale jedynie go opisuje post factum. Zarówno przeżycie aktu wiary, jak i niewiary (chwila szczególnego „zrywu”) należą do sfery przedrefleksyjnej. To chwila jednorazowego aktu „ponadracjonalności” dająca początek pasmu racjonalnego uporządkowywania, życiu naznaczonego tą chwilą. Adam Kalbarczyk pod koniec swego eseju sam przyznaje: „Moje odrzucenie wiary religijnej było motywowane racjonalnie, choć nie bez znaczenia był kontekst emocjonalny tego wyboru”. Nie bez znaczenia, bo to wszak emocje (zryw ponadracjonalny) pobudzają do działania, a nie suche rozważania — zarówno w wierze, jak i w niewierze. Augustyn z Hippony, umysł wszak trzeźwy i racjonalny, ośmielał się pisać ponadracjonalne słowa typu: „Drżę z lęku a zarazem płonę tęsknotą. Drżę z lęku, bo jestem tak odmienny od Niego. Lecz w takiej mierze, w jakiej jestem do Niego podobny, Jego ogniem płonę”.

Człowiek refleksyjny (nie każdy zawraca sobie tym głowę, bo „tylko nieliczni pragną poznać istotę wszechrzeczy” — Cyceron) porusza się na dwóch płaszczyznach: spekulatywnej (filozofia) i konkretnej (życie doświadczane). Te odrębne płaszczyzny tworzą całość. Warto o tym pamiętać przy stawianiu pytania o sens wiary i racje niewiary. Bóg, który „istnieje w sercu” wierzącej osoby, jest potwierdzany przez spontaniczną świadomość i samą historię życia, w których rozumowanie nierzadko kapituluje. Czy ateista może jednak zaprzeczyć doświadczalnej ciągłości zdarzeń i przestrzeni sensu, w jakiej odnajduje się osoba „wierząca”, skąd Boga nie sposób wyrugować?

Kiedyś napisałem do Przyjaciela:

Poznawanie Boga jest w pewnym sensie doświadczeniem mistycznym. Poznanie dokonuje się wolą poznania. Wiara jest decyzją, tak jak jest nią dojrzała miłość. Wiara jest poznawana przez uczestnictwo, tak jak miłość jest znana tylko kochającemu. Jeśli wyśmiejesz mą wiarę, konsekwentnie przyzwól na wyśmianie Twej miłości. Lecz nie pozwolisz. Żyjesz tą miłością. Będziesz jej bronić. Wiesz, że ona jest prawdziwa. I moja wiara jest jak Twoja miłość. Prawdziwa. Nie oślepia mnie. A Twoja miłość, czy oślepia Twe oczy?

Mój brak ślepoty objawia się w szanowaniu Twej miłości i wierzę, że Twoja miłość jest prawdziwa. Czy Twoja miłość szanuje moją wiarę (nie myl tego z pobłażliwą akceptacją, pod którą jest oddech cynicznego współczucia dla mojej „ślepoty wiary”)? Moja wiara stawia moje życie w Przestrzeni Sensu. Poprzez ten sens chcę rozumieć Ciebie. Czy Twoja miłość otwiera Ciebie na pragnienie rozumienia mej wiary? Moja wiara wynosi mnie poza mnie samego. A czy Twoja miłość pragnie poznawać poza Twoim światem, czy zamyka Cię w nim?

Tak jak człowiek wierzący powinien zaprzestać udowadniać niewierzącemu, że się myli, tak niewierzący powinien poważnie traktować doświadczenia wierzącego przez wzgląd na szacunek dla osoby. Inaczej obie strony sporu będą się zawsze spotykać w punkcie, w którym wzajemna nieufność i przekonania będą grać na emocjach, patosie i resentymencie. Zbyt często „dzielą nas poglądy — rzecz krucha i ułomna” (W. Hryniewicz)

Jeśli zatem nic nie może być udowadniane i stajemy przed pokusą relatywizmu, czy rozwiązaniem byłby agnostycyzm? Nie. Agnostycyzm jest bowiem łudzeniem siebie. Agnostyk powstrzymuje się od aktu wiary, ale również on ma swoją sferę absolutną, tak jak ateista. Można mówić o pewnym rodzaju nihilizmu w przypadku agnostyka i o finityzmie w przypadku ateisty. Jeden i drugi jest przekonany co do słuszności własnej postawy. Wierzyć zaś na zasadzie przekonania to zupełnie coś innego niż nie wierzyć. Nie wierzyć — to pozostawać otwartym. U podłoża mentalności agnostycznej i ateistycznej nie tkwi niespełnienie aktu religijnego (bo ten może zaistnieć dopiero przez przyzwolenie), ale opór woli przeciwko ukrytej przedwiedzy (którą jest wiara faith) i przeciwko poszukiwaniu (podjęciu ryzyka wiary).

Temu aktywnemu oporowi odpowiada sztuczne przywiązanie się do zjawiskowej strony rzeczy, do ich powierzchni. Jest to dramat religijnie obojętnej świadomości, która, o dziwo, rości sobie prawa do zbawiania świata, przez próby przebudzenia tych, którzy niby są pogrążeni w ślepocie wiary. Co jednak usprawiedliwia takie postępowanie agnostyka, skoro jego agnostycyzm jest jego swoistą wiarą? Staje się w ten sposób takim samym krzyżowcem, którego postępowanie wszak potępia (T. Merton).

Rozum jest wielką potęgą wątpienia. Życie jednak musi łączyć ze sobą i w sobie dwie władze: i serce, i głowę. Krzykliwy racjonalizm jest fałszem, bo mimo że zaspokaja potrzeby intelektualnie człowieka, to zapomina o potrzebach uczuciowych i duchowych.

O religii

Trzeba być uważnym w mówieniu o religii. Już sam ten termin, ukuty na naszym obszarze kulturowym, a tłumaczony na wiele sposobów od ponad stu lat, bywa różnie rozumiany. Nawiązując do eseju dr. Kalbarczyka, warto się zastanowić, jaka jest relacja negatywnego doświadczenia religii teistycznej do religijności tzw. ateistycznej, jak np. buddyzm, w którym brak koncepcji „osobowego” Boga (teizm), a jednak nie brak religijności? Bogactwo kultu i rytuału, bogactwo życia duchowego mówią same za siebie. Czy ateizm filozoficzny to zatem niewiara w Boga, czy też odrzucenie religijności, niewiara w świat ducha (w tym i ducha ludzkiego)? Pytam, bo ateistyczne argumenty Adama Kalbarczyka czerpią również swą moc z negacji kultu — a to, po krótce pisząc, doprowadza do argumentacyjnego nieładu (raz jeszcze wspomnijmy buddyzm, w którym występuje kult a brak jest teizmu). Jeżeli zaś ateizm to niewiara w świat ducha, to gdzie swój początek mają wszelkie cnoty? Skąd czerpie siłę miłość, nadzieja, zaufanie? Chyba już nie wierzymy w bzdurne teorie chemikalne (np. co do miłości), bo jeśli one miałyby być prawdą, to jak wytłumaczyć wierność, poświęcenie etc.? Gdzież się dokonuje nasz zachwyt nad sztuką, wzruszenie muzyką? Nie przecież w ciele, które nawet gdy pokaleczone, zawsze ma tę samą siłę bycia przekaźnikiem najpiękniejszych uczuć. Jeśli zaś refleksyjny ateizm nie jest negacją rzeczywistości ducha, to dlaczego neguje Boga, skoro i „Bóg jest duchem” (Ewangelia św. Jana)?

Podtytuł „Religia czy realizm?” to również fałszywa alternatywa. Religijność jako potencja jest wpisana w człowieka tak jak inne przejawy aktywności ducha. Nie twierdzę, że każdy jest homo religiosus, jak chciał tego Eliade; ale każdy jest nim w takiej mierze, w jakiej każdy jest homo symbolicus czy homo amans. Przebudzenie tej siły dokonuje się tak samo jak nauka wrażliwości, oswajanie się z pięknem, podążanie drogą miłości. Jeśli religię przeciwstawimy realizmowi, to, podążając konsekwentnie tym tropem myślenia, miłość powinniśmy zastąpić reprodukcją, zaufanie wytłumaczyć potrzebą bezpieczeństwa zachwianą w dzieciństwie, zachwyt sztuką zaś potraktować jako ucieczkę w pozór bytu…

Nie miejsce tutaj, aby pisać szerzej o intuicji „prawdziwego świata” przekazanej przez Wolfharta Pannenberga. Warto jednak, przed przystąpieniem do krytyki religii, zapoznać się z pismami niemieckiego myśliciela. Zatrzymać swoją myśl wobec intuicji „prawdziwego świata” zanurzonego w namacalnym realizmie człowieczego hic et nunc; w realizmie — a jakby spoza tego świata…

Wybiórcze odpowiedzi na wybiórcze argumenty

1.

Pisze Adam Kalbarczyk:

Wierzący wierzą zaś, że za otaczającym nas światem jest inna, ważniejsza od niego rzeczywistość, od której ten świat zależy. Oto ludzie wierzący, zarówno tysiące lat temu, jak i dzisiaj dostrzegają w doświadczanych przez nich zjawiskach działanie sił nadprzyrodzonych, uznają je za element planu Opatrzności, są skłonni modlić się do Boga, by odwrócił od nich spotykające ich nieszczęścia. Nie uznają więc ostatecznie realistycznego wyjaśnienia przyczyn tych zjawisk, przydają im sens pozaprzyrodniczy, wierzą, że poza znaną nam rzeczywistością istnieją siły gotowe i zdolne do ingerencji w nią.

 Ten typ dojrzałości religijnej, a właściwie — typ religijności, autor rozciąga na ogół wierzących, a przecież wiara, żywa wiara (a tylko taka ma sens), jest wpisana w historię życia każdej, jedynej, osoby; ile zaś istnień ludzkich, tyle też dróg do Boga, tyle prób pojmowania Go, i tyle błędnych wyobrażeń. Najważniejsze jednak jest nie uzyskanie (stwarzanie sobie) poprawnej odpowiedzi na Jego Tajemnicę (zresztą autor jako zadeklarowany ateista sam powinien zaświadczyć, że ta jest nie do uzyskania), ale nasz nieustający stan Pytania (egzystencjalnego). Warto zatem w krytyce religii (mylonej z krytyką partykularnej religijności) wziąć poprawkę i nie uogólniać, bo poprzez takie uproszczenia ten, kto ich dokonuje, sam zamyka sobie drzwi poznania (doświadczenia) życia wiarą, która jest nade wszystko poruszeniem serca; dobrowolnością nie–determinowaną tym, co zewnętrzne; tajemnicą przenikającą do „szpiku kości”, prywatnym mysterium tremendum et fascinosum. „Tajemnicy własnej duszy nadziwić się nie mogę” (ks. Jan Twardowski). By zaś wyjść naprzeciw zapotrzebowaniu na naukowe poznanie problemu poruszonego przez p. Kalbarczyka, godne polecenia są badania psychologiczne Fritza Osera, ukazujące stadialność religijnego rozumienia świata.

2.

Natura przestaje być zatem w konsekwencji tych założeń autonomiczna, realna — nie wskutek przyrodniczych praw, ale na mocy planów Bożej Opatrzności miałoby każde zjawisko naturalne się pojawiać w świecie.

Jako człowiek wierzący nigdy tak nie myślałem. Kolejny zatem argument pana Kalbarczyka, oparty na krytyce myślenia, którym autor obarcza swoją wizję człowieka wierzącego — „ogólnego”, traci swą moc — nie sprawdza się bowiem z „namacalną” rzeczywistością, której apologetą stara się być doktor lubelskiej uczelni. Nie ma bowiem „ogólnego modelu wierzącego” — tak jak nie ma „ogólnie rozumianego ateisty”!… To pozwala myśleć, że jakiekolwiek manifesty, pro– albo antyteistyczne, są zatem albo próbą leczenia własnych lęków i niepowodzeń (ośmielę się napisać), albo nieskromnymi wyobrażeniami o własnej mocy poznawania lub negowania tego, co Niepoznane — Bóg jest wszak Bogiem ukrytym (a to też orzeczenie tylko, i aż, wiary). Wartościowe zaś pozostaną zawsze te słowa, które będą świadectwem autentycznego życia — słowa, jednak bez roszczeniowego tonu. I to dotyczy obu stron sporu antropo–teologalnego.

3.

Autor cytuje też Jana Pawła II:

Pan Bóg dał hitleryzmowi dwanaście lat egzystencji i po dwunastu latach ten system się zawalił. […] A więc Opatrzność Boża wymierzyła temu bestialstwu tylko dwanaście lat,

jako przykład niezrozumiałej dlań wiary największych autorytetów. Dziwi mnie tak literalne traktowanie tej wypowiedzi. Język religijny jest językiem symboli, Tajemnicę próbuje ukazać się za pomocą metafor, a historia ludzka jest odczytywana jako rozgrywająca się wobec Tajemnicy Boga.

Wschodnie przysłowie mówi, że gdy mędrzec wskazuje palcem na księżyc, głupi patrzą na palec. Tak i też słowa nie ukazują istoty rzeczy. One wskazują kierunek myślenia. Dla wierzących i dla niewierzących.

4.

 „Albo Bóg, albo przyroda” to kolejna fałszywa alternatywa. Czy zbije ją wrażliwość poetycka, która przemawia do serca (a wiara jest materią serca)? „Ziemia jest pełna nieba i każdy zwykły krzew płonie Bogiem. Ale tylko ci, którzy widzą, zdejmują sandały. Reszta siada i zbiera jagody” (Elisabeth Browning).

Wrażliwość. Przyznam, że bardzo wartościowe jest pytanie Adama Kalbarczyka: „Czy nie wystarczy podziwiać piękna i porządku świata, by nie trzeba było do tego dopisywać niesprawdzalnej hipotezy Boga?”. Owszem, uważam, że trzeba nam nieustannie uczyć się kontemplacji piękna tego świata, cieszyć się prostotą i umieć dojrzeć cud pośród zwyczajności. Przypominają mi się tu słowa buddyjskiego mnicha Thich Than Nhana, o którym Thomas Merton pisał jako o swoim duchowym bracie:

Cudem nie jest chodzić po wodzie. Cudem jest chodzić po zielonej trawie w chwili obecnej. Pokój jest dokoła nas — w naturze i w nas — naszych ciałach i duszach. Jeśli raz nauczymy się pokoju, będziemy uzdrowieni i przemienieni. Potrzebujemy tylko unieść nasze ciała i nasze dusze do teraźniejszości. I dotkniemy tego, co jest świeżością, uzdrowieniem i zachwytem.

Wierzący może za to piękno „wysławiać” Stworzyciela. Nie musi. Może. Hipotezy dopisywać nie trzeba. Ona jest wpisana w serce. Nie jako hipoteza, ale jako Tajemnica. Nie zawsze odczytana.

5.

 Kolejne pytanie jako argument za ateizmem: „Czy naprawdę muszę nadać światu jakiś sens? Czy muszę odnaleźć jakiś nadrzędny cel swego życia?”, jest pytaniem egzystencjalnym, z którym każdemu przychodzi się zmierzyć w samotności, jeśli tylko wyjdzie on poza koło ciepłej wegetacji. Czy autor pyta się zatem, pobudzony niewiedzą co do kolejnego kroku swego życia (w co wątpię), czy też rzuca prowokacyjne pytanie?

Jeśli zaś chodzi o Ockhama, na którego powołuje się on w swym uzasadnieniu ateizmu, to czy jest to trafny punkt oparcia dla takich intelektualnych poczynań? Przeciwny mnożeniu bytów Ockham, był przecież — o dziwo! — człowiekiem wiary.

–izmy a odpowiedzialność

Żadne –izmy nie tworzą warunków do prawdziwej i pełnej odpowiedzialności. Odpowiedzialności bowiem za co? Za człowieka? Może za system? Tym samym założenie Sartre’a, do którego się odwołuje Adam Kalbarczyk, o prawdziwej wolności podążającej za światłem ateizmu, kuleje. Religia prawdziwie przeżywana promieniuje wolnością i troską o dobro małe i to większe — powszechne. Matka Teresa, brat Roger…

To prawda, że „wiara w Boga, za którą szło bezkrytyczne wykonywanie wskazań płynących z interpretacji objawień tej wiary, uczyniła w przeszłości ludziom wiele krzywd”. Były to jednak patologie (które nie zawsze znajdują usprawiedliwienie w swoich kontekstach historycznych, choć tak są tłumaczone), nad którymi dziś można tylko zapłakać. Jak znikomy jest jednak procent ofiar „choroby religijnej”, która opanowała wieki przeszłe, przy ofiarach dwóch ostatnich systemów ateistycznych? Jedno zło nie usprawiedliwia drugiego. Lecz cóż ma wspólnego ontologiczne pytanie o „być albo nie być” Boga z chaosem ludzkich dziejów? Czy argument z lekcji historii ma służyć katechezie ubóstwionego rozumu?

Odpowiedzialność… Uczymy się jej w słowach i czynach, myśląc o człowieku. Tego też zwrotu ku człowiekowi uczył Jezus z Nazaretu.

Pragnienie nieba i życia wiecznego rodzą piękno i dają moc doczesnemu życiu ziemskiemu (M. Bierdiajew).

O pięknym trudzie nadziei

Czy rzeczywiście ateizm jest trudniejszy, jak konkluduje w swym eseju Adama Kalbarczyk?

Pytanie o Boga jest w równej mierze pytaniem o człowieka. O jego miejsce w rzeczywistości realnej i o słuszność jego postępowania w perspektywie rzeczywistości „abstrakcyjnej”. Jest ono pytaniem nie tylko o hic et nunc osoby, ale i o „co dalej?” człowieka. Człowiek jest istotą wędrującą. To homo viator, wciąż w drodze, wciąż zmierzający do celu. Cel nie jest dany człowiekowi. Cel jest owocem wyboru. Cel jest znamieniem jego wolności. Cel jest zawsze i tylko osiągany (istotne jest podkreślenie formy niedokonanej czasownika „osiągnąć”). Bywa, że na podobieństwo mitycznego Syzyfa człowiek doń się przybliża, aby upaść tuż u końca drogi. Tym cel jednak staje się droższy, im bardziej się jawi niemożliwy do osiągnięcia. Cel jest zdobywany dzięki sile nadziei. Cel też uzasadnia nadzieję. To jak sprzężenie zwrotne — ona nadaje mu treść, która wypełnia ją samą. Tajemnica nadziei to tajemnica ludzkiego zmagania się z mysterium tremens et fascinans. Z próbami poznania praw zarówno świata materii, jak i świata ducha. Jak ten pierwszy jest uchwytny na drodze analizy matematycznej i praw logiki, tak drugi pozostaje światem w ukryciu. Ottowskie mirum, majestas to tylko próby werbalizacji Niepojętego.

I jak długo będzie się stawał człowiek, tak długo nie padnie (nie powinno padać!) w jego kwestii (tu najdonioślejsze jest: zmaganie się z Tajemnicą Boga) ostateczne, rozstrzygające słowo. Nieopuszczające nas poczucie przygodności bytu, przygodności naszego istnienia jest konieczne. Poczucie to nie może być obce żadnemu filozofowi. Rzeczywistość (ta jest zawsze konkretna) jest dla umysłu niewyczerpana. Tu chodzi zatem bardziej o dawanie świadectwa — niepełnego co prawda zawsze, ale zawsze autentycznego — niż o elokwencję wypowiedzi i gros argumentów.

 Wszelką refleksję (tu: metafizyczną) zawsze poprzedza osobiste doświadczenie. Doświadczenie jest ciągle nowym i nigdy niezamkniętym procesem uczenia się. Stanem niekończącej się inicjacji. Nie daje ono ostatecznej odpowiedzi, lecz daje poznanie swojej otwartości. Doświadczenie uzdalnia do przyjęcia nowego doświadczenia, ma swą własną kompetencję. Prosta mistyka, którą jest każde autentyczne życie wiary, nieobca prostej codzienności, staje się drzwiami otwartymi dla doświadczającego — a jednak zamkniętymi dla tych, którzy z własnej woli pozostają na zewnątrz. Pycha i mądrość tego świata objawia się w ukamienowaniu mistyka, którego dramat polega na niemożności przekazania Tajemnicy.

Na szczęście „Opatrzność nie potrzebuje tego, co ośmielimy się nazwać dowodami ostentacyjnymi, dumnymi. Prawda religijna objawia się pokornie w głębi dusz, raczej przez dowody spokojne i powściągliwe niż przez rzucające się w oczy manifestacje” (Maurice Blondel).

Mądrość serca

Jan od Krzyża:

Uczynisz bardzo dobrze (…), szukając Boga jako ukrytego. Nie bądź jak większość tych ludzi bez serca, którzy mają niską opinię o Bogu. Myślą oni, że skoro nie potrafią zrozumieć Go ani przeżyć zmysłami, ni też odczuć, jest On dalej od nich. A prawda jest właśnie odwrotna. To wtedy, gdy rozumiesz Go mniej jasno, wtedy się przybliżasz do Niego. Czyń więc dobrze po wszystkie czasy; czy życie, czy wiara są łagodne czy też trudne i ciężkie, ty czyń dobrze, trzymając się Boga jako ukrytego, i tak wołaj do Niego: Gdzie się ukryłeś?

„Uczucie, że Bóg jest nieobecny, nie znaczy, że On jest nieobecny.

Uczucie, że On jest bliżej, nie znaczy, że On jest bliżej”.

„Szukaj Go z wiarą i miłością”.

„Będziecie świadkami Moimi”
Krzysztof Błażyca

urodzony w 1975 r. – na co dzień dziennikarz, fotoreporter, redaktor, podróżnik, z pasji – członek Polskiego Towarzystwa Afrykanistycznego.  Jego mottem są słowa kardynała Charles'a Lavigerie, założyciela Ojców Białych Mis...

Produkt dodany do koszyka

Zobacz koszyk Kontynuuj zakupy

Polecane przez W drodze