„I jeszcze ja – Zosia” – powiedziała, przedstawiając się i podchodząc blisko, podczas gdy inni opuszczali już zakrystię. Stała przede mną zupełnie nieznana, bardzo młoda kobieta, która patrząc mi prosto w oczy, dziękowała za rekolekcje, mówiła, że bardzo się cieszy ze spotkania, że poruszył ją felieton po śmierci mojego taty i że jeszcze raz dziękuje. A mówiąc to wszystko, wciąż patrzyła mi w oczy. I cały czas bardzo płakała. Machała dłonią tuż przy twarzy, jakby chciała odgonić łzy, które płynęły nieprzerwanie: cicho, rzewnie i słodko, ale niezwykle obficie. Stała więc, płakała i cały czas patrzyła mi w oczy. Wzruszony patrzyłem i ja. Nie miałem pojęcia, co mógłbym powiedzieć czy zrobić. Jedno wiedziałem: stoi przede mną kobieta poruszona dobrym, akceptującym i czułym spojrzeniem Pana Jezusa – Ewangelia i następujące po niej rozważanie były o Jego spotkaniu z Samarytanką – i to poruszona tak bardzo, że teraz tak samo patrzy na innych. Gdy patrzy się przez łzy, widać głębiej.
Ze spojrzenia zrodził się również pomysł tych rekolekcji. Od wielu już lat, gdy chrześcijanie obrządków wschodnich zaczynają świętować Boże Narodzenie lub Wielkanoc, chodzę do pobliskiej prawosławnej katedry na nocną liturgię. Po jej zakończeniu czekam chwilę, a gdy biskup wychodzi, w imieniu tomskich katolików składam mu życzenia, przekazuję jakiś świąteczny podarunek, po czym – razem z innymi – jestem zapraszan
Zostało Ci jeszcze 75% artykułu
Oceń