Rozmowa z Tomaszem Grabowskim OP wokół książki „Stworzeni do miłości”

Rozmowa z Tomaszem Grabowskim OP wokół książki „Stworzeni do miłości”

Tomasz Grabowski OP udzielił wywiadu Kościół nie potępia homoseksualistów. „Jezus mówi, że dla nich też jest droga” dla ksiazki.wp.pl w ramach premiery książki Stworzeni do miłości:

Czy katolik powinien maszerować z tęczową flagą w paradzie równości? Jak osoby o skłonnościach homoseksualnych mogą sobie znaleźć miejsce w Kościele? Czy kandydat na księdza czy zakonnika jest pytany o preferencje seksualne? Odpowiada dominikanin o. Tomasz Grabowski.

Nakładem dominikańskiego wydawnictwa W drodze ukazała się niedawno książka Stworzeni do miłości. Skłonności homoseksualne i Kościół katolicki ks. Michaela Schmitza. Autor, amerykański ksiądz, którego ewangelizacyjne filmiki na YouTubie mają milionowe odsłony, demitologizuje podejście Kościoła do osób o skłonnościach homoseksualnych. To samo w rozmowie z WP robi o. Tomasz Grabowski, dominikanin, prezes wydawnictwa W drodze.

Jakub Zagalski, WP.PL: „Próbuje nam się wmówić, że LGBT to ludzie, a to ideologia”. Słowa prezydenta Andrzeja Dudy, katolika, z niedawnego wiecu wyborczego wywołały prawdziwą burzę. Czy w takim haśle dostrzega ojciec wspólny mianownik z nauką Kościoła odnośnie traktowania osób o innej orientacji seksualnej?

Tomasz Grabowski OP, prezes Wydawnictwa W drodze: Jestem przeciwny, żeby do toczącej się w Kościele rozmowy o osobach, które mają skłonności homoseksualne, wykorzystywać język, sposób myślenia i związane z nimi cele polityczne. Te dwie narracje trzeba od siebie radykalnie oddzielić. Kościół nie traktuje osób, które rozpoznają u siebie preferencje seksualne do tej samej płci, czy mają jakiekolwiek inne „niekonwencjonalne” podejście do swojej seksualności, jako zagrożenia. W debacie publicznej główna oś sporu dotyczy tzw. ideologii LGBT. Jeżeli osoby z tej grupy: geje, lesbijki, biseksualiści, transseksualiści i inni, są zwolennikami jakiejś ideologii, to wtedy spór faktycznie dotyczy ideologii. Natomiast w Kościele pierwszą sprawą, jaką jesteśmy zainteresowani, to rozmowa z konkretną osobą czy osobami. Skróty, które się pojawiają w przestrzeni publicznej, typu „to nie są ludzie, tylko ideologia”, mam nadzieję, że oznaczają: rozdzielmy osoby, które przeżywają różnego rodzaju zmagania z seksualnością od narracji: zmieńmy kulturę, prawo i porządek społeczny. Natomiast jeśli mówimy o osobach, które identyfikują się jako geje, lesbijki itp., to chcemy rozmawiać z nimi, a nie o nich.

Rozmowa to jedno, a co z popieraniem pewnych inicjatyw środowisk LGBT? Czy katolik powinien maszerować w paradzie równości z tęczową flagą?

Jestem głęboko przekonany o tym, że duża część osób, które idą w tych marszach, to katolicy. W tym znaczeniu, że są ochrzczeni, być może później przyjęli kolejne sakramenty i w pewnym momencie odeszli od Kościoła. Możliwe, że są tam też osoby, które nadal praktykują i uczestniczą w wydarzeniach religijnych. Trzeba by w pierwszej kolejności zapytać: o co wam chodzi? Co chcecie zademonstrować?

Niestety biorąc udział w wydarzeniu publicznym, nie tworzy się narracji tego wydarzenia. Wspieramy narrację organizatorów, mówców i liderów. Szczerze mówiąc, nie do końca wiem, o co im chodzi? Jaki jest pozytywny przekaz parad równości? Najgłośniejsze sytuacje dotyczą demonstracji przeciwko komuś, np. katolikom. Na paradach równości dochodzi do tego, co nazywamy profanacją. Czyli wykorzystaniem symboli świętych do innych celów niż uczczenie tego, kogo one symbolizują. Nie ma w nich żadnego pozytywnego przekazu, jest za to próba wyśmiania, zbanalizowania i zniszczenia świętości innych osób.

Takie działania są w kontrze, a nie demonstrują tolerancji. Jeżeli parada równości ma być demonstracją tolerancji w stosunku do osób identyfikujących się jako geje czy lesbijki, to dlaczego ma się odbywać kosztem tolerancji osób, dla których te symbole i rytuały są święte? Tego nie rozumiem. Jeżeli jako katolik chcę w paradzie uczestniczyć, muszę sobie odpowiedzieć na to pytanie. O co walczymy i jakie środki są godziwe w podjęciu tej walki? Z pewnością nie jest to demonstracja tolerancji.

Inspiracją do naszej rozmowy nie były słowa prezydenta czy marsze równości, ale niedawna premiera książki „Stworzeni do miłości. Skłonności homoseksualne i Kościół katolicki”. W słowach autora, amerykańskiego księdza wybrzmiewa to, że zamiast „gej” czy „lesbijka” używa określeń typu „osoby o skłonnościach homoseksualnych”, „osoby identyfikujące się jako geje/lesbijki”. Proszę wytłumaczyć, dlaczego z katolickiego punktu widzenia jest to tak bardzo istotne?

W nauczaniu Kościoła seksualność jest bardzo istotnym elementem tożsamości. Ale nie jest fundamentem tożsamości. Fundamentem jest fakt, że człowiek został stworzony przez Boga, jest Jego dzieckiem dzięki pojednaniu z Bogiem Ojcem dokonanym przez Chrystusa na krzyżu. Jako kobieta, mężczyzna, także jako osoba, która ma trudność określenia swojej płci, czy przeżywania swojej płci zostałem pojednany z Ojcem.

W sporze publicznym nie dostrzegamy przesunięcia, uczynienia z seksualności fundamentu, a nie elementu tożsamości. Każdy z nas musi sobie odpowiedzieć na pytanie, jaką rolę w jego życiu pełni seksualność i jak chce ją kształtować. Dlatego Kościół mówi o skłonnościach czy preferencjach seksualnych, a nie definiuje człowieka przez to, jak siebie określa w stosunku do seksualności.

Częstym zarzutem, mającym wskazywać na rzekomą pogardę Kościoła w stosunku do osób o skłonnościach homoseksualnych, jest język używany w oficjalnych pismach, Katechizmie. Kościół katolicki wyraźnie mówi o „zepsuciu” i „obiektywnym nieuporządkowaniu” w kontekście nie samego homoseksualizmu, ale aktów homoseksualnych. Jak, posługując się takim językiem, można przekonać nieprzekonanych?

Pamiętajmy, że w Kościele są osoby homoseksualne, czy takie, które przeżywają jakieś zamieszanie co do określenia swojej tożsamości, lub inne trudności w obszarze seksualności. To nie jest temat, który dotyczy tylko osób spoza Kościoła. Określenia przytoczone z Katechizmu czy innych dokumentów nie są wiadomością wysyłaną z Kościoła: „u nas takich osób nie ma”. One są, przyjmują sakramenty, spowiadają się, przeżywają trudności. Dlaczego jest możliwe, że ktoś taki może swobodnie żyć w Kościele? Ponieważ nie kształtuje swojego życia, zaczynając od rzeczy drugiej, tylko od fundamentu — bardziej zmaga się o pozostanie w jedności z Bogiem, dlatego nie idzie za każdym porywem seksualności.

Myślę, że zaczynanie rozmowy z osobą spoza Kościoła od tego, że jej seksualność jest nieuporządkowana, można porównać do osoby, która próbuje zrozumieć rachunek różniczkowy, nie umiejąc rozwiązywać prostych wielomianów. Zacznijmy od rzeczy pierwszych. Od zrozumienia, że każdy jest osobą pokochaną przez Boga. Sam fakt, że jesteśmy, oznacza, że Bóg z nas nie rezygnuje, nie przekreśla nikogo. Nie mówi do kogokolwiek: „już nie ma dla ciebie drogi innej niż potępienie”. Najpierw usłysz to, że jesteś pokochany i chciany. I dopiero później zastanawiaj się, jak tę miłość przyjąć i według niej ukształtować swoje życie.

Co ciekawe, w Ewangelii jest jeden fragment na temat osób, które są niezdolne do małżeństwa. Jest tam użyte greckie słowo „eunuch” – w tamtym czasie mogło oznaczać impotenta, kogoś niezdolnego do podjęcia życia seksualnego, ale możemy je odnieść do osób, których nie pociąga druga płeć i dlatego nie są zdolne podjąć małżeństwa. Jezus nie przekreśla tych osób. Mówi, że dla nich też jest droga — mogą być bezżenni dla Królestwa. Jeżeli rozpoznasz, że Bóg ciebie pokochał i ciebie chce, i stworzył cię do miłości, nawet jeśli rozpoznajesz w sobie pragnienia seksualne do osób tej samej płci, to jest dla ciebie szansa na to, żebyś przeżył Bożą miłość. Jeżeli ona będzie fundamentem twojego życia, to reszta według tego zostanie poukładana. Co wcale nie znaczy, że te skłonności znikną.

Do wiernych, a zwłaszcza ludzi spoza Kościoła nie zawsze dociera pozytywny przekaz. Ostatnio hasło „Kościół i homoseksualizm” kojarzy się przede wszystkim ze słowami abp Marka Jędraszewskiego o „tęczowej zarazie”

To jest właśnie kłopot, że w zależności od tego , gdzie przyłożymy ucho, usłyszymy takie czy inne sformułowania. Wydaje mi się, że w naszym Kościele wciąż brakuje jednolitej, prostej narracji skierowanej do osób o skłonnościach homoseksualnych. W jednym miejscu można usłyszeć rzeczy odpychające, a w innym postulaty zmiany nauczania Kościoła. Jedno i drugie jest ślepą uliczką.

Biskup kościoła ewangelicko-augsburskiego Jerzy Samiec wykorzystał słowa Chrystusa („Kto wami gardzi, Mną gardzi”) w stosunku do osób identyfikujących się jako LGBT. Jezus rzeczywiście utożsamia się z osobami, które są w jakichś trudnościach, na marginesie społecznym. Sporo duszpasterzy potrafi okazać serce osobom zmagającym się z trudnościami seksualnymi bez uchylania nauczania Kościoła, ponieważ Kościół zawsze uczył o oddzieleniu człowieka od popełnionych (czas przeszły) przez niego czynów.

Cały czas mam nadzieję, że w najbliższym oświadczeniu biskupów do osób, które identyfikują się jako geje, lesbijki itd., usłyszymy: „zapraszamy was do Kościoła”. Ponieważ jest tu dla was miejsce, nie jesteście grzesznikami większymi niż my. Owszem, przeżywacie trudności, ale Kościół nie jest dla osób, które ich nie przeżywają.

Inny głośny przykład łączenia Kościoła z homoseksualizmem to fragment filmu braci Sekielskich „Zabawa w chowanego”. Mam na myśli słowa ks. Tadeusza Isakowicza-Zaleskiego, który mówił o „lawendowej mafii” i „rzymskiej chorobie”. Czy z własnego doświadczenia może ojciec potwierdzić istnienie takiego zjawiska?

Nie mogę tego potwierdzić. Wiem tyle, ile przeczytałem w mediach. Nie znam nikogo z hierarchów, kto żyje jako homoseksualista, ale nie przeczę, że takie sytuacje mogą mieć miejsce. Cała historia z abp Paetzem niestety tego dowodzi. Natomiast to jest dla mnie jasny sygnał, że jeśli ten problem dotyczyłby duchownych, to tym bardziej powinniśmy być pokorni w stosunku do osób mających skłonności do osób o tej samej płci. Pokora nie znosi wymagania, ale chroni szacunek do konkretnych ludzi.

Czy preferencje seksualne kandydatów do seminarium mają znaczenie? W 2005 r. było głośno o instrukcji podpisanej przez papieża Benedykta XVI, w której pisano, że do formacji kapłańskiej nie można dopuszczać osób, które praktykują homoseksualizm, mają głęboko zakorzenione tendencje homoseksualne czy popierają „kulturę gejowską”. Czy ten dokument ma dziś rzeczywistą moc?

Mogę się wypowiadać wyłącznie w kontekście naszego zakonu, ponieważ nie uczestniczę w formacji kleryków i nie wiem, jak to jest praktykowane w seminariach. U nas ten temat jest bardzo jawnie stawiany, w rozmowie z bezpośrednim przełożonym czy komisjami, które dopuszczają do kolejnych etapów formacji. Ten temat nie jest przemilczany. Pytania o to, czy ktoś ma skłonności czy doświadczenia homoseksualne się pojawiają.

To jest prosta sprawa. Każdy z nas, kto decyduje się na bycie księdzem czy zakonnikiem, zobowiązuje się do życia w czystości i celibacie, czyli – w takiej najbardziej uproszczonej wersji – bez stosunków seksualnych…

Pełna wersja wywiadu dostępna jest na stronie: ksiazki.wp.pl