Prof. Bogdan de Barbaro o mężczyznach

W dwumiesięczniku „Newsweek Psychologia” (2/2021) ukazał się wywiad z psychiatrą i psychoterapeutą prof. Bogdanem de Barbaro. Pretekstem do rozmowy była książka Johna Eldredge’a „Dzikie serce. Tęsknoty męskiej duszy”.

Sylwia Sasal: Czy w każdym mężczyźnie jest trochę chłopca?

Prof. Bogdan de Barbaro: Pyta pani o nasze wyobrażenia: co to znaczy „mężczyzna” i co to znaczy „chłopiec”. Podoba mi się takie spojrzenie, że w każdym dorosłym są jakieś cechy dziecka, a nawet, że źle by było, gdyby dorosły zapomniał, stłumił czy nie miał dostępu do tej swojej „części dziecięcej”. A więc skoro pyta pani, czy w każdym mężczyźnie jest energia, zaciekawienie i ra­dosne emocje, to trzeba uznać, że nie w każdym są one widoczne, bo przecież wielu mężczyzn swoje uczucia tłu­mi. A to, co przeżywają, trzymają schowane nieraz nawet przed sobą. A szkoda, bo w chłopięcości dorosłego może­my dopatrywać się wielu cennych i społecznie potrzeb­nych cech. Na przykład emocjonalności, a może nawet czułości, zaciekawienia, otwartości na to, co nowe i inne. Z tą czułością jest ciekawa sprawa, bo zgodnie z kultu­rowym stereotypem czułość miałaby należeć do kobiet, a nieczułość do mężczyzn. I szkoda, że ten schemat w wielu z nas tkwi. Dobrze by było mu się nie poddawać. Bo jeśli przez czułość rozumieć delikatną i zwróconą ku drugiej osobie uczuciowość, to przecież warto ją cenić, pielęgnować i rozwijać, niezależnie od tego, jaka jest na­sza płeć. Kłopot w tym, że moc wzorca kulturowego jest potężna, i to sprawia, że mężczyźni często tłumią – żeby nie rzec zabijają – tę miłą cześć chłopca w sobie.

Zgodnie z tym wzorcem chłopcy dorastają pod presją potwierdzania i udowadniania własnej męskości. Komunikaty, jakie otrzymują podczas wychowania: „Nie płacz!”, „Bądź mężczyzną!”, „Bądź silny!”, „Nie bój się!” itp., raczej oduczają odczuwania emocji.

– No właśnie. I w ten sposób krzywdzona jest ich emocjonalność, bo pośredni komunikat jest taki: „Twoja emocjonalność, twoja ekspresja jest niedobra. Lepiej jej nie miej!”. W ten sposób dochodzi do gwałtu na emocjonalności, a może nawet na uczuciowości. Ale są mężczyźni, którzy te emocje okazują, i tacy, któ­rzy je blokują. Siła wzorca kulturowego będzie inna w rodzinie, która każe chłopcu ubrać się w sztywny i staroświecki mundur owego zimnego wojownika. Mówiąc w przenośni, kobieta będzie wówczas nosiła gorset uległości, a mężczyzna – mundur żołnierski. Na pociechę można powiedzieć, że późne lata sześćdzie­siąte XX wieku, hipisi, kontrkultura i ponowoczesność w pewnym stopniu tę wersję mężczyzny zakwestiono­wały. Przecież głównym hasłem dzieci kwiatów było: „Czyńcie miłość, nie wojnę”. To tworzyło zachętę do swego rodzaju miękkości, otwarcia emocjonalnego i odblokowania uczuć. Ale dostęp do własnej uczu­ciowości, zgoda na słabość, delikatność są znacznie trudniejsze dla mężczyzny niż dla kobiety. „Wersja eksportowa” mężczyzny będzie właśnie taka: działaj, nie czuj. A wzruszenie traktuj jako cechę niewieścią. Kiedyś wśród żartobliwych memów w internecie znalazłem boleśnie autoironiczną definicję: „Prawdziwy mężczyzna płacze tylko wtedy, gdy szampon szczypie w oczka”.

A jak zmienił się ten wzorzec kulturowy mężczyzny? Czy dzisiaj mężczyzna zna swoje miejsce? Wie, kim jest?

– Można zaobserwować interesujące pomieszanie pomysłów na bycie mężczyzną. Z jednej strony moc­ no jest wdrukowana w kulturę idea faceta – mężne­ go zdobywcy i zarządcy. Ale z drugiej strony kobiety stanowczo i w znacznym stopniu skutecznie strącają mężczyznę z tego pomnika, na którym tak dumnie i groźnie stał przez stulecia. Protesty mężczyzn bro­niących swej władzy, czyli patriarchatu, czasem są skuteczne. Przykład: jedenastu kandydatów i ani jed­nej kandydatki na urząd prezydenta, bo przecież nie prezydentki RP. Czasem są to sytuacje komiczne, bo w sposób karykaturalny pokazują absurd patriarcha­ tu, a nawet różne nieszczęścia, jakie z niego wynikają. Jednak najczęściej spotykaną odpowiedzią na tę kul­turową zawieruchę jest formalna zgoda mężczyzny na genderową sprawiedliwość przy jednoczesnym niepraktykowaniu jej. Przykład: nierówność płac. Wy­daje mi się, że przyczyna tej sytuacji nie tkwi jedynie w smaku władzy. Warto pamiętać, że o naszych wy­borach i decyzjach, co jest dobre, a co złe, co nam się podoba, a co budzi niesmak, decydują nie tylko bie­żące okoliczności, ale także tak zwana mitologia ro­dzinna, a więc to, co nam z pokolenia na pokolenie jest przekazywane przez naszych przodków. I wśród tych przekazów, często przecież płynących poza na­szą świadomością, jest wzór genderowy. Więc jeśli młody mężczyzna z XXI wieku dowiaduje się od swej partnerki, że lepsza jest rodzina egalitarna niż patriarchalna, to nawet jeśli on się z tym „na rozum” zgadza, to z zakamarków jego psychiki doleci głos dziadka czy pradziadka obśmiewający go i tę jego zgo­dę na równość płci: „Ty pantoflarzu! Sprzątasz? Go­tujesz? Zmieniasz dziecku pieluchy? Może niedługo będziesz rodzić dzieci?” To, że dziadek przewraca się w grobie, to pół biedy, gorzej, że jego krytyka docie­ra do tego mężczyzny jako oskarżenie o nielojalność wobec rodu męskiego i wszystkich przodków. W ten sposób pradziadek utrudni mu godne zejście z po­mnika, a w konsekwencji – kobiety zmusi do bardziej odważnych i energicznych, chciałoby się powiedzieć – mężnych akcji. A mężczyzna im bardziej będzie pro­testował, tym bardziej będzie śmieszny. I to nie będzie tylko kwestia podziału zadań domowych ani irytacja mężczyzny, że on nie ma już tej władzy co jego ojciec, a zwłaszcza dziadek czy pradziadek. To jest sytuacja, w której mężczyzna zadaje sobie pytanie: „Skoro już nie jestem władcą i szefem w rodzinie, to kim jestem?”.

John Eldredge w książce Dzikie serce. Tęsknoty męskiej duszy pisze: „Chłopiec musi coś atakować i tak samo mężczyzna, nawet jeśli jest to tylko mała biała piłka golfowa. Chce ją wbić do przyszłego królestwa. (…) Nudzą ich gry, w których nie ma elementu ryzyka, współzawodnictwa albo rozlewu krwi. Gry zespołowe oparte na „względnej zależności” są dla nich zupełnym nonsensem. „Nikt nie zginął?”, pytają niedowierzająco. „Nikt nie wygrał? To o co w tym chodzi?”. Czy w tej naszej definicji chłopca w mężczyźnie jest miejsce na wojowniczość albo wręcz agresję?

– Myślę, że tak. Oczywiście jest to kwestia doboru słów. Jeżeli mówimy o energii, to będzie brzmiało to pięknie. Słowo „wojownik” też ma miłe konotacje. „Agresja” już nie do końca. A jeszcze gorzej: wro­gość, niszczenie, poniżanie czy nienawiść, a te okre­ślenia współtworzą spektrum reakcji emocjonalnej na świat. Zadaniem rodziców jest rozmawiać z młodym chłopcem, a jeszcze nie mężczyzną, i pokazywać mu złożoność świata oraz różnicę między dobrem a złem. Może pomocne będzie owo rozróżnianie między ener­gią, która buduje, a nienawiścią i niszczącą agresją. Pamiętam z dzieciństwa książkę o rzece Sole. Wez­brana rzeka dzięki zbudowanej przez ludzi tamie da­wała prąd elektryczny. Groźny i niszczycielski żywioł zamieniał się w światło dla miast i wiosek. Robiło to na mnie, kilkuletnim chłopcu, wielkie wrażenie. Przy­wołuję to wspomnienie jako ilustrację sytuacji, z którą często mamy do czynienia w psychoterapii. Otóż do­brze jest zauważyć w sobie owe „żywioły” nie udawać, że ich nie ma, znaleźć je gdzieś w zakamarkach swo­jej świadomości, nie blokować ich fałszywą słodyczą. To pomoże lepiej zrozumieć siebie samego, historię swojego życia, lepiej rozumieć własne relacje z ojcem albo z rówieśnikami sprzed kilkudziesięciu lat. Chodzi o to, by wykorzystać ten żywioł, który dzięki tamie wy­produkuje energię, a nie zniszczy łąk i pól. Natomiast tłumiona agresja może prowadzić do różnych szkód, chociażby do objawów psychosomatycznych albo na­głych wybuchów wściekłości niszczącej osoby bliskie czy – w wersji miękkiej – nadmiernej surowości metod wychowawczych. Bo nie lubimy o sobie myśleć, że je­steśmy agresywni, ale – jak niejeden rodzic tłumiący agresję uważa – „dyscyplina musi być”.

Skąd bierze się ta agresja w dorosłym mężczyźnie?

– Jednym z najpotężniejszych instynktów, obok in­stynktu seksualnego, jest potrzeba mocy. Dawniej moc mężczyzny była uwarunkowana przede wszystkim fi­zycznie: był silniejszy, bo miał lepiej rozwinięte bicepsy, był szybszy. A teraz ta potrzeba mocy jest organizowana i regulowana kulturowo. Ale warto pamiętać, że to, ja­kie zwyczaje uznamy za męskie, będzie też zależeć od naszego „wyposażenia hormonalnego”. Bo to kobieta ma w swoim organizmie więcej oksytocyny, o której się mówi, że jest odpowiedzialna za empatię, a mężczyzna, a nawet chłopiec ma w sobie więcej testosteronu, a więc hormonu odpowiadającego za agresję. I w tym się wy­raża ten fascynujący splot czynników biologicznych i kulturowych, dotyczących przecież obu płci. A potrze­ba posiadania drugiej osoby, potrzeba bycia lepszym, zdobycia sławy czy poklasku będzie nami, niezależnie od płci, rządzić tym bardziej, im mniej poddamy tę potrzebę refleksji, im mniej będziemy zdawać sobie sprawę, że jest to egzystencjalna pułapka. Będziemy wówczas „szaleć i rozrywać się” poprzez udział w zawo­dach, czy to sportowych, czy politycznych, czy korpora­cyjnych. Będzie to potrzeba zwyciężania. Każda z płci będzie w tych zawodach uczestniczyć inaczej, ale z tych zawodów niechętnie zrezygnuje.

Czy chęć zwyciężania może przerodzić się w potrzebę dążenia do władzy?

– U mężczyzny więcej będzie tego instynktu władania, władczości, dążenia do zwycięstwa aniżeli u kobiety. A potrzeba władania bywa pułapką dla męskiej duszy. Bo można tracić empatię, wrażliwość na sprawy drob­ne, a piękne czy wewnętrzny spokój i łagodność. Nie chcę przez to powiedzieć, że nie ma władców mają­cych na względzie dobro powszechne, tylko że potrze­ba władania może być wirusem niszczącym i może być zbudowana z tej energii, o którą pani pyta. Moim ma­rzeniem jest, by ci, którzy sprawują władzę lub o nią walczą, byli świadomi swych motywacji i tych pułapek i by umieli monitorować swoje instynkty.

Czy w naszej definicji chłopca w mężczyźnie jest potrzeba miłości, bliskości, relacji?

Wierzę, że oprócz potrzeby wolności u mężczy­zny jest potrzeba bliskości, „bycia z”, bycia w relacji. Niektórzy psychoterapeuci uważają, że to „ja indy­widualne” będzie w miarę społecznego dojrzewania słabło, a „ja relacyjne” stanie się podstawową perspektywą naszej tożsamości. Jeśli nie zadbam o „ja relacyjne”, to grozi mi smutek samotności, obcości, izolacji. Warto więc dbać o takie bycie wśród innych i z innymi, by móc realizować potrzebę bliskości. Kulturowe utrudnienie, o tym już rozmawialiśmy, polega na tym, że mężczyźnie jakoby bardziej przy­stoi siła i twardość niż czułość i delikatność. I w ten sposób kultura zastawia pułapkę na niezwykle waż­ną potrzebę ludzką, bo przecież nie tylko kobie­cą: potrzebę miłosnej wymiany i bycia w głębokiej relacji.

A jak ta potrzeba bycia w relacji ma się do jego potrzeby wolności?

–  To jedno z najważniejszych wyzwań w życiu dorosłego człowieka: umiejęt­ność budowania równowagi, chociażby chwiejnej, między tymi dwiema fun­damentalnymi potrzebami: wolności i miłości. Sama miłość bez wolności to miłość zniewalająca, więź stająca się więzieniem. A sama wolność bez miłości to z kolei wolność swawolna bez odpo­wiedzialności, prowadząca do samotno­ści. Więc ważnym zadaniem każdego z nas jest równoważenie obu tych nut, żeby się dobrze komponowały, żeby ze sobą współgrały. I – jeśli wolno wyjść na chwilę poza obszar tylko męski – ta idea trafnego połączenia „razem” z „osobno” dotyczy każdej płci. Będąc w stanie mi­łosnym, nie zmuszać drugiego do niewo­li, nie zagarniać drugiego przy pomocy miłości. A będąc w stanie wolności, nie zbudować takiej swobody, że dojdzie do zniszczenia miłości. O te dwie nuty, miłość i wolność, warto zadbać. W ten sposób mężczyzna zatroszczy się też o tę część chłopięcą. Tam jest miejsce i na wolność, i na miłość. Taką wolność, która zdobywa, która może nawet czasem rzą­dzi. Ale jest też miejsce na miłość, czyli na bliskość, zawierzenie, delikatność.

A jeśli w mężczyźnie jest więcej chłopca niż dojrzałego mężczyzny?

– No właśnie. Bo chociaż atrakcyjny jest mężczyzna, który emanuje energią, ra­dością, czułością, wrażliwością, zacieka­wieniem i tak dalej, to przecież chciałoby się, żeby obok tych cech miał także od­powiedzialność, uważność i roztropność. A tego będzie u mężczyzny mniej, jeśli zdominuje go jego wewnętrzny chłopiec. Możliwe, że na kilka romantycznych spo­tkań albo wycieczkę w góry przyjemniej będzie spotkać się z tym, w którym do­minuje chłopiec, ale na dłuższy związek lepiej, jeśli ten chłopiec będzie równoważony cechami dorosłości. Być może naj­lepiej by było, żeby ten mężczyzna miał dostęp zarówno do swojego wewnętrznego chłopca, jak i do dorosłego, a cza­sem nawet do wewnętrznego rodzica, który podpowie, co jest dobre, a co złe.