Zarażeni grzechem
fot. clark van der beken / UNSPLASH.COM
Oferta specjalna -25%

Pierwszy i Drugi List do Tesaloniczan

0 votes
Wyczyść

Głównym środowiskiem upowszechnienia modlitwy o uwolnienie z demonicznego zniewolenia międzypokoleniowego są grupy modlitewne.

Modlitwa o uzdrowienie międzypokoleniowe to lekarstwo proponowane coraz częściej ludziom potrzebującym duchowej pomocy. Rekolekcje zmierzające do takiej modlitwy przyciągają tłumy i nie brak osób, które doświadczeniem własnego życia unaoczniają jej przemieniającą siłę. Skąd się wzięła idea prowadzenia takiej modlitwy? W Piśmie Świętym i w Tradycji Kościoła nie znajdziemy nikogo, kto by ją praktykował. Jakie są jej podstawy, skoro w Katechizmie Kościoła katolickiego nie ma na jej temat ani słowa? Jaką postawę przyjąć wobec coraz większej liczby jej entuzjastów? To wszystko pytania, na które warto po kolei odpowiedzieć. Spójrzmy jednak nieco szerzej: potraktujmy modlitwę o uzdrowienie międzypokoleniowe jako jedną z form pobożności ludowej. I zacznijmy od tego, co powie nam katolicki katechizm: „Poza liturgią życie chrześcijańskie jest podtrzymywane przez różne formy pobożności ludowej, zakorzenione w rozmaitych kulturach. Kościół popiera formy religijności ludowej, wyrażające zmysł ewangeliczny i ludzką mądrość, wzbogacające życie chrześcijańskie, ale równocześnie czuwa, by je rozświetlać światłem wiary” (KKK 1679).

Uzdrowienie z międzypokoleniowej choroby duchowej

Wiara w moc uzdrowienia międzypokoleniowego to zjawisko nowe, pojawiła się za czasów naszego pokolenia. Jest więc innowacją w Kościele, nieznaną jeszcze trzydzieści lat temu. Skąd się wzięła? Mówiąc słowami katechizmu – jednym z jej źródeł jest zmysł ewangeliczny. To głębokie przekonanie, że prawdziwy Jezus żyjący w Kościele naprawdę uwalnia, rzeczywiście zmienia życie. Można tego doświadczyć zwłaszcza wtedy, gdy się jest przygniecionym ciężarem winy, zniewolenia, nieszczęścia.

Dawniej treść ewangelicznego zmysłu wyrażała się w inny sposób: pielgrzymowano do miejsc świętych w intencji zmiany życia, odbywano rekolekcje zmierzające do oddania życia Jezusowi i do chrztu w Duchu Świętym. Wiele z tych praktyk odchodzi w niepamięć pod naporem teologicznego teoretyzowania i racjonalistycznego redukowania mocy Chrystusa wobec „ubogich i znękanych na duchu”. Dlatego słuszne przekonanie, że w życiu można spotkać Boga żywego i prawdziwego, przybrało inne postacie, na przykład modlitwy o uzdrowienie międzypokoleniowe. Nazwa „uzdrowienie” jednoznacznie przywodzi na myśl chorobę. Jeśli uzdrowienie jest międzypokoleniowe, to taki sam charakter musi mieć też choroba. Jak jest ona pojmowana?

W praktyce wygląda to tak: grzech praprapradziadka z XIX wieku może być przyczyną moich dzisiejszych niepokojów, nałogów, a nawet demonicznych zniewoleń. Trzeba więc rozeznać źródło problemów w przeżyciach swoich przodków. A następnie trzeba modlić się o zerwanie więzi z tymi źródłami zła. Przeczytałem ostatnio na ten temat w pewnej niezwykle popularnej książce: „W pokoleniach czy w rodzinach przekazywane są skutki grzechu, w tym także zniewolenie, które jest bezpośrednio kontrolowane przez złe duchy”. Według zwolenników tych teorii, aby doprowadzić do takiego dziedzicznego nieszczęścia nie trzeba wiele: miałoby wystarczyć nawet stosowanie jakichś paramedycznych praktyk, np. akupunktury. Zgubne skutki dla rodziny wynikłyby nawet wtedy, gdyby winny nie był w pełni świadomy konsekwencji swoich czynów, bagatelizował je i skupiał się jedynie na potrzebnych mu do uprawiania paramedycyny korzyściach (por. Posacki, s. 12), gdyż nieświadomość czy niepełna świadomość osoby nie umniejsza niszczących skutków, uderzających także w rodziny. Również posługiwanie się amuletami lub hipnozą mogłoby ściągnąć dziedziczne przekleństwo na dziecko. Skutkiem tego wyzwala się realny wpływ szatana, który kontroluje całe rody, aby dany grzech czy zło osiągnęły swoiste apogeum doskonałości w określonej materii grzechu.

Głównym środowiskiem upowszechnienia modlitwy o uwolnienie z demonicznego zniewolenia międzypokoleniowego są grupy modlitewne, a najczęściej podawanym uzasadnieniem tych praktyk są teksty Pisma Świętego. Za najważniejsze uważa się takie fragmenty Biblii, jak: „Pan karze grzechy ojców na synach do trzeciego, a nawet czwartego pokolenia” (podobne słowa są w Lb 14,18; Wj 20,5; Wj 34,7; Pwt 5,9).

Z Pisma Świętego nie wynika, aby tą karą miało być genetycznie przekazywane demoniczne dręczenie. Do tego w Biblii znajdujemy wypowiedzi w dokładnie przeciwnym duchu (Jr 31,29–30 oraz Ez 18,3–4). Te fakty wydają się jednak w takich grupach mało istotne dla rozumienia dynamiki międzypokoleniowego zniewolenia duchowego, czyli pokoleniowego obciążenia istotnie osłabiającego wolność człowieka.

Ważnym argumentem bywa też praktyczna skuteczność. Praktycy tej modlitwy mówią nam z własnego doświadczenia: „Modlitwa o uzdrowienie międzypokoleniowe przynosi dobre owoce: wielu ludzi poczuło ogromną ulgę. Po przeanalizowaniu swojego drzewa genealogicznego dużo osób zaczęło rozumieć, skąd mogą pochodzić ich problemy, nie tylko osobiste, ale i rodzinne”.

Uzdrowienie międzypokoleniowe: skąd się wzięło?

Wiara w międzypokoleniowe uzdrowienie wyzwoliła ogromne zaangażowanie u niejednego egzorcysty i wśród innych duszpasterzy. Również pośród świeckich animatorów czy liderów modlitwy wzbudziła zadziwiającą falę modlitwy wstawienniczej za ludzi udręczonych duchowo. Podejmujący ją księża i świeccy należą do najbardziej gorliwych kapłanów, wychodzących naprzeciw duchowym potrzebom cierpiących ludzi. To właśnie tak nastawieni egzorcyści są często jedynymi, którzy poważnie potraktują duchowe problemy katolika, i twierdzą: „Jezus rzeczywiście wyzwala i może zmienić twoje życie! Przyjdź do nas, będziemy się modlić o pomoc!”.

Przyjęcie z wdzięcznością zaangażowania na rzecz duchowo zgnębionych nie zwalnia nas jednak z solidnego rozeznania. Trzeba nam „ducha miłości i trzeźwego myślenia” (2 Tm 1,7), aby dobrze rozeznać, jak „rozświetlić światłem wiary” (KKK 1679) wszelką nowość w naszej pobożności. Pomocą w ocenie tego nowego w duchowości katolickiej zjawiska, jakim jest modlitwa o uzdrowienie międzypokoleniowe czy też nawet o międzypokoleniowe uwolnienie, jest spojrzenie na historyczne źródła tego nurtu modlitwy.

Źródła

W Polsce do rozpropagowania idei uzdrowienia międzypokoleniowego najbardziej przyczynił się o. Robert DeGrandis – przez swoje książki i rekolekcje. On sam wskazuje na początki tej praktyki u pewnego brytyjskiego psychiatry: Kenneth McAll już trzydzieści lat temu szkicował drzewo genealogiczne chorego i poszukiwał przyczyn choroby w relacjach łączących pacjenta ze zmarłymi przodkami. Jedni widzieli w tym głębię zrozumienia działania grzechu pierworodnego, inni zaś dostrzegali tu raczej idee New Age wyrażone chrześcijańskim słownictwem. Z psychiatrii klinicznej ta metoda przeniosła się do grup modlitewnych, w których coraz częściej zło odziedziczone po przodkach interpretowano po prostu jako demoniczne dręczenie. Osobiście po raz pierwszy zetknąłem się z nauczaniem o uzdrowieniu z międzypokoleniowego dręczenia właśnie w kontekście modlitwy. W 1994 roku Polskę odwiedził protestancki pastor Peter Horrobin. Był też we Wrocławiu, w sali wypełnionej po brzegi przez członków grup charyzmatycznych. Towarzyszyła mu brytyjska wspólnota Ellel Ministries, której głównym celem była posługa uwalniania chrześcijan z demonicznego zniewolenia1. Uczono wtedy, że jest kilka dróg wejścia demonów do ludzkiego życia, a najbardziej intrygująca z nich to tzw. linia pokoleniowa. Otóż według nich wskutek osobistych grzechów popełnionych przez rodziców, dziadków czy pradziadków możliwe jest odziedziczenie demona po swoich przodkach, i to aż do trzeciego i czwartego pokolenia: duchy, które weszły w linię pokoleniową w życiu pradziadków, przeszły na dziadków, rodziców i dzieci, na przykład manifestując się w dziedzicznej migrenie, uczył P. Horrobin. W jego opisie demonizacja miała być procesem zachodzącym nadzwyczaj łatwo i bardzo często. Aby do niej doszło, wystarczyło na przykład pożądliwe spojrzenie: „Duch pożądliwości, który wchodzi przez oczy, może zachęcić człowieka do grzechu seksualnego. W rezultacie wejdzie wtedy duch rozwiązłości. A gdy otworzy się to demoniczne wejście, zacznie działać jak demoniczna pompa, którą wróg może posyłać swoich współpracowników”. Niedługo potem poznałem teorie Petera Wagnera z zielonoświątkowego Seminarium Teologicznego Fullera w Kalifornii. Przeciwstawianie się duchom mieszkającym w konkretnych ludziach obejmowało według niego także „duchy rodzinne” przekazywane przez poświęcanie im dzieci w kolejnych pokoleniach. „Biblia jasno stwierdza, że [demoniczny] duch tego, czym nasi ojcowie się parali, przechodzi na ich synów”, pisze inny z autorów, popularny w tych kręgach, a jako dowód podaje tekst księgi Wyjścia (Wj 20,5: „Jestem Bogiem zazdrosnym, który karze występek ojców na synach do trzeciego i czwartego pokolenia względem tych, którzy Mnie nienawidzą”).

Nieco później zauważyłem, że idee demonicznej linii pokoleniowej na trwale zagościły także w polskiej duchowości katolickiej, zwłaszcza wśród grup modlitewnych. Główną rolę odegrał tu wspomniany już o. Robert DeGrandis; zajrzyjmy więc do jego książki Uzdrowienie międzypokoleniowe. Osobista podróż ku przebaczeniu2. Na gruncie swych refleksji o. DeGrandis znalazł swoistą odpowiedź na pytanie, po co właściwie chrzci się małe dzieci: „Chrzest niemowlęcia jest egzorcyzmem w celu oczyszczenia dziecka z międzypokoleniowego zła lub zła otrzymanego od matki”. Wygląda jednak na to, że nie jest to metoda skuteczna, skoro autor i tak zachęca do poddawania dorosłych już chrześcijan modlitwie o uzdrowienie międzypokoleniowe.

Idea demonicznego zniewolenia do trzeciego i czwartego pokolenia, proponowana przez protestanckich misjonarzy, została przy tym zdecydowanie rozszerzona: o. DeGrandis zaleca zwalczanie demonicznych wpływów aż do pokolenia piętnastego. Dlatego przez sześć stron jego książki ciągnie się zapis charyzmatycznej modlitwy zaczynającej się słowami: W pierwszym pokoleniu, szczególnie przeciwstawiam się rozwiązłości — i tak aż do piętnastego pokolenia ojca: w piętnastym pokoleniu ojca ganimy wszelki okultyzm, przesądy, klątwy, zaklęcia… Jak można policzyć, w ten sposób sięga się mniej więcej do czasów Stefana Batorego.

Czytamy na przykład, że zaburzenia w przyjmowaniu pokarmu przeżywane dziś przez pewną kobietę były spowodowane tym, że przed wiekami jej przodkowie brali udział w rebelii wskutek panującego wówczas głodu. Jeden z krewnych umarł nawet z głodu w więzieniu. Jaki był tego duchowy rezultat? Kobieta ta „odczuwała związek” z tym wydarzeniem „w nieświadomości zbiorowej”. Nie chodziło tu o skutek opowiadań przekazywanych w rodzinnej tradycji. Nie, w jakiś duchowy sposób dramat głodującego więźnia zaważył na rodzinnej nieświadomości zbiorowej i dręczył po wiekach kobietę, która nie miała o tym wszystkim pojęcia. Trzeba więc było, aby „podczas modlitwy wizualizacyjnej w procesie wybaczania przyprowadzić tę uwięzioną osobę do Pana Jezusa Chrystusa i w ten sposób zwalczyć demoniczne związanie”.

Jak to ocenić?

Znalezienie źródeł modlitwy o uzdrowienie międzypokoleniowe w niekatolickich formach pobożności (do tego powstałych całkiem niedawno) oczywiście nie dyskwalifikuje samej modlitwy, ale na pewno zachęca do roztropnego zbadania jej zasadności.

Taką zachętę znalazłem ostatnio u o. A. Posackiego3, który ocenił, że we wspomnianej książce DeGrandis zwodzi ludzi, odwołując się do ezoterycznych hipotez, do ideologii, do wizualizacji. Ojciec Posacki zauważa, że autorzy, z których korzysta o. DeGrandis, z aprobatą odnoszą się do gnozy i wielu teorii okultystycznych, co grozi uwikłaniem w gnostycki sposób myślenia. I rzeczywiście tak jest: sam DeGrandis zachęca do snucia w modlitewnej wyobraźni szczegółowych wizualizacji, co ma spowodować łańcuch uzdrowień przepływający przez minione pokolenia. DeGrandis zaprasza też do stosowania okultystycznych kategorii Carla Junga, a przed Jungowskimi zapożyczeniami do chrześcijańskiej pobożności przestrzegał watykański dokument New Age: Jezus Chrystus dawcą wody żywej z 2003 roku. Dotyczy to zwłaszcza „idei nieświadomości kolektywnej” (należącej do istoty psychiatrycznej metody Kennetha McAlla i – jak widzieliśmy – także o. DeGrandisa), która wprowadza gnostyckie wątki New Age do katolickiej pobożności.

Dla oceny całego zjawiska ważny jest też problem rozumienia Biblii. Jak przypomniał niedawno Benedykt XVI, „przykład ojców Kościoła może »uczyć współczesnych egzegetów naprawdę religijnego podejścia do Pisma Świętego, jak również interpretacji, która zawsze spełnia kryterium jedności z doświadczeniem Kościoła, pielgrzymującego przez dzieje pod przewodnictwem Ducha Świętego«” (Verbum Domini 37).

Czego więc uczą nas ojcowie Kościoła w kwestii interpretacji fragmentów Biblii odnoszących się do konsekwencji grzechu aż „do trzeciego i czwartego pokolenia”? Komentarze ojców charakteryzują się wprawdzie pewną rozbieżnością, ale zaprzeczają teologii międzypokoleniowego dziedziczenia demonicznych obciążeń lub zniewoleń.

Po pierwsze więc, dość powszechną nauką ojców jest to, że odnoszą się do sytuacji przed chrztem (Wj 20,5 i paralelne), a Ez 18 i Jr 31 – do ochrzczonego chrześcijanina. Według św. Augustyna nie jest możliwe, aby duchowe skutki grzechu przetrwały chrzest, gdyż zostały utopione w wodzie chrztu. Przed chrztem człowiek żyje „pod Prawem”, po chrzcie – w łasce. Augustyn uczył, że duchowe kary za grzechy przodków ponosi się tylko wtedy, kiedy powtarza się ich grzechy. Święty Jan Chryzostom z całą mocą występował przeciw idei ponoszenia duchowych konsekwencji grzechu przez potomków.

Po drugie zaś, nawet te kary, które określone są w Biblii jako trwające do trzeciego i czwartego pokolenia, to według Chryzostoma – podobnie jak u Augustyna – tylko konsekwencje społeczne. Na przykład po wyjściu z Egiptu wszyscy ponieśli konsekwencje grzechów niektórych (i wymarli na pustyni). Tego samego uczy św. Hieronim. Konstytucje Apostolskie z IV wieku nazywają mniemanie, że chrześcijanie mogliby ponosić duchowe konsekwencje stykania się z poganami (a więc bałwochwalcami i okultystami), poglądem przewrotnych ludzi (Konst. Ap. II). Wybitny autorytet Kościoła, którym jest św. Tomasz, wielokrotnie omawia problem „kar do trzeciego i czwartego pokolenia” w Summie teologicznej. Jego wnioski można podsumować sentencją: „Dzieci nigdy nie ponoszą duchowych konsekwencji grzechów swoich przodków”, choć mogą ponosić społeczne konsekwencje grzechów.

Jak się więc zachować?

Stajemy więc wobec paradoksu. Z jednej strony mamy tysiące ludzi garnących się do rekolekcji i sesji modlitewnych na temat uzdrowienia międzypokoleniowego, z drugiej zaś raczej wątłe, by nie powiedzieć wątpliwe, podstawy tej modlitewnej praktyki: Pismo Święte i katolicka Tradycja takiej praktyki nie znają. Dochodzą do tego przestrogi przed przekraczaniem granicy między biblijną pobożnością chrześcijańską a mentalnością New Age. Jakie jest wyjście? Przypomnijmy sobie raz jeszcze mądre uwagi katechizmu: „Kościół popiera formy religijności ludowej, ale równocześnie czuwa, by je rozświetlać światłem wiary”. Mają rację gorliwie wierzący katolicy, którzy domagają się od nas, swoich duszpasterzy, abyśmy wiedzieli, jak dostąpić spotkania z Chrystusem, z Jego mocą uzdrowienia i zmiany życia. W ten sposób wyrażają zmysł ewangeliczny. Duszpasterz ma na to odpowiedzieć nie tylko przez krytykę błędnych form, ale przede wszystkim przez głoszenie z mocą form prawidłowych.

Błędy wkradają się łatwiej, jeśli sprawiamy wrażenie, że nasze chrześcijaństwo to tylko jakaś teoretyczna narracja; że kto chce znaleźć dostęp do przemieniającej życie mocy, powinien raczej szukać jej wśród terapeutów niż wśród duszpasterzy, gdyż między stronicami Nowego Testamentu a współczesnym życiem zionie nieprzebyta przepaść… Wierni katolicy słusznie przypuszczają, że drogi Boże są inne niż ta narracja, że Bóg jest Bogiem bliskim i pełnym mocy, że – jak głoszą słowa pieśni – jeśli wczoraj miał moc, to i dzisiaj ją ma.

Tego typu fenomeny jak gwałtowne upowszechnienie wiary w dziedziczne międzypokoleniowe dręczenie są apelem do ludzi Kościoła o nauczanie z mocą, że i dzisiaj można powiedzieć: byłem ślepy, a On przywrócił mi wzrok. Do istoty pobożności katolickiej należy przecież temat nowego narodzenia, chrztu w Duchu Świętym, nowego stworzenia, uzdrowienia serca i przemiany życia. Dostępu do tej mocy szukajmy więc w natchnionym tekście Biblii rozumianym w świetle żywej tradycji Kościoła.

1 P. Horrobin, Healing Through Deliverance, Tonbridge (England) 1994.
2 R. DeGrandis, Uzdrowienie międzypokoleniowe — osobista podróż ku przebaczeniu, Łódź 2003.
3  Rose Mary, Nie krocz za mną, konsultacja teologiczna Aleksander Posacki SJ, Fronda, Warszawa 2013.

Zarażeni grzechem
Andrzej Siemieniewski

urodzony w 1957 r. – polski duchowny rzymskokatolicki, profesor nauk teologicznych, wykładowca teologii duchowości na PWT we Wrocławiu, biskup pomocniczy wrocławski od 2006 roku. Święcenia kapłańskie otrzymał w 1985 roku....

Produkt dodany do koszyka

Zobacz koszyk Kontynuuj zakupy

Polecane przez W drodze