Czy pan mnie słyszy?
fot. claudio schwarz purzlbaum / UNSPLASH.COM
Oferta specjalna -25%

Pierwszy i Drugi List do Tesaloniczan

0 opinie
Najniższa cena w ostatnich 30 dniach: 52,90 PLN
Wyczyść

Stanisława Ryster zakłada nogę na nogę i zadaje pytanie. Jest teraz jak Sfinks – jeśli nie odpowiesz, już po tobie. Kilkanaście lat walki o telewizyjny finał Wielkiej Gry pójdzie na marne. Żeby ich nie zmarnować, nie wolno ci zrobić jednego. Nie wolno spojrzeć na zegar.

Udepczmy sobie najpierw grunt pod tę niezwykłą opowieść o cierpliwości i fuksie. Tym gruntem będą fakty. Rozmawiamy o teleturnieju telewizyjnym „Wielka Gra”, który powstał w… Zaraz, zaraz, właściwie kiedy? Mnie bowiem wydaje się, że był zawsze. Odkąd sięgam pamięcią, odkąd zasiadałem – jeszcze po turecku, w rajstopkach, jeszcze z mlecznymi zębami – przed telewizorem, w którym był szeroki wybór dwóch kanałów, odkąd radziecki lampowy rubin zastąpił telewizor czarno-biały – „Wielka Gra” była zawsze.

I zawsze chciałem ją wygrać.

Kiedy się jest dzieckiem, to w głowie piętrzy się tysiąc takich niedorzecznych marzeń. Być strażakiem, kosmonautą, podróżnikiem wędrującym po odległych lądach, nieustraszonym łowcą groźnych zwierząt, Jankiem Kosem w udającej czołg piaskownicy, bohaterskim pułkownikiem Dowgirdem podczas zabawy w „Czarne chmury” za osiedlowymi garażami. Wygrać „Wielką Grę” – marzenie jak każde inne. Tak samo nierealne.

Najważniejszy dzień życia

„Wielka Gra” była w programie telewizyjnym od zawsze, a konkretnie od 1962 roku, kiedy to Telewizja Polska kupiła (hm, czy aby na pewno kupiła?) licencję amerykańskiego teleturnieju „The $64,000 Question”, niezwykle popularnego w uwielbiających tego typu quizowe programy Stanach Zjednoczonych. Plan słusznie zakładał, że widzowie będą chcieli oglądać i podziwiać zupełnie zwyczajnych ludzi, dajmy na to taksówkarzy, sklepikarzy, policjantów, hydraulików, hodowców drobiu czy dziennikarzy sportowych, którzy znają się na jakimś konkretnym temacie, zupełnie niezwiązanym z ich zawodem. Ukrytych pasjonatów, hobbystów dorównujących swą wiedzą nawet profesorom i naukowcom. Ludzi, którzy staną się mimochodem gwiazdami telewizji. A ta uwielbia przecież pokazywać wszelkich dziwolągów. Nawet takich, którzy wiedzą wszystko o czymś.

Program sprowadził do Polski entuzjasta teleturniejów redaktor Ryszard Serafinowicz. Wyglądało to tak: jeden zawodnik, zamknięty w dźwiękoszczelnej kabinie, z ogromnymi słuchawkami na uszach, odizolowany od świata niczym zakażony tajemniczym wirusem wiedzy, odpowiadał na pytania. To o „Wielkiej Grze” w takiej właśnie formie opowiada jeden z pierwszych odcinków serialu „Najważniejszy dzień życia” z 1974 roku. Każdy zaczynał się tak samo – reporter telewizji zaczepiał przechodnia i pytał:

– Przepraszam bardzo, jaki był najważniejszy dzień w pani/pana życiu?

W drugim odcinku zaczepiona została Ryszarda Hanin, która grała starszą panią Melanię Kicałę, babcię wnuka z typowego, nowoczesnego małżeństwa intelektualistów lat 70. Małżonkowie uważali, że babcia nadaje się jedynie do opieki nad wnusiem, ugotowania obiadu, zrobienia prania i pójścia do kościoła. A ona… zgłosiła się do „Wielkiej Gry” z tematu „Mity greckie”. I wygrała, zyskując w jednej sekundzie szacunek w oczach swoich dzieci.

– Bo ja bardzo lubię bajki. A te mity greckie to takie właśnie bajki. I kiedy ugotuję już wszystko i upiorę, to sobie trochę tych książek poczytam – wyjaśniała, wskazując na wygrany finał jako najważniejszy dzień życia.

Cały czas mam wrażenie, że ja, zaczepiony przez reportera, wskazałbym podobnie.

Redaktor Serafinowicz prowadził program, ale jedynie do marca 1968 roku. Rozpętana wówczas przez władze komunistyczne antysemicka nagonka dopadła także jego. Jako „osoba pochodzenia żydowskiego” musiał opuścić kraj i wyjechać do „Syjamu”, którym w jego wypadku były Włochy, a potem Kanada.

Na planie „Wielkiej Gry” została jego asystentka Joanna Rostocka, która prowadziła teleturniej samodzielnie aż do 1973 roku. Wtedy to, podczas jednego z programów, wystąpiła na antenie z wisiorkiem w kształcie krzyża. Z gierkowskiej telewizji wyleciała za to momentalnie. A teleturniej przestał być nadawany na żywo. Redaktor Rostocką zastąpił Janusz Budzyński. W 1975 roku do „Wielkiej Gry” wkroczyła Stanisława Ryster.

Bądź odważny!

Przyznam, że Stanisławę Ryster wyobrażałem sobie inaczej. Była dla mnie uosobieniem władzy nad dwoma nieszczęśnikami, którzy zasiadali naprzeciwko niej, by spróbować odpowiedzieć na pytania. Skuleni, w słuchawkach, zestresowani. A ona? Zrelaksowana, władcza, z tymi niesamowicie skrzyżowanymi nogami, ułożonymi w jakiejś niezwykłej geometrii wobec krzesła, zaciskała dłoń na pilocie z dwoma przyciskami, co przywodziło na myśl jakiś detonator.

Pierwszy odpowiada pan X – mówiła redaktor Ryster i klik na przycisk.

Gdy zobaczyłem ją na ekranie po raz pierwszy, jeszcze jako dziecko, była dla mnie skarbnicą wiedzy. Dziecięcy umysł nie dopuszczał ewentualności, że pani redaktor w gruncie rzeczy nie jest nauczycielką z telewizji i nie zna odpowiedzi na pytania, które zadaje. Że napisali je eksperci, a ona tylko je czyta. Przekonałem się o tym, gdy pojechałem na eliminacje. To było w 1991 roku, zaraz po tym, gdy skończyłem 18 lat. Wielkie przeżycie i sromotna porażka. Kilka razy. Dopiero po czterech latach, w 1995 roku usłyszałem komunikat, w który nie mogłem uwierzyć – zakwalifikowałem się do finału telewizyjnego z tematu „Gady współczesne i kopalne”. Pełen entuzjazmu i młodzieńczej naiwności nie przypuszczałem, że minie 21 lat, teleturniej zostanie zlikwidowany, a ja na występ przed kamerami z tego tematu się nie doczekam.

Przed kamery telewizyjne dostałem się natomiast dzięki tematowi „Gryzonie świata”. Do dziś znajomi z rozbawieniem wspominają moją odpowiedź na jedno z pytań, gdy pokazano mi zdjęcie zwierzątka wielkości kłosu zboża. – To prześliczna mała myszka zwana badylarką – odpowiedziałem i to określenie omal nie stało się moim przezwiskiem w gronie znajomych. Badylarka.

Specjalnie na tamten finał w 2002 roku kupiłem nową marynarkę. Zabrałem ze sobą rodziców, którzy nigdy nie widzieli telewizji od środka. Gdy przegrałem, postanowiłem, że na kolejny finał pojadę sam.

Ktoś zapytał mnie kiedyś, co słychać w słuchawkach w trakcie „Wielkiej Gry”, gdy czeka się, aż odpowie przeciwnik. A może to ja sam siebie o to spytałem? Możliwe. Po prostu nie pamiętam. Naprawdę, nie potrafię sobie przypomnieć, co słyszałem wtedy w słuchawkach. Pewnie jakąś muzykę. A może obezwładniającą ciszę…

Skoro za żadne skarby nie umiem sobie tego przypomnieć, to najprawdopodobniej byłem odpowiednio skoncentrowany na celu, który miałem osiągnąć. A cel był jasny – odpowiedzieć prawidłowo.

Sęk w tym, że tam, w studiu telewizyjnym „Wielkiej Gry” na Woronicza, przeciwnikiem zawodnika nie były tylko pytania czytane z kartek przez redaktor Ryster. Była nim także sama telewizja, która próbowała nagle zrobić z ciebie gwiazdę. Zakładała ci na uszy słuchawki, przyciskała jakiś detonator w dłoni redaktor Ryster, wcześniej nakładała na twarz mnóstwo pudru (aby się nie świeciła na wizji), by wreszcie błysnąć uczestnikom w twarze ostrym światłem mocnych jupiterów, które ten puder pod wpływem strużek potu rozpuszczały. A wszystko to w ceremoniale potęgującym napięcie.

Zaczynał się on w bufecie, w siedzibie TVP na Woronicza. Zawodnicy przyjeżdżali tam najczęściej na długo przed nagraniem. Siedzieli przy stolikach, nerwowo popijali kawę, douczali się z książek, jakby mogło to coś jeszcze zmienić. Ale przede wszystkim – koncentrowali się. Ja przynajmniej tak robiłem. Koncentracja znaczyła dla mnie odnalezienie spokoju ducha, który pozwalał sięgnąć do tego, co mam w głowie. Oznaczała zwalczenie strachu, który ściskał żołądek i paraliżował umysł. W tym celu należało unikać wszelkich rozmów na temat, z którego się startowało, licytacji wiadomości i wymiany wiedzy z innymi uczestnikami, z których każdy próbował odegrać przed wejściem do studia twardszego, niż jest w rzeczywistości. Było to trudne, bo większość finalistów „Wielkiej Gry” znała się nawzajem. Wiele razem bowiem przeżyli, o czym za chwilę.

Półtorej godziny przed nagraniem pojawiali się oficjele. Przychodził mecenas, u którego zdeponowane były pytania i nagrody. Próbował zagadnąć, powiedzieć coś zabawnego, zadać jakieś trywialne pytanie z tematu, z którego startowałem, typu:

– A ten kiwi na Nowej Zelandii to chyba wyginie, prawda? – gdy akurat startowałem z tematu „Fauna wysp świata”.

– Nie teraz, panie mecenasie. Muszę się skupić – odpowiadałem niechętnie, gdyż nie lubię zbywać rozmówców. On na szczęście rozumiał.

Później przychodzili eksperci i razem z nimi maszerowało się do garderoby, aby przypudrować noski i czółka. Rozmawialiśmy w trakcie tych pudrów o czymkolwiek, byle nie o temacie, z którego zaraz zacznie się gra. Nie wolno było. Nie, raczej… nie wypadało.

Na koniec wpadała Stanisława Ryster. Z papierosem, oczywiście, gdyż paliła jak smok. Teraz, bez nóg na krześle i detonatora w dłoni, wyglądała zupełnie inaczej niż w telewizji. Energiczna, wręcz neurotyczna, ustalała szczegóły nagrania. Bywało, że krzyczała na zawodników.

– Skończyło się! – pamiętam, jak kiedyś zawołała tak do kogoś, kto pojawił się w dżinsowej kurtce, ale zwracając się do niego, mówiła też do pozostałych: – Skończyło się przychodzenie do cudzych domów w niedzielne popołudnie bez garniturów. Koniec z tym! Kto nie ma garnituru, a kobiety żakietu, nie gra.

Otóż Stanisława Ryster nie pomagała. Naprawdę nie pomagała opanować stresu. Raczej go potęgowała. Podkreślała, że jest z tej drugiej strony ekranu i że dla niej wejście za chwilę na wizję to bułka z masłem, zwykła robota.

Dla nas było to nieziemskie przeżycie, często jedyne w życiu. Bo my byliśmy zwyczajnymi taksówkarzami, sklepikarzami, policjantami, hydraulikami, hodowcami drobiu czy dziennikarzami sportowymi, którzy znają się tylko na jakimś konkretnym temacie, zupełnie niezwiązanym z ich zawodem.

Brało się więc głęboki wdech i wchodziło do studia. Stanisława Ryster i jakiś tajemniczy Big Brother w reżyserce (najczęściej bywała nim Bożena Pijanowska) wymieniali szereg konwencjonalnych pytań w stylu: Jak się słyszymy? Czy na pewno dobrze? Rozlegał się charakterystyczny sygnał teleturnieju. Robiło się naprawdę gorąco. Zaczynała się „Wielka Gra”.

Bądź opanowany!

Nie potrafię zliczyć, ile razy jeździłem na eliminacje „Wielkiej Gry”. Starałem się być na każdych, które mnie interesowały. Kiedyś nawet, czekając na wynik, postanowiłem spróbować swoich sił z tematu „Wielkie odkrycia geograficzne XV i XVI wieku”. Sądziłem, że trochę się w tym orientuję…

Test pokazał, jak bardzo się myliłem. Nie wiem, jaki dokładnie osiągnąłem wynik. Odpowiedziałem poprawnie może na 4–5 pytań. A i tego nie jestem pewien. Znam takich, którzy twierdzili, że napisali dobrze test eliminacyjny bez przygotowania, z marszu. Nie wierzę im. To czcze przechwałki. Miałem przed sobą te pytania i wiem, co mówię.

Byli jednak tacy, którzy szli przez „Wielką Grę” jak burza. Jeśli się nie mylę, Jan Wolniakowski rzucił nawet pracę w fabryce w Poznaniu, by skupić się tylko na teleturnieju. Wygrał go 18 razy, głównie z tematów związanych z literaturą.

Zawodowo do teleturnieju podchodził również Marek Krukowski spod Kwidzyna – on wygrał 15 razy. Zygmunt Krawczuk, motorniczy krakowskiego tramwaju, który mieszkał w Krakowie w małym mieszkanku wypełnionym książkami, zwyciężył bodaj siedmiokrotnie.

Ja wygrałem raz. Jeden jedyny raz.

Pojedynek polegał na tym, że musieliśmy (ja i przeciwnik) odpowiedzieć na 20 pytań. Wolno było popełnić jeden błąd, drugi eliminował. Czas na odpowiedź – 20 sekund, a odmierzał go zegar na monitorze przed zawodnikiem.

No właśnie, ten zegar! To on odpowiadał za wiele przegranych pojedynków.

20 sekund to może i dużo, ale nie wówczas, gdy ktoś zaczyna je odliczać. Wyobraźmy sobie, że nauczycielka w szkole wzywa nas do odpowiedzi z historii czy z polskiego. Zadaje pytanie i równocześnie zaczyna mówić miarowo: dwadzieścia, dziewiętnaście, osiemnaście…

Jak odliczanie przez odpaleniem rakiety!

Nie wiem jak innych, ale mnie bardzo to stresowało. Szybko zatem zorientowałem się, że aby nie wpaść w dekoncentrujące rozważania na temat tego, jak mało czasu mi już zostało, należy na ten zegar nie spoglądać. Starałem się tego nie robić, ale wielu innych wpadało w pułapkę własnych myśli i własnej paniki.

Drugi pojedynek (dlaczego drugi – wyjaśnię za moment) z tematu „Fauna wysp świata” rozgrywałem ze Sławkiem z Warszawy. Faceta znałem, rozmawiałem z nim wielokrotnie, wiedziałem, jaką ma wiedzę. Jak obszerną. Tymczasem już na jedno z pierwszych pytań, w którym chodziło o odgadnięcie nazwy zwierzęcia wskazanego na zdjęciu, Sławek odpowiedział: lemur płowy. Pomylił się. Tak naprawdę był to lemur z Madagaskaru, zwany mongozem. To mniej więcej tak, jakby podczas odpowiedzi z języka polskiego pomylić Sonety krymskie z Grażyną.

Sławek nie wiedział, że to lemur mongoz? Ależ oczywiście, że wiedział! Nie w tym rzecz, czy wiesz, czy nie. Rzecz w tym, czy w tych okolicznościach, które opisałem, jesteś w stanie tę odpowiedź z siebie wydusić. On nie był.

A że nieszczęścia chodzą parami, ten błąd pociągnął za sobą kolejny. Sławek zastanawiał się zapewne jeszcze nad tym i pluł sobie w brodę, jak mógł się tak pomylić i że każdy kolejny błąd go eliminuje, gdy dostaliśmy następne pytanie. Tym razem o jadowitego węża, który na Cejlonie i Malajach budzi trwogę i odpowiada za wyjątkowo dużo ukąszeń, czasem śmiertelnych. Padła nawet jego synonimiczna nazwa – żmija indyjska! Musiał, po prostu musiał – przy stanie swojej wiedzy – znać odpowiedź! Wiedział, że chodzi o daboję, czyli żmiję łańcuszkową. A on z tych nerwów rzucił coś o kobrze indyjskiej.

W ten sposób pojedynek sam się wygrał. Awansowałem do kolejnej rundy.

Bądź uważny!

Pierwsza odpowiedź się liczy – to była żelazna zasada „Wielkiej Gry”. Mój kolega Rysiu przekonał się o tym dobitnie. Graliśmy razem w finale telewizyjnym z tematu „Gryzonie świata”. Ze mną – na trybunach rodzice. Na grzbiecie wełniana jasna marynarka, w której gotowałem się żywcem. Walczyłem, przegrałem. Rysiu poszedł dalej, aż do finału – ten miał zostać nagrany po miesiącu czy dwóch. Poprosiłem go, aby zadzwonił do mnie po jego zakończeniu i powiedział, jaki był efekt. Zadzwonił i powiedział:

– Jestem jedynym uczestnikiem „Wielkiej Gry”, który usłyszał fanfary na cześć zwycięstwa i… przegrał.

Zatkało mnie. Ale jak to?

Finałowe pytanie dotyczyło pewnego gryzonia ze środkowej Afryki, który wyglądem przypomina jeża (który gryzoniem nie jest) – też ma kolce na grzbiecie. To zwierzę jednak świetnie pływa, ma błonę między palcami i sporą część życia spędza w wodzie.

Ha, łatwe! Dla kogoś, kto naprawdę interesuje się zwierzętami, to nie jest trudne pytanie. Dla Rysia też takie nie było. Złożył kartkę z pytaniem i powiedział:

– Jeżatka azjatycka.

Fanfary, brawa, wygrał pan! Zanim zdążył się ucieszyć, odezwał się jednak ekspert i stwierdził: – Zaraz, zaraz! Jak to jeżatka azjatycka? W środkowej Afryce? Jeżatka – owszem, ale afrykańska.

Mój kolega złapał się za głowę. Przegrał, bo się przejęzyczył.

Druga żelazna zasada „Wielkiej Gry” była taka, że eksperci zapytać mogą o wszystko w zakresie zadanego tematu, co kiedykolwiek ukazało się w książkach w języku polskim. W grę nie wchodził zatem internet. Co ciekawe, eksperci mogli dzięki temu zapytać o… kompletne bzdury. Podczas eliminacji z tematu „Ssaki świata” padło pytanie o niedźwiedzia polarnego, który jest świetnym pływakiem. Chodziło o to, jaką prędkość rozwija w wodzie. Pewna książka podaje, że jest to 50 km/h, co stanowi oczywisty chochlik drukarski. 50 km/h to prędkość orki. Niedźwiedź pływa z szybkością 5 km/h. A jednak eksperci podali ten wariant jako odpowiedź prawidłową!

Zasada, że trzeba znać każde książkowe opracowanie na dany temat, brzmi groźnie, takich opracowań są bowiem setki. Działa jednak w dwie strony. Obowiązuje także jurorów.

Podczas pojedynku z „Fauny wysp świata” dostałem pytanie o pewnego czarno-białego ptaka z rodziny srokaczy, który żyje na Nowej Zelandii i Fidżi. Nazywa się zabawnie – dzierzbowron gwiżdżący. Ja podałem jego zamienną nazwę, wroniec australijski. Początkowo jury jej nie uznało, ale gdy złożyłem reklamację, musieli przyznać rację. Nazwa ta bowiem występuje w pewnej polskiej książce. Wystarczyło, że ją wskazałem.

Bądź cierpliwy!

A więc, jak już wspomniałem, miałem niewiele lat i mleczne zęby, gdy po raz pierwszy zapragnąłem wygrać „Wielką Grę”. Żeby wystartować, musiałem jednak skończyć 18 lat. Gdy to się stało, pojechałem na eliminacje. Wtedy przekonałem się, że może pytania w telewizyjnych finałach wyglądają na trudne, ale to jednak nic przy tych eliminacyjnych. A droga do fotela naprzeciw redaktor Stanisławy Ryster jest bardzo długa. Trudno nawet sobie wyobrazić, jak długa.

Eliminacje składały się z dwóch etapów, a każdy z nich to test. Kilkadziesiąt pytań, trzeba zaznaczyć jedną z opcji. Ile razy można się pomylić? To zależy od tego, jak spiszą się inni uczestnicy. Bywało, że eliminował jeden błąd, bo inne osoby oddawały testy wypełnione bezbłędnie. Czasem, gdy test był bardzo trudny, przechodziło się dalej nawet z kilkoma błędami.

Przypominam sobie przykładowe pytania:

– Jaki kolor ma podgardle jerzyka alpejskiego?

– Ile pierścieni znajduje się na rogach samca ridboka górskiego?

– Jaki procent panter żyjących w Malezji ma melanistyczną sierść?

Trudne? Nawet biorąc pod uwagę, że pytano o sprawy charakterystyczne (jerzyk alpejski ma nietypowe ubarwienie, ridbok górski ma więcej pierścieni na rogach niż jego krewniacy, a Malezja jest rekordzistką pod względem liczby czarnych panter), to jednak odpowiedź na tego rodzaju pytania wymagała bardzo szczegółowej wiedzy.

Testy zatem dość skutecznie przetrzebiały uczestników. Po każdym czekało się na wyczytanie nazwiska. Najprzyjemniejszy moment był wówczas, gdy usłyszało się je po drugim etapie. Bo oznaczało to, że przechodziło się do finału.

Finał nie oznaczał jednak, że się zagra.

Przed kamerami telewizyjnymi występowało bowiem jedynie dwóch zawodników równocześnie. Jeśli któryś z nich wygrał, następna para z tego samego tematu mogła się pojawić na wizji najwcześniej po roku. Najwcześniej. Bywało, że pojawiała się po wielu latach, a czasami… nigdy.

Nie wystarczyło więc pomyślne zaliczenie testów eliminacyjnych. Potrzebne było też szczęście, by trafić do gry w jednej z pierwszych par, najlepiej pierwszej. Decydowała o tym redaktor Stanisława Ryster. Dostać w takiej sytuacji numerek 10, 15 albo 20 oznaczało nie zagrać nigdy, mimo zdanego testu.

Dostać z kolei numerek 3 oznaczało być rezerwowym pierwszej pary. Rola rezerwowego była wyjątkowo niewdzięczna: musiał przyjechać na nagranie odcinka z pełną świadomością, że raczej nie zagra. Przypadki, by rezerwowy wszedł do gry, były absolutnie sporadyczne. Kiedyś jeden z zawodników zasłabł przed wejściem do studia, kiedy indziej z kolei ktoś miał wypadek czy też spóźnił mu się pociąg.

Rezerwowy wchodził do swojej gry w drugiej parze (o ile ta w ogóle pojawiła się na ekranie), ale na nagrania musiał przyjeżdżać kilkakrotnie częściej niż inni. „Wielka Gra” nagrywana była bowiem w wielu odcinkach. Mój występ w temacie „Fauna wysp świata” był przypadkiem skrajnym. A wyglądał tak:

Pierwsza wizyta w Warszawie – eliminacje, na szczęście udane; dostałem numerek 3.

Druga wizyta w Warszawie – jako rezerwowy nie zagrałem.

Trzecia wizyta w Warszawie – już jako zawodnik drugiej pary, pojedynek z pewnym doktorem z Torunia; padł remis – tzn. żaden z nas nie popełnił dwóch błędów podczas zadawanych 20 pytań.

Co w takiej sytuacji? Otóż obydwaj zawodnicy wcale nie zdobywali prawa do dalszej gry. Rozgrywany był drugi pojedynek. Za jakiś czas.

Czwarta wizyta w Warszawie – drugi pojedynek, przerwany po… nie pamiętam którym pytaniu; czas nagrania się skończył.

Piąta wizyta w Warszawie – dokończenie pojedynku, podczas którego nie uznano mi wspomnianej odpowiedzi „wroniec australijski”.

Złożyłem odwołanie.

Szósta wizyta w Warszawie – przywrócony do gry po odwołaniu stoczyłem pojedynek z nowym przeciwnikiem; zdołałem zremisować, tzn. żaden z nas nie popełnił dwóch błędów w 20 pytaniach.

Siódma wizyta w Warszawie – drugi pojedynek, podczas którego mojego przeciwnika zawiodły nerwy; ja awansowałem i doszedłem do finału, który udało się wygrać.

Siedem wizyt. A przecież mogło być znacznie więcej. Wszystko po to, aby usłyszeć te fanfary.

Bądź niepocieszony!

Nie chciałbym jednak, aby ktokolwiek odniósł wrażenie, że się na te siedem wizyt użalam. Nie może przecież tego zrobić facet, który usłyszał fanfary, wygrał główną nagrodę i był, kto wie, czy nie najszczęśliwszy w życiu.

Nie potrafię też chyba do końca opowiedzieć, jak to było: obudziłem się, wziąłem prysznic, poszedłem na pociąg. I myślałem. Najpierw o tym, ile czasu minęło od eliminacji, ile razy musiałem jeździć do Warszawy, na ile pytań odpowiedzieć. I że teraz jeden błąd… no, przepraszam, dwa błędy.

Że nie doczytałem jakiejś książki albo zapamiętałem coś źle. Że pomylę Sumatrę z Borneo, zasięg łaskuna chińskiego z występowaniem łaskuna trójpręgiego, że zapomnę, jakie gatunki żab występują na Haiti, i nie przypomnę sobie, który z madagaskarskich lemurów żyje na bagnach, a który woli środowisko suche.

W łazience, taksówce, pociągu, nawet w bufecie przed nagraniem starałem się sobie zadać w głowie wszystkie możliwe pytania, jakie mogłaby mi zadać Stanisława Ryster. I albo na nie odpowiedzieć, albo w panice, że nie wiem, sięgnąć do torby po książkę.

I wiecie co? Podczas tych autotestów nie przewidziałem i nie zadałem sobie ani jednego pytania, które faktycznie padło.

Nauczyłem się także czegoś o sobie – tego, że bardzo się stresuję przed. Gdy jednak przyjdzie czas wykonania zadania, stres mija.

Latem 2006 roku ówczesny szef Telewizji Polskiej redaktor Bronisław Wildstein zlikwidował „Wielką Grę”. Za jednym zamachem zlikwidował nie tylko ten postkomunistyczny relikt, ale wszystko, co niósł z sobą ten teleturniej. W tym – eliminacje.

Wspomniałem, że polegały one na pisaniu testów. Ich wypełnianie trwało może godzinę, za to oczekiwanie na ogłoszenie wyników o wiele dłużej. W efekcie wszyscy uczestnicy spędzali ze sobą niemal cały dzień. Rozmawiali, wymieniali się poglądami, literaturą, kontaktami. A nade wszystko – widzieli, że nie są sami ze swoją pasją.

„Wielkiej Gry” już nie ma. Zostały teleturnieje, które można wygrać bez przeczytania choćby jednej książki. Wystarczy obstawić prawidłowo, jaką odpowiedź najczęściej wskazywali ankietowani. Choćby była najgłupsza.

Czy pan mnie słyszy?
Radosław Nawrot

urodzony 8 stycznia 1973 r. – studiował prawo na Uniwersytecie im. Adama Mickiewicza w Poznaniu, dziennikarz specjalizujący się w tematyce sportowej oraz przyrodniczej, autor wielu książek o tematyce sportowej. Od 1995 roku związany z „Gazetą Wyborczą”. Od 2021 roku w Interi...

Produkt dodany do koszyka

Zobacz koszyk Kontynuuj zakupy

Polecane przez W drodze