Kursk

Czy po tragedii „Kurska” Rosja wyrzeknie się ambicji imperialnych? Władimir Putin pochodzi z pokolenia i środowiska ludzi, którzy wierzą, że piętnaście lat temu Związek Sowiecki rozkwitał, że zniszczyła go gorbaczowowska pieriestrojka. Póki on sam nie przekona się, że taka wiara nie jest warta funta kłaków, a cóż dopiero istnień ludzkich — nie potrafię na to pytanie odpowiedzieć pozytywnie.

Na wschodniej Ukrainie mówili: „Kursk, miasto niewielkie, a nędzarzy w nim wielu”. Prawda to: dzisiejszy Kursk i kurski obwód, położone niedaleko od granicy z Ukrainą, należą do najuboższych regionów europejskiej części Rosji. Nie bez powodów ten i sąsiadujące z nim obwody orłowski i biełgorodzki nazywają czerwonym biegunem Rosji. Tam głosują na komunistów. A kiedyś były tu gubernie, które najdłużej czynnie opierały się bolszewikom. Pokoleniom, które przeżyły II wojnę światową i które po tej strasznej wojnie przyszły na świat, Kursk kojarzył się jak dotąd z jedną z największych bitew pancernych w historii ludzkości. Od Kurska rozpoczął się triumfalny marsz armii sowieckiej, marsz, który zakończył się zatknięciem sowieckich sztandarów nad hitlerowskim Berlinem. Kursk — miejsce sowieckiej sławy… Kursk — symbol zwycięstwa… Kursk, z którego pewnym marszem ruszył na Europę stalinowski imperializm…

Szukając nadziei

W sierpniu 2000 roku pojawiło się nowe skojarzenie: Kursk — wielka tragedia, Kursk — hańba, Kursk — prawdziwy koniec imperialnej mentalności postsowieckich generałów. Czy rzeczywisty koniec?

Pewnie wszyscy w te dni sierpniowe byliśmy z nimi, z załogą uwięzionej 108 metrów pod wodą, w zimnym Morzu Barentsa, atomowej łodzi podwodnej, dumie rosyjskiej Floty Północnej. Z marynarzami z okrętu, któremu nie bez powodu dano imię „Kursk”.

Żyliśmy nadzieją marynarskich rodzin. Trwaliśmy wraz z nimi na modlitwie. Rugaliśmy w myślach przefarbowanych, łżących tak samo bezczelnie jak przed laty, imperialnych sowieckich admirałów i polityków, dla których życie ludzkie jest warte mniej niż zero…

Wraz z ich rodzinami szukaliśmy nadziei… Nadziei dla chłopaków z „Kurska”, nadziei dla ich bliskich, nadziei dla Rosji, nadziei, po prostu Nadziei. Cały normalny świat był z nimi.

 W amerykańskiej prasie pisano: „Nie ma takiej tajemnicy wojskowej, która warta byłaby życia własnych żołnierzy”.

Brytyjski oficer–podwodnik powiedział w tych dniach dziennikarzowi „Guardiana”: „Myślę o załodze «Kurska» tak jak się myśli o kolegach– –podwodnikach i jestem przekonany, że wszyscy moi koledzy podzielają moje uczucia. Moje serce jest z każdym z nich”. Rankiem, w niedzielę 20 sierpnia, na Mszy świętej w poznańskiej kaplicy sióstr urszulanek, modliliśmy się za nich, modliliśmy się w intencji ich rodzin. Jestem głęboko przekonany, że tak było wszędzie.

Śladem podwodnych katastrof

Według danych norweskiej organizacji ekologicznej „Bellona”, począwszy od 1961 roku, w awariach sowieckich, z czasem zaś rosyjskich okrętów o napędzie atomowym zginęło co najmniej 507 oficerów, marynarzy i cywilnych członków załóg tych jednostek.

Najpoważniejsze awarie, spowodowane pożarami w częściach energetycznych, wiązały się z zatopieniem okrętów. Oprócz wielkich katastrof była niezliczona ilość drobniejszych uszkodzeń, które zazwyczaj kończyły się wrzuceniem do środowiska naturalnego kolejnej porcji substancji radioaktywnych. Od 1956 roku we flocie sowieckiej odnotowano w sumie 35 awarii radiacyjnych i 10 przypadków zatonięcia. Z powodu uszkodzenia ze stanu gotowości bojowej wyłączono 10 procent okrętów atomowych. Najpoważniejsze usterki dotyczyły jednostek tak zwanej Floty Północnej, bazujących w północnej, europejskiej części Rosji, nieopodal Archangielska. Redaktorzy wydanej w 1992 roku, w warunkach, jak się dziś mówi, rosyjskiej romantycznej demokracji, książeczki noszącej tytuł Po sliedam podwodnych katastrof, piszą, że po dziś dzień na dnie mórz i oceanów pozostało sześć podwodnych okrętów atomowych: dwa amerykańskie — „Tresher” i „Scorpio” — i cztery sowieckie — K–8, K–219, K–278 „Komsomolec” i K–27. W tych dniach dołączył do nich „Kursk”.

Trzy z wymienionych wyżej sowieckich jednostek zatonęły w wyniku awarii, czwarta zaś została zatopiona na Morzu Karskim. Była w tak złym stanie technicznym, że nie było możliwości odholowania jej do bazy, zresztą władze uznały, że utylizacja i tak byłaby za droga. Związek Sowiecki naruszył w ten sposób podpisane wcześniej międzynarodowe porozumienia, które zabraniają zatapiania w światowych akwenach odpadów radioaktywnych. Co prawda umowy te naruszali wszyscy ich sygnatariusze, ale Rosja zdecydowanie częściej niż inni. W samej Arktyce spoczywa przynajmniej 16 reaktorów atomowych, w tym 6 z paliwem atomowym.

Na wszystkich okrętach sowieckich, które uległy katastrofom i zatonęły, reaktory zostały wcześniej zagłuszone. Przy tym z zasady zagłuszone przez automatyczny system bezpieczeństwa. Ten ostatni — Bogu dzięki — jak dotąd sprawdzał się bez zarzutu.

Zatonięcie „Kurska” jest pierwszą poważną katastrofą rosyjskiego okrętu podwodnego od rozpadu Związku Sowieckiego w 1991 roku. To bynajmniej nie oznacza, że wszystko dotąd działało bez zarzutu.

Duma Floty Północnej

Atomowy okręt podwodny „Kursk” to według klasyfikacji rosyjskiej okręt projektu „Antiej”, według zaś klasyfikacji NATO — okręt typu „Oskar–2”. Wodowano go w 1994 roku. Już w roku następnym ta wielozadaniowa łódź pełniła służbę bojową w rosyjskiej Marynarce Wojennej. Miejscem bazowania okrętu był podmurmański garnizon Wiediajewo.

Okręt typu „Oskar–2” posiada dwa reaktory atomowe o mocy 190 megawatów każdy. Jego głównym przeznaczeniem jest walka z lotniskowcami. Z założenia miał być mordercą lotniskowców. Wyporność okrętu — 24000 ton, głębokość zanurzenia — 500 metrów. Na łodzi oprócz 4 aparatów torpedowych zamontowano 24 wyrzutnie dla rakiet typu „Granit” o zasięgu do 500 kilometrów, rakiet, które mogą przenosić głowice jądrowe. Żadna flota na świecie nie posiada środków do walki z takimi rakietami. „Oskar– –2” zaś jest w stanie zatopić lub unieszkodliwić każdy lotniskowiec.

Załoga jednostki normalnie składała się ze 107 członków załogi, w tym 52 oficerów. Ostatnim dowódcą „Kurska” był komandor (według rosyjskich regulaminów kapitan I rangi) Gienadij Liaczin, który zginął wraz ze swoją załogą.

Wielozadaniowy okręt podwodny „Kursk” pełnił w rosyjskiej Marynarce Wojennej, rozsypującej się od rdzy, starości i niedofinansowania, służbę bojową na najbardziej odległych morskich rubieżach. W kwietniu bieżącego roku uczestniczył w manewrach floty, w których wziął osobiście udział Władimir Putin. Pamiętam zdjęcia promieniującego dumą prezydenta Rosji w marynarskim mundurze. Tak, ten okręt był dumą rosyjskiej marynarki.

Trzy miesiące przed katastrofą „Kursk” powrócił z wyprawy na Morze Śródziemne. Za tę wyprawę wspomniany wyżej kapitan okrętu, komandor Gienadij Liaczin, otrzymał tytuł „Bohatera Rosji”. Pośmiertnie łaskawy prezydent przyznał mu jeszcze jedną taką gwiazdę „Bohatera Rosji”…

Awaria „Kurska” zdarzyła się w momencie, kiedy Flota Północna kończyła planowe, rosyjsko–ukraińskie manewry taktyczne. Uczestniczyło w nich, po raz pierwszy od lat, ponad 30 największych nawodnych okrętów. Same manewry kończyły szereg przedsięwzięć, które miały przygotować jednostki do prowadzenia operacji bojowych. Na jesień bieżącego roku zaplanowano triumfalny pochód rosyjskiej marynarki w rejon Morza Śródziemnego. Na skutek tego pochodu flota rosyjska miałaby, po około 10 latach nieobecności, na nowo zaistnieć w tym kluczowym dla światowych wód regionie. Tak przynajmniej twierdzą obserwatorzy z kręgów „Niezawisimoj Gaziety”. Francuski „Le Temps” dodaje do tego: „Wyciągnąwszy wnioski z kryzysu kosowskiego i uznawszy, że obecność na Adriatyku kilku atomowych okrętów podwodnych uniemożliwiłaby aliansowi (NATO) rozwiązać kryzys kosowski z powietrza, Kreml w styczniu bieżącego roku («Niezawisima» pisze o kwietniu) parafował dokument, zgodnie z którym na Morze Śródziemne znów posyłane będą rosyjskie okręty wojenne. Właśnie w tym celu «Kursk» — jeden z nielicznych «zdrowych» okrętów — winien w listopadzie uczestniczyć w pierwszym od 1990 roku marszu postsowieckiej floty na Morze Śródziemne”. Awaria „Kurska” stanowi niewątpliwe zagrożenie dla tych projektów.

To prawda: Rosjanie, jako morska potęga, chcieli powrócić na Morze Śródziemne. Ten powrót miał symbolizować geopolityczny powrót dwubiegunowego świata: „Nic bez nas!”. Przy tym nie „nic o nas bez nas” — „nic o kimkolwiek i czymkolwiek bez nas!”. Wielikorussy z otoczenia Putina z generalicją, ze, ściśle związanym ze środowiskiem armijnym szefem dyplomacji Igorem Iwanowem, z szefem Kancelarii Prezydenta Rosji Aleksandrem Wołoszynem na czele, przekonali jego — prezydenta, że ta Rosja A.D. 2000 jest potęgą! Rosja — jak przed laty advocatus diaboli — obrońca najstraszniejszych reżimów, poczynając od reżimu Saddama Husseina w Iraku, poprzez jugosłowiańskiego Miloszewicza, na koreańskim Kim– –Dzon–Ilu skończywszy… W takiej to sytuacji politycznej zatonął „Kursk”.

Dlaczego zatonął?

O prawdziwych okolicznościach tragedii „Kurska” do dziś niewiele wiemy. Postsowieccy admirałowie kłamali i kłamią, tyle że dziś trudniej już to robić. Rosyjskie media wychwytują bezwzględnie każdą nutę fałszu. Media, ale nie ulica. Ta wciąż chce wierzyć w rosyjską potęgę, chce wierzyć w mitycznego wroga, który, jak twierdzi marszałek Siergiejew, zdradziecko staranował wcale nie maleńki okręt, a później sam, bez śladu, jakby nic mu się stać nie miało, zbiegł z miejsca popełnionej w pokojowy czas zbrodni. Chce wierzyć Żyrynowskiemu, który jak zawsze zna całą prawdę i który jeszcze pokaże światu, co to takiego Wielikaja Rassija, który wymierzy karę. Wierzy ministrowi Iwanowowi i szefowi prezydenckiej kancelarii Wołoszynowi, którzy publicznie oświadczyli, że tego zdradzieckiego wroga, gdziekolwiek by był, odnajdą. To straszne, ale tak właśnie jest.

Tymczasem prasa pyta głośno: co na pokładzie „Kurska” robili specjaliści z dagestańskiego przedsiębiorstwa obronnego „Dagdiesel”? Czym się to przedsiębiorstwo zajmuje? Dlaczego na pokładzie było 116, nie zaś 107 członków załogi i ekspertów, w tym również ekspertów cywilnych? Dlaczego „Kursk”, w przeciwieństwie do wszystkich innych okrętów, które zatonęły w ostatnich dziesięcioleciach, zatonął natychmiast? Dlaczego tak silny okręt nie zdołał o własnych siłach wyjść na powierzchnię morza? Dlaczego tak późno podjęto decyzję o skorzystaniu z pomocy norweskich i brytyjskich ratowników? Dlaczego nie skorzystano z amerykańskiej oferty pomocy? Dlaczego amerykański wywiad od momentu katastrofy nie odnotował jakichkolwiek śladów życia na okręcie? Dlaczego nie słyszał SOS?

Tu dygresja: w niedzielę 13 sierpnia dowództwo rosyjskiej marynarki wojennej urbi et orbi ogłosiło szczęśliwe zakończenie manewrów na Morzu Barentsa. Dopiero dzień później świat i nade wszystko sama Rosja dowiedzili się o katastrofie „Kurska”. Początkowo utrzymywano też, że katastrofa wydarzyła się po zakończeniu manewrów, w dniu 14 sierpnia. Była to zamierzona dezinformacja albo, jak dosadnie mówią Rosjanie: „jeszcze jedno ohydne kłamstwo tych podłych ludzi w pagonach”. Kiedy Amerykanie poinformowali o odnotowanych przez ich służby wywiadowcze wybuchach w sobotę, 12 sierpnia, około godziny 11, kłamać, przynajmniej na ten temat, nie było sensu.

Dopiero w poniedziałek, 28 sierpnia, jeden z członków specjalnej komisji rządowej do spraw wyjaśnienia okoliczności tragedii „Kurska” na konferencji prasowej we Władywostoku powiedział: „Tak, na zatopionej w Morzu Barentsa atomowej łodzi podwodnej «Kursk» były prowadzone doświadczenia nowego systemu uzbrojenia. Żadnych szczegółów dotyczących tego systemu przekazać nie mogę”. Według rosyjskiej telewizji NTW powiedział jeszcze, że przy wypłynięciu na powierzchnię wody „Kursk” zderzył się z obcą łodzią podwodną, ale na to nałożyło się odpalenie nowej torpedy czy rakiety, w rezultacie czego uszkodzony został jeszcze jeden okręt Floty Północnej! To wszystko brzmi więcej niż niewiarygodnie. Gdzie ten uszkodzony rosyjski okręt? Jaki jest zakres jego uszkodzeń? Czy to nie on staranował „Kursk”? Trzeba by jeszcze zapytać o baterie akumulatorowe, które w wypadku awarii jądrowego systemu energetycznego zapewniają na jakiś czas wentylację powietrza i tlen na pokładzie. Podobno ze względów oszczędnościowych na okręcie ich nie było… Nie było, bo rosyjska marynarka dawno nie ma pieniędzy na drobiazgi, które winny zapewnić elementarne bezpieczeństwo jej załogom. I nie ma ratownictwa. Szanuję dyrektora Sienkiewicza z Ośrodka Studiów Wschodnich, ale to, co powiedział „Tygodnikowi Powszechnemu”, z dnia 3 września bieżącego roku, o rzekomym uratowaniu 25 marynarzy z zatopionego w 1989 roku „Komsomolca”, to po prostu nieprawda. Marynarzy z „Komsomolca” uratowano tylko dlatego, że płonący „Komsomolec” wypłynął na powierzchnię wody. Podkreślam: spod wody nie uratowano nikogo! Ponad 40 ludzi utonęło z powodu skandalicznie przeprowadzonej akcji ratowniczej. Znam tę sprawę z pierwszych ust, od tych, co przeżyli. Natomiast twierdzenie, że rosyjscy nurkowie mogli spenetrować wnętrze wraku „Kurska” przed Norwegami można przypisać co najwyżej bujnej fantazji jakiegoś dziennikarza. Rosjanie od lat nie mają normalnego ratownictwa okrętowego, a i to oblepione niegdyś medalami warte było niewiele. W Związku Sowieckim budowano okręty, by zatapiać innych, nie zaś ratować kogokolwiek, nawet swoich.

Rosyjscy dziennikarze w tych dniach pytali i wciąż pytają: jaka jest cena życia ludzkiego w ich kraju? Tylko rosyjska ulica nie pyta. Ta chce mocarstwa i nawet nie zastanawia się, ile to mocarstwo może kosztować. Ile istnień ludzkich, ile ofiar, ilu ich — rosyjskich synów? Ileż tej ulicy w środowisku rosyjskich politycznych elit…!

Baza Wiedajewo

„Kursk” stacjonował przy garnizonie Wiediajewo. Tu zjechały rodziny uwięzionych na głębokościach podwodników. Baza Wiediajewo podzielona jest na dwa punkty stacjonowania okrętów: w Ara– i Ura–gubie (guba — po rosyjsku zatoka). Samo Wiediajewo to typowe sowieckie miasteczko garnizonowe. W początkach lat dziewięćdziesiątych liczyło sobie około 20 tysięcy ludności. Dziś pozostało 5 tysięcy straceńców…

Widziałem takie miasteczka: proste bloki mieszkalne, brudne, zaklejone gazetami okna, zasikane klatki schodowe, kilka fatalnie zaopatrzonych sklepów, drożyzna, bo to przecież Zapolarije, pijacki bar, w centrum Dom Oficera. Tymczasowość, koszary. Jak powiada prezydent Putin: „Wyć się chce!”. Jedna z żon poległych marynarzy powiedziała: „On tak nie lubił Wiediajewa”. A jak polubić koszary? Jak polubić życie z kamieniem pod głową? Bez domu, bez przyszłości, bez nadziei…

Od początku lat sześćdziesiątych bazowała tu eskadra spalinowych łodzi podwodnych, począwszy od 1979 roku, sprowadzano tu łodzie z napędem atomowym. Umieszczano je w Ara–gubie, na terytorium Ura–guby bazowały i bazują okręty nawodne i spalinowe okręty podwodne.

W latach osiemdziesiątych Ara–guba była już największą bazą sowieckich atomowych okrętów podwodnych. Dziś ta sama Ara–guba jest jednym z podstawowych miejsc postoju — albo jak mówią sami marynarze: umieralni — wyprowadzonych ze służby bojowej atomowych łodzi podwodnych, z tak zwanego pierwszego i drugiego pokolenia, w tym 23 łodzi, których strefy aktywne nie zostały rozładowane. Te okręty to prawdziwa bomba ekologiczna z opóźnionym zapłonem. Baza jest jedną z najsłabiej usprzętowionych w całej Flocie Północnej Rosji i między innymi z tego powodu istnieje tam ciągłe niebezpieczeństwo zatonięcia składowanych tutaj okrętów. Tylko w tym jednym miejscu — 23 bomby ekologiczne. Wokół Półwyspu Kolskiego jest takich bomb ponad 160.

Mocarstwo kosztuje

Kiedy już znikła ostatnia nadzieja na uratowanie z załogi „Kurska” kogokolwiek, do zrozpaczonych żon, matek i dzieci, do Wiediajewa, przyjechał prezydent Putin. Nie rozszarpali go na strzępy. Z tego, co mówił i jak mówił, wyciągnęli wniosek, że podziela ich ból. Byli wobec niego agresywni tylko na początku spotkania. Potem odbyła się, choć bardzo bolesna, rozmowa. Putin nawet przez moment nie dyskutował z nimi problemu symbolicznego pogrzebu. Kiedy przedstawiono mu racje przeciwko takiemu pogrzebowi, powiedział: — Tak, macie rację. Będzie pogrzeb, gdy wydobędziemy ich ciała. Czytałem relację z tego spotkania z rodzinami poległych. Nie było w nim politycznej gry, nie było cynizmu. Jestem tego pewien. Był prawdziwy ból. Czy jednak on — prezydent Rosji — zrozumiał, że mocarstwo kosztuje? Czy po tragedii „Kurska” rządzona przezeń Rosja wyrzeknie się swoich ambicji imperialnych? Tego nie wiem. Władimir Putin pochodzi z pokolenia i nade wszystko środowiska ludzi, którzy wierzą, że piętnaście lat temu Związek Sowiecki rozkwitał, że zniszczyła go gorbaczowowska pieriestrojka i to wszystko, co przyszło po niej. Póki on sam nie przekona się, że taka wiara nie jest warta funta kłaków, a cóż dopiero istnień ludzkich — nie potrafię na postawione wyżej pytania odpowiedzieć pozytywnie.

Cuszima bez jednego wystrzału

Jeden z rosyjskich dziennikarzy napisał o katastrofie „Kurska”, że to Cuszima bez jednego wystrzału. Cuszima, symbol klęski imperialnych ambicji gnijącej od środka Rosji carskiej… W dniach 14 i 15 maja 1905 roku, według obowiązującego wówczas w Rosji kalendarza juliańskiego było to 27 i 28 maja, w Cieśninie Cuszimskiej, położonej pomiędzy Półwyspem Koreańskim i Japonią, doszło do wielkiej bitwy morskiej. Ta bitwa zadecydowała o losach przegranej sromotnie przez Rosję wojny z Japonią. Admirał Togo i jego marynarze rozbili w puch flotę rosyjską. Większość rosyjskich okrętów zatopiono, tylko trzy z nich, w fatalnym stanie, dotarły do Władywostoku, jeszcze inne trzy znalazły schronienie na Filipinach. To był prawdziwy koniec snów o potędze. Snów, które kosztowały życie tysiące rosyjskich żołnierzy i marynarzy… Czy katastrofa „Kurska” to kolejna Cuszima? Jakie będą jej skutki?

W Wiediajewie, nad brzegiem wciąż wiejącego chłodem morza, pod koniec sierpnia wmurowano kamień węgielny pod budowę pomnika ofiar katastrofy na „Kursku”. Po bitwie pod Cuszimą, nad brzegiem Newy, w ówczesnej stolicy Rosji, w Sankt Petersburgu, zbudowano wotywny sobór, miejsce modlitwy w intencji tych, co nie wrócili z morza. Petersburżanie natychmiast nazwali ten sobór: Spas na wodach… Zbawiciel na wodach. Przyszły potem straszne lata 30. i z rozkazu Stalina sobór zniszczono. W sierpniowe dni 2000 roku ten Spas, co kroczy po wodach, był z nimi, z pozostawionymi samym sobie chłopakami z „Kurska”, był z ich rodzinami. Moje doświadczenia z Rosji Północnej, wzmocnione ostatnią tragedią okrętu, mówią, że albo Rosja nawróci się i znów stanie się chrześcijańska, albo czeka nas jeszcze niemało kłopotów. Co niemożliwe ludzką mocą…

Kursk
Zdzisław Nowicki

(ur. 17 grudnia 1951 r. w Pile – zm. 6 czerwca 2006 r.) – polski dyplomata, ekonomista, senator I kadencji, ambasador RP, w latach 1992-1998 oraz 2000-2004 przebywał na placówkach dyplomatycznych w Sankt Petersburgu, Charkowie i Astanie, publikował po polsku, rosyjsku, ukrai...