Znaki pamięci i nadziei

Znaki pamięci i nadziei

Ogarnęło nas uczucie niezwykłości związane ze świadomością, że jesteśmy pierwszymi dominikanami, którzy stanęli u mogiły misjonarza. Dotarliśmy do tego miejsca po dwóch tygodniach podróży. To był ktoś bliski, związany z naszą prowincją, wychowany w dominikańskiej tradycji, noszący taki sam habit.

Chiny 2000

„Każdemu, kto jest pierwszy raz w Chinach, po miesiącu wydaje się, że rozumie już wszystko. I każdy po miesiącu odkrywa, że tu rzeczy proste, znajome, oczywiste mają drugie dno” 1.

Wystarczające to ostrzeżenie przed spisaniem wrażeń i myśli z miesięcznego pobytu w Chinach, na przełomie lutego i marca. Początkowo myślałem o specjalnym zeszycie, dzienniku podróży. Tak przecież zwykle tytułuje się wrażenia z podróży. Kupiłem nawet zeszyt, oczywiście z okładką ozdobioną chińskimi znakami. Niestety, zapomniałem go zabrać. Stwierdziłem więc, że będę robił zapiski w kalendarzu.

Nasze cele

Pragnienie wyjazdu miało swe źródło w słowach naszego ojca generała, który przed kilkoma laty wspomniał o potrzebie myślenia o przyszłości chińskiego Kościoła i naszej tam obecności. Potem nastąpiło odkrycie (dla nas — wyjeżdżałem razem z Andrzejem, również dominikaninem — było to odkrycie) historii polskich dominikanów w Chinach w latach 1937–1953.

Pamiętam wzruszenie, które towarzyszyło mi podczas przeglądania pozostałych po nich pamiątek w teczce z napisem „Missiones”. Trochę zdjęć, listów ojca Sadoka Maćkowiaka, który był przełożonym, i podania z roku 1936 ojców i braci, którzy zgłaszali swoją gotowość wyjazdu na misje do Chin. Było wśród nich m.in. podanie o. Bocheńskiego. Pisał o wielkim znaczeniu misyjnej pracy, która byłaby ważniejsza od tego, co robi w Rzymie, a był wtedy wykładowcą — jak sam to określił — „pośledniejszych dyscyplin” (tzn. filozofii i logiki). Uwagę moją zwróciło zwłaszcza podanie o. Cyryla Szlachtowskiego, w którym pisał o pragnieniu męczeństwa: „Przyznaję się w tajemnicy O. Prowincjałowi, że od pierwszej Mszy św., jaką dzięki łasce Bożej odprawiałem, codziennie i w każdej Mszy św. proszę Boga o łaskę męczeństwa, jeśli taka jest Jego wola”. I doczekał go w 1944 roku. Trzecie zgłoszenie przysłał o. Łukasz Huzarski, niepozorny i chorowity, który — jak się okazało później — wytrwał w Chinach najdłużej.

Mieliśmy więc przed wyjazdem określone cele: odwiedzić miejsca, gdzie pracowali polscy dominikanie, odnaleźć grób o. Cyryla oraz — w miarę możliwości — przyjrzeć się sytuacji religijnej. Poza tym wyjazd w roku jubileuszowym miał być pielgrzymką do miejsca świętego. Kościół w Chinach jest święty przez swoich męczenników i wyznawców, zwłaszcza w obecnym czasie prześladowań.

Tego wszystkiego nie moglibyśmy zrealizować, gdyby nie hojny dar pewnej niepozornie wyglądającej kobiety. Za otrzymane od niej pieniądze mogliśmy wyruszyć.

Lepiej milczeć i być

„Do niektórych krajów misjonarze mają wzbroniony wstęp; w innych zabroniona jest nie tylko ewangelizacja, ale również nawrócenie, a nawet kult chrześcijański. Gdzie indziej trudności są natury kulturowej: przekazywanie ewangelicznego orędzia wydaje się mało znaczące czy niezrozumiałe, a nawrócenie traktowane jest jako porzucenie własnego narodu i własnej kultury” 2.

W klasyfikacji krajów, gdzie najbardziej prześladuje się chrześcijan, Chiny zajmują trzecie miejsce za Arabią Saudyjską i Afganistanem 3. Kiedy 1 października 1949 roku komuniści przejęli władzę, rozpoczęli systematyczne dzieło niszczenia religijnych tradycji. W 1953 roku ostatni zagraniczni misjonarze opuścili Chiny. Powstał Chiński Kościół Patriotyczny pod kuratelą partii. Działa tu również tzw. Kościół podziemny. Zazwyczaj mówi się jedynie o tym, że Kościół Patriotyczny nie uznaje zwierzchnictwa Papieża, a Kościół podziemny jest wierny Papieżowi. Trzeba zaś jeszcze mieć świadomość, że oba Kościoły poddawane są naciskom i prześladowaniom, a przy tym relacje między nimi są napięte, często wręcz wrogie. Sytuację dodatkowo komplikuje brak oficjalnych kontaktów ze Stolicą Apostolską.

Wielkim pragnieniem Papieża jest doprowadzenie do nawiązania stosunków dyplomatycznych z ChRL, które regulowałyby sprawę relacji między państwem a Kościołem, a przede wszystkim stworzyły możliwość pojednania Kościoła w Chinach. Przy okazji 80. urodzin Jana Pawła II, J. Navaro–Valls powiedział, że Papież ma dwa wielkie pragnienia: odwiedzić Rosję i Chiny.

Nasz wyjazd nie miał być typową akcją ewangelizacyjną. Zadziwiająco aktualne okazały się słowa Ignacego Antiocheńskiego: „Lepiej jest milczeć i być, niż mówić i nie być”. Dalej święty z II wieku wyjaśniał: „Dobrze jest uczyć, jeśli się robi to, co się mówi. Jeden jest tylko Nauczyciel (Chrystus), który rzekł i wszystko się stało, a to, co uczynił w milczeniu, godne jest Jego Ojca. Ten, kto prawdziwie posiadł słowo Jezusa, może słuchać także Jego milczenia, aby stał się doskonały i umiał (jak Jezus) działać przez swoje słowo i dał się poznać przez swoje milczenie” 4.

Słowa te stały się mottem wyprawy. Wydaje mi się, że nie była to kwestia asekuracji czy tchórzostwa. To realizm i chrześcijańska roztropność — ze mnie męczennika nie będzie. Chiny zbytnio liczą się z zagranicznymi gośćmi. Gdybym próbował publicznego głoszenia, jako zagraniczny obywatel zostałbym wydalony, podczas gdy prześladowani byliby ci, którzy się ze mną kontaktowali. Poza tym obecność, modlitwa i milczenie mają również ogromne znaczenie. Św. Dominik, nim zaczął nauczać, najpierw usłyszał i zobaczył taką potrzebę wśród albigensów. Dlatego też chcieliśmy usłyszeć, zobaczyć, dotknąć, posmakować, powąchać.

Pekin — początek wrażeń

Podróżowanie przypominało stawianie pierwszych kroków, nie wiadomo było, kiedy będzie następny i gdzie go postawimy. To dawało możliwość przeżywania tajemnicy Bożego prowadzenia, zgodnie ze słowami Psalmisty: „Powierz Panu swą drogę, Jemu zaufaj, a On sam będzie działał” (Ps 37,5).

Najpierw Pekin. Pierwsze wrażenia związane były z zapachem, który mi przypomniał schronisko dla bezdomnych. To mieszanina noszonych od wielu dni rzeczy, wylewanych na ulice brudów i swąd przeróżnych kuchni. Chińczycy sprawiają wrażenie, jakby zawsze byli na swoim miejscu. Nikogo nie dziwi ubiór (dysproporcje są ogromne), to że na głównym placu Tien–an– –Men obok prowincjuszy ubranych w łachmany stoją chińscy biznesmeni w garniturach, z nieodłącznymi komórkami. Bezdomność jest również związana ze świadomością — wiem o tym bardziej z tego, co czytaliśmy, niż widzieliśmy — że w każdym momencie mogą zostać pozbawieni wolności. Policję i wojsko widać wszędzie, chociaż nie narzucają się — jedynie na Tien–an–Men spostrzegliśmy, jak zabierali do policyjnego samochodu ludzi, prawdopodobnie związanych z ruchem Falungong. Wokół tzw. Zakazanego Miasta z potężnym portretem Mao nad wejściową bramą widzieliśmy trawę malowaną na zielono. Farbę rozpryskiwano tak, że zazielenił się na obrzeżach chodnik.

Ma Shen–fu

W Pekinie byliśmy tylko parę dni i wyruszyliśmy do Chongqing. To jedno z największych miast Chin, ma ok. 14 mln mieszkańców. Jest jednym z nielicznych, gdzie na ulicach nie widać najważniejszego środka lokomocji, czyli roweru. Podróżowaliśmy pociągiem 32 godziny, za oknem przesunęły się pory roku i krajobrazy. Od zimowego i nizinnego Pekinu, przez lessowe wyżyny z wykopanymi jamami, w których mieszkają ludzie (jak podają statystki — ok. 100 mln), do górzystych, wiosennie zielonych terenów centralnych Chin. Obrazy przesuwały się jak klatki na starych filmach, znikając w licznych tunelach. Poletka zazielenione warzywami i zbożem, przyczepione do wzgórz.

Zatrzymaliśmy się w hotelu i tam odprawialiśmy Msze święte. Po wielu perypetiach spotkaliśmy pierwszego chińskiego księdza. Pracuje w katedrze z XIX wieku, zaniedbanej i wciśniętej między nowoczesne domy przy bardzo ruchliwej ulicy. Przy tej katedrze mieszkali przez trzy miesiące nasi ojcowie, gdy przybyli do Chin.

Czekając na księdza, odmówiliśmy różaniec, patrząc na obraz Małej Tereski z Lisieux. Przypomniały mi się słowa chińskiego konwertyty, Johna Wu: „Znalazłem w niej żywą syntezę takich przeciwieństw jak pokora i odwaga, wolność i dyscyplina, radość i smutek, obowiązek i miłość, siła i tkliwość, łaska i natura, szaleństwo i mądrość, bogactwo i bieda, zbiorowość i indywidualność. Święta Teresa zdawała się łączyć w sobie serce Buddy, cnoty Konfucjusza i filozoficzne oderwanie Lao–tzu” 5.

Ksiądz dał nam adres starszego kapłana, który, będąc w gimnazjum, spotkał się z naszymi ojcami. Dotarliśmy do niego drogą wśród wzgórz i pól ryżowych. Dziwne to było spotkanie, gdzieś w górach w biednym domu. W jednej izbie kaplica z resztkami ołtarza, który udało się ocalić podczas tzw. rewolucji kulturalnej. Obok kuchnia z sypialnią. Mimo nieznajomości języka, porozumieliśmy się bez trudu. Pokazywaliśmy sobie zdjęcia, ksiądz z dumą pokazał obrazek z Papieżem, a na zakończenie odmówiliśmy Ojcze nasz po łacinie. Ofiarował nam zdjęcie grobu o. Cyryla z opisem miejsca, gdzie się znajdował. To okazało się najważniejszą wskazówką.

Kolejny etap to Fengjie, gdzie dotarliśmy, płynąc statkiem 25 godzin po Jangcy — trzeciej co do wielkości rzece świata. Rano poszliśmy do kościoła. Od ulicy widać prostokątny szyld z napisem Catholic Church. Wchodzi się w podwórze, potem na piętro, gdzie znajduje się duża sala z Najświętszym Sakramentem, obrazami św. Józefa i Maryi po bokach, a na głównej ścianie obraz Chrystusa Króla Wszechświata. Przedtem parter też należał do świątyni, teraz są tam sklepy i mieszkania. Starsza pani na nasze pytanie o księdza zaraz powiedziała, że był tu Ma Shen–fu i że został wyrzucony. Chodziło o ojca Sadoka Maćkowiaka. Zaczęła płakać, a jak pokazaliśmy jego zdjęcie, przycisnęła je do serca, pokazując, jak bardzo go kocha. Było to niezwykłe — pamiętała ojca po prawie 50 latach! W tym miejscu o. Sadok mieszkał i modlił się. Teraz ksiądz przyjeżdża tu tylko raz na miesiąc.

U grobu

Ostatni etap poszukiwań to Chengkou, do którego jechaliśmy 10 godzin autobusem górzystymi drogami z Wanxian. Towarzyszył nam spotkany w Wanxian kleryk, który mówił po angielsku. Bez niego trudno byłoby sobie poradzić, ponieważ na tych terenach znają tylko chiński. Wzbudzaliśmy wszędzie sensację. Pokazywano nas palcami i obserwowano dokładnie. Ostatni raz w centrum uwagi byłem podczas swojej I komunii i prymicji. Wielu ludzi mówiło, że pierwszy raz — poza telewizją — widzą białych (długonosych).

Chengkou, biedne i zaniedbane miasteczko, było miejscem samotnego życia o. Cyryla. Obecnie nie ma tu żadnego śladu kościoła ani życia misjonarza. Nie dowiemy się, na ile o. Cyryl rzeczywiście zdawał sobie sprawę z tego, co go tu spotka, choć w podaniu pisał: „Zdaję sobie doskonale sprawę z tego, że praca ta wymaga wielkiego poświęcenia się, że oddalenie się z ojczyzny może na całe życie ziemskie, a w każdym razie na 10–20 lat, wywoła tęsknotę, z którą trzeba będzie walczyć. Rozumiem, że zastosowanie się do psychologii Chińczyków będzie wymagało ode mnie bardzo wielkiego zaparcia się siebie. Zdaję sobie sprawę, że nieraz przyjdzie żyć w prawdziwym ubóstwie, że braknąć może i najkonieczniejszych rzeczy do życia”.

W Chengkou dowiedzieliśmy się, że grób ojca jest jeszcze oddalony o około 60 km. Pojechaliśmy tam rankiem. Ostatni, dwukilometrowy odcinek przeszliśmy piechotą — zepsuł się samochód. W polu pracowali wieśniacy, nosili w dużych koszach nawóz, rozbijali grudy stwardniałej ziemi. Na ich polu cztery groby, właściwie usypane wzgórki (wyglądają jak grobowce). Wskazują nam grób Shu Shen–fu.

Staruszek, który jest katolikiem, rozpoznaje na zdjęciu o. Cyryla. Mówi, że był świetnym piechurem (100 km w górach przez 2 dni), pamięta, iż razem z o. Sadokiem (Ma Shen–fu) pomagali sobie wzajemnie i spotykali się. Zresztą o. Cyryl zginął, kiedy szedł do Fengjie na uroczystość Wniebowzięcia zaproszony przez o. Sadoka, by wygłosić kazanie. Został napadnięty przez bandytów, którzy myśleli, że będzie miał przy sobie pieniądze. Ciało ukryte w krzakach zostało znalezione dopiero po miesiącu i pochowano je w najbliższej wiosce.

Pomodliliśmy się wspólnie przy grobie, zrobiliśmy zdjęcia. Ogarnęło nas uczucie niezwykłości związane ze świadomością, że jesteśmy pierwszymi dominikanami, którzy stanęli u tej mogiły. Dotarliśmy do tego miejsca po dwóch tygodniach podróżowania. To był wielki dar dla nas. Mieliśmy świadomość braterskiej jedności: to był ktoś bliski, ponieważ związany z naszą prowincją, wychowany w dominikańskiej tradycji, noszący taki sam habit.

Symbolicznie wręcz zabrzmiało, kiedy nasz przewodnik — ze względu na bezpieczeństwo — przedstawił nas jako krewnych zmarłego. Potem zaproszono nas na posiłek złożony z ryżu, mięsa wieprzowego, warzyw i ostrych przypraw. To wszystko zabezpieczone zostało chińską wódką, by nam — jak mówili gospodarze — dobrze się trawiło.

Znak „religii światła”

Wszelkich oznak religijnego życia (zwłaszcza chrześcijańskiego) wypatrywaliśmy pilnie i dotykaliśmy ze wzruszeniem. Ale jest ich w Chinach niewiele. To było pierwsze nasze doświadczenie spotkania z kulturą, której chrześcijaństwo jest zupełnie obce. W takim miejscu wyraźniej niż w Europie trzeba postawić sobie podstawowe pytania odnośnie chrześcijańskiej tożsamości, wyjątkowości, miejsca w świecie. Słowa brzmią tutaj inaczej, inaczej czyta się Pismo święte, modli się słowami Psalmów i celebruje Eucharystię. Zarazem sprawowanie Eucharystii i pochylanie się nad Bożym Słowem w chińskiej rzeczywistości jest świadectwem i doświadczeniem powszechności Kościoła.

W drodze powrotnej do Pekinu zatrzymaliśmy się w Xi’an. To kolebka chińskiej cywilizacji i najstarsza stolica cesarskich Chin. W Shaanxi Provincial Museum znajduje się najstarsze świadectwo obecności chrześcijan (byli to nestorianie) w Chinach. Jest to kamienna stela 6. Zobaczyliśmy ją pośród kilku tysięcy innych stel (stąd nazwa „Las Stel”), na których zachowane zostały kodeksy buddyjskie, konfucjańskie i taoistyczne oraz liczne zapisy pozwalające odkryć historię Chin. Napis główny na steli chrześcijańskiej, którą postawiono w 781 roku, głosi: „Pamiątka rozpowszechnienia w Chinach religii światła przybyłej z Daqin”. Dalej tekst opowiada o Bogu Stworzycielu, człowieku, Odkupicielu i Jego działaniu (także przez Ducha Świętego), posłudze kapłanów. Znajdujemy w nim schemat myśli taoistycznej: Bóg jest „początkiem początków”, Dao wszechświata, czyste i niepodzielne. A także wątki zaczerpnięte z myśli biblijnej, perskiej i buddyjskiej. Chrystus jest przede wszystkim znany jako mistrz mądrości, który zniszczył śmierć i odnowił życie.

Stela chrześcijańska jest świadectwem, że „religia światła” miała swoje miejsce w Chinach. Z tego względu na pytanie, czy chrześcijaństwo jest religią obcą w Chinach, trzeba odpowiedzieć z jednej strony, że tak, biorąc pod uwagę sam przekaz ewangeliczny, objawienie Boga transcendentnego, który zbawia grzeszną ludzkość, gdyż jest on obcy religiom chińskim skupionym bardziej nad poszukiwaniem rytualnej harmonii między niebem i ziemią, ale również trzeba odpowiedzieć, że nie, ponieważ chrześcijaństwo jest w Chinach od VII wieku 7. W Xi’an zwiedziliśmy jeszcze główną świątynię taoistyczną i buddyjski klasztor. Towarzyszyła nam smutna świadomość, że to miejsca dla większości Chińczyków niezrozumiałe, bardziej kojarzone ze skansenami. Miłą niespodzianką był tzw. Wielki Meczet w dzielnicy muzułmańskiej. Powierzchnia, jaką zajmuje meczet z przyległościami, to 13 tys. metrów kwadratowych. Nim dojdzie się do właściwego miejsca modlitwy, przechodzi się przez liczne bramy, z bardzo piękną tzw. Kamienną Bramą oraz Pawilonem Feniksa. Ale największe wrażenie zrobiła na nas modlitwa muzułmańska. Zeszło się około 150 mężczyzn i w milczeniu zaczęli oddawać cześć Bogu Jedynemu.

Brak pamięci historycznej

„Wszystko to marność i pogoń za wiatrem” — jak mówi Kohelet czytany przez nas w modlitwie brewiarzowej — to właściwe podsumowanie klasztoru Shaolin, do którego dotarliśmy z Xi’an. Ostrzegali w przewodniku, że nie jest to obecnie zbyt interesujące miejsce. Rzeczywiście klasztor robi wrażenie połączenia wesołego miasteczka z odpustem w wiejskiej parafii. Nie widać monastycznego skupienia i tradycji kung–fu, choć są tu grupy ćwiczących chłopców, którzy przyjeżdżają na tygodniowe obozy sportowe. Godny uwagi był jedynie kamień, w którym miało się odcisnąć oblicze medytującego mnicha oraz jedna z sal, gdzie wgłębienia w kamiennej posadzce miały świadczyć o wytrwałej pracy adeptów sztuki walki.

Stamtąd wyruszyliśmy do Kaifengu, gdzie zwiedziliśmy buddyjski klasztor i świątynię taoistyczną. W XVI wieku żyła tu wspólnota zachowująca Prawo Mojżeszowe. Obecnie z synagogi pozostała tylko studnia, którą można zobaczyć w kotłowni miejskiego szpitala.

W buddyjskim klasztorze miało miejsce znamienne spotkanie z przedstawicielem państwowego personelu. Na jego pytanie, jak nam się podoba, powiedziałem, że to wygląda trochę jak przedstawienie i nie ma związku z realnym monastycznym życiem. Coś w rodzaju skansenu, w którym buddyjscy mnisi przedzierają bilety, sprzedają kadzidła z drzewek sandałowych oraz sprzątają po turystach. Odpowiedział grzecznie, wychwalając chińskie prawo, które pozwala jednak żyć mnichom (jest ich czternastu) i zajmować się swoim wewnętrznym życiem. A sprzedawanie kadzidełek jest niezgodne z prawem.

Chiny sprawiają wrażenie, jakby historia zaczęła się niedawno. Pojawia się to w wypowiedziach, kiedy sami Chińczycy używają określenia, że „po wyzwoleniu” (tak nazywają przejęcie władzy przez komunistów w 1949 roku) coś się wydarzyło czy zmieniło. To zadziwiający zanik pamięci. Nikogo nie dziwi tysiącletnia świątynia buddyjska zaniedbana, dosyć trudna do odnalezienia, schowana trochę wstydliwie między targiem a sklepami. Miejsca potrzebne na nowe inwestycje często zdobywa się kosztem pomników historii.

To kraj rozwijający się, pochłonięty pracą, robieniem pieniędzy, ich wydawaniem. Bez korzeni zanurzonych w swojej tradycji duchowej. Kult pieniądza — w pewnych sytuacjach potrzebnego do przeżycia, ale w pewnych już do posiadania — prowadzi do nieustannego zawyżania cen (tzn. do próby oszukiwania naiwnych, w tym przypadku nas), robienia czegoś z oczekiwaniem zapłaty.

Programy informacyjne przypominają środkową epokę Gierka w Polsce. Przez 25 minut pokazywane są sprawozdania z inwestycji, rozwoju kolejnych gałęzi przemysłu, uszczęśliwionych mniejszości narodowych, sukcesów dyplomatycznych chińskich przywódców. Potem trzy minuty migawek ze świata. W czasie, kiedy byliśmy, najczęściej pokazywano zasmuconego Clintona, manifestacje w Austrii i skutki trzęsienia ziemi w Mozambiku, a na zakończenie — pięć minut prognozy pogody. Oglądając telewizję, chciałoby się zapytać: „Dlaczego jest tak źle, skoro jest tak dobrze?”. Nędza wielu ludzi jest widoczna od razu i wszędzie, obok wielkich inwestycji, ekskluzywnych sklepów — wielka rzesza czyścibutów, żebraków i tragarzy dźwigających na bambusowych drągach ogromne ciężary.

Znów Pekin

Po powrocie do Pekinu szukaliśmy znaków pamięci i nadziei. Sztandarowe miejsce tzw. patriotycznych katolików — Katedra Niepokalanego Poczęcia Najświętszej Maryi Panny, w której 6 stycznia 2000 wyświęcono bez zgody Papieża sześciu biskupów (mogliśmy obejrzeć zdjęcia w gablocie parafialnej) — jest zarazem katedrą jubileuszową. Przedziwne to złożenie, ukazujące z jednej strony zniewolenie Kościoła Patriotycznego, ale także pragnienie i świadomość łączności z Kościołem powszechnym.

Odnaleźliśmy też grób Matteo Ricciego, genialnego jezuickiego misjonarza z XVI wieku. Mimo że w przewodniku piszą o potrzebie specjalnego pozwolenia, które otrzymuje się od urzędnika ds. wyznań, udało się nam dotrzeć do celu bez trudu. Cmentarz znajduje się bezpośrednio za szkolnym placem zabaw. Z jednej strony są trzy pomniki : z lewej A. Scholla, w środku Ricciego, z prawej Verbiesta — to trzej najwięksi misjonarze w Chinach. Obok cmentarzyk z kilkoma stojącymi płytami nagrobnymi, m.in. jezuitów z XVIII wieku. Aż dziwi, że ocalały te świadectwa chrześcijańskiej obecności. Tego dnia w czasie Mszy świętej czytaliśmy w liście św. Pawła: „wiadomo, żeście listem Chrystusowym, (…) listem napisanym nie atramentem, lecz Duchem Boga żywego” (2 Kor 3,3). Niewątpliwie Ricci był takim listem Jezusowym do Chińczyków.

Generalnie Chińczycy negatywnie oceniają historię chrześcijańskich misji, ale w propagandowej książeczce Katolicyzm w Chinach, wczoraj i dziś Gu Yulu wspomina — jako o elemencie pozytywnym — ewangelizację w duchu Matteo Ricciego. Wskazuje na trzy elementy decydujące o sukcesie Ricciego: zachowanie lokalnych zwyczajów, nawiązanie kontaktów z elitami oraz intelektualną posługę Chińczykom.

W domu

Po powrocie czekają nas codzienne zajęcia polskiego księdza. Chociaż od Pekinu dzieli nas kilka tysięcy kilometrów, możemy jednak przyłączyć się do słów Papieża: „Pozwólcie, siostry i bracia tutaj obecni, że otworzę przed wami serce, nawiązując niejako duchową rozmowę z biskupami, kapłanami, zakonnikami, zakonnicami i licznymi wiernymi, zamieszkującymi Chiny kontynentalne. (…) Pragnąłem podzielić się z wami miłością i troską, jakimi darzę Kościół w Chinach” 8.

1 W. Kalicki, W domu Smoka, Warszawa 1999, s. 33.
2 Jan Paweł II, Redemptoris missio, 35.
3 Por. K. Wypustek, A. Sadat, Holocaust na chrześcijanach, „Życie” 54/2000.
4 Św. Ignacy Antiocheński, Do Kościoła w Efezie, XV, 1–2, w: Pierwsi świadkowie. Ojcowie żywi, t. VIII, Kraków 1988, s. 139–140.
5 J. Wu, Ponad Wschodem i Zachodem, Warszawa 1994, s. 192.
6 Por. M. Blaza SJ, T. Grodecki, Nestorianie — kim byli i kim są dzisiaj?, „Przegląd Powszechny” 7–8/1998.
7 Por. J. Charbonnier, Histoire des Chrétiens de Chine, Paryż 1992, s. 13, 18–23.
8 Orędzie Ojca Świętego do Kościoła w Chinach, w: „L’Osservatore Romano” 2/1997.

Znaki pamięci i nadziei
Krzysztof Popławski OP

urodzony 5 października 1964 r. w Ostródzie – dominikanin, rekolekcjonista, misjonarz na Tajwanie i w Chinach, dwukrotny prowincjał polskich dominikanów (2006-2014), socjusz generała zakonu ds. Europy Wschodniej i Środkowej (2014-2020). Mieszka w Warszawie....