Niewierni, a też mierni
Oferta specjalna -25%

Ewangelia według św. Marka

0 votes
Wyczyść

Przeczytałem niedawno artykuł Sebastiana Dudy Badacze Pana Boga opublikowany na łamach „Polityki”. Tekst dość stary, bo z października, ale temat ciekawy i wciąż aktualny. Duda bowiem – nawiązując do VIII Kongresu Teologów Polskich, który odbył się w Poznaniu – zajął się stanem polskiej teologii. A ręka mu nie zadrżała w ferowaniu ostrych i – a jakże! – „odważnych” ocen: „Polska teologia: zawsze wierna, niestety mierna”. Tak! Dudę najbardziej kłuje w oczy mierna, by nie powiedzieć tępa, wierność. Z żalem zauważa, że „kościelni specjaliści od wykrywania herezji raczej nic nie mieliby w Poznaniu do roboty”, po czym celnie szydzi: „Mimo to uczestnicy Kongresu wystąpili z wiernopoddańczym hołdem. W końcu Ojciec Święty wiedzieć powinien, iż polska teologia jest semper fidelis”. I – jako obiecujący przedstawiciel „Kościoła otwartego” – poucza: „Teologia nie po to bowiem istnieje, by produkować ultraortodoksyjne, pełne doktrynalnej czujności komentarze do kościelnego Magisterium. W Polsce jednak niewielu katolickich teologów zdaje się to rozumieć”.

Po co istnieje teologia, to ciekawe pytanie. Niejedną księgę na ten temat napisano. Jako że dysponuję tutaj tylko 5 tys. znaków (ze spacjami), to ograniczę się do krótkiego rozważenia sprawy. Zainspirowany językiem Dudy, chciałbym rozróżnić cztery typy teologów: mierny i wierny, błyskotliwy i niewierny, błyskotliwy i wierny, mierny i niewierny. Mam wrażenie, że u Dudy największy entuzjazm budzi kategoria „błyskotliwy i niewierny”, ewentualnie podkategoria „błyskotliwy i wierny inaczej”. Problem w tym, że nie brakuje środowisk, w których wystarczy być niewiernym Magisterium Kościoła, aby zostać okrzykniętym wybitnym. Być może czegoś jeszcze nie rozumiem, ale dla mnie najbardziej pożądaną kategorią teologa jest „błyskotliwy i wierny”. A zatem, jeśli na przykład Papież wydaje jakąś encyklikę, to pierwszą (nie jedyną) rolą teologa katolickiego byłoby jej przeczytanie z pozytywnym, czyli zakorzenionym w wierze, nastawieniem, a potem błyskotliwe, a jeśli trzeba, to także apologetyczne, przybliżenie jej tzw. światu. Niektórzy uważają jednak, że pierwszą powinnością teologa jest w tym przypadku wyśmianie tekstu Ojca Świętego i błyskotliwe pokazanie, iż ten oto tekst jest kolejnym dowodem na to, że Papież nie rozumie świata i pozostaje zamknięty w swych „średniowiecznych schematach”. W tym drugim wypadku teolog może liczyć na duże zainteresowanie mediów. A kto wie, może jakiś bogaty tygodnik poprosi go o napisanie artykułu i pozwoli dorobić do nędznej uczelnianej pensji.
W Kościele nie brakuje różnego rodzaju „autorytetów”, w tym teologów, którzy w każdej chwili są gotowi – w imię najnowszych trendów – do rozmontowywania tego, co stoi w Katechizmie Kościoła Katolickiego. Tym bardziej bliskie są mi słowa, które wypowiedział Benedykt XVI do kapłanów na zakończenie Roku Kapłańskiego: „Widziałem trzy pokolenia teologów i mogę powiedzieć, że hipotezy, które niegdyś, w latach 60. czy 80. wydawały się nowatorskie, w pełni naukowe, niemal niepodważalne, dziś już się zestarzały i straciły znaczenie. Wiele z nich wydaje się wręcz śmiesznych. A zatem miejcie odwagę, by oprzeć się pozorom naukowości, nie podporządkowywać się modnym hipotezom, lecz myśleć w kategoriach wielkiej wiary Kościoła”. Ważkie słowa! Rzeczywiście, problem nie polega na tym, że mamy za dużo „ultraortodoksyjnych” teologów, ale na tym, że mamy za mało błyskotliwych teologów myślących z wnętrza Kościoła. Dlatego jakoś trudno mi się przejąć zachwytami Dudy nad radykalną ortodoksją, teologicznym ruchem w świecie anglosaskim, który nad Wisłą jest raczej nieznany, choć miesięcznik „Znak” poświęcił mu cały numer.

Oczywiście, nie zamierzam nikogo przekonywać, że polska teologia jest świetna. Bo nie jest! A wydziały teologiczne są raczej dalekie od bycia – tak, jakby się chciało – żywymi, przyciągającymi centrami katolickiej refleksji. W Polsce powstaje wiele magisteriów i doktoratów z teologii. Odbywają się setki sympozjów i kongresów. Każdego roku publikowane są dziesiątki książek teologicznych. Ale to wszystko z trudem, jeśli w ogóle, przekłada się na codzienne życie Kościoła. Tymczasem teologia to przede wszystkim krytyczna refleksja nad przepowiadaniem, z czego wynika, że punktem wyjścia powinno być dla niej konkretne życie Kościoła (głoszenie słowa, modlitwa, liturgia, działalność edukacyjna i charytatywna), a po krytycznej (czasem abstrakcyjnej) refleksji powinna powrócić do codzienności wspólnoty Kościoła i pomóc jej w byciu lepszą i zbliżeniu do Jezusa. Tego właśnie brakuje, a w zamian mamy hałaśliwe „eventy”, kreowane przez różnych kościelnych pseudoreformatorów. Okazuje się na przykład, że w Polsce wystarczy nazwać Radio Maryja antychrześcijańską sektą oraz stwierdzić, że 50 proc. księży to ukryci antysemici, aby stać się w oczach wielu głębokim myślicielem, a nawet odważnym prorokiem. Czas się przebudzić, aby teologia przestała być sposobem na kościelną karierę, a stała się realnym narzędziem szukania i znajdowania tego, czego Bóg od nas oczekuje. Nie dajmy się zaczadzić „błyskotliwym, niewiernym”, bo Zachód już to przeszedł. Z dość marnym skutkiem.

Niewierni, a też mierni
Dariusz Kowalczyk SJ

urodzony w 1963 r. – jezuita, profesor teologii, wykładowca teologii dogmatycznej, profesor Wydziału Teologii Papieskiego Uniwersytetu Gregoriańskiego w Rzymie. W latach 2003-2009 prowincjał Prowincji Wielkopolsko-Mazowieckiej Towarzystwa Jezusowego....

Produkt dodany do koszyka

Zobacz koszyk Kontynuuj zakupy

Polecane przez W drodze