Zatrzymać ruchome piaski
Oferta specjalna -25%

Hewel. Wszystko jest ulotne oprócz Boga

3 votes
Wyczyść

My, chrześcijanie, przestaliśmy postrzegać świat jako chrześcijański, przyjęliśmy inną opcję światopoglądową i staramy się znaleźć jakąś niszę dla siebie w ramach generalnego projektu niechrześcijańskiego.

Anna Gruszecka: Przed Bożym Narodzeniem 2010 roku dowiedzieliśmy się, że świąt nie będzie, bo w kalendarzu Komisji Europejskiej przygotowanym dla gimnazjalistów zostały uwzględnione różne święta: żydowskie, muzułmańskie, sikhijskie, ale chrześcijańskie nie. Zatem – czy jest jeszcze Kościół katolicki w Europie, w Unii Europejskiej?

ks. prof. Piotr Mazurkiewicz: Myślę, że jedno z drugim nie ma nic wspólnego. Chodzi bowiem o rzeczywistość. Gdy zajrzymy do statystyk, okaże się, że ok. 54 proc obywateli Unii Europejskiej stanowią katolicy. W kontekście, który pani poruszyła, trzeba dodać również przedstawicieli innych wyznań chrześcijańskich i razem jest nas w Europie zdecydowana większość, między 85 a 90 procent.

Statystycznie.

Statystycznie. Ale i faktycznie, ponieważ Kościół jest obecny w każdym kraju Unii Europejskiej i chrześcijaństwo jest na kontynencie religią dominującą. Inna sprawa, w jakim stopniu spotyka się to z uznaniem w sferze medialnej. Mamy też do czynienia z różnymi działaniami propagandowymi, które próbują tę rzeczywistość zakłamać. Ale takie działania, jak zaznaczenie na czarno daty w kalendarzu, wydanym nawet w trzech milionach egzemplarzy, nie zmieniają tego, że Europejczycy świętowali Boże Narodzenie.

Tylko pytanie brzmi – jak długo jeszcze. Z jednej strony mamy statystykę, o której ksiądz wspomniał. Z drugiej wartości – przynajmniej teoretycznie wyznawane przez chrześcijańską większość. Tyle że te wartości przestają być obecne nie tylko w państwach, ale i w Unii Europejskiej oraz w różnych jej agendach, instytucjach organizujących życie tej większości. Gdyby posłużyć się językiem marksistowskim, można by powiedzieć: baza swoje, nadbudowa swoje. Dlaczego tak jest?

Niewątpliwie w Europie następuje sekularyzacja, która nie oznacza zaniku chrześcijaństwa czy zaniku praktyk religijnych, ale powoduje znaczne przemiany w sposobie przeżywania religii. Z punktu widzenia socjologii religii Europa jest pod tym względem wyjątkiem w świecie. Co więcej, nie ma żadnej teorii, która dostarczyłaby argumentów, że jest to proces nieuchronny. Jest to więc sfera naszej odpowiedzialności jako duszpasterzy. Musimy prowadzić po prostu naszą działalność ewangelizacyjną, duszpasterską, tak aby nasze kościoły były wypełnione ludźmi głęboko wierzącymi w Chrystusa. Jeśli ponosimy w tym zakresie jakieś porażki, to trzeba szukać właściwych sposobów działania duszpasterskiego, żeby dotrzeć do tych, którzy są ochrzczeni i których pobożność niekiedy stygnie, a z drugiej strony szukać sposobów dotarcia do tych, którzy Chrystusa jako Zbawiciela jeszcze nie poznali, a żyją w Europie. Dlatego powstała Papieska Rada do spraw Krzewienia Nowej Ewangelizacji.

Inna sprawa, że nie od dzisiaj na kontynencie, na poziomie polityki krajowej i europejskiej, można dostrzec różne grupy czy nurty myślenia wrogo nastawione do chrześcijaństwa. Nie uważam jednak, żeby one dominowały. I nie jest to sytuacja tak trudna, jak na przykład warunki działania Kościoła w Polsce 30 czy 40 lat temu. Wtedy daliśmy sobie radę. Dziś też nie można przechodzić obok tych problemów obojętnie. Należy je potraktować jako wyzwanie.

Czy nie jest jednak tak, że mamy do czynienia z pasmem niepowodzeń, jeśli chodzi o zdobywanie świadomości, zmiany w sposobie patrzenia na świat? Wydaje się, że coraz więcej chrześcijan – jeśli spojrzymy na ich wybory w sferze publicznej czy politycznej – wątpi w to, że istnieją wartości absolutne.

W działalności Kościoła zawsze chodzi o to, aby podprowadzić ludzi do osobistego spotkania z Chrystusem. Przesłanie się nie zmienia, natomiast sposób jego komunikowania musi być dostosowany do naszych czasów.

Ktoś zwrócił uwagę, że większość nowych ruchów religijnych w Polsce ma korzenie francuskie. Wydaje się to paradoksem – z jednej strony Kościół francuski przechodził bardzo głęboki kryzys, tracąc wiernych, ale z drugiej strony zrodziło się w nim bardzo wiele dobrych inicjatyw. Są one, niestety, wciąż jeszcze statystycznie marginalne, ale przynoszą inne efekty. Jeśli dobrze pamiętam, we Francji około 80 proc. powołań kapłańskich pochodzi z nowych ruchów religijnych. Zatem są dobre rzeczy i jakaś adaptacja Kościoła do nowej rzeczywistości następuje, choć oczywiście można zapytać, czy dzieje się to wystarczająco szybko i czy przynosi wystarczające efekty.

Niektóre argumenty przemawiają za tezą, że kryzys Kościoła w Europie trwał od lat 60. do 80. XX wieku, kiedy to dobiegł końca. Był jednak na tyle głęboki, że jeszcze nie odzyskaliśmy sił.

Czyli jesteśmy na etapie…

Wznoszenia się.

Wznoszenia się czy długotrwałej depresji?

W skali społecznej – pozostając przy przykładzie francuskim – nie widać efektów końca kryzysu. We Francji rośnie liczba powołań kapłańskich, ale ubywa księży, bo brakuje jednego pokolenia. Sytuacja Kościoła może być więc trudniejsza w tym znaczeniu, że księży we Francji jest obiektywnie mniej, ale powołań jest więcej.
W rzeczywistości politycznej też to widać. Politycy odwołujący się do chrześcijaństwa wydawali się zaskoczeni tym, jak bardzo ta druga strona, nastawiona niekiedy na destrukcję chrześcijaństwa, jego prawd oraz zwyczajów czy zasad cywilizacji w Europie, była zorganizowana. Oni nie byli na to przygotowani. Dzisiaj widzę, że katolicy też się organizują. Jest coraz więcej organizacji pozarządowych odwołujących się do wartości chrześcijańskich, politycy też próbują się organizować. Widać dobre działania, które mogą za kilka czy kilkanaście lat przynieść efekty.

Stoi przed nami jeszcze jedno nowe wyzwanie: mniej więcej od 10 lat główną grupą religijną prześladowaną w świecie są chrześcijanie, a Europa do tej pory była wobec tego faktu nie tylko całkowicie bierna, ale milcząca.

Absolutnie obojętna.

Nie chodzi tylko o brak działania. To był temat do niedawna zupełnie nieobecny w świadomości Europejczyków czy w mediach. Dzisiaj, gdy zaczęto o tym głośno mówić, pojawia się pytanie, czy również politycy europejscy zdecydują się stanąć w obronie chrześcijan.

Ta aktywność chrześcijan, zabranie przez nich głosu, obudzenie, otrzeźwienie pojawiły się wtedy, gdy katolicy w Europie poczuli się mniejszością, mniejszością w sensie politycznym, społecznym, medialnym.

Na pewno nie jesteśmy mniejszością.

Statystycznie nie, ale w sensie mentalnym? Jeśli spojrzeć na zasady, na których opiera się prawo europejskie, to chrześcijański punkt widzenia, broniący wartości absolutnych, jest jednym z kilku. O nim się dyskutuje, ale ostatecznie się go odrzuca.

Owszem, z politycznego punktu widzenia to jest problem. Jeśli chodzi o chrześcijan, daliśmy się przekonać, że neutralność światopoglądowa państwa czy Unii Europejskiej oznacza relatywizm. W związku z tym musimy uznać, że każde stanowisko jest równie ważne i równie prawdziwe. Wtedy przekonanie, że istnieją pewne niepodważalne, nienaruszalne wartości, zostaje przez relatywizm zamienione w jedną z wielu opcji – ot, są i tacy ludzie w Europie.

Można to pokazać na przykładzie bardzo charakterystycznym. Kiedy zaczynał się proces integracji europejskiej, to wszyscy Europejczycy mieli niemal identyczne przekonanie co do tego, czym jest małżeństwo. Dzisiaj w różnych państwach europejskich mamy różne jego koncepcje, a ich obecność jest przedstawiana jako wymóg tolerancji. Nie ma tolerancji dla jednego tylko sposobu zawarcia małżeństwa – małżeństwa nierozerwalnego.

Nawet jeżeli dwoje ludzi chciałoby się tak umówić?

Nawet jeśli jest to jedyna forma, którą oni dopuszczają. To jest możliwe w Kościele, ale prawo państwowe nie uznaje w żadnym kraju poza Maltą nierozerwalności związku małżeńskiego. Nie toleruje tej formy małżeństwa. Nietolerancję w stosunku do tego, co jest chrześcijańską wizją małżeństwa, my sami, Europejczycy i katolicy, uznajemy za przejaw tolerancji.

I za normę.

Za normę społeczną. I to jest kolejne wyzwanie. My, chrześcijanie, przestaliśmy postrzegać świat jako chrześcijański, przyjęliśmy inną opcję światopoglądową i staramy się znaleźć dla siebie jakąś niszę w ramach generalnego projektu niechrześcijańskiego. Niekoniecznie jest on wrogi chrześcijaństwu, ale nie jest wizją chrześcijańską. Moim zdaniem, tego typu taktyka jest po prostu błędna. Nie chodzi o nisze dla chrześcijan, w których można będzie na przykład nie dokonywać aborcji, czy nisze, w których człowiek nie będzie zagrożony eutanazją. Chodzi o to, aby wartości niepodważalne były szanowane przez wszystkich. Kościół nieustannie przypomina, że istnieje coś takiego jak prawo naturalne, które obowiązuje wszystkich ludzi, a nie tylko katolików.

Jeżeli prawo państwowe opiera się na prawie naturalnym, nie oznacza to naruszenia neutralności światopoglądowej państwa. Nie jest to narzucanie chrześcijańskiej wizji, tylko szukanie tego, co jest wspólne dla wszystkich ludzi.

Ale co do tego też nie ma zgody w Europie. To stanowisko jest traktowane jako jedno z wielu, do przedyskutowania. Znajdujemy się na ruchomych piaskach, o wszystkim można rozmawiać, wszystko można dyskutować i ostatecznie wszystko można zakwestionować.

Można odnieść takie wrażenie, ale myślę, że trzeba na to spojrzeć od strony problemu kościelnego. Gdyby katolicy myśleli i działali po katolicku w sferze życia społecznego i politycznego, nie mielibyśmy takiej sytuacji. Jest oczywiście także potrzeba myślenia w kategoriach ogólnospołecznych i myślenia o tym, jak świat przybliżać do tego, żeby był zorganizowany zgodnie z projektem Pana Boga – co nie oznacza, że w sposób wyznaniowy – ale pierwsze wyzwanie jest wewnątrzkościelne. Naszym problemem jest na przykład to, że jeśli dyskutuje się w Polsce o in vitro, istnieje poważne ryzyko, że część katolików będzie głosowała za ustawą w sposób, który jest nie do pogodzenia z wiarą katolicką.

Prezydent naszego państwa mówi, że jest katolikiem, ale nie boi się ekskomuniki, jeśli podpisze ustawę o in vitro. Ekskomunika jest trochę z innej epoki – usłyszeliśmy.

Problem braku konsekwencji w życiu katolików jest poważnym wyzwaniem. W dokumencie Christifideles laici jest stwierdzenie, że w życiu chrześcijanina nie może być dwóch nurtów równoległych – jednego, który odnosi się do wiary i zasad moralnych i według którego jest zorganizowane życie prywatne człowieka, i drugiego, innego, według którego jest zorganizowane życie publiczne. To rodzaj schizofrenii. Dlatego trzeba się tym zająć i potraktować ten problem jako jedno z podstawowych wyzwań życia społecznego i politycznego. Jest to problem wewnątrzkościelny – bo nie potrafimy dotrzeć do ludzi, którzy deklarują się jako katolicy czy jako chrześcijanie.

Zagrożeniem dla chrześcijaństwa, dla katolicyzmu, dla istnienia Kościoła w Europie, nie jest tylko Unia Europejska, Komisja Europejska, rozmaite instytucje, ale po prostu letniość samych wierzących?

Parlamentarzyści europejscy zostali wybrani przez ludzi, którzy w większości są katolikami. W instytucjach unijnych, w Komisji Europejskiej, główne stanowiska zajmują obecnie chrześcijańscy demokraci. Nie ma problemu, jak obsadzić główne stanowiska w UE chrześcijanami, tylko jak sprawić, żeby chrześcijanie, którzy są w tych instytucjach, rzeczywiście myśleli i działali po chrześcijańsku. To jest wyzwanie dla Kościoła.

Dla hierarchów, dla duszpasterzy czy dla świeckich?

Dla wszystkich.

Kiedy mówiliśmy o przyczynach kryzysu świadomości chrześcijańskiej w Europie, wspomniał ksiądz o działaniach antychrześcijańskich, także zorganizowanych, na terenie Europy. Jakie to działania, organizacje, grupy?

Są różne grupy, zarejestrowane i zdeklarowane jako negatywnie nastawione do chrześcijaństwa, są i politycy, którzy publicznie składają tego typu deklaracje. Z drugiej strony pod koniec ubiegłego roku obserwatorium nietolerancji i dyskryminacji chrześcijan w Europie, które zostało zorganizowane w Wiedniu, opublikowało pierwszy raport na temat sytuacji chrześcijan na kontynencie europejskim. Zebrano przykłady nietolerancji i dyskryminacji chrześcijan w latach 2005–2010 w całej Europie, nie tylko w Unii.

To są na przykład prawa dyskryminujące chrześcijan – w Wielkiej Brytanii zamknięto wszystkie katolickie agencje adopcyjne, ponieważ odmawiały przekazywania dzieci parom homoseksualnym. To działanie polityczne i prawne, gdy prawo obowiązujące w danym kraju dyskryminuje chrześcijan przy podejmowaniu konkretnego typu działania.

Czasem to są akty wandalizmu. Jednym z podstawowych sposobów dyskryminacji chrześcijan we Francji jest niszczenie cmentarzy chrześcijańskich. Jest to zjawisko na masową skalę, ale niewiele się o tym słyszy. Jeśli ktoś zniszczy nagrobek należący do przedstawiciela innej religii, to na ogół jest to nagłaśnianie medialnie, a gdy ktoś zniszczy kilka czy kilkanaście nagrobków na cmentarzu chrześcijańskim, nikt o tym nie mówi. Ale nie jest to organizowane przez państwo, bo cmentarze są chronione prawem.

Jedna z najgłośniejszych spraw dyskryminujących dotyczyła wyroku trybunału strasburskiego na temat obecności znaku krzyża w szkołach we Włoszech.
Sięgnięcie do tego raportu otwiera oczy i pokazuje, z jakiego typu sytuacjami się w Europie spotykamy. Oczywiście trzeba to widzieć we właściwych proporcjach. Gościliśmy w grudniu w Parlamencie Europejskim biskupów z Iraku, chrześcijanom irackim marzyłoby się, żeby byli tak traktowani w Iraku, jak traktowani są chrześcijanie w Europie.

Jest bowiem wiele typów działań dyskryminacyjnych wobec chrześcijan na kontynencie europejskim, ale to nie są prześladowania, w których traci się życie, jak w przypadku Egiptu, Pakistanu, Indii, Wietnamu czy Iraku.

Kiedy się mówi o kryzysie Kościoła czy kryzysie myślenia chrześcijańskiego w Europie, często obwinia się czynniki pozakościelne. Silne jest także pesymistyczne przekonanie, że idzie ku gorszemu, że z roku na rok tych przypadków dyskryminacji, mniejszych czy większych, jest w Europie więcej. Wydaje się jednak, że ksiądz ma spojrzenie ostrożnie optymistyczne. Na czym oparty jest ten optymizm?

Kiedy dwa lata temu przyjechałem do Brukseli, dostrzegłem różnice religijne w różnych częściach Europy. W krajach takich jak Francja, Belgia czy zwłaszcza Holandia, chrześcijanie czy katolicy mają niejednokrotnie poczucie, że przegrali wojnę. Zostali pokonani i są tam, gdzie chrześcijaństwo się wycofuje. To powoduje postawę „jak ocalić przynajmniej trochę” z tego, czym kiedyś było chrześcijaństwo w tej części Europy. My w Europie Środkowej mamy świadomość – przynajmniej ja w takiej świadomości żyję – że kiedy się urodziłem, było znacznie gorzej. Przez lata mojego życia sytuacja nieustannie staje się coraz lepsza, a koniec komunizmu oznacza, że wygraliśmy. Teraz jest nowa przestrzeń, nowe możliwości, które trzeba zagospodarować. To doświadczenie sprawia, że jesteśmy bardziej optymistycznie i bardziej dynamicznie nastawieni do rzeczywistości. Fakt, że nie wszystko jest tak, jakbyśmy sobie życzyli, wynika z tego, że jeszcze nie mieliśmy wystarczająco dużo czasu, żeby uporządkować rzeczywistość. 

Zatrzymać ruchome piaski
ks. prof. Piotr Mazurkiewicz

urodzony 17 lutego 1960 r. w Warszawie – polski prezbiter katolicki, profesor nauk społecznych, pracuje na Uniwersytecie Kardynała Stefana Wyszyńskiego, gdzie pełnił w przeszłości także funkcję dyrektora Instytutu Politologii....

Zatrzymać ruchome piaski
Anna Gruszecka

absolwentka historii UAM, dziennikarka Radia Merkury (Poznań), wielbicielka Katalonii. Mieszka w Poznaniu....

Produkt dodany do koszyka

Zobacz koszyk Kontynuuj zakupy

Polecane przez W drodze