Makao – katolicki bastion w Azji

Makao – katolicki bastion w Azji

Historia misji katolickich w Azji ma długą i burzliwą historię. Jej wątki łączą się z konfliktami mocarstw europejskich, okresami przyjaźni przeplatanej wrogością w stosunku do Azjatów, jak również próbami zrozumienia dwóch odległych od siebie kulturowo cywilizacji — Europy i Azji.

Miejscem szczególnym, soczewką skupiającą wszelkie konflikty, nadzieje, zwycięstwa oraz klęski aktorów dalekowschodniej sceny, było, jest i prawdopodobnie będzie nadal Makao. To niewielki skrawek lądu, przylepiony do południowej części Chin kontynentalnych, niedaleko od kosmopolitycznego Hongkongu. Przez setki lat to niewielkie państwo — a właściwie kolonia portugalska — stanowiło ewenement w Azji. Obok Filipin było ostoją katolicyzmu, jak również kruszyną europejskiej kultury w morzu chińskiej cywilizacji. Lipiec 1999 roku przyniósł jednak ogromną zmianę. Makao stało się częścią Chińskiej Republiki Ludowej. Co prawda, zgodnie z umową międzynarodową, była kolonia ma zachować autonomię, niemniej jednak trudno wyrokować obecnie o rzeczywistych planach komunistycznego rządu Chin. Prześladowania katolików, historia działalności podziemnego Kościoła wiernego Watykanowi pokazują, że Chińczycy nie są usposobieni przyjaźnie do odmiennej tradycji religijnej i kulturowej. Nic więc dziwnego, że w przededniu objęcia przez ChRL kontroli, Kościół katolicki szczególną troską objął ten skrawek ziemi. Intencją modlitw Ojca Świętego w czerwcu było zachowanie tożsamości chrześcijańskiej kraju w obliczu nowego wyzwania w przyszłym stuleciu czy może tysiącleciu.

Dzisiejsze Makao kojarzy się Azjatom także z zupełnie czymś innym. Przez wiele lat uznawane było za gospodarczego kopciuszka obok bogatego Hongkongu. Portugalczycy wpadli na dość wątpliwy etycznie, ale skuteczny ekonomicznie pomysł, by urządzić tu gigantyczny „przemysł rozrywkowy”, w którym główną rolę odgrywać będzie hazard pod różnymi postaciami. Plan się powiódł. Miasto–państwo zyskało renomę azjatyckiego Monte Carlo, wzbogaconego na nieszczęście o szerzącą się prostytucję. Z sąsiedniego Hongkongu przyjeżdżają w każdy weekend tłumy gości. Czekają na nich kasyna, z których Hotel Lisboa ma największą sławę, Jockey Club (wyścigi konne), Canidrome (wyścigi psów), a także niezliczone restauracje z kuchnią portugalską, chińską, indyjską, malajską, amerykańską (w wydaniu McDonald’s), luksusowe apartamenty, czysta plaża z błękitną wodą.

Kontrast współczesności z bogatą tradycją tego niezwykłego miejsca nie mógłby być większy. Makao jest przede wszystkim skarbnicą niezwykłej historii wzajemnych kontaktów chrześcijaństwa oraz cywilizacji europejskiej (w wydaniu portugalskim) z tradycją potężnych Chin. Samo centrum — plac Leal Senado, gdzie mieści się urząd burmistrza, przywodzi na myśl Lizbonę, a nie miasto azjatyckie. Każdego roku, w dniu 13 maja, odbywa się tu procesja ku czci Matki Bożej Fatimskiej, w czasie której zobaczyć można członkinie Legionu Maryi ubrane w białe suknie, dziewczynki niosące latarnie zapalane o zmierzchu i młodzieńców przebranych za pastuszków, którzy mieli ujrzeć Matkę Bożą w 1917 roku.

Makao miało stać się bastionem rzymskiego katolicyzmu i kultury portugalskiej. Było schronieniem dla żeglarzy, kupców, żołnierzy, misjonarzy oraz wszelkiej maści poszukiwaczy przygód. Przez pewien czas zostało portem przeładunkowym dla statków wiozących opium do portu w Kantonie. Tutaj, jak w krzywym zwierciadle historii, odbijały się konflikty europejskie, przybierając niekiedy postać groteski. Początki dziejów portugalskiej perełki w Azji kształtowali bowiem nie tylko misjonarze, ale także kupcy i żeglarze, którzy nierzadko przybierali strój piratów.

Portugalczycy byli bez wątpienia pionierami w handlu morskim z Chinami. Praktycznie nie mieli żadnych konkurentów w wieku XVI i w pierwszych latach XVII stulecia. Dopiero później pojawili się Anglicy i Holendrzy, którzy skutecznie złamali ten dochodowy monopol. Historia wzajemnych kontaktów portugalsko–chińskich pełna jest opowieści o chciwości, cynizmie, przekupstwie i przelanej krwi. Portugalczycy doświadczeni w walce z hiszpańskimi Maurami i berberyjskimi korsarzami traktowali z nieufnością przedstawicieli cywilizacji, która z chrześcijaństwem nie miała nic wspólnego. Handel stanowił więc jeden z elementów wielkiej gry, jaką mieszkańcy odległej Europy toczyli z Chińczykami. Cel był niezwykle zbożny, chodziło przecież o krzewienie nauki katolickiej, ale środki ku temu wydawały się odległe od ideału chrześcijaństwa. Nie można naturalnie odmówić im gorliwości apostolskiej, niemniej jednak Portugalczycy, jako naród nie tylko misjonarzy, ale także wojowników i kupców, pragnęli, niejako „przy okazji”, zdobyć przyzwoitą fortunę oraz rozbudować swoje imperium. Potrzebowali pieniędzy oraz ziemi. Początkowo los im sprzyjał. Chińczycy potraktowali przybyszów jako kupców, którzy, podobnie jak wcześniej Malajowie i Arabowie, mieli przynieść cesarstwu przyzwoite dochody. Udzielono im specjalnych przywilejów handlowych, zresztą korzystnych dla obydwóch stron. Portugalczycy jednak uznali owe ustępstwa za słabość gospodarzy. Zaczęli atakować porty na terenie cesarstwa, łupić statki i traktować miejscową ludność jako ciemnych pogan.

Historia pełna krwi nie zniszczyła jednak wspólnych kontaktów. Obie strony czerpały spore zyski z handlu, dlatego wcześniej czy później musiało dojść do jakiegoś kompromisu.

Doszło do niego ostatecznie w 1557 roku, gdy Portugalczycy otrzymali zgodę na prowadzenie działalności handlowej w Makao. Mając jednak w pamięci krwawe starcia z Europejczykami, Chińczycy otoczyli półwysep od strony lądu murem, zaś wszelkich umocnień strzegła dobrze uzbrojona i liczna załoga.

Makao miało stać się, wedle zamysłów Portugalczyków, nie tylko placówką handlową, ale i bastionem chrześcijaństwa na Wschodzie. Nowe miejsce ochrzczono jako „Miasto Imienia Bożego, Makao”. Wśród pierwszych osadników byli księża i zakonnicy, a na liście pierwszych budowli znajdowały się katolickie świątynie.

Z Makao wyruszało wiele misji katolickich do krajów Azji. Na terenie miasta miały swe siedziby zakony franciszkanów i augustianów. W 1587 roku pojawili się w nim hiszpańscy rozbitkowie ze statku — trzej mnisi dominikańscy płynący z Meksyku do Manili. Niedługo potem rozpoczęli budowę świątyni. Prawo jednak zabraniało duchownym–obcokrajowcom osiedlania się w mieście, dlatego też ich miejsce wkrótce zajęli dominikanie z Portugalii. Właśnie oni ukończyli, uważany za najpiękniejszy, kościół w Makao pod wezwaniem św. Dominika. Jest on bardzo ciekawym połączeniem europejskiego baroku ze sztuką chińską oraz elementami indyjskimi. Kremowa fasada i samo wnętrze odzwierciedla ducha XVIII–wiecznej Portugalii, ale baczne oko dostrzeże fragmenty budowli wykonane z drzewa tekowego oraz ceramikę w stylu chińskim. W głównej części ołtarza znajduje się wizerunek Matki Boskiej Różańcowej, niezwykły przykład XVII– –wiecznej sztuki indo–portugalskiej. Z kolei wygrawerowane litery AM (Ave Maria) są uznawane za idealny przykład chińskiej stylizacji. Wiele figur świętych zostało zamówionych dla kościołów w Indiach, na Malajach, Filipinach czy samego Makao. Ich kształt czy rysy twarzy są naturalnie europejskie, ale materiał, z którego je wykonano, zdradza azjatyckie pochodzenie. Korpus postaci był najczęściej drewniany, samo zaś drewno pochodziło z tropikalnych lasów na Filipinach bądź Malajach. Głowy i ręce niektórych świętych zrobione są z kości słoniowej, natomiast szaty z chińskiego jedwabiu.

Sama świątynia znana jest w Makao pod różnymi nazwami. Dla Portugalczyków jest to Sâo Domingos, dla turystów St. Dominic’s, dla Chińczyków Mui Guai Tong, czyli świątynia różańca. W swojej historii stawała się świadkiem niezwykłych zdarzeń, które ukształtowały dzisiejsze Makao, a czasami miały ogromny wpływ na rozwój bądź niepowodzenia misji w całych Chinach. Położenie Sâo Domingos odzwierciedla zasadę fundowania świątyń katolickich, która pochodzi od św. Dominika. Zakon dominikanów związany jest przede wszystkim ze społecznością miejską, stąd też decyzja pierwszych budowniczych — Hiszpanów — o lokalizacji kościoła w samym centrum miasta. Konsekwencje tego były dość niezwykłe. Przykładem niech będzie krwawy dramat, jaki rozegrał się tutaj kilkaset lat temu. W 1640 roku większość mieszkańców Makao zorganizowała radosny festyn na wieść o uwolnieniu Portugalii od hiszpańskiej Korony. Tak się jednak złożyło, że wśród obywateli byli i tacy, którzy sympatyzowali z królestwem Hiszpanii. Jeden z członków rady miejskiej zdobył się na odwagę i przedstawił swoje poglądy publicznie. Rozjuszony tłum pragnął zlinczować śmiałka, który po ucieczce schronił się do najbliższego kościoła — świątyni dominikanów. W środku odbywała się dziękczynna msza święta. Gawiedź nie ulękła się świętości miejsca i wtargnęła do kościoła. Kilku krewkich obywateli Makao na oczach wiernych zasztyletowało nieszczęśnika przy samym ołtarzu.

Praca misjonarska wśród Chińczyków w Makao była prowadzona w sposób niezwykły. Jezuici byli pierwszymi, którzy zastosowali to, co dzisiaj nazywa się inkulturacją. Jednak akceptacja niektórych miejscowych zwyczajów, pozornie odległych od nowej wiary, nie odbywała się w sposób czysto mechaniczny. Przechodziła swoisty proces filtrowania przez sito chrześcijańskiego nauczania. Jednym z owych zwyczajów był prastary chiński kult przodków. Nawróceni na katolicyzm Chińczycy mogli więc, za zgodą jezuitów, trzymać się dawnej tradycji, która jednak uzyskała nową interpretację, jak twierdzili jezuici. Wzbudziło to protesty innych zakonów — przede wszystkim dominikanów — które zwróciły się ze skargą do Rzymu, oskarżając jezuitów o wprowadzanie elementów heretyckich.

Papież Klemens XI zgodził się z zarzutami, wysyłał na miejsce swego legata, by zbadał dokładnie sprawę. Wypadki potoczyły się w niezwykłym tempie. Papieski wysłannik, Charles Maillard de Tournon, przybył w 1705 roku do Makao. Tam po zapoznaniu się z faktami udał się do Nankinu, skąd wysłał dekret potępiający praktyki chińskich chrześcijan. Jednak biskup Makao, Joâo de Casal, który był po stronie jezuitów, odmówił uznania dokumentu. Augustianie i dominikanie z kolei sprzeciwili się decyzji biskupa, wobec czego ten nałożył na ich kościoły interdykt zabraniający odprawiania mszy świętej. De Tournon w czasie kolejnej wizyty na Makao podważył natomiast interdykt de Casala i kazał wywiesić przed obydwoma kościołami swoje obwieszczenie, które go anulowało. Wkrótce potem gubernator Makao, Diego de Pinheiro Teixeira, w czasie rutynowego objazdu nakazał swoim podkomendnym usunięcie obwieszczenia legata, które godziło w autorytet miejscowego biskupa. Gdy jednak żołnierze próbowali wykonać rozkaz, z kościoła dominikanów wybiegło kilkudziesięciu świeckich i zaatakowali gwardię Teixeiry bambusowymi pałkami. Wspomagali ich zakonnicy dominikańscy, którzy obrzucili żołnierzy gradem kamieni. Po kilku godzinach wojsko opanowało sytuację. Zaaresztowano całą świecką służbę i wyłamano zabarykadowane drzwi do kościoła. Żołnierze nie mieli jednak odwagi zabrać ze sobą samych zakonników, którzy w tym czasie modlili się do wystawionego Najświętszego Sakramentu. Ale trzy dni później dominikanie poddali się i zostali uwięzieni w forcie Monte. Natomiast sam legat papieski — de Tournon przebywał na Makao przez trzy lata, gdzie zmarł w roku 1710. Konsekwencje sporu o włączenie elementów miejscowej tradycji w nurt chrześcijaństwa miały okazać się bardzo poważne dla wszystkich misji katolickich w Chinach. Echa wydarzeń na Makao dotarły daleko w głąb kraju, gdzie chrześcijan zaczęto przedstawiać jako wrogów miejscowych zwyczajów, ludzi całkowicie nie rozumiejących prastarej mądrości chińskiej, innymi słowy barbarzyńców niegodnych prowadzić działalności misjonarskiej w Państwie Środka. Wielu Chińczyków na dworze cesarskim obawiało się wpływu chrześcijaństwa tak odległego od dotychczasowych zwyczajów i tradycji. Nic więc dziwnego, że wykorzystali ów spór inkulturacyjny jako sygnał zamknięcia państwa dla dalszych misji katolickich. Szansa dotarcia w owych latach do duchowego świata chińskiego cesarstwa została zmarnowana.

Co ciekawe, symbolem państwa–miasta Makao jest kościół, który faktycznie nie pełni już funkcji sakralnych. Kiedy wychodzimy ze świątyni dominikanów i kierujemy się w stronę bajecznie kolorowych, wąskich uliczek, z mnogością sklepików czy straganów oferujących najbardziej wyszukane pamiątki, to po kilkunastominutowym spacerku dochodzimy do niewielkiego placyku, skąd dojrzeć możemy niezwykłą budowlę. Przed nami stoi ocalała fasada dawnego kościoła św. Pawła. W prześwitach pokazują się odległe o kilkaset metrów drapacze chmur na tle błękitnego nieba. Sama fasada uderza swoim dostojeństwem. Składa się z czterech rzędów ozdobionych kolumnami oraz rzeźbami i elementami dekoracyjnymi, ilustrującymi niezwykłą historię Kościoła rzymskiego w Azji. Wprawne oko zobaczy postacie świętych i Niepokalanej Dziewicy, symbole Ogrodu Eden, Ukrzyżowanie, aniołów i szatana, a także chińskiego smoka, japońską chryzantemę, portugalski statek i pobożne sformułowania wyryte po chińsku.

Kościół został zbudowany w 1602 roku i przylegał do jezuickiego kolegium świętego Pawła. Fasada została wykonana w latach dwudziestych XVII wieku przez wygnanych z kraju Kwitnącej Wiśni japońskich chrześcijan, którymi kierował włoski jezuita Carlo Spinola. Także samo kolegium było niezwykle ciekawym miejscem w ówczesnej Azji. Kształciło przyszłych misjonarzy, przekazując wiedzę o zawiłościach chińskiego języka, filozofii i historii. Jego absolwentami byli Matteo Ricci i Adam Schall, którzy zasłynęli na dworze cesarskim dynastii Mingów w Pekinie jako znakomici astronomowie i matematycy.

Nieopodal fasady kościoła św. Pawła znajduje się fort Monte — symbol militarnej potęgi Portugalczyków. W jego obrębie zobaczyć można budzące respekt armaty skierowane w różne części miasta. Fort został wybudowany przez jezuitów i pełnił nie tylko funkcje czysto obronne; był również więzieniem dla buntowników lub groźnych przestępców. Co ciekawe, swoją militarną rolę spełniał nie tyle wobec Chińczyków, ile w stosunku do europejskich konkurentów Portugalii. W XVII i XVIII wieku potęga morska władców Makao została poważnie zachwiana przez Anglików i Holendrów. Ci ostatni zapragnęli zająć miejsce Portugalii w handlu ze Wschodem i zaatakowali miejscowy port w 1622 roku. Portugalczycy mieli jednak dużo szczęścia. Pocisk wystrzelony z fortu Monte trafił w skład amunicji na jednym ze statków holenderskich, co zmusiło najeźdźców do gwałtownej ucieczki. Makao zostało obronione.

Makao to również przykład koegzystencji wielu religii i narodów. Dzisiaj większość mieszkańców stanowią Chińczycy (ponad 90% 400–tysięcznej populacji), którzy do elementów chrześcijańskich państwa dorzucili garść tradycji buddyjskiej, taoistycznej i konfucjańskiej. Najlepszym przykładem jest świątynia Kun Iam, uznawana za najstarszą w mieście. Majestatyczne posągi Buddów, zapach trociczek, szeptane modlitwy i różnobarwne lampiony przypominają, że mimo wszystko jesteśmy w Azji. Ale gdy spojrzymy na posągi osiemnastu starożytnych mędrców, to dostrzeżemy nie bez zdziwienia następny europejski ślad. Tradycja głosi bowiem, że mędrzec z najdłuższym nosem to nie kto inny, jak sam sławny Marco Polo.

Kolejną znaną świątynią taoistyczną jest A–Ma, od której bierze nazwę miasto. A–Ma–Gau oznacza port A–Ma, bogini żeglarzy. Według legendy miała być przepiękną kobietą, której obecność na statkach płynących do Kantonu pozwalała uniknąć katastrofy. Srogo karała natomiast tych, którzy nie przygotowali dla niej miejsca na okręcie. W kwietniu lub maju pielgrzymki rybaków i marynarzy składają bogini ofiary przebłagalne, prosząc o opiekę i odwrócenie czyhających na morzu nieszczęść.

Dodajmy jednak, że Chińczycy są ludźmi mającymi dość specyficzne podejście do religii. Bywa i tak, że przyjmują elementy kilku kultów — chociażby buddyjskich i taoistycznych, wzbogacając je na przykład modlitwami do świętych katolickich. Ów religijny melanż miał bardzo długą historię w samym cesarstwie, również obecnie ten swoisty „pragmatyzm duchowy” ma licznych zwolenników.

Czasy sporów jezuitów z dominikanami należą już dawno do przeszłości. Dzisiaj ich zadaniem jest zwyczajna praca duszpasterska, umocnienie pozycji Kościoła w społeczeństwie, troska o tych, którzy zagubili się w procesie szybkiej i dość wątpliwej modernizacji byłej kolonii. Tradycja chrześcijańska jest nadal silna, ale przyszłość „katolickiego bastionu w Azji” jest dość niepewna. Nie wiadomo jaka będzie postawa Chińczyków z komunistycznego państwa w ciągu najbliższych lat, jak odnosić się będą do roli Kościoła, który według nich jest „ideologicznym wrogiem”.

Ale zakręty historii dają również do myślenia chrześcijanom. Przyszłość bowiem może być kształtowana nie tyle na zaprzeczeniu tego co obce, ile na włączeniu elementów odmienności w krąg chrześcijaństwa. Nie jest to zadanie łatwe, ale w przypadku tak niezwykłego organizmu państwowego jak Makao, to prawdopodobnie jedyna droga. Niewykluczone, że stanie się wzorcową dla wielu wspólnot misjonarzy w innych krajach Azji.

Makao – katolicki bastion w Azji
Piotr Kłodkowski

urodzony 20 stycznia 1964 r. – polski orientalista, doktor filologii orientalnej, dziennikarz, laureat Nagrody im. Beaty Pawlak (2004) i Nagrody im. księdza Józefa Tischnera, ambasador RP w Indiach (2009-2014). Studiował n...