Żal złotych ramek

Żal złotych ramek

, 0 recenzji

Ile pytań, dotyczących obecnego Pontyfikatu można zawrzeć na kilkuset stronach? Gdyby uczynić z tej kwestii przedmiot konkursu, Arturowi Domosławskiemu, autorowi książki Chrystus bez karabinu. O pontyfikacie Jana Pawła II, z pewnością przypadłyby najwyższe laury. Wymieńmy tylko kilka z nich: „Jakie są źródła katolickiego buntu przeciwko Papieżowi z Polski?”, „Czy [rozmowa o pontyfikacie] możliwa jest dzisiaj, gdy na dobre utrwalił się wizerunek Papieża–pogromcy komunizmu oraz wizerunek sentymentalny — dobrego pasterza o ciepłym uśmiechu?”, „Czy naprawdę Jan Paweł II zrezygnował z przestarzałego stylu kurialnego, czy też raczej praktykuje go nadal w innej, popularniejszej formie?”, by nie wspomnieć już o wielu innych, czasem osobliwych pytaniach, które Autor powtarza za Küngiem czy Häringiem. Pytania, zwłaszcza te trudne i kłopotliwe, wzbogacają dyskurs tylko wtedy, gdy rzeczywiście wnoszą doń coś nowego, gdy zmuszają do udzielania odpowiedzi. Co za korzyść z pytania typu: „Czy przypadkiem nie jest tak, że już obecnie Jan Paweł II jawi się wielu katolikom, a tym bardziej niekatolikom, w większym stopniu jako obrońca starych bastionów aniżeli — respektujący ciągłość nauki i życia w Kościele — pastoralny szermierz zwiastowania i praktyki Kościoła, odnowionego przez wyzwalające poselstwo Jezusa?” (s. 133). Jaki pożytek z odpowiedzi na nie, skoro mamy do czynienia z alternatywą: „obrońca starych bastionów” albo „pastoralny szermierz zwiastowania” (cokolwiek miałoby to znaczyć…)?

Artur Domosławski, „z perspektywy człowieka chodzącego po obrzeżach wiary i niewiary”, komentuje poszczególne pielgrzymki Papieża do Polski, obszernie i, trzeba przyznać miejscami wręcz zajmująco, omawia kontrowersje wokół teologii wyzwolenia, analizuje pytania stawiane przez „katolików Zachodu”, komentuje najważniejsze kwestie katolickiego nauczania społecznego. To zadanie bardzo ambitne, zwłaszcza w kontekście zadeklarowanej perspektywy poznawczej. Autor — takie wrażenie odniosłem — nie pozostaje zresztą wierny swej deklaracji, przyjmując wobec gorących przedmiotów wewnątrzkościelnej debaty perspektywę ad intra, a więc niejako zabierając w niej głos. Powyższa próbka „pytań” dobitnie tego dowodzi. Czy jednak ktoś, kto uważa krzyż za „znak dominacji” (s. 67) — nawet jeśli zastrzega, że „niełatwo (mu) to napisać” — może być uznany za poważnego uczestnika dialogu? Czy rzeczywiście leży mu na sercu dobro instytucji Kościoła, której poświęca tyle pisarskiego znoju? Tu, przyznaję, retorycznie zawieszam głos.

Spróbuję natomiast odpowiedzieć na pytanie o obraz Jana Pawła II, wyłaniający się z kart książki Domosławskiego. Darując sobie wszystkie zastrzeżenia dotyczące niejednoznaczności, paradoksalności, wymykania się utartym schematom, etc. — wszak mało kto dzisiaj, a tym bardziej redaktor poważnego dziennika, zrezygnuje z pewnej zdrowej dozy relatywizmu — zaryzykuję postawienie następującej tezy: Artur Domosławski postrzega Papieża przede wszystkim jako polityka, i to szczególnie wyrazistego, jeśli chodzi o zaangażowanie w sprawy polskie. Warto przyjrzeć się tym elementom papieskich pielgrzymek do Polski, które zdaniem Autora okazały się pierwszoplanowe.

Zacznijmy od 1979 roku, wówczas to bowiem „Papież wyartykułował w imieniu Polaków ich narodowe aspiracje i świadomość tych aspiracji rozbudził w skali ogólnonarodowej — czego nie miała wtedy szansy zrobić niewielka liczebnie opozycja” (s. 28). Takie „wyręczanie” opozycji jest oczywiście działaniem politycznym; inna sprawa, czy było to działanie zamierzone, czy też stało się takim w świadomości społecznej. Czytelnik książki Domosławskiego zostaje postawiony przed dylematem: albo wierzyć, że Solidarność powstała dzięki nauczaniu Jana Pawła II — politycznego giganta, albo przyznać rację Rakowskiemu, że „do wybuchu doszłoby i bez Jana Pawła II” (s. 27 — dodajmy, że informacja ta zaczerpnięta została z książki Tada Szulca). A przecież niezapomniane przywoływanie Ducha Świętego, by „odnowił oblicze tej ziemi” nie może być w żadnym razie pojmowane w kategoriach „politycznego cudu” i nie da się go sprowadzić wyłącznie do powstania choćby nie wiem jak ważnego ruchu społecznego.

W 1983 roku sytuacja w Polsce była już drastycznie inna. Z kart książki Domosławskiego wyłania się taka oto dramaturgia tamtej papieskiej wizyty. Pielgrzymujący do ojczyzny Ojciec Święty zmuszony był — takie można odnieść wrażenie — „lawirować” między Wałęsą a Jaruzelskim, któremu „w kontekście ugodowej polityki polskiego Kościoła wpuszczenie Papieża do kraju wydawało się (…) warte ryzyka” (s. 31). Jeśli konsekwentnie podążać tropem przedstawiania Papieża jako wytrawnego polityka, ryzyko musiało się chyba generałowi opłacić, skoro podczas owianego tajemnicą spotkania na Wawelu Jan Paweł II miał podzielić się z Jaruzelskim swoim pragnieniem: „Ja rozumiem, że socjalizm jest polską rzeczywistością, ale chciałbym, żeby to był socjalizm z ludzką twarzą” (s. 35). Papież musiał jednak prowadzić „podwójną grę”, skoro zarazem zechciał wskrzesić Wałęsę z politycznego niebytu. Dodajmy, że i w tym przypadku Autor skazuje nas na relację kontrowersyjnego biografa papieskiego — Tada Szulca. To jednak w pełni zrozumiałe, wziąwszy pod uwagę, że ten ostatni uważa Jana Pawła za polityka elastycznego i z wielką wyobraźnią (por. s. 17). Tymczasem obecność Papieża wśród zniechęconych i poniżonych w realiach stanu wojennego rodaków, była przede wszystkim czytelnym gestem solidarności, przypomnieniem Polakom o naszej tożsamości.

„Polska po upadku komunizmu rozczarowała Papieża” — głosi podpis pod zdjęciem trzymającego się za głowę Jana Pawła, którego Piotr Wójcik sfotografował w momencie największej desperacji, spowodowanej właśnie upadkiem komunizmu. „(…) Na marginesie zasadniczych spraw moralnych Papież zabrał głos w konkretnych sprawach, o które Polacy w roku 1991 się spierali. Jego słowa, nie będąc poparciem en bloc działań jakichś partii czy grup nacisku, były wyraźnym i jednoznacznym stanowiskiem w debacie o kształcie i tożsamości nowej Polski” (s. 52). To zrozumiałe: Papież nie musiał już prowadzić gry politycznej między opozycją i władzą, mógł więc spokojnie zająć się prezentacją „własnego rozumienia neutralności światopoglądowej państwa” (s. 50). Domosławski zauważa wprawdzie sentencjonalnie: „Słowa jednak żyją tak, jak zostały usłyszane, czasem niezależnie od nadawcy. A przesłanie Jana Pawła II było przeważnie «słyszane» na sposób narodowo–katolicki” (s. 52). Czyż nie było takich, którzy Bieruta słuchali „na sposób narodowo–katolicki”? Zabrakło mi u autora Chrystusa bez karabinu głębszej refleksji nad trudnymi słowami kierowanymi przez Papieża do rodaków podczas pielgrzymki w 1991 roku i podczas krótkiej wizyty w maju 1995 roku. Czy rzeczywiście tak trudno dzisiaj zrozumieć, ile wysiłku włożył Jan Paweł II w nadanie polskiej wolności pozytywnej treści?

W 1997 roku Papież — zdaniem Autora, który jak sądzę nie „definiuje swej tożsamości przede wszystkim poprzez antykomunizm” (s. 59) — triumfował: „Oto prezydent eks–komunista składa hołd zmaganiom biskupa Rzymu z totalitaryzmem” (j.w.). Po tytanicznym boju zwyciężony ma odwagę „przyznać przed całą Polską: To Twoja droga okazała się zwycięska, i dobra” (j.w.). Gdyby Domosławski mógł zinterpretować ostatnią pielgrzymkę, pewnie znów popuściłby wodze fantazji i przejażdżkę prezydenckiej pary papamobilem mógłby odczytać mniej więcej tak: „Wsiądź na mój rydwan, dumny antagonisto, teraz i tobie należy się hołd”. Cóż, chciałoby się powiedzieć, tak to bywa między politykami… Nie bądźmy zresztą zbyt pochopni. Od Autora dowiemy się, że wprawdzie Jan Paweł II jest zwolennikiem „grubej kreski”, ale dotyczy to tylko Albanii, Węgier, Czech, Słowacji, Litwy, w żadnym razie nie Polski. „Może Jan Paweł II nie widział w Polsce zagrożenia «zwyciężonych» przez «zwycięzców»?” (s. 177). A „może «swojej» Polsce (…) Papież stawiał inne wymagania?” (s. 181). Czy jednak można w ogóle patrzeć na udzielaną Polakom lekcję w kategoriach konkretnych wymagań? W papieskim nauczaniu brzmi, moim zdaniem, o wiele donośniej wielokrotnie powtarzana fraza: „Musicie od siebie wymagać”.

Myliłby się jednak, kto przypuszcza, że Jan Paweł jest w politykę zaangażowany tylko w odniesieniu do spraw polskich: ot, taką ma, całkiem zrozumiałą, słabość. Być może Biskup Rzymu zaprzęga wszystkie, pozostające do jego dyspozycji środki, włącznie z dokumentami nauczania społecznego. Musi, bo jak inaczej rozumieć zdanie: „Centesimus annus ma wybitnie polityczny charakter” (s. 198)? A wizja polityczna Papieża, to nic innego, jak dobrze znana, od czasu do czasu odkurzana (patrz np. ostatnio opublikowany manifest Blaira i Schrödera) „trzecia droga”. I niech nie zmylą nas papieskie zapewnienia, że „Kościół nie proponuje żadnych modeli” (Centesimus annus, 43). „Papież — co zrozumiałe — wzbrania się przed uznaniem za trafną etykiety «trzeciej drogi»” (s. 198), ale Domosławski i tak wie swoje: „chodzi o coś pomiędzy (ponad?) tymi dwoma ustrojami [komunizmem i kapitalizmem — md]” (j.w.). Zważywszy na cały tok rozumowania Autora, ma to zresztą sens: dowiadujemy się, że od dawna „w ocenie kapitalizmu Papież oswajał terminologię marksistowską”, a „w tym samym języku, odwołującym się do pojęć marksizmu, Papież krytykował również komunizm” (s. 191). Typowy z naszego Papieża socjalistyczny rewizjonista! Kapitalizm zły i komunizm tak samo zły: „biorą człowieka w niewolę” (s. 192). Nie wiadomo tylko skąd nagle w nauczaniu papieskim aprobata dla wolnej ekonomii. Pewnie z tego słynnego politycznego pragmatyzmu: „jest to (…) zgoda podszyta niechęcią, płynąca raczej z porażki komunizmu niż afirmacji kapitalizmu samego” (s. 193). Pozostawiam bez komentarza, choć zdawać by się mogło, że nie trzeba już dowodzić, że Następca Św. Piotra nie tylko nie jest ani politycznym konserwatystą, ani liberałem. Nie jest też socjaldemokratą. Rozpisywanie się w podobnym tonie na temat katolickiego nauczania społecznego abstrahuje od faktu, iż jest ono w pierwszym rzędzie częścią teologii moralnej.

Na koniec jeszcze dwie próbki stylu bardzo niskich lotów. Informując czytelników, że druga pielgrzymka Papieża do ojczyzny miała miejsce po zamachu na jego życie, Autor pozwala sobie na chyba „dowcipną” w jego zamyśle uwagę: „Papież jednak nie wybierał się na tamten świat i zamach przeżył. Wybierał się za to na obchody 600. rocznicy powstania Obrazu Jasnogórskiego (…)” (s. 29). Wypada się cieszyć, że Domosławski nie skorzystał z innych wyrażeń dotyczących śmierci z bogatego arsenału kolokwializmów. Mógł przecież napisać, że Papież nie chciał jeszcze „kopsnąć w kalendarz” albo nie miał ochoty na „wąchanie kwiatków od spodu” czy „wyciągnięcie kopyt”. Zabawna jest też dość nieporadna fraza, z której wynika, że „w kontekście rozważań o wolności sporo uwagi Jan Paweł II poświęca pojmowaniu seksu w kulturze i w życiu indywidualnym”. Tu, niestety, muszę przywołać Autora do porządku: książkę Seks w kulturach świata napisał Zbigniew Lew Starowicz, skądinąd zajmujący się również zagadnieniami seksu w życiu indywidualnym.

Chrystus bez karabinu jest oczywiście książką ważną i ciekawą. Autor niewątpliwie widzi wielowymiarowość papieskiego przesłania, choć nie potrafi chyba stworzyć portretu Jana Pawła, z którego na pierwszy plan nie wybijałby się polityk. Jest to zresztą problem wszystkich dotychczasowych biografów obecnego pontyfikatu, odczytujących go według schematów lewica — prawica, czy liberalizm — konserwatyzm. Winą nie obarczałbym przyjętej przez Domosławskiego „perspektywy człowieka chodzącego po obrzeżach wiary i niewiary”. Wszak może ona być niezwykle cenna, chociażby poprzez ukazywanie tego, co w papieskim nauczaniu wspólne dla powszechnie przyjmowanego języka debaty moralnej, a katolicy w żadnym razie nie posiadają monopolu na pisanie o swoim „przywódcy”. Czy jednak, jak chciałby Artur Domosławski, jego wizerunek Jana Pawła II jest prawdziwszy od „tego z obrazka w złotych ramkach, tego z książek apologetów i ludowej wyobraźni” (s. 9)? Śmiem wątpić.

Żal złotych ramek
Maciej Dybowski

urodzony w 1977 r. – absolwent prawa UAM, publikował w „Czasie Kultury", współpracował z „Azymutem", „W drodze”....