Pytanie Boga
Ten łagodny brodacz w dużych okularach z grubymi szkłami w jednej chwili potrafił się przeistoczyć w wyrafinowanego kpiarza i bezlitosnego szydercę, gdy zetknął się kiczem czy grafomanią.
Maciek Zięba zapomniał o Bożym świecie i nawet o bólu zęba
Gdy czytał, że klub gry w domino „Dynamo” w Dominikanie
Demonicznie zdominowali dynamiczni dominikanie
– tak się zaczynała dedykacja, którą Stanisław Barańczak napisał na swych Biografiołach. Poczcie 56 jednostek, sławnych, sławetnych i osławionych. Przywołuję dziś ten Staszkowy żart, by się jakoś wytłumaczyć, że tekst o jednym z najwybitniejszych polskich poetów oraz krytyków i najwybitniejszym polskim tłumaczu, o który poprosiła mnie redakcja „W drodze”, będzie miał charakter osobisty. I gdyby nie owa prośba, nie zdecydowałbym się na jego napisanie. Nie jestem bowiem ani literaturoznawcą, ani krytykiem i w związku z tym taki tekst nieuchronnie się osuwa w kierunku „Stanisław Barańczak i ja”, wyraźnie kontrastującym z powściągliwym i nieśmiałym zachowaniem samego poety.
***
Poznaliśmy się w 1974 roku. Znajomi z kręgu „komandosów marcowych” dali mi jego numer telefonu i ja, świeżo upieczony student fizyki i świeżo upieczony przewodniczący świeżo powstałej sekcji młodzieżowej wrocławskiego Klubu Inteligencji Katolickiej, zadzwoniłem do domu młodego asystenta na wydziale polonistyki Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza, zapraszając go na wieczór autorski. Stanisław precyzyjnie opisał mi przez telefon swoją bujną brodę, ja zaś dokładnie opisałem mu wygląd mych wąsów i dzięki temu parę dni później bez trudu rozpoznaliśmy się wzajemnie przy witrynie księgarni Ossolineum na wrocławskim Rynku. Młody poeta nie był pieszczochem cenzury. Jego wiersze opisywały bowiem absurdy i beznadzieję życia w PRL-u. Później naraził się jeszcze wielu ważnym pupilom władz komunistycznych, drwiąc bezlitośnie z ich twórczości na łamach „Studenta”, gdzie pod pseudonimami Feliks Trzymałko i Szczęsny Dierżankiewicz prowadził rubrykę „Książki najgorsze”, a samym władzom się naraził, podpisując „List 59” protestujący przeciwko wprowadzeniu do konstytucji zapisu o „przewodniej roli PZPR” i „wieczystym sojuszu z ZSRR”. Przypieczętowaniem tego procesu było podpisanie przez Stanisława deklaracji przystąpienia do Komitetu Obrony Robotników i zaangażowanie się w tworzenie niezależnego obiegu wydawniczego, łamiącego monopol wszechobecnej wówczas cenzury, która kontrolowała każde słowo i każdy obraz, także etykietki na pudełku zapałek i prognozę pogody. Od tego czasu jego dom przy ul. Newtona w Poznaniu był pod stałą obserwacją SB i gdy regularnie odwiedzałem mieszkanie Anny i Stanisława, zawsze byłem później legitymowany przez milicyjny patrol, a niekiedy, na szczęście pobieżnie, rewidowany. To ostatnie było szczególnie niemiłe, bo za każdym razem dostawałem od Stanisława porcję „bibuły”, na którą – jak mówił – nie ma w Poznaniu zbyt wielkiego rynku zbytu (a rynek wrocławski był znacznie bardziej chłonny). Byłem też u Staszka i Ani w historyczny wieczór 16 października 1978 roku – zatopieni w rozmowie nie byliśmy jednak świadomi niezwykłości tego momentu. Stanisław podarował mi wtedy emigracyjne, bibliofilskie wydanie swego tomiku Sztuczne oddychanie, ilustrowane przez Jana Lebensteina, z dedykacją: „Maćkowi Ziębie, z przyjaźnią i nadzieją, że nasze oddychanie w PRL-u będzie może wkrótce bardziej naturalne”. Godzinę później ogłoszono całemu światu gaudium magnum – radość wielką: Habemus papam Carolum Cardinalem Wojtyła!
Każdego, kto się spotkał ze Stanisławem Barańczakiem, uderzała jego nieśmiałość, niekiedy wręcz nieporadność wrażliwego poety, kontrastowo połączona z pełnym ironii demaskowaniem przejawów fałszu i głupoty oraz cudownie purnonsensowym poczuciem humoru i pełnym pasji zaangażowaniem obywatelskim.
Ten łagodny brodacz w dużych okularach z grubymi szkłami w jednej chwili potrafił się przeistoczyć z konesera lubującego się w Bachowskich sonatach w interpretacji Glenna Goulda w wyrafinowanego kpiarza i bezlitosnego szydercę, gdy zetknął się kiczem czy grafomanią. Nie wahał się też, gdy trzeba było podejmować trudne i ryzykowne decyzje o podpisaniu petycji do władz PRL-u albo też pisać jawnie, pod nazwiskiem, teksty w drugim obiegu czy uczestniczyć w głodówce w obronie uwięzionych przyjaciół z KOR-u. Każdego uderzała też niesłychana pracowitość i niesamowita erudycja Stanisława. Poznańska rzetelność połączona ze znakomitą znajomością literatury polskiej i światowej oraz muzyki klasycznej zaowocowała bogatą i wszechstronną twórczością. Mimo trapiącej go bez mała przez połowę życia i stale postępującej choroby, mimo rozlicznych obywatelskich i dydaktycznych zaangażowań, jest on przecież autorem blisko 30 zbiorów esejów i tomików poezji oraz około 100 tomów tłumaczeń z wielu języków.
***
Tłumaczem był absolutnie genialnym. By nie być gołosłownym, przytoczę wierszyk Cummingsa, którego – jak żartobliwie napisał Stanisław – „jesteś bohaterem”.
O purple finch
please tell me why
this summer world (and you and I
who love so much to live)
must die
if I
should tell you anything
(that eagerly sweet carolling
self answers me)
I could not sing
szkarłatna ziębo
powiedz czemu
razem z tym latem (choć tak chcemy
w nim żyć, i ty i ja )
umrzemy
gdybym ci coś powiedzieć miała
(odparła śpiewna żywa mała
istota)
śpiewać bym przestała.
To specjalny dar. Zwykłe ucho, normalna imaginacja nic tutaj nie zdołają. Rację miał młody Brodski, gdy mówił, że to pochodzi od Boga. Bo tłumaczenia Barańczaka to ponadludzka, nadprzyrodzona dyscyplina zachowująca rym i rytm, połączona ze sferyczną, muzyczną harmonią utrzymującą jedność i współbrzmienie wraz z – po ludzku karkołomnymi – nieledwie boskimi niekiedy asocjacjami w myśleniu o słowach, w precyzyjnie ważonych sylabach i dźwiękach.
Literatura polska niezmiernie wiele mu zawdzięcza. Z pewnością cały przekrój literatury anglosaskiej – od angielskiego średniowiecza po dzisiejszą literaturę amerykańską. Radością dla nas dominikanów pozostanie to, że tłumaczenia pierwszych 19 sztuk Shakespeare’a powierzył oficynie „W drodze” i w trakcie tych lat ścisłej współpracy, od 1990 do 1995 roku, prawdziwie się zaprzyjaźnił z tymi, którzy ją wówczas tworzyli. Ale Barańczak to nie tylko wiele tysięcy tłumaczeń znakomitych Anglosasów. To także Gorbaniewska, Galicz oraz Brodski, to Celan, Venclova i Jan od Krzyża. Mieszkańcy ojczyzny-polszczyzny mogą dziś dzięki niemu odbywać, i to w komfortowych warunkach, rozliczne poetyckie podróże w przestrzeni i czasie.
A do bilansu jeszcze trzeba dodać umożliwienie różnorodnych podróży w odwrotnym kierunku dzięki jego niemieckim antologiom literatury polskiej czy też angielskim tłumaczeniom polskiej poezji od Trenów Kochanowskiego (wraz z irlandzkim noblistą Seamusem Heaneyem) po Wisławę Szymborską.
***
Dość długo krążyła o Stanisławie opinia, że jest genialnym tłumaczem, a przy tym też dobrym poetą. Wiem, że nie była ona Stanisławowi zbyt miła. Dobrze go rozumiałem, ale też i mogłem zrozumieć tych, którzy wypowiadali taki pogląd. Jego pierwsze tomiki, zwłaszcza te nowofalowe, były znakomite formalnie, błyskotliwe i mądre, ale – przynajmniej dla mnie – zbyt wykoncypowane, zbyt chłodne. Jednakże jego poezja bezustannie ewoluowała, rozwijała się razem z jej autorem. W Sztucznym oddychaniu nadal jest wiele żonglerek słownych, wiele intelektualnych polemik z PRL-em, ale jest też muzyczna smutna opowieść Hymnu wieczornego o beznadziei życia w realnym socjalizmie:
Ponad głowami i ponad słowami
Ponad domami i ponad dymami
Ponad dachami ponad oddechami
Zapada noc
Nad zmaganiami i nad zmęczeniami
Nad rozkoszami i nad rozpaczami
Nad mdłymi dniami i nad złymi snami
Zapada noc
…
I nad poddaniem się i nad niezgodą
I nad ugodą czyjąś z samym sobą
Ponad niewolą i ponad swobodą Zapada noc
…
I powiedz czemu I powiedz czy wszędzie
i wciąż tak samo i zawsze już będzie
nad dachy fabryk kościołów i więzień
zapadać noc
Powiedz dlaczego jej dłoń coraz cięższa
i coraz bardziej brakuje powietrza
kiedy nad nami ciemna i zwycięska
zapada noc
Dlaczego dławi nas Dlaczego śnimy
oblani potem że się nie zbudzimy
że wiecznie będzie nad lata i zimy
zapadać noc
Nikt nie odpowie Nad ziemią nad miastem
nad tym pokojem nad ciałem twym własnym
głuchym spokojem i milczącym kłamstwem
zapada noc
…
Ponad dachami ponad oddechami
Ponad domami i ponad dymami
Ponad głowami i ponad słowami
Zapada noc
Zapada noc
Zapada noc
Ale przecież nie jest to tylko opowieść o PRL-u. To wiersz o ludzkich zmaganiach, o bezradności, o tragizmie wpisanym w naszą ludzką kondycję. W podobnie uniwersalny sposób opisuje Barańczak peerelowskie realia w Tryptyku z betonu, zmęczenia i śniegu.
Całe życie na walizkach z własnej skóry
(ta najtańsza imitacja tektury);
kątem pośród swych składanych kości
(prawie plastik, lecz gorszej jakości);
wprowadzając się przejściowo w mózgu zwoje
(mniej ustawne niż przechodnie pokoje);
na odchodnym z przedsionków serca
(byle klatka schodowa szersza);
na wylocie ze źrenicy oka
(nie tak jasnej jak kuchnia bez okna);
w tym lokalu nieumeblowanym,
z tymczasowym żyj zameldowaniem,
chociaż nigdy twoim się nie stanie
twoje życie, zastępcze mieszkanie.
Polska Rzeczpospolita Ludowa skończyła się ćwierć wieku temu, ale te wiersze i dzisiaj są poruszające, nadal odsłaniają prawdę o nas samych. I wierzę, że wymykają się one upływowi czasu, że dotykają „ponadczasowego”. I dlatego zawsze będą poruszały serca ludzi wrażliwych na poezję.
A poetycki świat Barańczaka, z czasem mając coraz szerszy wymiar, wciąż będzie mówić o przemijaniu, o nadziei i beznadziei, o realnym złu i okruchach realnego dobra, wciąż będzie stawiać boleśnie trudne pytania o sens i o sensy. Te tonacje odnajdziemy wszędzie, od Podróży zimowej napisanej do muzyki Schuberta poczynając, poprzez poetycki opis pierwszej piątki koszykarzy Boston Celtics (Bird, McHale, Parish, Johnson, Ainge) po prozaiczne i metafizyczne zarazem rozważania w Wynosząc przed dom kubły ze śmieciami.
***
Bardzo wiele Barańczakowych tomów i tomików, wierszy i esejów, rozpraw i tłumaczeń ma najskromniejszą z możliwych, a zarazem najbardziej wymowną dedykację: „Ani”. Anna właściwie od zawsze wpisana była głęboko oraz całkowicie w życie Stanisława, podobnie jak on był całkowicie wpisany w życie Anny. Dlatego nie zdziwiło mnie, choć zwilgotniały mi oczy, gdy się dowiedziałem, że ostatnie słowo wypowiedziane przez Staszka brzmiało: „Aniu”. To była ta sama wilgoć, która towarzyszy mi zawsze, gdy czytam jeden z najpiękniejszych erotyków polskiej poezji zamieszczony w ostatnim tomiku wierszy Chirurgiczna precyzja, napisanym przez już bardzo poważnie chorego Stanisława. Cały ten tomik – jak wiele innych – dedykowany jest Ani, ale pod tytułem wiersza Płakała w nocy, ale nie jej płacz go zbudził znajduje się jeszcze dopisek: „Ani, jedynej”.
Płakała w nocy, ale nie jej płacz go zbudził.
Nie był płaczem dla niego, chociaż mógł być o nim.
To był wiatr, dygot szyby, obce sprawom ludzi.
I półprzytomny wstyd, że ona tak się trudzi,
to, co tłumione czyniąc podwójnie tłumionym
przez to, że w nocy płacze. Nie jej płacz go zbudził:
ile więc było wcześniej nocy, gdy nie zwrócił
uwagi – gdy skrzyp drewna, trzepiąca o komin
gałąź, wiatr, dygot szyby związek z prawdą ludzi
negowały staranniej: ich szmer gasł, nim wrzucił
do skrzynki bezsenności rzeczowy anonim:
„Płakała w nocy, chociaż nie jej płacz cię zbudził”?
Na wyciągnięcie ręki – ci dotkliwie drudzy,
niedotykalnie drodzy ze swoim „Śpij, pomiń
snem tę wilgoć poduszki, nocne prawo ludzi”.
I nie wyciągnął ręki. Zakłóciłby, zbrudził
toporniejszą tkliwością jej tkliwość: „Zapomnij.
Płakałam w nocy, ale nie mój płacz cię zbudził,
To był wiatr, dygot szyby, obce sprawom ludzi”.
Oceń