Foch nasz powszedni

Foch nasz powszedni

Oferta specjalna -25%

Liturgia krok po kroku

0 opinie
Wyczyść

Złość dojrzale i zdrowo przeżywana jest dobra. Istnieje ogromna szansa, że dzięki niej nie będziemy potrzebowali spowiadać się z gniewu.

Nieraz chyba zdarzyło się nam zaobserwować podczas stania w kolejce do kasy w spożywczym scenę, w której dziecko drze się, bo zobaczyło lizaka lub inny smakołyk, a mama nie chce mu go kupić. Najpierw błagalnym tonem, a później coraz natrętniej i głośniej malec krzyczy: „Ja chcę lizaka!”. Lekko zawstydzona mama odpowiada: „W domu są słodycze”. Dziecko: „Ja chcę teraz! Kup mi, kuuuup!”. Mama (starając się zachować spokój): „Nie, i tak najpierw musisz zjeść obiad. Po obiedzie dostaniesz lizaka”. Dziecko (tupie nogami, rzuca się na ziemię): „Nienawidzę cię! Ja chcę lizaka!”. Ludzie w kolejce lekko się odsuwają, robiąc dziecku i mamie przestrzeń na awanturę. Starsi wyglądają na zdegustowanych, młodsi obserwatorzy na zażenowanych. A mama?
Kto nas nauczy(ł) się złościć?

Mama ma kilka opcji.

Opcja pierwsza

Ściska synka za rękę niczym anakonda, patrzy mu groźnie w oczy i mówi do niego przez zęby: „Jeśli się natychmiast nie uspokoisz, to w domu dostaniesz takie lanie, że zapamiętasz je sobie do końca życia”. Po czym uwalnia dziecko z bolesnego uścisku, poprawia się, płaci przy kasie za zakupy i wychodzi ze spacyfikowanym i zastraszonym dzieckiem.

Opcja druga

Mama mówi: „Popatrz, jak ty wyglądasz? Nie wstyd ci? Wszyscy na ciebie patrzą! Ciągle muszę się za ciebie wstydzić! Co o nas przez ciebie ludzie pomyślą?! Już więcej nigdzie cię z sobą nie zabiorę!”. Po czym wyciąga przy kasie pieniądze, płaci za zakupy, uśmiecha się do kasjerki i wychodzi ze zdezorientowanym dzieckiem.

Opcja trzecia

Pomimo niezręcznej sytuacji i presji obserwatorów mama patrzy na zrozpaczonego odmową kupna lizaka synka i mówi: „Widzę, że jesteś wściekły na mnie, ale nie zmienię zdania. Zawsze najpierw jesz obiad, a później słodycze”. (Dziecko szaleje jeszcze bardziej). „Widzę, jak bardzo jesteś rozzłoszczony”. (Bierze szarpiącego się synka w ramiona, próbuje go wyciszyć). „Wiem, że chcesz tego lizaka teraz, ale nie zmienię zdania. Nic ci się nie stanie, jeśli zaczekasz na coś słodkiego po obiedzie w domu”. Po czym płaci za zakupy i wychodzi z odzwierciedlonym, choć niekoniecznie uspokojonym dzieckiem ze sklepu. Zapewne w drodze do domu wiele razy to samo będzie musiała mu powtórzyć, aż synek się pogodzi ze stratą, której doświadczył. Ewentualnie wieczorem przed snem może jeszcze raz porozmawiać z dzieckiem o tym, co się zdarzyło.

Szkoła uczuć

Być może jako dzieci sami uczestniczyliśmy w takich sklepowych scenkach. I w zależności od tego, jak nasi rodzice sami radzili sobie z własnymi uczuciami, tak też radzili sobie z naszymi reakcjami emocjonalnymi. Dobrze, jeśli mieliśmy szczęście być dziećmi opcji trzeciej. Dlaczego? Bo dzieci bardzo potrzebują – oprócz opieki związanej z zaspokajaniem podstawowych potrzeb biologicznych oraz społecznych – odzwierciedlania ich w warstwie emocjonalnej. Polega ono na szacunku wobec ich uczuć, a także jasno postawionych granicach ich impulsywnym reakcjom. Dziecko w opcji trzeciej ma najlepszą szkołę, w której może nauczyć się od matki (lub innego opiekuna) jak w zdrowy sposób regulować – w tym wypadku – uczucie złości.

Przyjrzyjmy się tej sytuacji jeszcze precyzyjniej. Otóż 4-letnie dziecko jest praktycznie wypadkową spontanicznych reakcji i przeróżnych impulsów. Niektóre z impulsów potrafi już nieźle kontrolować. Na przykład nie załatwia swych potrzeb fizjologicznych w majtki, tylko mówi, że musi skorzystać z toalety. Ze złością jest więcej kłopotu. Nie umie nad nią panować. I tak, jak kiedyś musiało przejść trening czystości i zaprzyjaźnienia się z nocnikiem, tak teraz przyszła kolej na złość. Zatem czego uczy się od mamy z opcji trzeciej? Po pierwsze, dowiaduje się, że kiedy ma na coś ogromną ochotę i nie jest natychmiast gratyfikowane (nagradzane), wpada w złość. Niekoniecznie wie, że nazywa się to złością. Ono po prostu chce lizaka, i to teraz. Nie może go dostać, bo mama z uzasadnionych powodów się nie zgadza. Wpada w jeszcze większą wściekłość. Mama pomimo okoliczności nie wpada w złość, choć zapewne wyraźnie ją w sobie czuje. Doświadcza jej fizycznie w swoim ciele w postaci energii, ciepła płynącego z brzucha i rozchodzącego się po ciele w górę i w dół (czasem mówimy: Z nerwów, aż mi się zagotowało w żołądku). Mama nie mówi w tym momencie dziecku o swojej złości. Nie wyrzuca jej również za pomocą agresji ani nie tłumi jej. Jedyne co robi, to zauważa (odzwierciedla) i uznaje fakt, że widzi przed sobą rozzłoszczone dziecko. Swojej złości używa jedynie do postawienia dziecku jasnych granic. W sposób stanowczy, ale spokojny mówi mu, że teraz nie dostanie lizaka, bo nie jadło jeszcze obiadu. Lizak będzie po obiedzie. Dla dziecka to są całe wieki. Ono chce natychmiastowej gratyfikacji impulsu, dlatego wpada w jeszcze większą wściekłość. Mama nie ulega tej presji. Trzyma dziecko w ramionach (również po to, żeby nie zrobiło sobie krzywdy), spokojnie wytrzymuje jego furię. Pokazuje mu w ten sposób, że złość, której ono doświadcza, nie jest niczym złym (o zachowaniu, które z niej wynikało, porozmawia w lepszym momencie, np. przed snem). Jaka nauka płynie z tego dla dziecka? Jeśli się uspokoi po pewnym czasie, to zobaczy, że można wytrzymać czekanie na lizaka, że nie wszystkie impulsy musi natychmiast gratyfikować, że można im stawiać granice. Jest to nauka, która na pewno zaprocentuje w dorosłym życiu.

Jaką naukę dostaje dziecko w opcji drugiej? Niestety smutna to i brzemienna w skutki „szkoła” regulowania uczucia złości. Co komunikuje rodzic dziecku, któremu zabrania się złościć poprzez zawstydzanie oraz reagowanie na złość dziecka rozczarowaniem i wpędzaniem w poczucie winy („muszę się za ciebie wstydzić, wszyscy na nas patrzą, co za wstyd”)? Otóż, dziecko dostaje trudny komunikat od rodzica: „Nie obchodzi mnie, czego chcesz ani co czujesz, zobacz, jak inni na nas patrzą. Nie jesteś ważny. Ważne jest to, co inni teraz o nas przez ciebie myślą. Swoją złość zachowaj dla siebie. Zobacz, jak inni z nami się źle czują i zapewne się z nas śmieją. W dodatku myślą, że jestem złą, niewydolną matką, która wychowała rozwydrzonego bachora. Nieważne, o co tobie chodzi. Najgorsze jest to, co inni przez ciebie mogą teraz o mnie pomyśleć”. Skutki tej „szkoły” mogą się odbić bolesnym echem w dorosłym życiu tego człowieka.

Spójrzmy jeszcze, jaką naukę otrzymało dziecko z pierwszej opcji. Reakcja rodzica jest przemocowa. Bolesny uścisk ramienia i szarpnięcie dziecka oraz wycedzona przez zęby groźba kary cielesnej czekającej w domu są formą przemocy i zastraszenia. Można sobie wyobrazić narastający lęk dziecka w drodze do domu. Nawet jeśli matka zareagowała w ten sposób z bezradności i jest to dla niej oczywiste, że nie będzie biła dziecka w domu ani karała go w żaden inny sposób (nie osądzamy jej, zapewne sama to zrobi w swojej głowie i kolejny raz pomyśli o sobie, że jest beznadziejną matką), to komunikat przekazany dziecku poprzez takie zachowanie matki będzie prawdopodobnie miał swoje konsekwencje. Po pierwsze, przekaże wzorzec tego, że złość można opanować jedynie poprzez karę lub lęk przed nią. Skoro mama reaguje impulsywnie, to dla dziecka znaczy to tyle, że na impuls reaguje się impulsem. W drodze do domu mama była smutna. „To przeze mnie” – poczuje dziecko. „Nie dość, że jest smutna, to jeszcze w domu czeka mnie lanie”. Wiemy, że mama była nie tyle smutna, ile bezradna, i czuła się winna. Zapewne powzięła kolejny raz decyzję, że więcej nie będzie się już złościć. I zapewne, przy którejś kolejnej prowokacji ze strony dziecka, nie wytrzyma i faktycznie użyje wobec niego fizycznej przemocy. Sama dawno temu obiecała sobie, że kiedy zostanie matką, nigdy nie podniesie na swoje dziecko ręki. Wie, jak straszne jest lanie i ile siniaków kosztowała ją domowa tresura w jej dzieciństwie. Niestety, jest duże niebezpieczeństwo, że jej dziecko uwewnętrzni sobie ten wzorzec zachowania, co również będzie odbijało się echem w jego dorosłym życiu.

Kropidło na ratunek

No, ale może nie ma się czym przejmować? Jeśli ktoś jest człowiekiem religijnym, chrześcijaninem, to doskonale zna siedem grzechów głównych. I zdaje sobie sprawę z takiego grzechu jak gniew. Co gorsza, nie chcąc zgrzeszyć, postanawia się nie złościć. Takie złudne wyobrażenie jest wręcz plagą życia moralnego i konfesjonałów. Wielu gorliwych chrześcijan, chcąc jak najmniej grzeszyć głównymi grzechami (a i tak większość ma kłopot z lenistwem, nieczystością i zawsze na wszelki wypadek posądzi się o pychę), przynajmniej stara się nie mieć nic wspólnego z gniewem. I często rzeczywiście tak jest. Ale zamiast unikać gniewu, aby mieć dojrzałe i rzeczywiste relacje z bliźnimi, wiele osób wylewa dziecko z kąpielą i jakoś przy okazji postanawia się nie złościć. Robią, co mogą. Wierzą, że się nie złoszczą. Ale! Spowiadają się z: obmawiania, oczerniania innych, złośliwych aluzji, cynizmu, przeklinania, bicia ludzi, zwierząt, ironii, rzadziej, ale również z pogardy, obrażania się, nienawiści, złorzeczenia, przeklinania kogoś, uprzedzania się do kogoś i złych myśli.

Może warto uporządkować trochę te pojęcia i wskazać im należne miejsce w naszym życiu wewnętrznym. Wiele osób spowiada się ze złości. Kiedy dopytuję, co to znaczy, okazuje się, że spowiadają się ze swojej reakcji na doświadczoną sytuację (a więc spowiadają się z uczucia). Na przykład na krzywdę. Wówczas mówię, że to naturalne, że na krzywdę reagujemy złością. Ale dopytuję dla pewności dalej: „Czy w związku z uczuciem złości, zareagowałeś odwetem, obmową, przemocą itd.?”. I słyszę w odpowiedzi, że nie. Zatem pytam dalej: „To dlaczego się z tego spowiadasz?”. Wówczas słyszę w odpowiedzi: „Bo gniew jest grzechem”.

Złość za kratkami konfesjonału

No właśnie. Cóż to jest gniew? Otóż gniew jako grzech główny to nasza wewnętrzna aktywna postawa, która na skutek krzywdy, urazu lub utraty jakiegoś dobra spowodowanych przez drugiego człowieka, sprawia, że dokonuję na nim wewnętrznej egzekucji. Skreślam go, nie dając mu szansy na przeprosiny ani jakiekolwiek zadośćuczynienie. Więcej! Mój gniew może mnie tak opanować, że zamieni się w konflikt – jawny – poprzez odwetową konfrontację (oko za oko) lub bierny, na przykład poprzez oczernianie, złorzeczenie itp.

Inaczej jest ze złością. To uczucie! Pamiętamy, że uczucia same w sobie moralnie są neutralne. Jeśli złość, którą czujemy, zamieni się w agresję, przemoc, obmowę, cynizm, zgorzknienie, wówczas nabiera ciężaru moralnego. Może stać się grzechem. Dzieje się tak wtedy, kiedy regulujemy ją w zły, destrukcyjny dla nas lub innych sposób. Najbardziej znane strategie, to wyrzucanie złości lub tłumienie jej. Czasem uczucie złości wydaje nam się tak dojmujące, że nie potrafimy go pomieścić, czyli po prostu przeżyć. Wyrzucamy je natychmiast z siebie. Przechodzimy wówczas do wyzwisk, rękoczynów lub innych impulsywnych reakcji. Przypomnijmy sobie „trening” dziecka z opcji pierwszej. Po takim „treningu” na nieświadomym poziomie uczucie złości, które się w nas pojawia, wydaje się nam tak wielkie i niebezpieczne, wręcz mordercze, że szybko, automatycznie i nieświadomie je tłumimy. Wówczas w sytuacji konfliktowej na przykład zamiast zakomunikować, że coś nas zraniło i czujemy do kogoś złość, wychodzimy z pomieszczenia, trzaskając drzwiami albo udajemy, że nic nas tak naprawdę nie dotknęło, i całą naszą wściekłość zamieniamy na pogardę lub depresję. Warto wiedzieć, że depresja to często agresja skierowana przeciwko sobie, zastępująca konfrontację z adresatem naszej złości.

Tak więc mamy dwie możliwości. Albo w zdrowy i dojrzały sposób przeżywać naszą złość, albo zamieniać ją na różne ukryte formy. W języku analitycznym wszystkie te strategie nieświadomego unikania przeżywania złości nazywamy obronami. Zatem możemy nieświadomie kamuflować złość na wiele sposobów, stosując zachowania biernoagresywne. Oto niektóre z nich.

Autoagresja

To złość skierowana przeciwko sobie. U osób religijnych może ona przybierać formę pewnego rodzaju religijnego masochizmu u tak zwanych skrupulantów. Osoby takie potwornie cierpią z powodu tego, że zasady życia religijnego i moralnego stają się dla nich nieświadomie celem samym w sobie, zamiast drogą prowadzącą do żywej relacji z Bogiem. Zatem obsesyjnie chcą zachowywać wszystkie nakazy i zakazy. Za każdą porażkę płacą potworną cenę w postaci destrukcyjnego poczucia winy wobec boga i nieświadomego lęku przed nim (świadomie używam tutaj małej litery, gdyż psychologicznie jest to relacja do destrukcyjnego superego, a nie do Boga, i sytuacja taka wymaga bardzo wprawnej i profesjonalnej pomocy spowiednika i psychoterapeuty). Autoagresja czasem zamienia się w nałogi lub depresję.

Foch

Znany nam wszystkim. Jako autorom i adresatom. Zostawmy w spokoju tych, którzy „strzelają” focha. Ważniejsze jest to, co ma poczuć jego adresat. Otóż ma się poczuć winny. Ma się domyślić, czym sobie zasłużył na focha, a następnie upokorzyć się i ukarać poprzez przeprosiny, nawet jeśli nie bardzo wie, za co ma przepraszać, bo nie ma jak się dowiedzieć, czym uraził autora focha. Sytuacja pozornie wygląda na patową, dopóki nie zostanie otwarty temat złości, która pojawiła się w relacji. Pozostają ewentualnie w zanadrzu ciche dni, czyli, powiedzmy wprost: złowrogie milczenie.

Pogarda i dewaluowanie

Nic tak nie czyni nas samotnymi jak nieuświadomiona albo zaprzeczona pogarda. To również forma biernej agresji. Ktoś nas uraził, zranił czy zdradził, a my zamiast o tym powiedzieć, wmawiamy sobie i innym, że nas to nie dotyka, a jedyny wniosek, jaki wyciągamy z bolesnego doświadczenia, jest taki, że mąż lub żona czy też przyjaciel to idiotka lub cham, niewarci naszego zaangażowania. Pogarda i dewaluacja czasem przybierają też postać resentymentu. Bardzo powszechnego w środowiskach kościelnych. Polega on na tym, że to, co jest dla nas niedostępne, nieosiągalne z powodu braku talentów lub odwagi, zaczynamy dewaluować, a przeciwne temu wartości i postawy osiągalne dla nas chętnie kanonizujemy na własnych ołtarzach lęku i bierności życiowej.
Paranoja, spiskowa teoria dziejów, podejrzliwość

Znamy również środowiska w Kościele, którym taka perspektywa jest bliska. W dużym stopniu kryje się za nią wyparta lub stłumiona agresja, która jest wycelowana (wyprojektowana) w „innych”, etykietowanych jako wrogowie Kościoła, ojczyzny itp.

Obmowa, plotki i oczernianie

Istna plaga. Można by ją zatrzymać w dość prosty sposób, wyrażając naszą złość wprost i dokładnie ją adresując. Zatem jeśli zezłościła nas teściowa, to powiedzmy jej o tym, zanim obgadamy ją z naszymi przyjaciółmi czy rodzicami.

À propos adresowania uczucia złości, warto wiedzieć, co nas właściwie zezłościło i kto za tym stoi. Jest w tym coś niezwykłego, że na świecie są tylko dwa uczucia, które czujemy do kogoś. To jest właśnie uczucie złości i – uwaga! – uczucie miłości. Zatem oba niejako dążą do kontaktu i mają bardzo wiele wspólnego z relacją z drugą osobą. Chyba można ukuć zasadę: ile miejsca dla dojrzałej miłości, tyle dla dojrzałej złości w relacji. I odwrotnie. Nie da się kogoś kochać, zarazem chowając latami zadawnione urazy, czyli obchodząc się ze złością w związku lub relacji jak z nieproszonym gościem.

Złość w żagle

Pora na końcowy wniosek. Złość dojrzale i zdrowo przeżywana jest dobra. Istnieje ogromna szansa, że dzięki niej nie będziemy potrzebowali spowiadać się z gniewu. Więcej. Złość warto pozytywnie konotować w naszym życiu. Nie tylko warto spowiadać się z grzechów typu: obmowa czy też przeklinanie lub kłamstwo, ale warto się w te grzechy wsłuchać, by zrozumieć, co one mówią nam o nas samych oprócz samooskarżania. Może mają coś wspólnego ze złością albo z unikaniem jej? Na przykład kłamstwo. Niby prosta sprawa. Kłamiesz? To przestań kłamać! Po prostu mów prawdę. No, ale może warto wcześniej zapytać siebie, dlaczego kłamię? Może jest tak, że na wszystko się zgadzam, gdy jestem proszony przez innych o przysługę? Zachowuję się tak, jakbym nie miał w ogóle granic, przez co każdy może je w dowolny sposób przekraczać? Zatem, kiedy nie potrafię odmówić komuś wprost lub wywiązać się z obietnicy pochopnie złożonej, zaczynam kłamać. Złość jest tą właśnie energią w naszym życiu, która pomaga nam zadbać o jakieś dobro. To dzięki złości możemy komuś postawić granice, możemy wziąć kogoś w obronę. Złość, kiedy przybiera postać frustracji, często alarmuje nas o tym, że zapominamy o naszych podstawowych potrzebach i pora się im trochę przyjrzeć. Złość to uczucie zdobywców. Kiedy bardzo nam na czymś zależy, daje energię, która pomaga w komunikowaniu innym, że nie przeszkodzą nam w osiągnięciu naszego celu, oczywiście za pomocą godziwych środków.

Złość jest również strażnikiem szacunku do siebie i wobec innych. Dobrze przeżywana złość jest niezbędna w związkach do konstruktywnej kłótni czy też zauważania różnic, a nie celebrowania tylko podobieństw. Szkoda, że tak często pozostaje dla nas samych i dla naszych relacji nieproszonym gościem. Nie można budować związku tylko dzięki byciu miłym. Będąc miłym zamiast szczerym, tworzymy wokół siebie świat iluzji. Nie tylko tam, gdzie jest miłość, jest życie. Również tam, gdzie jest złość, jest życie. Jest ruch, jest aktywny stosunek do życia i niezbędnych decyzji. Kto się nie złości, prawdopodobnie jest wewnętrznie martwy albo konsekwentnie do takiego stanu dąży.

Dorosłe dzieci

A co z naszymi dorosłymi już bohaterami ze sklepu, którzy tak bardzo chcieli lizaka? Mężczyzna z pierwszej opcji – z dużym prawdopodobieństwem – ilekroć poczuje złość, będzie wobec siebie samego imitował dawną strategię matki, reagując na to uczucie sporym lękiem i wpadaniem w poczucie winy. Sprawnie będzie tłumił złość aż do sytuacji, która na tyle go poruszy, że wybuchnie z ogromną agresją i powie komuś o wiele za dużo lub nawet zastosuje przemoc. Tak bardzo będzie później tego żałował i dręczył się, że postanowi więcej się nie złościć. Domyślamy się, że uda mu się to do kolejnej sytuacji, w której znów uwolni całą stłumioną złość za pomocą wyzwisk czy też przemocy. Chyba że zdecyduje się na jakąś formę pomocy (najlepiej terapeutycznej), żeby przerwać to błędne destrukcyjne koło.

Dziecko z drugiej szkoły jako dorosły mężczyzna będzie atrakcyjnym i barwnym kompanem. Będzie świetnie rozumiał i wyczuwał potrzeby innych, będzie bardzo lubiany za to, że zawsze można na niego liczyć, będzie można zadzwonić do niego o każdej porze dnia i nocy i zawsze poprosić o pomoc bez obawy, że odmówi. On sam natomiast może w pewnej chwili dostrzec, że choć jest podziwiany i lubiany, czuje się bardzo samotny i nie wie, czego potrzebuje. Jeśli nie nauczy się odmawiać, co się łączy z rozczarowywaniem innych, szybko skończy jako wypalony zawodowo i osobiście martwy wewnętrznie człowiek.

Dziecko z trzeciej szkoły. Cóż, jemu chyba możemy pozazdrościć. W dorosłym życiu – z dużym prawdopodobieństwem – będzie doświadczał wewnętrznej równowagi. Pomimo trudności życiowych i sytuacji, które niejednokrotnie go rozzłoszczą, dzięki jasnemu rozpoznawaniu ich będzie umiał wyraźnie komunikować to innym bez ranienia ich i nadużywania siebie samego.

Oczywiście możemy dopisać do naszych teoretycznych bohaterów ze „szkoły złości” wiele innych scenariuszy. I nie musimy wierzyć w to, że którykolwiek będzie ich w jednoznaczny sposób determinować. Ale warto pamiętać o pewnym mądrym stwierdzeniu, że ci, którzy nie znają swojej historii (również tej emocjonalnej), zwłaszcza bolesnej, często są skazani na jej powtarzanie.

Foch nasz powszedni
Łukasz Kubiak OP

urodzony w 1975 r. – dominikanin, absolwent teologii na Papieskiej Akademii Teologicznej, duszpasterz akademicki, psychoterapeuta, szkolił się w zakresie terapii indywidualnej, grupowej, rodzin i par w Laboratorium Psychoedukacji, ukończył dwuletni kurs wstępny ISTDP oraz 3-...

Produkt dodany do koszyka

Zobacz koszyk Kontynuuj zakupy

Polecane przez W drodze