Okiem uczestnika, a nie widza
Oferta specjalna -25%
Wyczyść

Po co się upierać, że antykoncepcja jest złem, że kradzież własności intelektualnej jest grzechem, po co bronić celibatu albo twierdzić, że jeśli para mieszka razem przed ślubem, to popełnia grzech? Czy nie lepiej mieć opinię księdza, który rozumie człowieka?

Poproszono mnie, bym mówił o sytuacji chrześcijaństwa w Polsce dzisiaj i w przyszłości1. Dlatego już na początku chciałbym wprowadzić do swoich rozważań dwa ograniczenia.
Pierwsze dotyczy słowa chrześcijaństwo. Będę mówił wyłącznie o Kościele katolickim. Nie dlatego, jakobym lekceważył inne wyznania lub ich nie dostrzegał. I nie dlatego, że katolicy stanowią większość naszego społeczeństwa. Chodzi jedynie o to, że nie znam dobrze innych Kościołów, nie spotykam się na co dzień z ich radościami i smutkami, nie wiem, jakie przed nimi stoją pokusy i wyzwania. Dlatego skoncentruję się wyłącznie na wspólnocie, do której należę.
Drugie zastrzeżenie dotyczy perspektywy, z której chcę spojrzeć na Kościół dziś i w przyszłości. Nie jestem socjologiem czy teologiem ani tym bardziej futurologiem czy prorokiem znającym przyszłość. Jestem duszpasterzem, zakonnikiem, któremu leży na sercu dziś i jutro chrześcijaństwa w Polsce i na świecie. Zamierzam się odnieść do przestrzeni, w której przebiega moje życie. Będzie to spojrzenie uczestnika, a nie widza, kogoś, komu trudno się zdobyć na chłodną ocenę faktów, gdyż jest żywo zainteresowany przezwyciężeniem pokus i podjęciem wyzwań.

Przygotowując ten tekst na początku Wielkiego Postu 2010, przeczytałem przypadający na I niedzielę tego okresu liturgicznego fragment Ewangelii mówiący o kuszeniu Jezusa (Mt 4,1–10). Szatan podsuwa Mesjaszowi trzy pokusy – te same, na które w dzisiejszych czasach narażony jest Kościół – wspólnota wierzących. Dlatego potraktuję je jako schemat, którym się posłużę, mówiąc o niebezpieczeństwach zagrażających polskiemu Kościołowi.

Pokusa posiadania

Jeśli jesteś Synem Bożym, powiedz, żeby te kamienie stały się chlebem. (…) Napisane jest: Nie samym chlebem żyje człowiek, lecz każdym słowem, które pochodzi z ust Bożych.

Wśród standardowych zarzutów pod adresem Kościoła, które słyszymy podczas rozmów w pracy czy na imieninach u cioci Zosi, jest bogactwo księży. Można pomyśleć, że pokusa posiadania opanowała polskie duchowieństwo: żyje mu się nieźle, często zdecydowanie lepiej niż przeciętnemu Kowalskiemu. Jednak nie ta pokusa jest podstawowym problemem decydującym o współczesności czy przyszłości chrześcijaństwa w Polsce. Dotyka ona bowiem raczej pojedynczych osób niż całych wspólnot Ludu Bożego. Według mnie dużo większym zagrożeniem może być pokusa ziemskiego zabezpieczenia bytu Kościoła.

Wspominam o tym, ponieważ podróże po świecie i przyglądanie się różnym sposobom finansowania Kościołów lokalnych prowadzą mnie do wniosku, że kwestia pieniędzy mocno warunkuje styl prowadzenia duszpasterstwa oraz relacje z wiernymi.

W 2006 roku odwiedziłem Dublin, w którym moi bracia prowadzą duszpasterstwo dla Polaków przy dominikańskim klasztorze St. Savoir. Przez kilka dni miałem okazję przyglądać się pracy polskich oraz irlandzkich dominikanów. Dysproporcje widać było gołym okiem. Na dwóch polskich mszach było wielokrotnie więcej ludzi niż na tych odprawianych po angielsku. Gdy o tym rozmawialiśmy, pojawiła się kwestia materialnego zabezpieczenia klasztoru – byłem ciekawy, z czego utrzymują się nasi irlandzcy współbracia. Dowiedziałem się, że są finansowo zabezpieczeni, a pieniądze z tacy czy z intencji stanowią nieznaczący dodatek do profitów, które czerpią z nieruchomości czy kapitału ulokowanego w akcjach. Niestety, przekłada się to czasami na bierność w sprawowaniu posługi duszpasterskiej przez irlandzkich dominikanów.

Model irlandzki polega więc na zapewnieniu bezpieczeństwa finansowego przez gromadzenie ziemi, nieruchomości itp., co pozwoli duchowieństwu trwać niezależnie od koniunktury politycznej, socjologicznej czy jakiejkolwiek innej. Choć gwarantuje to niezależność Kościoła, wiąże się z pokusą przeznaczania ludzi i ich czasu na gromadzenie mamony, która będzie mu dawać poczucie stabilizacji i bezpieczeństwa. Taka sytuacja może być śmiertelnie niebezpieczna dla duchowej kondycji wspólnoty, mamona staje się bowiem bożkiem i kluczowym punktem odniesienia.

Podobnie należy oceniać wymarzony przez wielu model niemiecki. Państwo pobiera od zdeklarowanych katolików podatek, który potem w postaci pensji czy dotacji trafia do księży i parafii, co zapewnia środki na funkcjonowanie biur parafialnych, opłacanie katechetów, organistów czy pracowników administracyjnych oraz na utrzymanie budynków kościelnych. W Polsce podobnie rzecz się ma z pensjami kapelanów szpitalnych, wojskowych czy więziennych oraz zarobkami katechetów pracujących w szkołach. Niby wszystko jest w porządku, bo robotnik godzien jest swej zapłaty. Jednak generuje to niebezpieczeństwo, że ci, którzy dla Kościoła i w Kościele pracują, zarówno duchowni, jak i świeccy, myśleć będą o sobie raczej jako o urzędnikach pobierających pensje od potężnej instytucji, niż jako o głosicielach Słowa, którzy gotowi są cierpieć niedostatek, a nawet oddać swoje życie za owce. Niedaleko wtedy do sytuacji, która miała miejsce w krajach skandynawskich. Pastorzy strajkowali tam z powodu zbyt niskich pensji albo domagali się – zgodnie z kodeksem pracy – podniesienia stawek za pracę w niedzielę, co doprowadziło do uchwalenia rozporządzenia, zgodnie z którym niedzielna liturgia została przeniesiona na sobotni wieczór.

Inaczej sprawa wygląda w Kościele, który tworzą ludzie świeccy. Ich praca i zarobki nie przekładają się bezpośrednio na stan majątkowy instytucji Kościoła, ale niejednokrotnie wpływają na jego stan duchowy. Jesteśmy bowiem od 20 lat w okresie gwałtownych przemian społeczno-politycznych, spowodowanych zmianą systemu gospodarczego oraz wyzwoleniem Polski z komunistycznej szarzyzny. Praca przynosi wymierne efekty, pieniądz stał się realną siłą przekładającą się na poziom życia obywateli. Opłaca się pracować, opłaca się inwestować siebie w firmę. Można również korzystać z owoców swojej pracy. Ale odbywa się to niejednokrotnie kosztem budowania relacji duchowych z Bogiem, więzi rodzinnych, przyjaźni.

Nie trzeba tu od razu mówić o pokusie bezdusznego konsumpcjonizmu. To raczej prosta konstatacja, że angażowanie się w pracę zawodową sprawia niejednokrotnie, iż chrześcijanin odwraca się od Boga. Nie robi tak dlatego, że Bóg mu się znudził, że się Nim zmęczył, że chce Go odrzucić lub przeciwko Niemu zbuntować. Raczej wyczerpany próbą zamieniania kamieni w chleb człowiek nie ma już siły ani czasu na wzmacnianie ducha. Niejednokrotnie rozmawiałem z ludźmi, którzy ciężko pracują. Powiadają, że jeśli na przykład ktoś stoi przez kilkanaście godzin za ladą, to trudno mu po powrocie do domu zmobilizować się do wyjścia na mszę do kościoła.

Pokusa bezpieczeństwa

Jeśli jesteś Synem Bożym, rzuć się w dół, jest przecież napisane: Aniołom swoim rozkaże o tobie, a na rękach nosić cię będą, byś przypadkiem nie uraził swej nogi o kamień. (…) Ale jest napisane także: Nie będziesz wystawiał na próbę Pana, Boga swego.

Święty Paweł pisał w Liście do Filipian: „Wszystko uznaję za stratę ze względu na najwyższą wartość poznania Chrystusa Jezusa, Pana mojego. Dla Niego wyzułem się ze wszystkiego i uznaję to za śmieci, bylebym pozyskał Chrystusa” (3,8) oraz że „zapominając o tym, co za mną, a wytężając siły ku temu, co przede mną, pędzę ku wyznaczonej mecie, ku nagrodzie, do jakiej Bóg wzywa w górę w Chrystusie Jezusie” (3,13–14).

Taka postawa wymaga odwagi i nieprzywiązywania się do swoich dotychczasowych osiągnięć. Czymś odwrotnym jest pokusa, którą przeżywa dziś Kościół w Polsce. Można ją sformułować, trawestując słowa Apostoła Narodów. „Trzymam się kurczowo tego, co za mną, za śmieci uważając wszystko, co przede mną”. Pokusa ta polega na uznaniu, że to, co było, co pozwoliło przetrwać Kościołowi w Polsce przez lata zaborów i okupacji, ucisku faszystowskiego i zniewolenia komunistycznego, jest dobre, bo przetestowane. W tym należy pokładać nadzieję, odwołując się do sprawdzonych wzorców i schematów działania. Natomiast wszystko, co pojawia się obecnie, należy uważać za z gruntu podejrzane. Jeszcze kilka lat temu na argumenty młodszych dominikanów domagających się zmian starsi współbracia odpowiadali: „Zawsze tak było” albo „Nigdy czegoś takiego nie było”. Taka postawa jest szukaniem bezpieczeństwa w znanych schematach. Nawet jeśli nie były one idealne, to są przecież dobrze znane, oswojone i przewidywalne, w przeciwieństwie do tego, co nowe i nieznane.

Na drugim biegunie tego szukania bezpieczeństwa pojawia się postawa kameleona, czyli potrzeba dostosowania się do otoczenia, tak by się nie wyróżniać, a już na pewno nie być znakiem sprzeciwu. Pokusa ta opiera się na podświadomym założeniu, że to, co nowoczesne, to, co popularne, co modne, co przychodzi w aurze postępu technologicznego albo co staje się modne na Zachodzie, jest z gruntu dobre. A jeśli są to wartości, technologie, przedmioty, postawy, style lansowane przez media, przez popkulturowe kanony mody, to należy uznać je za obowiązujące bez wnikania w istotę rzeczy.

Chrześcijanie ulegający takiej pokusie nie patrzą na swoją tożsamość wynikającą z Ewangelii, ale chcą nadążać za światem, za stylem epoki, za duchem czasu, ponieważ boją się, że będą uznani za wczorajszych, niemodnych, nie na czasie. Nawet jeśli w sercu noszą wiarę i przekonanie, że są uczniami Jezusa Chrystusa, mają poczucie, że nie należy tego manifestować. Wszak „uczynków pobożnych nie wykonujcie przed ludźmi po to, aby was widzieli. (…) Kiedy zaś ty dajesz jałmużnę, niech nie wie lewa twoja ręka, co czyni prawa, (…). Ty zaś, gdy chcesz się modlić, wejdź do swej izdebki, zamknij drzwi i módl się do Ojca twego, który jest w ukryciu”. W myśl tej zasady pojawia się pokusa anonimowego współdziałania ze wszystkimi ludźmi dobrej woli na rzecz pokoju, ekologii, przeciwdziałania globalnemu ociepleniu, przeprowadzania akcji charytatywnych lansowanych przez medialne gwiazdy. Poczucie bezpieczeństwa płynie w takim wypadku z tego, że wszyscy tak robią, że nie wyrastam ponad tłum, że jestem podobny do milionów ludzi żyjących pod słońcem. Sprzeciwianie się komuś albo stawianie światu wymagań jest nietaktem. Lepiej przemilczeć prawdę, niż narazić się na zarzut, że jestem z innej bajki. Takie poczucie jedności jest żywą pokusą dla tych, których wiara jest letnia. Nie chcę powiedzieć, że należy za wszelką cenę odróżniać się od świata, stać w opozycji do niego, ale niestawianie granic, brak sprzeciwu z naszej strony prowadzi do rozmycia tożsamości.
W rozmowach z księżmi dostrzegam czasem tendencję do zaniżania wymagań moralnych płynących z Ewangelii, bo stawianie sprawy zbyt ostro nie jest ani przyjemne, ani dla ludzi pożyteczne. Po co się upierać, że antykoncepcja jest złem, że kradzież własności intelektualnej jest grzechem, po co bronić celibatu albo twierdzić, że jeśli para mieszka razem przed ślubem, to popełnia grzech? Czy nie lepiej mieć opinię księdza, który rozumie człowieka?

Podobna postawa występuje w środowiskach ludzi świeckich. Nie zdradzę tajemnicy spowiedzi, jeśli powiem, że niejednokrotnie słyszałem wyznanie kogoś, kto czuje się winny, bo milczał, gdy inni krytykowali Kościół, wyśmiewali się z wiary, szydzili ze świętości. Powszechna jest postawa nieprzyznawania się do wiary w środowiskach kolegów czy przyjaciół, w akademikach i szkołach, na rodzinnych stypach i weselach, bo to może narazić na kpiny i szyderstwa. Tramwajowy antyklerykalizm święci tryumfy, bez oporu ze strony tych, którzy uznają się za chrześcijan.

Pokusa władzy

Dam Ci to wszystko, jeśli upadniesz i oddasz mi pokłon. (…) Idź precz, szatanie! Jest bowiem napisane: Panu, Bogu swemu, będziesz oddawał pokłon i Jemu samemu służyć będziesz.

Wbrew temu, przed czym ostrzegali w latach 90. ubiegłego wieku publicyści „Gazety Wyborczej”, nie mam na myśli pokusy zagarnięcia władzy politycznej. Twierdzę, że ani dziś, ani w najbliższej przyszłości nie grozi nam państwo wyznaniowe, w którym pełnię władzy dzierżyć będzie grupa katolickich ajatollahów czy talibów. Pokusa władzy politycznej jest w polskim Kościele bardziej subtelna. Każe ona upatrywać w jej przedstawicielach – bez względu na to, czy pochodzą z prawej czy lewej strony sceny politycznej – gwarantów status quo instytucjonalnego istnienia Kościoła. Stąd oczywiście duchowni będą popierać takie ugrupowania, które nie tyle deklarują troskę o Kościół, ile dbają o jego interes.

Nie byłoby w tym nic złego, gdyby chodziło tylko o deklarowane wartości. Jednak niejednokrotnie bardziej niż o wartości chodzi o różnego rodzaju profity. Jak choćby zagwarantowanie nauczania katechezy w szkole – bez względu na to, czy służy ona ewangelizacji, czy też jest procesem laicyzowania kolejnych pokoleń młodych Polaków, dla których religia to jeszcze jedna lekcja, a ksiądz to nauczyciel, tylko inaczej ubrany. Będzie to również zabieganie o państwowe dotacje i pieniądze w poczuciu, że „nam się należy”.

Rozmawiałem niedawno z kobietą pracującą przy rozdziale środków przeznaczonych na konserwację zabytkowych budynków. Żaliła się na księży, którzy oczekują od niej, że jako osoba wierząca przymknie oko na proceduralne braki w składanych dokumentach i podaniach. Opowiadała o pretensjach kierowanych pod jej adresem, gdy ksiądz proboszcz nie dostanie środków na planowany remont, a decyzję taką odbiera jako prześladowanie Kościoła.

Innym przejawem tej pokusy jest pragnienie pokazania swej siły nie tyle w wyborach parlamentarnych lub samorządowych, ile przy okazji rozmaitych pielgrzymek i rocznic. Stąd umiłowanie wszystkiego, co gromadzi tłumy wiernych. Będziemy zatem nieustannie powracać do pomysłu peregrynacji Obrazu Jasnogórskiego, próbować zwoływać ludzi na rocznicę śmierci lub wyboru papieża. W skrajnych przypadkach będzie to celebrowanie rocznicy rocznicy, tak jak w pewnej z diecezji, w której kilka lat temu zarządzono obchody czterdziestolecia tysiąclecia chrztu Polski.

Ktoś może powiedzieć, że ta rocznicomania jest nie tyle pokusą pokazania swojej siły, ile raczej brakiem pomysłu na duszpasterskie oddziaływanie. To prawda, jest w takim działaniu przejaw bezradności wobec czasów i próba odgrzania wczorajszego dania, ale nieobca jest też duchownym pokusa rządu dusz, którego przejawem są tłumy gromadzące się pod przewodem swoich pasterzy.

Ciekawe są emocje, jakie towarzyszą liczeniu wiernych uczestniczących w mszach świętych, przystępujących do Komunii czy wstępujących do seminariów duchownych i zakonów. Księża bardzo uważnie studiują wyniki. Sprawdzają, czy przez rok przybyło czy ubyło ludzi. Nie da się zaprzeczyć, że zwiększanie się liczby uczestników niedzielnych Eucharystii pozytywnie wpływa na samopoczucie duszpasterzy. Utwierdza ich w przekonaniu, że dobrze pracują. Gdy jednego roku nastąpił spadek liczby wiernych, prowincjał, wizytując klasztor, zadał pytanie, co chcemy zrobić, by odwrócić tę tendencję. Dodatkowym smaczkiem liczenia jest podskórna rywalizacja między ojcami. Wielu z nich odprawia msze święte o stałej godzinie, dlatego wiadomo, na czyjej mszy robi się tłoczniej, a na której ławki zaczynają świecić pustkami. Rodzi to w kapłańskich sercach starannie maskowaną dumę lub smutek.

Czasem mogłoby się wydawać, że granice królowania Chrystusa obejmą tym większy obszar, im większy procent społeczeństwa będzie na mszach świętych, im wspanialsze będą kościoły oraz pomyślniejsze wyniki statystyk i sondaży. To przekonanie nie było obce nawet autorowi Dziejów Apostolskich, który ku pokrzepieniu serc i dusz pierwszych chrześcijan podawał liczbę osób nawróconych apostolskimi kazaniami.

Poczucie, że im więcej, tym lepiej, nieobce jest też ludziom świeckim. Ci, którzy utożsamiają się z Kościołem, cieszą się, gdy statystyki idą w górę. Kiedy spadają, ręce zacierają ci, dla których Kościół jest instytucją opresywną i niepotrzebną.

Oczywiście nie jestem przeciwny statystykom. Kto mądry, umiejętnie z nich skorzysta i wyciągnie właściwe wnioski. Liczby stają się pokusą dopiero wtedy, kiedy wpływają na gorliwość duszpasterzy, którzy zamiast zajmować się małą grupką wiernych, wolą czekać, aż przyjdzie ich więcej.

***

Pozwolę sobie teraz przejść do wyzwań stojących przed Kościołem w Polsce, a punktem wyjścia tej części refleksji uczynię fragment Ewangelii św. Mateusza zawierający nakaz misyjny Jezusa: „Dana Mi jest wszelka władza w niebie i na ziemi. Idźcie więc i czyńcie uczniami wszystkie narody, udzielając im chrztu w imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego. Uczcie je zachowywać wszystko, co wam przykazałem. A oto Ja jestem z wami przez wszystkie dni, aż do skończenia świata”. Polecenie to, skierowane do Kościoła, jest wezwaniem do tworzenia wspólnoty uczniów Chrystusa, posługiwania sakramentami oraz głoszenia Dobrej Nowiny.
Wezwanie do tworzenia wspólnoty

Czyńcie uczniami wszystkie narody

Gdy wsłuchujemy się w słowa Mistrza posyłającego swoich uczniów z Dobrą Nowiną do świata, musimy dokonać rozróżnienia, które pozwoli zrozumieć, do czego Kościół jest powołany. Nakaz misyjny w dosłownym tłumaczeniu należy czytać tak: „czyńcie uczniami wszystkie narody”2.

Słowo „uczeń” w ewangelicznym rozumieniu oznacza człowieka związanego nie z doktryną, ale z osobą Mistrza. „Uczeń Jezusa dzieli z Nim nie tyle system, co los: dźwiga Jego krzyż, pije z Jego kielicha, otrzymuje Jego królestwo” . Chodzi zatem o totalne zaangażowanie ludzkiego życia, o osobistą relację miłości i przyjaźni między Bogiem a człowiekiem. Ewangeliczny obraz, który próbuje przybliżyć tę prawdę, to obraz krzewu winnego, w który wszczepione są latorośle: „Ja jestem krzewem winnym, wy – latoroślami. Kto trwa we Mnie, a Ja w nim, ten przynosi owoc obfity, ponieważ beze Mnie nic nie możecie uczynić” (J 15,5.). „Chrześcijaństwo (uczniostwo), to nie przynależność zewnętrzna, organizacyjna, lecz – misterium paschalne.

Naturalną konsekwencją budowania intymnej więzi z Bogiem są bliskie relacje z ludźmi. W ten sposób realizuje się przykazanie miłości Boga i bliźniego. Zatem działalność apostolska to z jednej strony wskazywanie na Boga, który jest fundamentem ludzkiego życia, a równolegle tworzenie wspólnoty uczniów – ludzi patrzących w tym samym kierunku, w stronę Boga Trójjedynego. Imieniem Boga jest miłość, wierzymy w Boga jedynego w trzech osobach i Trójca jest niedoścignionym wzorem.

Dziesięć wieków chrześcijaństwa nie przekonało jeszcze Polaków, że wiara w Ojca, Syna i Ducha Świętego ma praktyczne konsekwencje w życiu chrześcijanina. Obawiam się, że 99 proc. ochrzczonych nie umie powiedzieć, jak to, że wierzą w jednego Boga w trzech osobach, zmienia ich życie w stosunku do tego, gdyby wierzyli w Boga, który jest jeden. Dlatego stawiam tezę, że uświadomienie sobie tego faktu i próba tworzenia programów duszpasterskich w oparciu o duchowość komunii są jedynym sposobem na przetrwanie chrześcijaństwa. Ani doktryna chrześcijańska, ani system etyczny proponowany przez Ewangelię, ani tradycja trydencka, watykańska czy jakakolwiek inna nie są w stanie oprzeć się naporowi sekularyzmu. Brak realnych więzi między ludźmi, brak wzajemnej odpowiedzialności za siebie i poczucie anonimowości stanowią poważne zagrożenie dla chrześcijaństwa.

Kardynał Tomáš Špidlík SJ twierdził, że chrześcijaństwo tylko wtedy będzie istniało, jeśli stanie się wspólnotą, że tym lepiej będzie opierało się wpływom zewnętrznym, im mniej będzie anonimowe. W Kościołach, w których procesy sekularyzacyjne prowadzą do zmniejszenia liczby wiernych, nie dochodzi do automatycznego zbliżenia się do siebie wierzących w Chrystusa. Zatem wyzwaniem dla Kościoła w Polsce jest niekładzenie nacisku na formalną przynależność do instytucji Kościoła, wyrzekanie się wszelkich form bizantynizmu na rzecz budowania duchowości komunii, jedności między biskupami a kapłanami, między kapłanami a wiernymi. Im mniejsza będzie odległość od szczytów hierarchicznej struktury Kościoła do jego podstawy, im większe będzie poczucie odpowiedzialności każdego chrześcijanina za całą wspólnotę, tym większe szanse, że Kościół w Polsce pozostanie realną siłą duchową.
Posługiwanie sakramentami – powołanie do świętości

Udzielając im chrztu w imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego

Kolejne niebezpieczeństwo, które dostrzegam w polskim Kościele, polega na dominacji katechezy nad pedagogią świętości i czynnym udziałem w liturgii i życiu sakramentami. Katechizacja szkolna skierowana do dzieci i młodzieży oparta na przekazywaniu wiedzy i wartości jest jednym z elementów zrozumiałych w optyce tego świata. Jednak przyjęcie tej płaszczyzny powoduje, że Dobra Nowina staje się jeszcze jedną serią argumentów, na które można znaleźć tyle samo kontrargumentów. Działanie na intelekt i pamięć prowadzi do przekazania dogmatów i prawd katechizmowych, a chrześcijanina poznaje się po praktyce życia opartego na Królestwie Bożym. Potężny wysiłek Kościoła skierowany jest do ludzi przed dojściem do wieku dojrzałego, co powoduje, że rzeczywistość wiary w oczach wielu Polaków jest rzeczywistością infantylną, z której się wyrasta i którą człowiek dorosły nie musi się zajmować.

Tymczasem Jezus kieruje do nas słowa: „Wy jesteście solą dla ziemi. Lecz jeśli sól utraci swój smak, czymże ją posolić? Na nic się już nie przyda, chyba na wyrzucenie i podeptanie przez ludzi. Wy jesteście światłem świata. Nie może się ukryć miasto położone na górze. Nie zapala się też światła i nie stawia pod korcem, ale na świeczniku, aby świeciło wszystkim, którzy są w domu” (Mt 5,13–14). Podejmując myśl Mistrza, św. Piotr napisze: „Wy zaś jesteście wybranym plemieniem, królewskim kapłaństwem, narodem świętym, ludem [Bogu] na własność przeznaczonym, abyście ogłaszali dzieła potęgi Tego, który was wezwał z ciemności do przedziwnego swojego światła” (1P 2,9). A wtórował mu będzie św. Paweł: „Czyńcie wszystko bez szemrań i powątpiewań, abyście się stali bez zarzutu i bez winy jako nienaganne dzieci Boże pośród narodu zepsutego i przewrotnego. Między nimi jawicie się jako źródła światła w świecie” (Flp 2,14–15).

Podstawową kategorią, którą należy brać pod uwagę, myśląc o wyzwaniach stojących przed naszym Kościołem, jest nie tyle przekazywanie wiedzy, ile uświadamianie każdemu wiernemu, że na mocy chrztu świętego jest powołany do świętości, zjednoczony z Chrystusem kapłanem, królem i prorokiem. Jest to kategoria wykraczająca poza doczesny porządek tego świata, ale „prowadzenie do świętości pozostaje szczególnie pilnym zadaniem duszpasterskim” . W takiej perspektywie świętość nie może być etycznym szlifem dla nielicznych, ale darem ofiarowanym przez Boga każdemu ochrzczonemu i rozwijanym przez udział w sakramentach.
Czytanie i głoszenie Słowa

Uczcie je zachowywać wszystko, co wam przykazałem.

Nie sposób czynić wspólnot świętych uczniów, jeśli podstawą i punktem wyjścia nie będzie wsłuchanie się w słowo Boga zawarte na kartach Pisma Świętego. Niewątpliwie wiele zmian dokonało się w tym zakresie w ostatnich latach, ale wciąż jeszcze mało jest ludzi, którzy codziennie sięgają po Pismo Święte, mają żywy kontakt z Biblią i znają przesłanie zawarte w świętych Księgach. „Konieczne jest zwłaszcza, aby słuchanie słowa Bożego stawało się żywym spotkaniem, zgodnie z wielowiekową i nadal aktualną tradycją lectio divina, pomagającą odnaleźć w biblijnym tekście żywe słowo, które stawia pytania, wskazuje kierunek i kształtuje życie”3. Niestety ciągle pozostajemy bezradni w spotkaniu ze świadkami Jehowy czy braćmi ze wspólnot protestanckich, którzy w polemice wykazują katolikom nieznajomość Biblii, a tym samym zawstydzają nas. Sytuacja jest tym bardziej dramatyczna, że nawet pasterze naszego Kościoła, kapłani powołani do głoszenia żywego słowa, wolą sięgać po bryki w rodzaju Współczesnej ambony czy gotowce z internetu, niż medytować Słowo i głosić to, czym sami żyją. Stąd wielka popularność Listów Konferencji Episkopatu Polski, które zwalniają księdza z konieczności przygotowania homilii. Czeka nas zatem wielka praca uczenia obcowania z Biblią przez kręgi biblijne, popularne publikacje, rekolekcje biblijne, prowadzące do wspólnego i indywidualnego czytania Pisma Świętego.

Takie rozumienie nakazu misyjnego ma swoje praktyczne konsekwencje. „Kto prawdziwie spotkał Chrystusa, nie może zatrzymać Go dla siebie, ale winien Go głosić”4. O ile bowiem można wyobrazić sobie niewierzącego teologa, nauczającego na uniwersytecie, albo obojętnego religijnie polityka, który na sztandarach wypisuje hasła poszanowania wartości chrześcijańskich, a do preambuły konstytucji wpisuje odwołanie do Boga, o tyle trudno uwierzyć w apostoła, który sam nie jest uczniem Chrystusa. Tworzenie znakomitej strategii marketingowej dla produktu, marki czy idei i skuteczne wprowadzanie jej w życie niekoniecznie wymaga utożsamiania się z tym, co promujemy. W przypadku apostolstwa taka sytuacja jest jednak niemożliwa. „Zapalać innych może tylko ten, kto sam płonie” – miał mawiać założyciel mojego zakonu św. Dominik. Nie istnieje wszak apostolstwo teoretyczne.

Aktualna sytuacja naszego świata, który staje się coraz bardziej wielokulturowy, otwarty na różnorodne prądy religijne i świeckie, oraz sytuacja poszczególnych Kościołów partykularnych, które z jednej strony podlegają prądom sekularyzacyjnym, a z drugiej integrystycznym, wymaga, aby na słowo Chrystusa, które dociera do wiernych, odpowiedzieć pragnieniem głoszenia Go.

„Kościół, odczuwając i przeżywając naglącą dziś potrzebę nowej ewangelizacji, nie może uchylać się od stałej misji niesienia Ewangelii ludziom, milionom mężczyzn i kobiet, którzy do tej pory nie znają Chrystusa, Odkupiciela człowieka. Właśnie to jest zadaniem specyficznie misyjnym, które Jezus powierzył i codziennie na nowo powierza swojemu Kościołowi”5. W dziele tym Kościół musi oczywiście pozostać wrażliwy na specyfikę każdego narodu i człowieka, wsłuchać się w jego tęsknoty i obawy, nadzieje i lęki, by nie narzucać swojego punktu widzenia i stwarzać sytuację, gdy Ewangelia będzie przyjmowana w pełnej wolności.

***

Od tego, na ile uda nam się w naszym kraju przezwyciężyć pokusy szatana i spełnić nakazy Jezusa, zależy teraźniejszość i przyszłość chrześcijaństwa w Polsce. 

1 Powyższy tekst został wygłoszony podczas X Jubileuszowych Dni Tischnerowskich w Krakowie w kwietniu ubiegłego roku. Zapis wszystkich prelekcji ukaże się wkrótce w książce Świat i wiara w godzinie przełomu nakładem wydawnictwa Znak.
2 Por. Michał Czajkowski Zdobywanie uczniów, „Więź” 6 (356) 1988, s. 52–62.
3 Jan Paweł II, Novo millennio ineunte, 39.
4 Jan Paweł II, Novo millennio ineunte, 40.
5 Jan Paweł II, Christifideles laici, 35.

Okiem uczestnika, a nie widza
Paweł Kozacki OP

urodzony 8 stycznia 1965 r. w Poznaniu – dominikanin, kaznodzieja, rekolekcjonista, duszpasterz, spowiednik, publicysta, wieloletni redaktor naczelny miesięcznika „W drodze”, w latach 2014-2022 prowincjał Polskiej Prowincji Zakonu Kaznodziejskiego, odznaczony Krzyżem Wolnośc...

Produkt dodany do koszyka

Zobacz koszyk Kontynuuj zakupy

Polecane przez W drodze