Chluba i zakała wszechświata

Chluba i zakała wszechświata

W porządku stworzenia jest Ojcem natury i człowieka. Dzięki Niemu istnieje świat, to On tchnął i ożywił glinę, dając jej duszę i pragnienie posiadania potomstwa. Zamysł Stwórcy sprawił, że ciało mężczyzny dojrzewa do posiewu życia, a łono kobiety do zrodzenia niemowlęcia, piersi do karmienia.

Kim jest ojciec? To ktoś posiadający w sobie siłę fizyczną, moralną i duchową. Ziemski ojciec poprzez pryzmat siebie przepuszcza światło Bożego Ojcostwa. Mężczyzna nie może zachowywać się jak płochliwa niewiasta. Uginając się przed naporem lęku o własne życie, zabija w sobie coś istotnego. Powołanie? Sens życia? A może chodzi o wewnętrzne wezwanie do duchowego ojcostwa, o tożsamość mężczyzny?

Dlaczego ojciec jest gotów umrzeć, aby ocalić życie żony i dzieci? Może dlatego, że jest podobny do dzielnego Pana Zastępów. Pismo święte wiele opowiada o męstwie Boga: Bóg podobny jest do wojownika na ognistym rydwanie, wobec zła i niesprawiedliwości jest stanowczy — zapala się w nim gniew i oburzenie — „z Jego nozdrzy unosi się dym”.

Bóg jest mężny i odważny. Już samo stworzenie człowieka było aktem odwagi z Jego strony. Człowiek otrzymał dar wolności. Nadużył jej i zgrzeszył w ogrodzie Eden. Aktem męstwa ze strony Boga było wychodzenie naprzeciw grzesznikom. Ale ludzie zabijali proroków Pana, zrywali przymierza, flirtowali i uprawiali religijną prostytucję. Tymczasem Bóg powstrzymuje ludzkie ręce wyciągnięte w stronę bożków wabiących wolną miłością, garnkami mięsa, igrzyskami i krwią. Ich spojrzenia fascynują, mają w sobie coś magnetycznego: witalność, seks, okrucieństwo, blask śmierci, szał.

Mężczyzna też ma być mężny. Aktem odwagi z jego strony jest czynienie kobiety matką. Mężczyzna przełamuje intymność kobiecego ciała, łącząc się z nią fizycznie i duchowo. Okazuje się mężny, biorąc odpowiedzialność za nią i dziecko, które może się narodzić. Decydując się na akt seksualny, budzi w sobie odwagę zostania ojcem. Jeśli zaś nie stać go na ten akt męstwa, łamie seksualne tabu, postępując występnie. Bez otwarcia się na ojcostwo staje się egoistą bądź biologicznym reproduktorem. W pierwszym przypadku ojciec wyrzeka się dziecka, w drugim chce je posiadać, angażując się w przyjemną dla siebie technologię powielania organizmów albo nawet laboratoryjną produkcję ludzkich płodów. U źródeł tak pojętego ojcostwa leży roszczenie do posiadania dziecka. Ojciec–reproduktor chce mieć dziecko i nie wiadomo, co odróżnia jego pragnienie potomka od żądania chleba czy igrzysk. Przy takiej postawie nie jest ważny moment i sposób poczęcia, nieważne nawet, kto będzie matką. Dziecko ma być dorodne i budzić dumę w ojcu — szczęśliwym jego posiadaczu. Jest ono bowiem obiektem pożądania i rodzajem nabytku, wynikiem transakcji.

Czym zgrzeszył młodszy syn?

By zrozumieć Boże ojcostwo, trzeba zrozumieć, kim jest człowiek. Prawda o człowieku jest ambiwalentna. Dotyczy kogoś, kto jest dzieckiem Bożym, a z drugiej strony, kto okazuje się marnotrawnym synem. Blaise Pascal powie, że człowiek „jest chlubą i zakałą wszechświata”. Bóg tymczasem jest miłosiernym Ojcem. Takie jest świadectwo Jezusa Chrystusa — Syna Bożego. Tę prawdę ilustruje przypowieść o synu marnotrawnym. Opowiada ona o Bogu i człowieku. Bogiem jest stary ojciec, człowiekiem zaś synowie: młodszy — marnotrawny, i starszy. Młodszy syn grzeszy wobec ojca, żąda części majątku, która mu się należy, odchodzi w siną dal i, żyjąc rozpustnie, traci pieniądze. Na czym polega jego grzech? Na pożądliwości? Przecież pożądał pieniędzy, a potem prowadził nieumiarkowane i hulaszcze życie. Może na nieposłuszeństwie? Jezus nie sugeruje, jakoby grzechem młodszego syna był brak posłuszeństwa. Ojciec nie narzuca swojej woli, nie próbuje wyperswadować dziecku, które przyszło po pieniądze, aby nie zabierało majątku i nie odchodziło. Zażądanie części majątku równoznaczne jest w tym wypadku z odejściem. Syn jakby nie chciał mieć już ojca. To on chce być odtąd ojcem dla siebie.

Jezus nie dopowiada wszystkiego. Nie znamy myśli młodszego syna, znamy tylko dramatyczny bieg wypadków. Być może nawet syn nie do końca wiedział, jak złe jest to, co czyni. Coś go pchało, aby tak właśnie postąpić. Obudziło się w nim pragnienie bycia niezależnym od własnego ojca. Czy dążenie do wolności było naczelnym motywem wyprowadzenia się z rodzinnego domu? Nie, bo syn był wolny. Przecież bez kłopotu dostał to, czego żądał, i bez problemu opuścił dom, kierując się w nieznane strony.

Pycha

Marnotrawny syn zgrzeszył pychą, uważając, że to, co otrzymuje od ojca, mu się należy. Tymczasem wszystko było darem i miłością ojca. Kościół poucza nas, że pokora nie może sobie rościć prawa do daru miłości. Żądanie spadku oznaczało roszczenie takiego prawa. Żaden człowiek nie ma moralnych podstaw, aby żądać od kogokolwiek miłości. Czym innym jest domagać się miłości i egzekwować domniemane prawo do niej, a czym innym jest oczekiwać na nią.

Bóg kocha każdego i bezwzględnie, z grzechami i całym dobrodziejstwem inwentarza naszych wad. Fakt miłości Bożej nie oznacza jednak, iż się nam ona słusznie należy. Ona nam wcale nie przysługuje i nie możemy mieć o to pretensji do Pana. Paradoksalnie, nie mamy prawa do daru miłości.

To dość nieznośna prawda. Z drugiej strony otrzymujemy coś więcej niż prawne zabezpieczenie i formalny warunek bycia kochanymi, bo samą miłość. Ktoś powie: jeśli Bóg jest miłością, to musi nas kochać. Jeśli musi, to słusznie rościmy sobie do tego prawo. Taka konieczność ma charakter formalno–logiczny. Bóg nie jest jednak wytworem logiki formalnej. Jesteśmy kochani, a mimo to nie możemy uważać, że posiadamy zobowiązanie do Jego miłości. Nieporozumieniem jest sądzić, że mamy prawo do zdrowia, żony lub męża, do posiadania dzieci, do ulg, darowania win, usprawiedliwienia naszych słabości. Są to oznaki miłości Bożej, a ta się nam należy.

Święty Tomasz z Akwinu pisze na kartach Sumy teologicznej, że pycha Adama i Ewy polegała na nieuporządkowanym dążeniu do dobra duchowego. Jej skutkiem zaś są: nieposłuszeństwo polegające na wypaczeniu ludzkiej zdolności wyboru dobra, łakomstwo — czyli nieumiarkowane dążenie do przyjemności, zła wiedza — zniekształcająca ludzką świadomość, i zawierzenie szatanowi mówiącemu: „będziecie jako bogowie”. Akwinata powiada obrazowo, że tak jak anioł przemówił przez oślicę do siedzącego na niej proroka Balaama, tak demon przemówił przez węża do biblijnej Ewy.

Sprężyną działań syna marnotrawnego również jest pycha i namowa szatana. Myśli, które pchnęły go do zażądania części majątku, były posiewem demona. Można przypuszczać, że gniew starszego syna i jego zgorszenie ojcem uradowanym z powrotu brata również są dziełem złego. Czy starszy syn im uległ, tego Ewangelia nie dopowiada.

Świniopas

Przypowieść mówi, że kiedy młodszy syn wydał wszystkie pieniądze i został bez grosza, zaciągnął się do wypasu świń. Było to jednak na tyle mało rentowne zajęcie, że nadal przymierał głodem, zazdroszcząc trzodzie żarła. Dla Żyda to historia o totalnym upokorzeniu. W oczach Hebrajczyków świnia jest nieczystym, obmierzłym i wulgarnym czworonogiem, zwierzęciem rubasznym, a nawet demonicznym. Nie przypadkiem Pan Jezus, uwalniając opętanego od demonów, pozwolił im wejść w stado wieprzów. Kiedy się to stało, oszalałe świnie z zaszczepionym instynktem śmierci pognały na złamanie karku w kierunku jeziora i potopiły się w jego odmętach. Dziwna rozkosz samodestrukcji zwyciężyła siły witalne i instynkt życia.

Pasący wieprze młodszy syn zrozumiał, iż zszedł na manowce wiodące ku śmierci. Świnie miały prawo jeść i żyć, a on nie miał nawet szans, aby wegetować. Sprężyny grzechu i cała maszyneria zła przestały działać z chwilą, gdy syn pomyślał o ojcu. Była to jednak inna myśl niż ta, która go zwiodła i wepchnęła w błędne koło samodegradacji. Syn pomyślał, że ojciec jest dobry nawet dla najemników. W tym momencie i on był jednym z nich. Problem w tym, że jego obecny pan wyżej stawiał wieprze niż strzegących je pasterzy.

Wtedy postanowił wrócić, przeprosić ojca i nająć się jako pastuch. Nie była to łatwa decyzja. Oznaczała przyznanie się przed sobą do porażki dotychczasowego sposobu myślenia i postępowania względem ojca. Nie poznał się wcześniej na jego dobroci. Ojciec wiele mu dał, choć — jak się teraz okazało — nie musiał.

Myśl o ojcu budzi w nim nadzieję, ale również wstyd i poczucie winy oraz świadomość, że jest niegodny takiego ojca. Ojciec jest kimś szlachetnym i pięknym duchowo, a on nie. Marnotrawca pozbawiony jest nawet dobrego imienia. Nie tylko nie dysponuje żadnymi dobrami, którymi mógłby się podzielić, ale w sobie samym nie znajduje żadnego dobra. Jedyne, co może uczynić, to przeprosić i skorzystać ze szczodrobliwości ojca, która przede wszystkim dotyka jego chorej duszy, przywracając jej poczucie godności. W tym tkwi jedyna dobroć uczynków grzesznika. Syn dawno stracił cnotę, została mu jedynie myśl o pokornym powrocie i nadzieja w ojcu, którego dobroć staje się bardziej czytelna w zestawieniu z niegodziwością syna, moralną deprawacją kurtyzan i bezwzględnością pracodawców.

Obraz Ojca

Ojciec nie tylko przebacza synowi: więcej, wzrusza się jego powrotem, wybiega mu naprzeciw, rzuca mu się na szyję i całuje go. Kiedy syn mówi: „Ojcze, zgrzeszyłem przeciw Bogu i względem ciebie, już nie jestem godzien nazywać się twoim synem”ojciec ubiera go w najlepszą szatę, daje mu pierścień na rękę i sandały na nogi. Przepiękną ilustracją powrotu syna marnotrawnego jest słynny obraz Rembrandta znajdujący się obecnie w Ermitażu. Ojciec przedstawiony jest jako starszy mężczyzna. Jego postać jest nieco skurczona, łagodna twarz jest przeorana cierpieniem, głowa pokryta siwizną. Z tej wątłej fizycznie postaci emanuje siła ducha, liryzm i miłosierdzie. Godność ojca i moc jego miłości podkreśla zdobna czerwona szata. Dłonie spoczywają na ramionach klęczącego u jego stóp syna. Jest to młody mężczyzna ubrany na żółto w resztki odzienia, które kiedyś być może było wytworne. Jedna z jego stóp jest bosa, druga w zniszczonym sandale. Twarz i dłonie ojca są na obrazie oświetlone. Miłosierdzie jest światłem oblicza i dłoni. Te części ciała wyrażają jego ducha. Twarz starszego syna znajduje się w świetle ukazującym jej twarde rysy, chłód i frustrację. Jego splecione na piersi ręce pozostają w cieniu, nie spływa na nie światło twarzy. Nie jest to światło, które by rozpraszało mroki, jest ono dziwne i zamknięte w sobie.

Henri Nouwen w Powrocie syna marnotrawnego pisze, że jedna z dłoni ojca na płótnie Rembrandta jest ręką kobiety, a druga ręką mężczyzny. Wydaje się, że holenderski malarz chciał w ten sposób powiedzieć, że Bóg jest wyjątkowym ojcem, kimś więcej niż mężczyzna posiadający potomstwo. Bóg nie jest mężczyzną, ale jest ojcem. Mężczyzna nie jest Bogiem i też jest ojcem, ale tylko dlatego, że do jakiegoś stopnia uczestniczy w Bożym ojcostwie. Kobieta — matka także — w jeszcze bardziej zagadkowy sposób partycypuje w ojcostwie Boga. Ma ona istotny udział w zrodzeniu człowieka. W pewnym sensie Bóg jest i ojcem, i matką, mówi nam zresztą o tym Pismo święte. W Księdze Izajasza czytamy, że choćby niewiasta porzuciła swoje niemowlę, to Bóg nigdy nie zapomni o Izraelu. Pan jest wierny i czuły, dlatego jego dzieci nie są nigdy sierotami. Jednak symbolika biblijna jest niezmienna i nie można do Boga wołać „matko nasza”. Jezus uczy nas zwracać się do Boga słowami Ojcze nasz…

To ojciec rodziny jest szczególnie odpowiedzialny za obraz Boga, jaki otrzymają jego dzieci, patrząc na niego i identyfikując się z nim. Matka jest nie mniej ważna. Ona czyni z mężczyzny ojca i to nie tylko w chwili porodu, ale na co dzień, będąc żoną i matką. Więź istniejąca między rodzicami tworzy ramy duchowego i psychicznego dojrzewania dziecka. Inna jest jednak rola mężczyzny, a inna kobiety. Jest prawdą psychologiczną, że Boga jako ojca poznajemy przez pryzmat miłości do ojca ziemskiego. Jeśli posiadamy dobry obraz rodzonego ojca, to nasza więź z Bogiem przeradza się w relację dziecka i ojca. Jeśli zaś nie potrafimy zidentyfikować się z ojcem i kochać go — natrafiamy na poważne trudności w miłości do Boga.

Na szczęście Boga możemy doświadczać nie tylko w sposób analogiczny, ale również bezpośrednio i duchowo w łączności z Jezusem — Synem Bożym. Dlatego wiara umacnia w nas poczucie, że Bóg jest naszym Ojcem.

Chluba i zakała wszechświata
Nikodem Zbigniew Brzózy OP

urodzony w 1961 r. – dominikanin, doktor filozofii KUL i doktor habilitowany teologii PWTW.Mieszka w Poznaniu, gdzie jest duszpasterzem Wspólnoty św. Jacka, wspólnoty Wiara i Światło, Stowarzyszenia Pracowników Naukowych...