Twarze i imiona
Jezus mówił, że należy kochać biednych. Marks – że trzeba nienawidzić bogatych. W Polsce to się połączyło w jedną religię: kochamy biednych i nienawidzimy bogatych. A co najgorsze, nie ufamy sobie.
Marcin Żyła: Modlitwa, post i jałmużna to trzy zasady życia chrześcijańskiego podczas wielkiego postu. Z wątpliwościami, czy skierowana do Boga modlitwa i ukierunkowany na nasze wnętrze post są skuteczne, mierzymy się jednak rzadziej niż z pytaniami o sens jałmużny. Myślimy: Przecież wszystkim i tak nie pomożemy…
ks. Jacek Stryczek: Zagadnienie dóbr materialnych ma istotne znaczenie w Ewangelii. Gdy Jezus apeluje: „Pozyskujcie sobie przyjaciół niegodziwą mamoną” (Łk 16,9), mówi poniekąd o dwóch sferach związanych z pieniędzmi. Pierwszą jest pokusa, że pieniądze mogą stać się najważniejsze i zdeprawować człowieka. Jezus opowiada o mężczyźnie, któremu dobrze obrodziło pole. Zbudował więc spichlerze, a potem uznał, że może już tylko jeść, pić i korzystać z życia. W tej przypowieści pieniądz zmienia sposób myślenia człowieka.
Ale jest i drugi aspekt: „Pozyskujcie sobie przyjaciół” oznacza, że w ręku chrześcijanina pieniądz ma znaczenie, ponieważ wyznacza relacje z innymi. I że należy go używać, należy go „uczłowieczać”. Z tego wynika, że nie ma takiej sytuacji, w której nie należałoby się dzielić, nie należy robić czegoś dla drugiego człowieka.
Ale jak się dzielić? Komu pomagać?
Odpowiem na podstawie wielu lat moich doświadczeń i prób, najczęściej zaś błędów polegających na tym, że pomagałem ludziom tylko wyglądającym na biednych; bezdomnym, którzy mówili, że nie mają nic, a ja zabierałem ich do swojego mieszkania.
Jest prosta zasada: jeżeli komuś coś daję, jestem odpowiedzialny za to, co się z tym czymś stanie. Wynika ona z przykazania miłości wzajemnej – trzeba kochać tak, aby ten, kogo kocham, również potrafił kochać. Jeśli więc daję pieniądze ludziom, którzy właśnie dlatego, że je otrzymują, nie pracują ani nie starają się rozwiązać swoich problemów – tylko utrwalam ich w tej chorobie. Dlatego trzeba wiedzieć, komu się pomaga. A żeby się tego dowiedzieć, należy przyjąć metodologię lekarza: zacząć od zbadania, diagnozy i znalezienia właściwego rozwiązania.
Ma ksiądz czas na stawianie takich diagnoz, gdy mija na ulicy żebraków?
Nie mam. Dlatego im nie pomagam.
Jednak wśród nich może się zdarzyć taki, który naprawdę potrzebuje pieniędzy.
Pomoc żebrakom była aktualna sto lat temu, gdy ktoś, kto zachorował i tracił nagle pracę, miał nikłe szanse na przetrwanie. W naszych czasach jest inaczej. Są przytułki i darmowe jadłodajnie dla bezdomnych. Istnieją miejsca, w których pomaga się ludziom, aby się życiowo podnieśli. Dziś żebractwo to niemal wyłącznie mafia: ludzie przeszkoleni, którzy dzielą się zyskami ze swoimi „opiekunami”. Jeden z moich studentów w ramach eksperymentu wyszedł kiedyś na ulice Krakowa w przebraniu żebraka. W ciągu dwóch godzin zgromadził 80 złotych – wystarczyło, że ubrał starą kurtkę, a głowę zasłonił kapturem.
Jest kilka metod, aby się dowiedzieć, komu pomagać. Uważam, że każdy z nas powinien mieć jedną konkretną osobę, którą zna osobiście i ją wspomaga. Ja zawsze taką mam. Tu już nawet nie chodzi wyłącznie o pieniądze – czasem też o radę, wspólny czas.
Dla mnie zaskakujące jest to, jak trudno ludziom dostrzec potrzebujących w najbliższym otoczeniu. To może być sąsiad, a nawet ktoś z naszej rodziny! W przeszłości często się zdarzało, że zamożna ciotka pomagała np. ubogiemu siostrzeńcowi, który chciał się kształcić. Dziś też są takie sytuacje. Ale sporo jest i takich, że ludzie wolą nie zauważać bliskich w potrzebie, ponieważ sądzą, że sami mają dostatecznie dużo problemów.
Czego nie widzimy najczęściej?
Nie chcemy widzieć, że ktoś ma kłopoty. Czasem czujemy, że powinniśmy pomóc, ale obawiamy się, że zabraknie nam asertywności; że się wkręcimy w pomaganie i potem będzie kłopot z powiedzeniem „nie”. Bo aby pomagać, trzeba być asertywnym. Samo wyjście do potrzebującego nie wystarczy.
W naszych czasach pomaga się za pośrednictwem organizacji, które się w tym specjalizują. To przeskok podobny do tego, jaki wykonaliśmy od znachora do sali operacyjnej: dziś społeczeństwa obywatelskie rozwijają się dzięki organizacjom pozarządowym.
Często widzę ludzi grzebiących w śmietnikach w poszukiwaniu jedzenia. Niedawno byłem świadkiem, jak obok biurowca starsza pani próbowała sięgnąć do kontenera, w którym były pozostałości z lunchu. To są ludzie, którzy walczą o przetrwanie. Co nam szkodzi podejść do nich, porozmawiać, pójść tam, gdzie mieszkają, dowiedzieć się, jak wygląda ich sytuacja? To wszystko nie kosztuje dużo czasu. Co więcej, pozwala zmienić także nasze życie.
W jaki sposób?
Spotkanie z innym to przygoda. Jeżeli poznam drugiego człowieka i pójdę za nim, jego świat we mnie zostanie, będzie nowym punktem odniesienia. Prosty przykład: wolontariusze Szlachetnej Paczki, gdy tylko zaczną chodzić do ludzi w potrzebie, mówią zwykle: A myślałem, że to ja mam ciężko. Nabierają dystansu do swoich problemów. Nasze projekty działają tak dobrze, ponieważ wciągają ludzi zamożnych do świata ludzi biednych. Wtedy wszyscy się zmieniają.
Czy jednak jałmużna nie służy nam do uwalniania sumienia od ciężaru rozmaitych wyrzutów?
Żyjemy w kraju, w którym podejrzane jest nawet to, że się pomaga. A przecież Jezus mówi: Kto jest z nami, nie jest przeciwko nam. Jeżeli ktoś czyni dobro, nie ma powodu, byśmy wobec niego byli podejrzliwi. Jako pierwszy w Polsce wprowadziłem model chwalenia się pomocą. Uważam, że pomaganiem należy się chwalić. Kiedy w 2001 roku startowaliśmy ze Szlachetną Paczką, zauważyłem, że do mediów trafiają wyłącznie skandale. A ponieważ ludzie naśladują to, co widzą, też żyją skandalicznie. Doszedłem do wniosku, że Dobra Nowina to też jest news, tylko trzeba ją pokazać ciekawie – pochwalić się. Zaczęliśmy więc pokazywać w mediach darczyńców Szlachetnej Paczki. Dziś widać, że pomaganiem chwali się coraz więcej ludzi. Pojawiła się alternatywa dla społeczeństwa, które „szczyci się” wyłącznie skandalami.
Chwalenie się buduje również inną kulturę organizacyjną i społeczną. Gdy w Polsce, w towarzystwie ludzi, którzy mnie dobrze nie znają, zaczynam mówić, że coś mi się udało, standardową reakcją jest szum, zagłuszanie. Podnoszą się głosy: Jakim prawem on mówi, że mu się udało! To taki nasz polski odruch. Myślę, że w Ameryce powiedzieć o kimś, że wygrał, zdobył, osiągnął – jest normalne.
Jak jednak pogodzić chwalenie się ze słowami kazania na górze? Jezus mówił: „Kiedy więc dajesz jałmużnę, nie trąb przed sobą, jak obłudnicy czynią w synagogach i na ulicach, aby ich ludzie chwalili. Zaprawdę, powiadam wam: ci otrzymali już swoją nagrodę. Kiedy zaś ty dajesz jałmużnę, niech nie wie lewa twoja ręka, co czyni prawa, aby twoja jałmużna pozostała w ukryciu. A Ojciec twój, który widzi w ukryciu, odda tobie” (Mt 6,2–4).
Niedawno ponownie analizowałem ten tekst. Wbrew pozorom, nie dotyczy on jałmużny, lecz obłudy. Nie ma tam wcale wskazania, że nie należy mówić o tym, że mamy dobre owoce. W rozdziałach 5., 6. i 7. Ewangelii św. Mateusza słowo „obłudnik” pojawia się wielokrotnie.
Jak czytać te fragmenty? Obłuda jest zła. Ale pod koniec kazania na górze Jezus mówi o tym, że dobre drzewo przynosi dobre owoce i chwali się nimi. Obłudnik to ktoś, kto mówi, że ma dobre owoce, a ich nie ma.
Ilu rodzinom pomogła ostatnia edycja Szlachetnej Paczki?
Trafiliśmy prawie do 20 tys. rodzin, w sumie połączyliśmy około 805 tys. ludzi. Zwykle uważa się, że pomoc należy mierzyć liczbą osób, którym się pomogło. My uwzględniamy wszystkich – darczyńców, wolontariuszy i rodziny w potrzebie – jako beneficjentów. Przecież wszyscy oni zmieniają się dzięki udziałowi w naszej akcji.
805 tysięcy ludzi… I nie mierzy się ksiądz z pokusą myślenia o sobie jako o naprawiaczu świata?
Lubię być szefem, który zerka czasem zza kotary i jest dumny z wszystkiego, co się dzieje w jego organizacji. Niedawno wychodziłem z plebanii, gdy jakaś pani zaczęła mnie ściskać, dziękować za paczkę. A przecież to nie ja zrobiłem. Pomogłem tylko jednej rodzinie.
Szlachetna Paczka od początku miała być programem strukturalnym. W 2001 roku 12 proc. Polaków żyło jeszcze w nędzy, 12 proc. – już w dobrobycie. Najpierw pomyślałem, że obie grupy mogłyby wymieniać się ze sobą używanymi rzeczami. Potem przyszedł pomysł na przygotowywanie paczek – czyli na system, w którym konkretny człowiek pomaga innemu konkretnemu człowiekowi. Nie zajmujemy się innymi projektami, nie prowadzimy zbiórek. Uważam, że rzeczy nie pomagają. Skuteczna jest wyłącznie pomoc bezpośrednia.
Czy jest jakaś różnica między akcjami pomocowymi a jałmużną?
Nie widzę żadnej. Szlachetna Paczka to jałmużna dostosowana do naszych czasów. Kiedyś pomagano zapewne w ten sposób w sąsiedztwie i w rodzinie. My ten model zastąpiliśmy dziś Paczką.
Polacy chętnie pomagają?
We wskaźnikach dotyczących wolontariatu i liczby darczyńców jesteśmy na szarym końcu Europy. Wciąż daje o sobie znać dziedzictwo PRL-u. Jezus mówił, że trzeba kochać biednych. Marks – że trzeba nienawidzić bogatych. W Polsce to się połączyło w jedną religię: kochamy biednych i nienawidzimy bogatych. A w dodatku – nie ufamy sobie.
PRL obiecywał, że pomagać będzie państwo. Dopiero tworzy się u nas kultura zaangażowania społecznego. W latach 90. pomagano mało. Potem pojawiły się stereotypy pomagania – np. wysyłano rzeczy do domów dziecka, które tonęły w darach. Dopiero od siedmiu, ośmiu lat, zapewne w dużej mierze dzięki ludziom, którzy wrócili z wyjazdów na Zachód, pojawiła się moda na tworzenie coraz bardziej sensownych organizacji pozarządowych. Nasze społeczeństwo przypomina mąkę z zaczynem. W wielu miejscach jeszcze nie wiadomo, co to jest pomaganie, ale w paru innych zaczęło to już dobrze działać. Stopniowo będzie zmieniało bieg życia społecznego w Polsce.
Po czym poznać dobrą organizację pomocową?
Po owocach jej działalności. Kryterium przejrzystości nie jest jedyne – w dodatku z reguły wynika z podejrzliwości. Trzeba przyjrzeć się temu, co ci ludzie naprawdę robią. Organizacji, które się profesjonalizują, jest na rynku naprawdę dużo.
W czasach biblijnych, mówiąc „jałmużna”, myślano o rzucaniu grosza potrzebującym. Średniowieczna myśl chrześcijańska poszerzyła znaczenie tego słowa – św. Tomasz mówił już o uczynkach miłosiernych względem duszy. Dziś jałmużnikami nazywają się nawet niektórzy katoliccy publicyści.
Nie zgadzam się z tym. Polszczyzna jest bogata i nie ma sensu, aby słowu „jałmużna” przypisywać każdy dobry uczynek. Jałmużna wiąże się z pieniędzmi – i kropka. Jeśli oprócz tego pomagamy jeszcze komuś w inny sposób, opisujmy to inaczej.
Czy jałmużna może służyć nawróceniu?
Nie przychodzi mi na myśl żadne istotne powiązanie tych dwóch kwestii.
Wcześniej mówił ksiądz o zmianie – że jałmużna zmienia wszystkich.
Owszem, nie wiem tylko, czy wszystko trzeba traktować tak górnolotnie. Może się zdarzyć, że ktoś pomoże i dzięki temu obudzi się w nim otwartość na większe wartości, ale nie umiem tego przewidzieć. Dla mnie jałmużna jest podzieleniem się „niegodziwą mamoną” z innymi tak, aby to miało sens. Wszystko, co przy okazji się wydarzy, to wartość dodatkowa.
A jakim innym słowem można zastąpić słowo „jałmużna”?
Gdybym miał znaleźć równoważnik, byłoby to, cytowane już wcześniej wezwanie Jezusa: „Pozyskujcie sobie przyjaciół niegodziwą mamoną”. Widać w nim, że w pomocy chodzi nie tylko o dawanie, ale i o to, aby obdarowany człowiek zmienił się też w mojego przyjaciela. To wezwanie ma aspekt międzyludzki.
W Szlachetnej Paczce nie chcemy, aby ktoś dawał nam pieniądze, a my z tego będziemy przygotowywać zestaw dla rodziny w potrzebie. Jako instytucja zrobimy tę paczkę beznadziejnie, bo bezdusznie – mimo że jesteśmy fajną organizacją. O wiele lepiej, gdy jedna osoba pomaga komuś konkretnemu. Myślę, że słowo „jałmużna” można też zastąpić słowem „pomoc”.
Gdy przyjrzymy się językowemu źródłu jałmużny, okaże się, że pochodzi ona od greckiego słowa eleemosyna oznaczającego litość. Tymczasem to, co ksiądz mówił, dotyczy bardziej efektów, a nie współczucia osoby pomagającej.
W czasach biblijnych, gdy ktoś nie miał swojej ziemi i nie mógł się samodzielnie utrzymać – na przykład sierota, wdowa lub obcy – mógł liczyć jedynie na litość. Powiedziałbym: ktoś musiał się nad nim ulitować. Choć trzeba też zwrócić uwagę na to, że używając niektórych słów, Jezus czasem je definiuje na nowo. Kiedy mówi: „stańcie się jak dzieci”, nie chodzi Mu przecież o to, abyśmy stali się niemowlakami. Analizując źródło jałmużny, trzeba pamiętać o kontekście ewangelicznym.
Czy jałmużna może pomóc w gospodarowaniu pieniędzmi na co dzień?
Powoli wraca model dziesięciny – wydawania jednej dziesiątej części swoich dochodów na cele społeczne. Kiedyś przygotowałem o tym dwie konferencje i dziś już widzę, że niektórzy moi wychowankowie starają się mieć taką osobną pulę pieniędzy. Z mojej obserwacji wynika, że człowiek inaczej funkcjonuje, gdy myśli tylko o sobie i o swoim, inaczej zaś, gdy bierze pod uwagę drugiego człowieka. Wtedy zyskuje inną wrażliwość, inny sposób rozumienia świata, podejmuje decyzje innej jakości. Mnie się wydaje – że lepsze.
Oceń