Przyjemność dziwolągów
fot. jeremy bishop / UNSPLASH.COM
Oferta specjalna -25%

Skrupulatom na ratunek

0 votes
Wyczyść

Dzięki książkom nie tylko w realnym świecie możemy się z kimś zaprzyjaźnić. Czyjaś powieść, esej czy zbiór wierszy stanowi zaproszenie do zawarcia znajomości, całkiem jak na Facebooku.

Na paryskiej rue Vanneau, blisko rogu rue de la Babylone, stoi latarnia. Mówiąc ściślej, na ulicy Vanneau stoi oczywiście więcej latarni. W całym mieście jest ich mnóstwo i wydaje się, że nie ma żadnego powodu, by wyróżniać tę jedną. Tymczasem, owszem, jest. Otóż w Grze w klasy Julia Cortázara, gdy bohaterowie powieści spotykają się wieczorem w mieszkaniu swego przyjaciela, by posłuchać muzyki, dostrzegają „Gregoroviusa, wyłaniającego się zza rogu rue de Babylone, z nieodłączną teczką, wypchaną książkami. Razem z Wongiem przystanęli pod latarnią (wyglądało to, jakby wspólnie brali prysznic), witając się z ostentacją” – tak to brzmi w tłumaczeniu Zofii Chądzyńskiej.

Porównanie z braniem prysznica wydawało mi się zawsze karkołomne: że niby mówi się o „strumieniu światła” i właśnie skąpani światłem witali się na ulicy Gregorovius i Wong? Aż znalazłem się na rue Vanneau i zobaczyłem, że w pobliżu rue de la Babylone jedna z latarni, wyraźnie starsza niż inne, przymocowana jest do muru kamienicy; na wygiętym staroświecko pałąku zwisa okrągła czasza, a całość naprawdę do złudzenia przypomina prysznic. Od tej pory Paryż stał się dla mnie nie tylko tym, czym jest dla innych, którzy go odwiedzają (np. leżącą w pobliżu Disneylandu stolicą Francji, gdzie wznosi się wieża Eiffla, odbywa się turniej na kortach Rolanda Garrosa i gra drużyna Paris Saint Germain), ale także miastem latarni w kształcie prysznica na rue Vanneau. Jakby to ujął lis (z innej książki, z Małego Księcia): „zyskałem coś ze względu na kolor zboża”. Dzięki Cortazarowi zobaczyłem w Paryżu więcej; gdyby nie on i to, że zaczytywałem się w jego książkach, minąłbym tę latarnię nieuważnie, o ile w ogóle znalazłbym się w tamtym miejscu.

W ostatnich latach modne zrobiły się wędrówki szlakiem słynnych powieści. W miastach, w których Dan Brown umieścił akcję Kodu Leonarda da Vinci (jednym z nich jest, nawiasem mówiąc, znowu Paryż) – organizuje się dla turystów spacery z przewodnikiem. Rzecz dotyczy nie tylko literatury masowej: podobno w Dublinie można wykupić wycieczkę śladami bohaterów Ulissesa. Ten akurat sposób komercyjnego wykorzystania książek wydaje mi się sympatyczny, pokazuje bowiem, jak na nas oddziałują: świat wypełniony historiami staje się bogatszy, zaczynamy mu się przyglądać uważniej, a konfrontacja wyobrażeń, jakie zrodziło w nas czytanie, z rzeczywistym wyglądem miejsc zapewnia bardzo szczególny rodzaj wzruszeń. Patriarsze Prudy wydały mi się dokładnie takie, jak sugerowała pierwsza scena Mistrza i Małgorzaty Bułhakowa, tak bardzo takie same, że nie potrafiłem pozbyć się wrażenia, iż widzę je nie po raz pierwszy. Kolegiata z pobliską wysepką na bagnach, w Tumie pod Łęczycą, opisana pod zmienioną nazwą w Uroczysku Zbigniewa Nienackiego, jest jeszcze bardziej magiczna, niż zapamiętałem to z lektury dzieciństwa. Czasem wkrada się oczywiście rozczarowanie: na ulicy Cachimayo w Buenos Aires bezskutecznie szukałem domów stojących dość blisko siebie, by Talita (to znów Gra w klasy) mogła przejść między nimi po moście zrobionym z deski do prasowania.

Riposty

Wspomniałem uwagę lisa, który w powieści Antoinea de Saint-Exuperyego tłumaczy Małemu Księciu zalety oswojenia: „Łany zboża nic mi nie mówią. To smutne! Lecz ty masz złociste włosy. Jeśli mnie oswoisz, to będzie cudownie. Zboże, które jest złociste, będzie mi przypominało ciebie. I będę kochać szum wiatru w zbożu…” (tłumaczenie Jana Szwykowskiego). Znający dobrze tę książkę mają opanowany kod, który łączy ich w niewidzialną wspólnotę. Więc jeśli ktoś, wyjaśniając, dlaczego opuszcza towarzystwo tak wcześnie, powie: „Jestem odpowiedzialny za swoją różę”, z jednej strony dyskretnie schowa się za cytat, z drugiej – powie bardzo wiele o swojej relacji z kimś, kto na niego czeka. Powie i nie powie zarazem, bo może się zdarzyć, że jego słuchacze uznają to za wypowiedź o ogrodnictwie.

Tak, lektury tyleż nas łączą z niektórymi bliźnimi, ile od innych oddalają. Przypomina mi się anegdota mojego nieżyjącego przyjaciela, który na jakimś balu charytatywnym tańczył z urodziwą kobietą; gdy usłyszał, że studiowała na Politechnice Gdańskiej, wyrwało mu się, że to tak, jak Hans Castorp. Pani zaczęła ponoć dopytywać, kiedy ów Hans studiował, bo nie na jej roku – i straciła cały powab, choć z wyglądu doprawdy niczego jej nie brakowało. Ta opowieść w naszych egalitarnych czasach brzmi dość okrutnie, bo w końcu, mój Boże, czy istnieje obowiązek czytania Czarodziejskiej góry? I rzeczywiście takiego obowiązku nie ma, jest za to przywilej, że jeśli się po nią sięgnie, uzyskuje się członkostwo klubu, który tymczasem stał się dość elitarny. Godzimy się przecież, że ludzie określają atrakcyjność innych na podstawie rozmaitych cech: koloru oczu, schludności, gustu, hipotetycznej zawartości portfela i tak dalej, i fakt ten jakoś nas nie oburza – dlaczego więc mielibyśmy nie przyznawać, że orientacja w klasyce literackiej może stanowić czynnik wzmagający lub osłabiający nasze zainteresowanie? Znam historię pary, której wielka miłość wybuchła po tym, jak na westchnienie pani: „Jak się nie nudzić?”, stojący nieopodal pan zareagował słowami: „Krawat mieć ślicznie zapięty”, dzięki czemu oboje się zorientowali, że o czym, jak o czym, ale o Norwidzie będą mogli sobie pogadać. To jak hasło i odzew nieformalnej konspiracji, pozwalającej rozpoznać się w społeczeństwie, w którym zniesieniu uległa niemała część granic i stratyfikacji (chwała Bogu zresztą). We wspólnej przestrzeni spotykamy wielu ludzi, skądinąd nieraz na swój sposób wartościowych, z którymi jednak najgłębsze przeżycia nas nie łączą. Te zaś trudno manifestować bez przerwy, są zbyt ważne dla nas, by wzmianki o nich umieścić w postaci napisów na T-shircie. Stąd radość, gdy na rzucony mimochodem kryptocytat usłyszy się odpowiedź: to jak obietnica, że jesteśmy samotni mniej, niż nam się dotąd zdawało.

Znajomi i ich okulary

Dzięki książkom nie tylko w realnym świecie możemy się z kimś zaprzyjaźnić. Czyjaś powieść, esej czy zbiór wierszy stanowi zaproszenie do zawarcia znajomości, całkiem jak na Facebooku. W dodatku znajomość ta zostaje zadzierzgnięta na specjalnych zasadach, zapewniających bezpieczeństwo. Autor nie narzuci nam swoich kłopotów, jego najbardziej otwarte zwierzenia są bowiem opatrzone słówkiem „jakby”, niby warstwą ochronną. Literatura to gra, pozwalająca na szczerość poprzez fikcję. Przełamuje ona otwartość zmyśleniem, a przynajmniej możliwością zmyślenia – i w rezultacie dopuszcza, by „ukazać coś, co istnieje rzeczywiście, przez coś innego, co nie istnieje”, jak to napisał Daniel Defoe, mottem swojej Dżumy uczynił Albert Camus, a spolszczyła Joanna Guze.

Znajomość z autorem zrywa się przy tym łatwo, po prostu przestając czytać jego książki. A zarazem, jeśli ją kontynuujemy, owocuje ona niekiedy związkiem, którego moc wielokrotnie przewyższa relacje internetowe. Gdyż naczytawszy się utworów jakiegoś pisarza, możemy nie tylko wejść głęboko w jego świat, ale własny zabarwić tamtym. Bywa, że nasze sny pożyczają wizje od ludzi, którzy może od dawna nie żyją; że w naszym języku odciskają się zapamiętane frazy, a skojarzenia biegną po torach wytyczonych przez książki. Wobec tak silnego zrośnięcia się z drugim człowiekiem, sięganie po jego biografię zawsze wydawało mi się podszyte lekką małodusznością, choć kilka razy w życiu nie potrafiłem zwalczyć pokusy. Nieomal zawsze przychodziła jednak kara: gdyż jeśli już się myśli czyimiś myślami i śni czyjeś sny, dowiadywanie się, ile miał kochanek albo czym przyklejał sobie do łysiny tupecik, zdaje mi się nieomal zdradą przyjaciela, a w każdym razie – oddalaniem się od tego, co naprawdę nas łączy.

Napisałem przed chwilą o stanie, w którym nasze skojarzenia zaczynają ulegać dyktatowi autora. Choćbyśmy się starali być tak dorośli, że już bardziej nie można, przypominamy wtedy dwunastoletnią bohaterkę jednej z moich ulubionych powieści z dzieciństwa, Widma z Głogowego Wzgórza Edwarda Fentona: „Wichrowe wzgórza były teraz najulubieńszą książką Amandy i wszystko, co zobaczyła, przypominało jej przeczytany utwór” (tłumaczyła Irena Tuwim). Amanda rzeczywiście ciągle woła: „To zupełnie jak w Wichrowych wzgórzach!”, co zresztą narratora, jej rówieśnika, dość drażni. Rzec można, że Emily Brönte nałożyła dziewczynce okulary ze specjalnym filtrem, który przekształca rzeczywistość – a może nie przekształca, tylko właśnie odsłania jej romantyczny charakter? Gdyż bywa, że znane nam z lektur opowieści nie tylko pozwalają zauważyć niedostrzegane zwykle szczegóły (takie jak latarnia na rue Vanneau), ale dostarczają nam kluczy do zrozumienia tego, co się nam przydarza. Okrzyk „To zupełnie jak w… !” (Wichrowych wzgórzach, Czarodziejskiej górze, Muminkach, w Biblii, w Ubiku Philipa Dicka) oznacza wtedy nie egzaltację nastolatki, ale uświadomienie sobie, że tam, między słowami, ukryty był wzór, z pomocą którego orientujemy się teraz w świecie. Oczywiście nie ma pewności, że to wzór właściwy. Po pierwsze jednak, wolno mieć taką nadzieję; po drugie, w natłoku przeżyć lepiej mieć na początek wzór nietrafny niż żaden; po trzecie wreszcie, powiedzmy sobie szczerze, w życiu prawie nigdy nie mamy gwarancji, że się nie mylimy.

Ucieczka

Ale czasem bywa właśnie odwrotnie: rzeczywistość rozumiemy aż za dobrze – to znaczy: sądzimy, że aż za dobrze ją rozumiemy – i jest ona tak okropna lub po prostu tak męcząca czy nudna, że chcemy od niej odpocząć. Także wtedy książka, choć zazwyczaj to inna książka, służy nam pomocą. Oczywiście, w dziedzinie rozrywki współczesność oferuje nam możliwości, których nie miały przeszłe pokolenia, w liczbie, o której przeszłym pokoleniom nawet się nie śniło – i w tej jednej dziedzinie czytanie ma naprawdę silną konkurencję. A jednak specjalny smak powieści rozrywkowej wydaje mi się nie do zastąpienia przez grę komputerową, błąkanie się po internecie lub serial. Tamte oferują bowiem rozrywkę zgodną z etymologią słowa „rozrywka”: radość rozrywania uwagi, przyjemność rozproszenia. Nierzadko wstając sprzed ekranu (laptopa czy telewizora), mamy kłopot z pobieżnym nawet określeniem, nad czym, u licha, spędziliśmy ileś godzin. Natomiast lektura to dziwaczne, jeśli dobrze wsłuchać się w te słowa, połączenie roz-rywki i s-ku-pienia. Książka izoluje od tego, co wokół. Otwieram ją – i odtąd jedyne, choćby najsilniejsze bodźce, pochodzą z mojego własnego umysłu, subtelnie pobudzanego przez tekst. To zen czytelnika, relaksująca medytacja. Pewnie dlatego przydaje się do niej pojedyncze źródło światła w ciemnym pokoju, wygodny fotel, pozwalający zapomnieć także o ciele. Uciekam od świata nie gdzieś dalej (porwany i wleczony), lecz uciekam do środka. To niby lot w głąb, do centrum osobistej galaktyki, nawet jeśli towarzyszy temu Hercules Poirot, Bridget Jones czy zgoła Koziołek Matołek. Analogia z medytacją, a wręcz, dodam zuchwale, z modlitwą, wydaje mi się tym głębsza, że zazwyczaj – takie jest przynajmniej moje własne doświadczenie – w tych chwilach odpoczynku, ucieczki od prawdziwego życia, sięgam najchętniej po książki wielokrotnie już czytane, znane miejscami na pamięć. „Azali było ludzi mrowie a mrowie?” – pyta zatem pan Mudlgaard we Wszystko czerwone Joanny Chmielewskiej, a ja cytuję bez sprawdzania, bo to jak mantra; tak naprawdę nie muszę otwierać książki, żeby tę i inne jego kwestie przywołać; ale właśnie otwieram ją, siadam wygodnie i wodzę oczami po literach, i zapadam się w głąb siebie, gdzie nie ma bieżących kłopotów, ani nic w ogóle nie bieży, bo czas nie ma tam dostępu.

Dom z papieru

Teraz kamera opuszcza mieszkanie
i widać blokowisko przeraźliwie czarne

– że przywołam inną jeszcze książkę, tomik Marcina Świetlickiego 37 wierszy o wódce i papierosach, z niego zaś wiersz pt. „Henryk Kwiatek”, którego sens robi się zresztą bardziej zrozumiały, jeśli się czytało Ulissesa (książki nieraz linkują do siebie, tworząc sieć). Ta fraza o kamerze każe podnieść głowę, pokazać, że piszę to wszystko w mieszkaniu pełnym książek. Kiedy widzę wyniki kolejnych badań czytelnictwa w Polsce, zdaje mi się czasem, że mój dom stanowi jedną z nielicznych nor, zamieszkiwanych przez ssaki specjalnego, ginącego u nas gatunku. Wszystkie te, opisane wyżej rozkosze lekturowe stały się bowiem w minionych dwudziestu latach przerafinowanymi przyjemnościami dziwolągów. Studenci, jak donoszą znajomi wykładowcy, już nie czytają, ale skanują oczami teksty, w poszukiwaniu potrzebnych wiadomości. Uczniowie w najlepszym razie oglądają ekranizacje, a zazwyczaj buszują po forach internetowych w poszukiwaniu możliwie krótkich streszczeń. Ale dlaczego zgłaszać pretensje do nastolatków, jeśli ogromna część dorosłych też nic nie czyta.

To nie jest jeremiada sfrustrowanego inteligenta, któremu marzy się jakaś nowa Aleksandria, gdzie jakoby przekupki dyskutowały na tematy teologiczne, tylko opis faktów. Można się pocieszać, że fala rozrywki wizualnej, która wypłukała książki z mieszkania statystycznego Polaka, musi się w końcu cofnąć (taka jest natura ruchu falowego). Pytanie, czy stanie się to dość szybko, by nie uległa przerwaniu ciągłość kultury.

Naturalnie, istniały w przeszłości cywilizacje niepiśmienne; książka jest wynalazkiem stosunkowo nowym, powieść liczy sobie najwyżej dwieście pięćdziesiąt lat, masowe czytelnictwo to był półwieczny raptem epizod w dziejach naszego narodu – w dodatku nie do końca wiarygodny, zważywszy, jak szeroko fałszowano statystyki w minionym ustroju. Nigdy dość przypominać, że wielkie wydarzenie literackie sezonu 1899/1900, czyli Ludzie bezdomni Stefana Żeromskiego, książka, o której uczymy młodzież, że była szeroko dyskutowana, została wówczas opublikowana w oszałamiającym nakładzie jednego tysiąca (!) egzemplarzy. Nie mam więc ochoty wieszczyć końca cywilizacji dlatego, że kiedy mówię „Ariel”, muszę zaznaczać, iż nie chodzi o kapsułki do prania.

W jakiejś mierze nawet uśmiecha mi się wizja skrytego zakonu tych, którzy czytają. Koncepcja odwrotu od tęsknoty do umasowienia naszych tajnych lektur. Perspektywa świata, w którym rzuciwszy w tłumie zdanie: „Na obiad była potrawka z kury”, zobaczę jednego człowieka, który z porozumiewawczym uśmiechem odpowie: „Myśl smaczna i można by ją z grzybkami…”, i wszyscy wokół będą nas mieli za smakoszy, a tylko my – dwaj lub dwoje – będziemy sobie bembergowali niedostrzegalnie dla innych. Internet sprzyja takim spotkaniom i porozumieniom, nie zostaniemy samotni. Zwłaszcza, że co tajne jest, niewymuszone lub zakazane, robi się wkrótce modne: jak wiadomo, nikt tak nie spopularyzował Gombrowicza właśnie, jak minister oświaty, który skreślił go z listy lektur. Więc w tym moim marzeniu mniej jest rezygnacji, niż to się zrazu wydaje.

Przyjemność dziwolągów
Jerzy Sosnowski

urodzony 14 maja 1962 r. w Warszawie – historyk literatury, pisarz, eseista, dziennikarz, felietonista miesięcznika „Więź” i członek Zespołu Laboratorium WIĘZI. W latach 2001-2016 był dziennikarzem radiowej Trójki, a w la...

Produkt dodany do koszyka

Zobacz koszyk Kontynuuj zakupy

Polecane przez W drodze