Nie chodzi o obronę liturgicznych nowinek

Nie chodzi o obronę liturgicznych nowinek

Oferta specjalna -25%
Wyczyść

Podejmując próbę odpowiedzi na zastrzeżenia zgłoszone pod adresem mego tekstu przede wszystkim muszę zaznaczyć, że wiele z nich prawdopodobnie by nie powstało, gdyby Redakcja nie dokonała w tekście nie uzgodnionych ze mną skrótów i zmian. Wszystkie cytowane przeze mnie teksty były opatrzone odnośnikami, tekst apelu grupy dyskusyjnej „Unam sanctam” został przytoczony „in extenso”, tak, jak go otrzymałem pocztą elektroniczną. Wstęp został skompilowany przez Redakcję z dwóch zdań odległych o kilka stron w mojej zamierzonej wypowiedzi, w której zresztą nie było fatalnego słówka „również”, tak irytującego dla ks. Olewińskiego. Przykro mi denuncjować Redakcję, ale cóż, zostałem wywołany do tablicy.

Od razu na wstępie podkreślam, iż mój krytyczny stosunek do wielu twierdzeń padających ze strony środowisk tradycjonalistycznych w kwestii udzielania Komunii na rękę wcale nie oznacza, że jestem jej zwolennikiem. Odniosłem wrażenie, jakby obaj Autorzy nie zauważyli do końca mojego krytycznego stosunku do tego obyczaju i traktują mnie po trosze jak obrońcę „liturgicznych nowinek”.

Ks. Olewiński, odwołując się do instrukcji Kongregacji Kultu Bożego Memoriale Domini, chce wykazać, że dyskusja synodalna o Komunii na rękę jest bezprzedmiotowa, bo dawno rozstrzygnięta. Nie jest to jednak takie proste. Memoriale Domini nie jest dokumentem nieomylnego Magisterium, tylko instrukcją dotyczącą dyscypliny liturgicznej. Jako taka może być zmieniona przez powołane do tego osoby i instytucje (czego może wcale bym sobie nie życzył, ale to nie ma w tym momencie nic do rzeczy). Również wniosek mego Polemisty, że nie jest ona znana (nie tylko mnie, także i członkom synodu, skoro o tym dyskutowali), jest nazbyt pochopny. Nie wierzę, by jej treści nie znali członkowie komisji liturgicznej synodu, która opracowywała pierwszy schemat dokumentu o liturgii. Jest faktem, że o Komunii na rękę podczas synodu dyskutowano, i że było to uprawnione. Synod plenarny prowincji kościelnej ma prawo rozmawiać o dyscyplinie sakramentów na swoim terenie. To właśnie lokalne synody wprowadziły w końcu pierwszego tysiąclecia nowy wówczas zwyczaj podawania Komunii do ust, a nie do rąk wiernego. Obecnie prawo kościelne nakazuje, by synod po zakończeniu przedstawił swoje dokumenty do przejrzenia Stolicy Świętej, dopiero wtedy mogą one być promulgowane. Nie wiemy więc czy i w jakiej formie ostateczna wersja dokumentów synodalnych ujmuje sprawę Komunii na rękę. Załóżmy na chwilę, że dopuszcza taką możliwość. Podkreślam, nie mówimy o tym, co byśmy chcieli, tylko o tym, co możliwe. Czy Stolica Święta może zatwierdzić taki dokument? Może. Czy będzie on miał moc obowiązującą? Będzie. Nie jest tak, że Stolica Apostolska nie może zatwierdzić dla Kościoła w Polsce np. nowego sposobu przyjmowania Komunii, mimo istniejącego już dokumentu z 1969 roku. Nie decydujmy za Ojca Świętego.

Ks. Olewiński napisał, że nie ma „woli” Kościoła na podawanie Komunii pod dwiema postaciami, jest tylko na to pozwolenie. Cóż, spór jest o słowa. Czy dano by pozwolenie na Komunię pod dwiema postaciami, udzielone prawem ogólnym, na terenie całego Kościoła powszechnego (a nie, jak po Soborze Trydenckim, tylko w niektórych prowincjach kościelnych), w tak wielu przypadkach, gdyby nie było takiej woli? Czy rozszerzano by to pozwolenie w późniejszych dokumentach? Żeby nie być gołosłownym, zacytuję przykład takiego rozszerzenia: „Jest pożądane, aby w Komunii Wigilii Paschalnej osiągnięto pełnię znaku eucharystycznego, rozdając ją pod postaciami chleba i wina. Niech Ordynariusze miejscowi rozważą możliwość takiego pozwolenia i związane z tym okoliczności” (List Kongregacji Kultu Bożego o przygotowaniu i obchodzeniu świąt wielkanocnych, 16 I 1988, nr 92). Czy nie ma tu „woli” rozszerzenia dotychczasowej praktyki? Na podstawie aktualnej praktyki, stopniowo — i legalnie — wprowadzanej, a także na podstawie rosnącego pragnienia wielu pobożnych chrześcijan, wnioskować można, że istnieje taka wola, roztropna i dlatego niespieszna, żeby powrócić do komunikowania pod dwiema postaciami, oczywiście przy zachowaniu zasad dogmatycznych sformułowanych przez Sobór Trydencki.

Mój Adwersarz zarzuca mi fałszywe preparowanie zarzutów przeciwników Komunii na rękę. Takim preparatem ma być przypisanie bardziej oczytanym spośród nich tezy, że interpretują tę praktykę jako relikt przeszłości, zmieniony pod wpływem rosnącej czci wobec Najświętszego Sakramentu. Według Ks. Olewińskiego jest to twierdzenie, którego „faktyczność jest wysoce nieprawdopodobna czy wręcz niemożliwa”. Napisane przeze mnie zdanie nie jest cytatem, ale do jego treści sprowadza się choćby argumentacja M. Davies’a, którą zawarł w swej broszurze pt. O Komunii na rękę i tym podobnych nadużyciach (Warszawa 1998). Przyznaję za to rację Ks. Olewińskiemu, że nikt trzeźwo myślący nie zdobyłby się na zarzucanie starożytnym chrześcijanom braku szacunku wobec Najświętszego Sakramentu. Niestety, trzeźwe myślenie nie zawsze idzie w parze z erudycją.

Przykro mi, że Ks. Olewiński przy okazji obraża mnie porównaniem do stalinowskiej bezpieki. W rozmowie, nawet jeśli jest polemiczna, powinno się wykazać więcej taktu. Tym bardziej, gdy autorem słów jest kapłan. Pretrise oblige.

* * *

Pan Maciej Szmit podniósł kilka zastrzeżeń formalnych co do mego tekstu. Pierwsza sprawa, to kwestia omylności świętych. To prawda, bywało, że i święci mylili się w swoich twierdzeniach. Ale w moim tekście nie było mowy o nieomylności, tylko o świętokradztwie. Czy więc mogli być świętokradcami?

Zauważa Pan: „Wydaje się, że (…) zechciał Ojciec podać argumenty nie tyle za wprowadzeniem nowego zwyczaju, co raczej przeciw twierdzeniu, że nie ma on jakichś korzeni historycznych”. Ależ tak, właśnie to było moim celem, i nic innego. Polemizowałem wyłącznie z tezą: „Komunia na rękę nigdy nie była powszechną praktyką Kościoła”. Cały dalszy wywód Pana na temat „historycyzmu” jest słuszny, ale nie ja jestem jego rzeczywistym adresatem. Chciałbym jedynie na marginesie zauważyć, że argumenty (w materii praktyki sakramentalnej nie ma mowy o dowodach, liturgia to nie matematyka) z tradycji Kościoła są ważne i studium źródeł ma swoje uzasadnienie. Choćby takie, żeby wiedzieć, iż pewne praktyki liturgiczne Kościoła pierwotnego, odmienne od współczesnych, nie są świętokradzkie. Co też nie znaczy, że należy je od razu wprowadzać, ale to już inna historia.

Napisał Pan: „Można zresztą natychmiast odwrócić argumentację Ojca i zapytać, czy przedstawicielami zabobonnej czci byli zatem raczej ci święci kapłani, którzy Komunię rozdawali wiernym do ust…” — ja osobiście absolutnie nie zamierzam tak odwracać mojej argumentacji i dziwię się, że Pan ją zechciał odwrócić. Wystarczająco jasno dałem temu wyraz w części poświęconej omówieniu argumentów zwolenników Komunii na rękę. Mam nadzieję, że nie imputuje mi Pan takiego myślenia.

Jeżeli chodzi o argumenty „za” praktyką Komunii na rękę, zechciał Pan opatrzyć jeden z nich nalepką „historyczny”. Nie jest to do końca słuszne. Pisałem bowiem, że można by rozważyć dopuszczenie praktyki udzielania Komunii pod dwiema postaciami nie ze względu na to, że kiedyś istniała, ale ze względu na to, jaka była jej forma rytualna. To zasadnicza różnica.

Chciałbym się odnieść do problemu autorstwa katechez mistagogicznych przypisywanych św. Cyrylowi, inaczej zwanych „jerozolimskimi”. Dość często tę wątpliwość podnoszą przeciwnicy Komunii na rękę, próbując milcząco zdyskredytować tekst (pozwoli Pan, że nie będę podawał cytatów). Czy autorem ich był św. Cyryl, czy też jego następca, św. Jan, naprawdę nie ma żadnego znaczenia. Tekst ten jest autorytetem, bo pochodzi ze starożytnej stolicy patriarchalnej, z Kościoła ortodoksyjnego.

Następnie, argument, że Luter czy Kalwin czegoś uczyli, bądź nie (nb., i tu wtargnęła Redakcja, w mojej oryginalnej wypowiedzi nie było nazwisk), nie ma większego znaczenia i łatwo jest go otoczyć prześmiewczą retoryką — ale właśnie to chciałem pokazać. Pana wywód w tej sprawie tylko potwierdza moją intuicję. Wydaje mi się zresztą, że nie ma co używać skomplikowanych wywodów tam, gdzie wystarczy zdrowy rozsądek. Być może chciał Pan zasugerować (to nie było dla mnie jasne przy lekturze), iż ci, którzy chcą wprowadzenia Komunii na rękę, odrzucają posłuszeństwo wobec Urzędu Nauczycielskiego. Wtedy stanowczo odpowiadam: nie jest to sprawa dotycząca wprost i bezpośrednio ortodoksji, choć należy się zastanowić, czy nie spowoduje takich albo innych skutków w przeżywaniu wiary. Jest to już problem pastoralny, co zresztą słusznie Pan zauważył na innym miejscu.

Pisze Pan, że „nie jest … rzeczą wskazaną pomieszanie argumentów dotyczących meritum rozpatrywanej kwestii i argumentów ad personam”. Słusznie. Jednak twierdzenie, że Komunia na rękę spowodowała upadek wiary w krajach Zachodu bynajmniej do merytorycznych nie należy.

Mimo deklaracji o zainteresowaniu jedynie stroną formalną mojej wypowiedzi, wyraził Pan kilka twierdzeń należących do dyskusji merytorycznej. Chciałbym ustosunkować się do nich, ponieważ należą do dosyć często powtarzanych. Przede wszystkim bulla Quo primum papieża Piusa V nie może być interpretowana w taki sposób, że nie może być już po niej żadnej innej legalnej formy sprawowania Eucharystii. Poza tym przeciwstawił Pan słowa „ryt (ritus)” i „porządek (ordo)” i napisał Pan, że tak się przyjmuje w Kościele. Jest to nieporozumienie. Słowo ryt nie jest bynajmniej jednoznaczne. Może określać zarówno jakąś formę celebracji liturgicznej (np. ryt mszy), jakiś jej element (np. ryt pokuty), albo też całość obrzędów i dyscypliny (prawo kanoniczne) danego Kościoła lokalnego (ryt rzymski, ryt koptyjski). Stanowczo nie zgadzam się jednak z takim użyciem słowa „ryt”, z którego wynikałoby przedłożenie jednej formy celebracji ponad inną, gdy obie zostały ogłoszone przez prawowitą władzę kościelną. Pozwolę sobie tutaj rozszerzyć nieco moją odpowiedź. Szanuję mszę trydencką, ale nie przyznam jej takiego miejsca, które by kazało mi nazwać ją „wieczną”, „wszechczasów”, czy „klasyczną”. Jest to godzien szacunku i czci ryt sprawowany przez większą część Kościoła łacińskiego (bo nie przez cały) przez 400 lat jego historii. Jeżeli są wierni, dla których jest on nadal żywym źródłem wiary i miłości Chrystusa, mają prawo w nim uczestniczyć, zgodnie z przepisami Kościoła, wymagającymi m.in., by nie podważali oni doktrynalnej ścisłości obecnie obowiązującego rytu. Na marginesie, jeśli już o słowach mówimy, atrybut „klasyczny” przyznawany jest przez gros liturgistów na całym świecie nie rytowi Piusa V, ale rytowi używanemu w wiekach V–VIII, a zapisanemu m.in. w dokumencie znanym jako Ordo Romanus I. Stąd też słowo „ordo” użyte w tytule dokumentu wprowadzającego obecny ryt. Ponadto, nawet jeżeli przyjmiemy nazwę Novus Ordo Missae (nb., chyba nikt, poza zwolennikami mszy Piusa V, jej już nie używa), to sama ona sugeruje, że istnieje jakiś Ordo Vetus. Formy liturgiczne rozwijają się: przed rytem Piusa V było kilka innych, po nim jest już jeden, z pewnością nie jesteśmy na końcu tego procesu (chyba, że wkrótce nastąpi paruzja, co daj Boże), ale każda z nich należy do rytu rzymskiego i zachowuje jego istotne elementy: powściągliwość w słowie i formach wyrazu, prostotę, brak sentymentalizmu (sobrietas romana), jasność i przejrzystość struktury. Każda z nich jest również nośnikiem tej samej wiary katolickiej.

Po drugie, napisał Pan, że „Sobór Watykański II wprowadził do tegoż rytu (Piusa V) jedynie stosunkowo drobne zmiany, natomiast obecnie sprawowana powszechnie liturgia (…) wprowadzona została decyzją papieża Pawła VI już po Soborze, zmieniając zresztą jego zalecenia zawarte w konstytucji Sacrosanctum Concilium (choćby odnośnie użycia języka łacińskiego w liturgii)”. Po pierwsze, lepiej nie przeciwstawiać soborowych dekretów decyzjom papieskim, gdyż można wpaść w pułapkę konsyliaryzmu, czyli przekonania jakoby sobór był nadrzędny wobec papieża (o co bynajmniej Pana nie podejrzewam). Jest akurat odwrotnie. Dokumenty soborowe nabierają mocy dopiero po uzyskaniu papieskiej sygnatury. Zarówno na ostatniej karcie Konstytucji o Liturgii, jak i na początku nowego Mszału rzymskiego widnieje podpis Biskupa Rzymu i to tego samego: Pawła VI. Po drugie, wystarczy przeczytać uważnie całość (a nie fragmenty) Konstytucji o Liturgii Świętej, żeby zobaczyć, iż reforma posoborowa dokonana została w duchu tego dokumentu. Także w tym, co dotyczy łaciny. Poruszyłem ten temat w innym numerze miesięcznika. Tę ciągłość pomiędzy Konstytucją o Liturgii a późniejszą legislacją potwierdza na swój sposób nawet taki przeciwnik soborowych zmian, jakim jest M. Davies: „ziarna wszelkich posoborowych nadużyć zawierają się w samej Konstytucji (o Liturgii); są one przebiegle wymyślonymi dwuznacznościami, które mają wybuchnąć po soborze, są «bombami zegarowymi», wprowadzonymi przez ekspertów, którzy naszkicowali dokumenty, nad którymi biskupi (w większości z naiwności) głosowali” (O Komunii na rękę…, s. 29). Przykro mi cytować taki fragment, ale jest to akurat głos przeciwnika reformy liturgicznej, który dostrzegł rzeczony związek. Niestety, zaprezentowane przezeń polityczne czytanie wydarzenia teologicznego, jakim jest Sobór, bardzo trudno pogodzić z wiarą w obecność Ducha Świętego w Kościele.

Poruszył Pan również na marginesie kwestię, którą pominąłem w mojej wypowiedzi, mianowicie sprawę procesjonalnego podchodzenia do Komunii. Jako dominikanin jestem dość ruchliwy i często sprawuję Eucharystię w innych kościołach. Moje osobiste doświadczenie jest takie, że tam, gdzie do Komunii podchodzi się w procesji, jest ona przyjmowania godnie. Tam natomiast, gdzie używa się balasek, występuje dość często (choć nie zawsze) syndrom kolejki, o którym Pan pisze, a który sam dobrze pamiętam. Rozumiem, że może mieć Pan inne doświadczenie, ale proszę mi pozwolić podzielić się swoim. Zazwyczaj to nie wierni się pchają do Komunii, tylko księża się spieszą z jej dystrybucją. Procesja doskonale „spowalnia” nazbyt rześkiego szafarza.

* * *

Tyle odpowiedzi na zastrzeżenia Pana Szmita. Chciałbym jeszcze tylko z zadowoleniem odnotować dwie Jego uwagi. Po pierwsze, to dobrze, że dokument członków listy Unam sanctam nie streszcza dokładnie tradycjonalistycznych zarzutów pod adresem Komunii na rękę. Bardzo się również cieszę, że „dopasowywanie rzeczywistości do swoich pragnień, zwane myśleniem magicznym, na pewno nie jest domeną wszystkich tradycjonalistów.” Z radością przyjmuję obie korekty. Niestety, tych racjonalnych „tradycjonalistów” (przy całej wieloznaczności tego pojęcia) mało widać na forum Kościoła. Cieszę się więc tym bardziej, że Pan Maciej Szmit się odezwał.

Nie chodzi o obronę liturgicznych nowinek
Tomasz Kwiecień

były dominikanin....

Produkt dodany do koszyka

Zobacz koszyk Kontynuuj zakupy

Polecane przez W drodze