W tym jest siła
fot. christozov / UNSPLASH.COM
Oferta specjalna -25%

Ewangelia według św. Marka

0 votes
Wyczyść

Religijność ludową trzeba ewangelizować. Ważne jest, by nie podchodzić do niej z zawodową podejrzliwością, z nieufnością wobec niej albo i nawet z przekonaniem, że jest ona gorszą formą przeżywania wiary.

Tomasz Ponikło: Czym jest pobożność ludowa?

bp Grzegorz Ryś: Najpierw trzeba zwrócić uwagę, że stosuje się czasem zamiennie dwa określenia: religijność ludowa i pobożność ludowa. Tymczasem nie zawsze oznaczają dokładnie to samo. Pobożność jest wyrazem religijności. Religijność ludowa – pozostajemy na gruncie chrześcijaństwa – to taka rzeczywistość, która tworzy się w Kościele oddolnie. Skoro oddolnie, to nieraz też nieco żywiołowo.

Samo Magisterium Ecclesiae dość rzadko wypowiada się na temat religijności ludowej. W adhortacji apostolskiej Evangelii nuntiandi o ewangelizacji w świecie współczesnym z 1976 roku papież Paweł VI poświęca temu zagadnieniu jeden punkt. Religijność ludowa jest w ujęciu papieża z jednej strony pięknym i prawdziwym poszukiwaniem Boga, a z drugiej strony to poszukiwanie jest narażone na niebezpieczeństwa (papież mówi: „podatna na zranienie”) i na zamknięcie się w pewnych ciasnych granicach.

Podatna na zranienie jest ta rzeczywistość czy raczej ludzie?

Mówimy: religijność, myślimy: ludzie. Ludzie, dla których pobożność ludowa jest formą przeżywania wiary. Pozytywne rzeczy, na które zwraca uwagę Paweł VI, to na przykład wrażliwość na niektóre przymioty Boga: na Jego ojcostwo, opatrzność, dobroczynną miłość. Papież wskazuje, że na gruncie chrześcijańskim prowadzi nas ona do zrozumienia wartości krzyża, co przekłada się na takie cnoty moralne, jak cierpliwość i szacunek dla innych. Religijność ludowa prowadzi nas w kierunku postawy elementarnego zaufania Bogu. Takie są jej plusy. Jednak po stronie niebezpieczeństw pojawia się skłonność do rytualizmu i podatność na zabobon. Pobożność ludowa, chyba jak mało która, ma pokusę zakrzepnięcia w obrzędzie, zwyczaju, rytuale. Dlatego Paweł VI mówi, że religijność ludową trzeba ewangelizować. Ważne jest, by nie podchodzić do niej z zawodową podejrzliwością, z nieufnością wobec niej albo i nawet z przekonaniem, że jest ona gorszą formą przeżywania wiary, bo mało refleksyjną i nie dość świadomie wybraną. Jeśli jednak przyjrzeć się tekstom Magisterium, które do tej religijności się odnoszą przy okazji innych kwestii, to wszystkie opowiadają się po jej stronie. To ważny punkt otrzeźwienia, każący nie sprowadzać chrześcijaństwa do elitarnego sposobu przeżywania wiary, właściwego np. ludziom świetnie wykształconym, skłonnym do abstrakcyjnego myślenia, albo – po drugiej stronie bieguna – charyzmatycznego – zarezerwowanego dla ludzi, którzy doświadczyli chrztu w Duchu Świętym. Chrześcijaństwo nie jest elitarne.

W pewnym sensie bardzo mało wiemy o religijności ludowej, ponieważ nie patrzymy na nią z jej wnętrza, ale opisujemy ją według zewnętrznych ocen osób, które same nie są z nią w ogóle związane.

A jednak nie są to tylko zewnętrzne oceny. Spójrzmy historycznie. To prawda, że religijność ludowa kocha się w konkrecie i z definicji jest mało abstrakcyjna. Ten konkret dotyczy zarówno formułowanych wobec Pana Boga oczekiwań, jak i form praktykowania pobożności. To w nurcie pobożności ludowej zrodził się w Kościele kult świętych wizerunków czy relikwii. Są to zjawiska wyprzedzające refleksję Kościoła. Nie jest więc to tylko ocena z zewnątrz, ale też wewnętrzna ocena Kościoła, która wypływa ze źródeł Objawienia. Trzymajmy się przywołanego przykładu, gdyż ostatecznie refleksja na temat wizerunku jest w Kościele bardzo poważna. Została zamknięta Soborem Nicejskim II (787 r.), na którym sformułowano bardzo głębokie uzasadnienia teologiczne mówiące, że to Bóg ostatecznie stworzył doskonały wizerunek siebie samego, jakim jest człowieczeństwo Jezusa Chrystusa. Tak więc rozmowa o kulcie wizerunku wpisała się w rozwój dogmatu chrystologicznego, a wyrosła z religijności ludowej.

Myślę, że obecnie doświadczenie ludzi żyjących religijnością ludową, których na wstępie skłonni jesteśmy posądzać wyłącznie o wiarę odziedziczoną, i kwestię ich oceniania z wnętrza Kościoła, ilustruje postać księdza Józefa Tischnera. Kiedy rozmawiał ze swoimi ziomkami z Łopusznej, miał doświadczenie spotkania z jakąś wielką mądrością i zrozumieniem tego, co Boże.

Ksiądz Tischner wykonywał właściwie pracę u podstaw, gdy już w latach 60. ubiegłego wieku razem ze Stanisławem Grygielem pisali na łamach „Znaku” afirmujące kulturę góralską i pobożność ludową Listy gazdów. Kropką nad „i” była oczywiście Historia filozofii po góralsku.

Właśnie na przykładzie Tischnera widać, jak to działa w dwie strony. Tischner wywodził się ze środowiska o określonym kodzie wartości, który sam pewnie nauczył się krytycznie rozeznawać w wieku bardziej dojrzałym. Wówczas w pełni zrozumiał cechy mentalności górala, która nie jest tylko mentalnością kulturową, ale też mentalnością religijną. Tischner nosił to w sobie, ale miał też poczucie, że oto teraz idzie do tych ludzi z powrotem z Ewangelią jako kapłan, a więc dokonuje inkulturacji Ewangelii. Tak samo Ewangelię trzeba wypowiedzieć za pomocą tej kultury, ponieważ inaczej ryzykuje się niebezpieczeństwo, że Ewangelia będzie w danym środowisku czymś obcym.

Tischner pewnie nie miał w ręku tłumaczenia Nowego Testamentu na gwarę góralską, które wywołuje szereg pytań: czy można posługiwać się takim zapisem w liturgii, jak wykonywać śpiewy…? To bardzo ważne, żeby ludowość nie była tylko rodzajem przebrania, dekoracji, lecz żeby to było możliwie poważne przełożenie języka Ewangelii na język określonej kultury. Wcześniejsze jednak jest doświadczenie tego, że jest to konkretna kultura, która czyni tych ludzi takimi, jacy są. I oni w siebie, w tę kulturę, chcą przyjąć Ewangelię. Tu dobrze widać, że ewangelizacja nie jest nigdy procesem jednokierunkowym, lecz przebiegającym zawsze i owocującym po obu stronach. Tischner robił to często w formie żartów, ale kryło się w tych żartach coś takiego, co dotykało istoty sprawy. Na przykład, odwołując się do poruszonej już tu zgody na krzyż, Tischner nie używał takich pojęć, ale mówił na przykład o tym, że górale mają zdrowe wyczucie fatalizmu…

Jak wygląda pobożność ludowa w Polsce w dwóch ostatnich dekadach? Czy nie obserwujemy jej mariażu z elementami pozachrześcijańskimi, które przypłynęły nad Wisłę z falą New Age?

Nie mam takiego oglądu, żebym mógł mówić o Polsce w ogóle. Za to dość często jeżdżę po Podhalu i Orawie, czyli tam, gdzie kultura ludowa jest ciągle jeszcze niewątpliwie mocna. I mam poczucie, że jesteśmy świadkami jej odrodzenia. Obserwuję, że jest chlubą dla młodego człowieka mówić gwarą, także na uroczystych spotkaniach, śpiewać na nutę dla regionu właściwą, ubrać się w strój regionalny. Gdy wchodzi się do góralskiego kościoła podczas bierzmowania, wszyscy młodzi są ubrani w stroje ludowe. I to nie jest sztuczne, bo widać, że dobrze się w nich czują. A więc nie jest to przebranie, z którym zaraz się pożegnają albo oddadzą do wypożyczalni. Zdumiewająca jest też liczba dziecięcych i młodzieżowych zespołów folklorystycznych działających przy górskich szkołach i parafiach, prowadzonych przez amatorów lub zawodowców, ale zawsze pasjonatów lokalnej kultury. To jest niezwykłe zjawisko, które może fascynować. Widać, że oni rozumieją i czują taniec góralski. Jest to więc kultura, która z całą pewnością nie umarła; przeciwnie, mam wrażenie, że się odradza. Widzę, że górale chcą ją prezentować, także będąc w Kościele i w kościele.

No, piękny obraz… Przyjedzie z wizytacją biskup, zobaczy i będzie zadowolony.

To jest tak ładne, że może uśpić. Oczywiście, że człowiek może sobie pomyśleć: aha, mamy setkę młodych ludzi przyjmujących bierzmowanie, stroje góralskie itd. – po prostu fantastyczny Kościół, który trzeba uchronić od zepsucia. Ale zaraz pojawiają się pytania. Ludzie, którzy tu żyją, są w czołówce wyjeżdżających na lata do pracy poza Polskę – zwykle zresztą chwilę po bierzmowaniu. Mieszkają kilkanaście lat w krajach skandynawskich, na Wyspach czy we Włoszech, a może i za wodą. Z jednej strony są przesiąknięci wartościami, które wynieśli z domu i z kultury, w której wyrośli, ale tam, poza kontekstem, doznają one bardzo ostrej weryfikacji.

Socjologowie mogą pokazać i opisać kłopot: ci sami ludzie, którzy w swojej wiosce są w kościele, zaczynając studia w dużym mieście, wypadają z kościelnego obiegu, bo tracą oparcie w grupie i punkt odniesienia, dość łatwo się gubią. Pytałem duszpasterza akademickiego w Krakowie, ilu studentów przyjmuje go po kolędzie – jedna trzecia. Wiadomo, że w akademikach nie mieszkają ludzie pochodzący z tego miasta, w którym studiują, lecz w większości osoby z wiosek i miasteczek. Jest oczywiste, że oni, jadąc na święta do domu, zdążą w mieście pójść do spowiedzi, a w wiosce – do kościoła i przystąpią do komunii. To kolejny obrazek, który może uśpić.

Tyle że to już nie jest kwestia uśpienia biskupa, ale proboszcza. Miejscowy kapłan, który stale ma do czynienia z takim obrazkiem, może popaść w nadzwyczaj dobre samopoczucie, że oto młodzi wprawdzie stąd wyjeżdżają, ale Kościoła nie zostawiają. Nie będzie więc wiedział, że wbrew pozorom jest tu potrzebna ewangelizacja. Nie chcę się jednak na ten temat wiele wymądrzać. W przyszłym roku planujemy kongres poświęcony nowej ewangelizacji w środowiskach wiejskich. Rozmawiałem o tym z abp. Rinem Fisichellą, przewodniczącym Papieskiej Rady ds. Nowej Ewangelizacji, który podjął temat i zapowiedział swoją obecność na kongresie, ponieważ przyznał, że nie ma w Kościele refleksji na ten temat. Kiedy powiedziałem mu o „ewangelizacji wsi”, on od razu przetłumaczył sobie to: „tereny pozamiejskie”. To bardzo charakterystyczne. Tkwi w nas takie myślenie o wsi, jakby wieś nie miała własnej tożsamości i zawsze była określana wyłącznie przez odniesienie do miasta.

Mamy cały szereg zespołów, grup, metod, które bardzo chętnie włączają się w ewangelizację środowisk miejskich i równie zdecydowanie odmawiają ewangelizacji poprzez wyjście na wieś. Pewnie dzieje się to z rozmaitych powodów, ale przede wszystkim dlatego, że brak im doświadczeń w tym zakresie. W Polsce jedyną chyba osobą mogącą o tym szerzej powiedzieć jest biskup Edward Dajczak, który stworzył ze swoimi ludźmi program ewangelizacji wsi w diecezji koszalińsko-kołobrzeskiej.

Człowiek może powiedzieć, będąc w mieście, że jest ze wsi. Ale przecież nie powie, np. w konfesjonale, że jego wiara jest wiarą wywodzącą się z religijności ludowej.

Nikt o sobie chyba nie myśli w taki sposób.

Może więc wcale nie ma niczego takiego, co by tworzyło grupę etykietowaną przez religijność ludową?

Nie ma prostych odpowiedzi, nie ma też definicji. Dość jednogłośną konstatacją historyków jest stwierdzenie, że religijność ludowa jest religijnością masową – religijnością ludu. Niezwykle trudno jest wyznaczyć granicę między ludem a jego elitą. Czy w średniowieczu ktoś, kto był tylko literatus, był już człowiekiem, któremu religijność masowa była obca? Zapewne nie. Określenie granic nie jest łatwe. Dlatego lepiej nie pokazywać grupy, tylko pokazywać formy.

Do jakiej formy religijności w Kościele należy peregrynacja obrazu – np. taka, która właśnie zakończyła się w archidiecezji krakowskiej? Do religijności ludowej. A przecież kogoś, kto w niej uczestniczy i ją przeżywa, może prowadzić do najgłębszych wyborów dokonywanych w wierze. Nie mam co do tego wątpliwości. I chyba temu służy głos Kościoła mówiący: „nie lekceważyć”, „nie podejrzewać”. Masowe chrześcijaństwo może oczywiście objawić się tym, że liczba nie przechodzi w jakość. Ale wcale tak być nie musi.

W skojarzeniach z religijnością ludową pojawiają się jednak wątki wręcz magiczne…

Magia jest zawsze przeciwieństwem wiary. Polega ona na tym, że próbuję za pomocą mechanicznych trików wymusić na tym, co sakralne i co boskie, zachowania po mojej myśli. Natomiast wiara polega na czymś całkiem innym: pytam, czego Bóg ode mnie chce i staram się do tego dostosować. Nie używam Boga do swoich własnych celów.

Oczywiście jest to rozróżnienie na poziomie filozofii religii i na płaszczyźnie naukowej może być klarowne, ale już w życiu tak klarowne nie jest. Ten, komu bardzo na czymś zależy, prosi Boga, składa ślub, podejmuje takie czy inne działanie – gdzieś może mieć w sobie taką pokusę, oczekiwanie: „Daję, żebyś dał”. To mechanizm kupiecki, który w religijności ludowej, schematycznie opisywanej, występuje niemal jako klasyczny, ale grozi wszystkim wiernym.

A gdzie w takim razie, między wiarą a magią, jest miejsce na cud i cudowność?

To potężny temat, bo jak widać, w Kościele do cudów podchodzi się poważnie. Kościół poszukuje np. potwierdzenia ze strony Pana Boga tego, co jakoś się przed nim odkrywa: ktoś może być dla nas wzorem wiary, ale nie będzie kanonizowany bez rozeznania cudu. Tu widać, jaka jest różnica między podejściem magicznym a podejściem w wierze. Jeśli w końcu ten cud się wydarza, widzę w tym działanie Boże: oto Pan Bóg w tym momencie chciał nam pokazać tego człowieka, którego nieraz ludzie przez wieki czcili. A więc otwieram się na to, co Bóg chce mi powiedzieć. W Kościele są więc cuda, ale nie ma cudowności.

A nie było taką „cudownością” w Kościele – wybuchem jakiejś religijności ludowej w samym centrum miasta – spotkanie na Stadionie Narodowym w Warszawie z ugandyjskim rekolekcjonistą i uzdrowicielem o. Johnem Bashoborą, w którym uczestniczyło w lipcu niemal 60 tys. osób?

Nie ma żadnego powodu, żeby o. Bashoborę lub uczestników rekolekcji przez niego głoszonych wrzucać do worka „magia”. Ten kapłan niezwykle prosto głosi chrześcijański kerygmat. Jeżeli gdzieś pojawia się problem, to tam, gdzie ludzie chcą w nim faktycznie widzieć jakiegoś magika czy uzdrowiciela. Tak samo, jak nie ma niczego złego w samej modlitwie o uzdrowienie i w jej praktykowaniu, chociaż to praktykowanie może przemienić się w postawę „daję, żebyś dał”. Nawet gdyby tak się zdarzało, nie można przez to podważać samej modlitwy i siły charyzmatów. Wina nie leży w formie modlitwy, tylko w niewystarczalności towarzyszącej jej katechezy. Tego braku nie ma jednak po stronie ojca Johna.

Pokazuje ksiądz biskup religijność ludową jako ruch oddolny w Kościele, który potem jest przez Magisterium badany. Gdy się jeździ po Polsce, można gdzieniegdzie zobaczyć plakaty ruchu intronizacyjnego Chrystusa na króla Polski – ruchu zdecydowanie oddolnego.

To dobry przykład, by zobaczyć, jak postępuje refleksja pasterzy nad tym zjawiskiem. Ukazują oni temu ruchowi źródła, w których on sam musi się przejrzeć dla weryfikacji własnej tożsamości. W przeżywaniu i rozumieniu wiary ważniejsze są źródła objawienia publicznego niż prywatnego. Co falsyfikuje co? Nie może być tak, że w oparciu o objawienie prywatne przeinterpretowuje się objawienie publiczne – musi być odwrotnie. A gdy Kościół mówi wizjom prywatnym nihil obstat, to właśnie dlatego że stwierdza ich zgodność z tym, co jest objawieniem publicznym. Nikt nie lekceważy ani pobożności ludzi z tego ruchu, ani ich zaangażowania, ani ich dobrej woli. Natomiast widać, że jest to żywioł, który może się przelać poza granice ortodoksji i ortopraksji i wobec tego należy się starać, by do tego nie doszło.

Co ksiądz biskup osobiście zawdzięcza w swojej wierze pobożności ludowej?

Wiele, naprawdę wiele. Moi rodzice pochodzą z wiosek, mama z Krzywaczki, a tata z Łososiny Górnej. Zawdzięczam im konkretne, bezpośrednie podejście do Pana Boga obecnego w codzienności. To całkiem naturalne przekonanie, że Bóg ma wpływ na to, co się dzieje w moim życiu, że człowiek odnosi się do Niego bezpośrednio. Powalił mnie przykład mojej ciotki, która rozwiązała konflikt małżeński w rodzinie. Zdjęła krzyż ze ściany i postawiła przed młodymi: „Powiedzcie, jak jest w domu”. To istota tego, co zawdzięczam religijności ludowej: najgłębsze przekonanie, że Bóg jest bliski, że jest tu i teraz.

W tym jest siła
abp Grzegorz Ryś

urodzony 9 lutego 1964 r. w Krakowie – kardynał, arcybiskup metropolita łódzki, w latach 2011-2017 biskup pomocniczy archidiecezji krakowskiej, profesor historii Kościoła, ceniony rekolekcjonista i kaznodzieja. Do 2011 rok...

W tym jest siła
Tomasz Ponikło

urodzony w 1985 r. – socjolog, dziennikarz działu religijnego „Tygodnika Powszechnego”, redaktor naczelny Wydawnictwa WAM (2017-2019), członek Fundacji Kultury Chrześcijańskiej Znak. Autor książek Chrześcijanin. Rozmo...

Produkt dodany do koszyka

Zobacz koszyk Kontynuuj zakupy

Polecane przez W drodze