I święci bywali omylni

I święci bywali omylni

Szanowny Ojcze,

W piątym numerze miesięcznika „W drodze” zamieszczony został artykuł Ojca O przyjmowaniu Komunii świętej, utrzymany po części w formie polemiki z opublikowanym jakiś czas temu w Internecie listem uczestników dyskusyjnej listy Unam Sanctam.

Ponieważ po lekturze artykułu Ojca nieuważny czytelnik mógłby odnieść wrażenie, że utożsamia Ojciec tradycjonalistów z lefebrystami oraz ze zwolennikami tzw. liturgii przedsoborowej (których to określeń zechciał Ojciec użyć) oraz że to uczestnicy wspomnianej listy właśnie są jedynymi, a przynajmniej reprezentatywnymi, osobami przeciwstawiającymi się praktyce rozdawania Komunii Świętej do ręki, pozwalam sobie zwrócić się do Ojca z kilkoma kwestiami natury raczej formalnej, pozostawiając prawo do polemiki merytorycznej w pierwszym rzędzie członkom listy Unam Sanctam. (…)

Wydaje się, że z konieczności, polemizując z dość nieszczęśliwie streszczoną na początku artykułu tezą, zechciał Ojciec podać argumenty nie tyle za wprowadzeniem nowego zwyczaju, co raczej przeciw twierdzeniu, że nie ma on jakichś korzeni historycznych. Żeby nie być gołosłownym, pisze Ojciec:

 Bardziej oczytani przeciwnicy Komunii na rękę zdają sobie z tego wszystkiego sprawę. Nie kwestionują samego faktu powszechnej niegdyś praktyki, interpretują ją tylko jako relikt przeszłości, zmieniony pod wpływem rosnącej czci wobec Najświętszego Sakramentu. Jest to poważny argument za utrzymaniem dotychczasowego zwyczaju. Ma on jednak aspekt niebezpieczny, bo sugeruje jakoby chrześcijanie pierwszych wieków mieli mniejszy szacunek wobec Eucharystii.

Przytoczone dalej przez Ojca teksty mają uzasadnić, że wspomniana sugestia jest krzywdząca.

Powtórzę jeszcze raz: nie jest moim zamiarem polemizować z merytoryczną stroną Ojca artykułu i dlatego też jedynie dla porządku wspomnę o zastrzeżeniach, które budzi u niektórych autorów autentyczność cytatu ze św. Cyryla Jerozolimskiego — sam zresztą Ojciec z godną naśladowania uczciwością intelektualną o tym pisze w artykule. Natomiast budzi zastrzeżenie sposób argumentacji: po pierwsze milcząco sugeruje Ojciec, że owe starożytne formy, które podówczas (zapewne) odpowiednio wyrażały szacunek, będą czytelne również dzisiaj. Po wtóre, dyskusyjna jest nie wyeksplikowana acz fundamentalna teza całego rozumowania, że wszystko, co czynili święci, jest dobre i godne naśladowania, albowiem zostali świętymi (na przykład pisze Ojciec: „czynił to Tomasz z Akwinu czy on również jest przedstawicielem zabobonnej czci”). Teza powyższa jest wysoce dyskusyjna: wspomniany święty Tomasz przekonany był, że Słońce krąży wokół Ziemi, a nie jest bynajmniej tak, abyśmy musieli stawać przed alternatywą: odrzucenie tomizmu albo uznanie teorii geocentrycznej. Również w dziedzinie religii święci bywali omylni (wystarczy wspomnieć sytuacje, jakie miały miejsce w czasach antypapieży).

Można zresztą natychmiast odwrócić argumentację Ojca i zapytać czy „przedstawicielami zabobonnej czci” byli zatem raczej ci święci kapłani, którzy Komunię rozdawali wiernym do ust…

W przytoczonym przez Ojca przykładzie idzie zresztą o całowanie pateny i kielicha przez kapłana, a nie o branie do ręki Ciała Pańskiego przez świeckich, zatem cała argumentacja, niezależnie od uchybień formalnych, wydaje się przede wszystkim nie dotyczyć tematu.

Pierwsza kwestia jest bardziej subtelna, za to właściwie zasadnicza: należy przeciwstawić „tradycjonalizm” — płaskiemu „historycyzmowi” czy, jak wolą niektórzy, „archeologizmowi”. Z użytego cytatu ze św. Cyryla nie wnioskuje Ojciec przecież, jakoby należało powrócić do zwyczaju namaszczania Krwią Pańską organów zmysłowych. Podobnie słusznie przypomina Ojciec o istnieniu w starożytnym Kościele zwyczaju pojenia niemowląt Krwią Pańską. Chyba słusznie — również zdaniem Ojca — zarzuconego. Podobnych zwyczajów można znaleźć dużo: prawdopodobnie Apostołowie w czasie Ostatniej Wieczerzy ucztowali leżąc, w starożytności spowiadano się raz w życiu, a katechumeni słuchali jedynie pierwszej części Mszy (czyli tego, co w rycie św. Piusa V nazywa się Mszą Katechumenów). Idąc dalej tym torem: ani tradycjonaliści, ani progresiści nie byliby chyba zadowoleni z wprowadzenia do liturgii języka aramejskiego, nie wydaje się również, żeby pomysł udzielania sakramentu bierzmowania zaraz po chrzcie (skądinąd praktykowany na Wschodzie, a i w Kościele mający zastosowanie przy chrzcie dorosłych) należało upowszechnić i objąć nim niemowlęta.

Niezależnie od humorystycznego brzmienia powyższych — przyznaję skrajnie abstrakcyjnych — przykładów, sama zasada pozostaje w mocy: nie można określonego przepisu liturgicznego czy ogólniej zachowania, uważać za właściwe tylko dlatego, że było ono gdzieś, kiedyś praktykowane, choćby przez świętych i vice versa: choć zwyczaj podawania ręki ma zgoła zbójeckie pochodzenie (podaję rękę, żeby pokazać, że nie mam w niej noża, którym zamierzam w stosownym momencie pchnąć interlokutora), dziś za równie obraźliwe uznalibyśmy żądanie zademonstrowania braku broni, co niepodanie ręki.

Nie jest więc zgoła tak, że będąc przeciwnikiem przyjmowania Komunii do ręki, zarzuca się jednocześnie niegodne praktyki świętemu Cyrylowi. Dość oczywiste to spostrzeżenie, ale w artykule Ojca znajdujemy raczej jego antytezę (choć w innym miejscu słusznie i logicznie poprawnie Ojciec zauważa, że „nie wszystko, co postulowali Luter czy Kalwin, było złe i prowadziło koniecznie do wypaczenia wiary”).

Wobec powyższych uwag właściwe wydaje się raczej rozważenie problemu: jak będzie odebrany współcześnie przez wiernych taki sposób przyjmowania Komunii? Sprowadza to zagadnienie na płaszczyznę pastoralną, a nie sakramentalno–dogmatyczną, a tym mniej na historyczną. Co ważne: również w Ojca artykule także konkluzja dotyczy tej płaszczyzny. Obiektywny cel, jakim jest oddanie Bogu należnej Mu czci, realizowany jest przez konkretne osoby, a sposób wyrażania szacunku warunkowany jest niewątpliwie, przynajmniej po części, konkretnymi zwyczajami wynikającymi z danej kultury. (…)

Nie można, poruszając ten temat, nie odwołać się do (również budzącej zastrzeżenia tradycjonalistów) praktyki przyjmowania Komunii w postawie stojącej czy jej przyjmowania „procesjonalnego”. Znowu: można podać zapewne szereg argumentów historycznych, z których będzie wynikało, że i ta praktyka ma jakieś historyczne korzenie, główne zagadnienie powinno dotyczyć tego jednak, jak będzie ona odczytywana dzisiaj przez mieszkańców środkowej Europy, a nie, co wyrażała dziesięć wieków temu w Azji.

W dotychczasowych dyskusjach tradycjonaliści często używali argumentu większego szacunku i doprawdy dziwne, że i on budzi Ojca zastrzeżenia. Współcześnie postawa stojąca jest uznawana za wyraz szacunku daleko mniejszego niż postawa klęcząca. To chyba oczywistość, którą negować może tylko ktoś, kto równie często okazuje szacunek wstając, co padając na kolana. Nie wydaje się jednak, żeby to drugie zachowanie (w sferze profanum) było powszechne, raczej rezerwuje się je dla wyjątkowego podkreślenia swojej zależności i niższości wobec drugiej osoby. Dość oczywiste jest, że ten sposób rozumowania będzie stosowany również do rzeczywistości sacrum. (…)

Słusznie zauważa Ojciec, że praktyka przyjmowania Komunii do ręki nie powinna być „zmianą dla samej zmiany”. Przytacza też Ojciec kilka argumentów za tą praktyką, z których zaledwie dwa uznaje Ojciec za trafne — możliwość przyjęcia Komunii z odpowiednim szacunkiem (rozumiem, chodzi o to, że wierny, mając Ciało Pańskie w ręku, nie musi spieszyć się z ustąpieniem innym miejsca, jak to dzieje się przy przyjmowaniu procesjonalnym) oraz właśnie argument historyczny. Skądinąd można zauważyć, że przyjmowanie Komunii na klęczkach, do ust, przed ołtarzem również nie wymaga sztucznego pośpiechu, który ma miejsce przy przyjmowaniu procesjonalnym (czasami widać wtedy zachowania nabyte w kolejkach po zakupy). Argument historyczny można natomiast odwrócić, powołując się na kilkanaście wieków, przez które panował obecnie praktykowany sposób przyjmowania Ciała Pańskiego do ust. Nie to jest jednak tematem niniejszego listu.

Z artykułu Ojca nasuwają się przede wszystkim dwa wnioski, z którymi nie sposób się nie zgodzić: po pierwsze przepisy dotyczące sposobu przyjmowania Komunii mają duże znaczenie pastoralne, po wtóre: są częścią większej kwestii, która dotyczy sposobu sprawowania Mszy Św., a w szczególności pożądanych i niepożądanych form aktywności wiernych.

Na ten ostatni temat toczy się od dłuższego czasu dyskusja, której echa można znaleźć również w Ojca artykule:

W podtekście tego zarzutu mamy do czynienia z wyrażanym przez lefebrystów przekonaniem, jakoby udzielanie Komunii na rękę było świadomym ustępstwem wobec XVI–wiecznych reformatorów, którzy postulowali takie udzielanie Komunii. Miało to doprowadzić z czasem do przejęcia protestanckiej doktryny o Eucharystii. Nawet gdyby zignorować prezentowaną tu spiskową teorię dziejów i tak trzeba stwierdzić, że to pokrętny argument. Reformacja wzywała chrześcijan do osobistej lektury Pisma Świętego: czy Kościół katolicki się protestantyzuje, gdy zachęca do tego samego? Czy prowadzi to do usunięcia z Biblii ksiąg deuterokanonicznych, których protestanci nie uznają za natchnione? Nie wszystko, co postulowali Luter czy Kalwin, było złe i prowadziło koniecznie do wypaczenia wiary.

Po raz kolejny, pomijając istotne zagadnienia merytoryczne związane z przywołanymi przez Ojca postaciami herezjarchów, pragnę tylko zauważyć, że redukcjonistyczne rozumowanie oparte na negatywnym argumencie (i na dodatek na dość dowolnej analogii) jest niesprawne logicznie i jako takie nie może być użyte jako dowód. Można stworzyć analogiczne acz bardziej abstrakcyjne konstrukcje, w których widać to wyraźniej: Luter był katolickim zakonnikiem, z czego wprawdzie nie wynika, żeby bycie zakonnikiem katolickim prowadziło koniecznie do herezji, ale nie można użyć tego argumentu na obronę kogoś, kto za Lutrem na przykład odrzuca posłuszeństwo wobec Urzędu Nauczycielskiego. Być może rzeczywiście „nie wszystko, co postulowali Luter czy Kalwin, prowadziło koniecznie do wypaczenia wiary”, niemniej to spostrzeżenie na pewno nie wnosi czegokolwiek do przedmiotowej dyskusji.

Pasja polemiczna nie powinna zwalniać nas z obowiązku odróżnienia rzeczy istotnych od akcydentalnych, nie jest natomiast rzeczą wskazaną pomieszanie argumentów dotyczących meritum rozpatrywanej kwestii i argumentów ad personam. Pisze Ojciec:

Zarzut, jakoby wprowadzenie Komunii na rękę spowodowało „niemal całkowity zanik wiary” w prawdziwą obecność Pana, jest przede wszystkim nie udokumentowany. Powyżej cytowane teksty jasno ukazują, że nie działo się tak w starożytności. Można również udowodnić, że w obecnej dobie nie musi to koniecznie prowadzić do upadku wiary w Rzeczywistą Obecność. Potwierdza to choćby przykład wielu wspólnot chrześcijańskich w Europie zachodniej, gdzie Komunia udzielana na rękę idzie w parze z wielkim respektem wobec Eucharystii, częstą praktyką adoracji Najświętszego Sakramentu, wystawianego w monstrancji, z troską o czystość wiary, miłością Kościoła i posłuszeństwem wobec papieża. Charakterystyczne, że obrońcy starego porządku w liturgii programowo nie zauważają takich wspólnot.

Zupełnie na marginesie warto zwrócić uwagę, że to, co Ojciec nazywa „starym porządkiem w liturgii” albo tzw. liturgią przedsoborową, nosi w Kościele nazwę Rytu (Ritus — ryt, a nie Ordo — porządek) św. Piusa V, który kodyfikowany był dla całego Kościoła wieczyście obowiązującą bullą Quo Primum (określenie „stary” nie bardzo jakoś pasuje do wieczności). Sobór Watykański II wprowadził do tegoż rytu jedynie stosunkowo drobne zmiany, natomiast obecnie sprawowana powszechnie liturgia nosi rzeczywiście nazwę Novus Ordo Missae, ale wprowadzona została decyzją papieża Pawła VI już po Soborze, zmieniając zresztą jego zalecenia zawarte w konstytucji Sacrosanctum Concilium (choćby odnośnie użycia języka łacińskiego w liturgii). Zatem oba określenia, których zechciał Ojciec użyć, wydają się być nie najszczęśliwsze.

Również zarzut „programowego niezauważania” wydaje się być krzywdzący. Dopasowywanie rzeczywistości do swoich pragnień, zwane myśleniem magicznym, na pewno nie jest domeną wszystkich tradycjonalistów. Świadczyć może o tym choćby dość głośna ostatnio dyskusja o tzw. neokatechumenacie, w której nie zabrakło również głosów tradycjonalistycznych. Doprawdy przykład tej akurat wspólnoty chrześcijańskiej zdaje się być raczej kontrargumentem w stosunku do tez Ojca.

Miesięcznik „W drodze” cieszy się zasłużenie dobrą opinią również wśród tradycjonalistów (samo określenie jest dość nieszczęśliwie dobrane, bo przecież prawdą wiary jest upatrywanie w Tradycji Apostolskiej źródeł Objawienia, nie można być więc katolikiem i nie–tradycjonalistą), w szczególności tych, do których zalicza się niżej podpisany, a których istnienie Ojciec w swoim artykule pominął milczeniem. Cieszy nas każdy rozsądny głos w żywo nas zajmujących sprawach liturgii i przepisów kościelnych oraz ich związku z życiem duchowym i ze stanem Kościoła, a do takich głosów należy niewątpliwie głos Ojca. Mam nadzieję, że powyższe uwagi — zgodnie z przyjętą konwencją raczej formalne — staną się podstawą do głębszej refleksji i — o ile wyrazi Ojciec taką wolę — dyskusji mającej na celu znalezienie Prawdy, a nie propagandę tradycjonalistyczną czy progresistowską, co (z czego zdajemy sobie sprawę) miało dotychczas miejsce aż nadto często.

Pozostaję z wyrazami szacunku.

I święci bywali omylni
Maciej Szmit

czytelnik....