Misja dopiero się zaczyna

Misja dopiero się zaczyna

Jak skomentowałbyś słowa Jana Pawła II, który pisze w „Redemptoris missio”, że misja dopiero się rozpoczyna? 2000 lat trwa ewangelizacja, głoszenie Chrystusa, a Papież twierdzi, że krańce ziemi oddalają się coraz bardziej.

Jarosław Różański OMI: Wbrew potocznemu przekonaniu większość ludzi na ziemi nie zna Jezusa Chrystusa. Wystarczy wskazać na Azję, najbardziej ludny region świata, w którym mieszka bardzo mały procent wierzących w Chrystusa. Ten kontynent będzie centrum gospodarczym i politycznym, a od wieków jest centrum religijnym. Istnieją tam bardzo stare religie z wielkimi tradycjami. Z ich punktu widzenia chrześcijaństwo jest na peryferiach. W tym kontekście można powiedzieć, że misja Chrystusa dopiero się zaczyna, chrześcijaństwo jest dopiero u początku drogi, która będzie się poszerzała, nabierając nowych kształtów w innych kulturach.

Gdy mówimy o misjach, to najczęściej wyobrażamy sobie, że misjonarz z Europy jedzie do dżungli, trafia do ludzi na niższym poziomie cywilizacyjnym. Buduje chatkę, kościół, sprowadza pomoc. Jak to wygląda naprawdę?

Można jeszcze dodać, że czekają tam na niego lwy i ludożercy. Ten stereotyp wytworzył się w XIX wieku m.in. poprzez wydawane po francusku „Roczniki Rozkrzewiania Wiary”. Ukształtowały one świadomość misyjną Europy, bo były tłumaczone na dwanaście języków europejskich, w tym na polski. W XIX stuleciu Europa rzeczywiście była na pierwszym miejscu, jeśli chodzi o myśl techniczną, środki transportu, rozwój cywilizacyjny. W przekonaniu Europejczyków górowała nad resztą świata. Europocentryzm panował nawet w myśleniu misyjnym, utożsamiano misje z ideami niesienia cywilizacji do „dzikich”. Choćby u Sienkiewicza mamy stereotyp Kalego i związaną z nim „moralność Kalego”. Podobnych przykładów znaleźć można tysiące.

Trzeba jednak przyznać, że w czasach pionierów rzeczywiście zaczynano od zera. Misje starano się zakładać w głównych ośrodkach administracyjnych. Zwykle najpierw budowano szkołę, później kościół, następnie dom dla misjonarzy, sióstr zakonnych oraz zabudowania gospodarcze. Ta kolejność wiele mówi o koncepcji misji.

Jak to dziś wygląda: ktoś odkrywa powołanie misyjne, przechodzi etap formacji, wyjeżdża do kraju docelowego i co tam robi?

Zastaje struktury diecezjalne, miejscowego, rdzennego biskupa. Za pontyfikatu Jana Pawła II episkopat stał się kolorowy i w tej chwili wśród biskupów większość stanowią mieszkańcy Afryki, Azji czy Ameryki Łacińskiej. Misjonarz z bogatej Północy jest przydzielany do funkcjonującej już misji, na przykład parafii, która bardzo często ma swoje filie. Jego zadaniem jest poszerzanie czy pogłębianie pracy ewangelizacyjnej. Czas pionierów już się skończył. Misje w buszu są dziś niewielką częścią zaangażowania misyjnego Kościoła, to już nie jest romantyczne wędrowanie. Jeśli chodzi o kraje Południa ludzie przemieszczają się do miast, następuje gwałtowny proces urbanizacji, negatywnych zmian kulturowych. Misje muszą dotrzeć do ludzi żyjących w nowych warunkach. Nie znaczy to, że są przez to łatwiejsze.

Na czym zatem polega trudność?

W encyklice Redemptoris missio mamy jeszcze wyraźne nawiązanie do widzenia misji w perspektywie geograficznej. Zatem wyjazd, odległość, kraje misyjne czy też kraje Południa — jak to się ujmuje współcześnie. Jednak wyznacznikiem trudności misji nie jest problem odległości geograficznej czy też warunków bytowych, higieny itp. O wiele trudniejszy i boleśniejszy jest problem odległości kulturowych, odmienności myślenia, odczuwania, słowem komunikacji. Na półkuli południowej, kiedy się myjesz, możesz zauważyć, że nawet woda w umywalce ścieka, kręcąc się w odwrotną stronę, czyli inaczej.

Te odległości kulturowe pojawiają się nawet w Europie, sprzyja temu proces globalizacji. Powoduje on między innymi wielkie wymieszanie ludności. Okazuje się, że w Europie mogą być wyspy ludzi i kultur, które nawet nie zostały dotknięte przez chrześcijaństwo. Obok nas ludzie żyją geograficznie blisko, ale kulturowo daleko. Paradoksalnie globalizacja — dzięki Internetowi, telewizji, radiu, a także poprzez to, że istnieją wyizolowane dzielnice zamieszkiwane przez ludność napływową — oprócz ujednolicania świata, daje również możliwość życia swoją kulturą niezależnie od przestrzeni geograficznej. Dziś w Paryżu można żyć życiem Indii, korzystać z hinduskich świątyń, szkół, prasy, sklepów… Tu jawi się nowe wyzwanie misyjne, które będzie zmieniać nasze pojmowanie misji. W powszechnej świadomości, a nawet w teologii misji tkwimy jeszcze w XIX wieku, a wyzwania mamy na miarę wieku XXI.

Trzeba też dodać, że czasem kraje zwane umownie Trzecim Światem są bardziej chrześcijańskie niż niektóre tereny w Europie.

Bardziej religijne z pewnością. Misjonarz nie głosi Ewangelii ateistom, bo ich z reguły nie ma. Trudno jednak mówić, że bardziej chrześcijańskie, chyba że myślimy, że są bardziej chrześcijańskie, bo mają w sobie więcej wartości ludzkich. Chrześcijaństwo to przecież obraz człowieka i Boga, który objawił się w Chrystusie. On jest kluczem do zrozumienia świata. Nie niszczy tego, co dobre, ludzkie, religijne w miejscowych kulturach. Jednak patrząc przez pryzmat statystyk Południe — poza Ameryką Południową — pozostaje jeszcze poza zasięgiem chrześcijaństwa, chociaż z pewnością zaczyna ono w nim odgrywać coraz większą rolę.

Jak się dokonała przemiana w spojrzeniu na misje?

Najpierw trzeba wskazać na przemiany historyczne w latach 60. Uzyskanie niepodległości przez wiele państw, czyli wyzwolenia się z kolonializmu, przesunęło akcenty misji. Misjonarze wywodzący się z tej samej nacji, co kolonizatorzy, zostali odcięci od metropolii. Nawet jeśli występowali często przeciw swoim ziomkom, broniąc miejscowej ludności, to jednak — poprzez budowę szkół czy szpitali — służyli metropolii i preferowali model kultury europejskiej, a nie miejscowej.

Powstanie nowych państw spowodowało, że misjonarze przestali podkreślać niesienie cywilizacji, a zaczęli akcentować potrzebę pomocy w rozwoju. Czasem czynili to tak mocno, że zaangażowanie na rzecz rozwoju przesłaniało ewangelizację, a nawet ją wykluczało. Tę ostatnią postawę tłumaczono tym, że najpierw ludziom trzeba dać chleb, a później głosić im Ewangelię. Konsekwencją dekolonizacji była też zmiana zasad powierzania misji. Odpowiedzialność za teren misyjny przejmował biskup diecezjalny, a zakony, które dotychczas miały monopol na danym obszarze, zawierały z nim umowę. Sprowadzał on na teren diecezji inne zakony, bardziej troszczył się o kler diecezjalny. Misje stawały się międzynarodowe.

To były przyczyny polityczne. Niektórzy twierdzą, że wpływ na zaangażowanie misyjne miał dekret o stosunku do religii niechrześcijańskich.

W pierwszej połowie XX wieku w ślad za antropologią kulturową nastąpiło docenienie przez Kościół rzeczywistości kultur. Misjonarze nie powinni mieć tu specjalnych kompleksów, bo bardzo często ich myśli i spostrzeżenia mieściły się w ścisłej czołówce antropologii kulturowej, a nawet ją wyprzedzały. Po II Soborze Watykańskim doceniono również inne religie, wartości kulturowe, które one niosą, podkreślano rolę dialogu międzyreligijnego i eksponowano fakt, że można zostać zbawionym, wyznając inną niż chrześcijaństwo religię. Pod znakiem zapytania stanęły więc fundamenty misji: po co głoszenie Chrystusa, po co Ewangelia? Te dramatyczne pytania znajdują swój wyraz we wstępie Redemptoris missio, kiedy Papież pyta, czy misje wśród niechrześcijan są jeszcze aktualne, czy nie zastąpi ich dialog międzyreligijny, czy wystarczającym celem jest ludzki postęp, czy poszanowanie ludzkiej wolności i sumienia nie wyklucza propozycji nawrócenia, czy nie można osiągnąć zbawienia w każdej religii. Jednym słowem: po co misje. Kryzys misji był do tego stopnia wyraźny, że na przełomie lat 60. i 70. zaczęto odchodzić od terminu misje. Nawet Paweł VI w Evangelii nuntiandi używa terminu ewangelizacja, unikając terminu misja.

Jaką odpowiedź daje Jan Paweł II tym, którzy uważają, że czas misji już się skończył?

Odpowiedź Papieża dotyka samych podstaw misji, wskazuje na osobę Jezusa Chrystusa, który jest jedynym Zbawicielem i jedynym sensem misji. Papież przypomina podstawy teologii misji i sens chrześcijaństwa. Podkreśla przy tym, że każda religia, każdy naród, każde plemię jest przygotowane przez Boga na przyjęcie Jezusa Chrystusa. To przygotowanie nie jest tak wyjątkowe jak historia Izraela, przygotowanie narodu żydowskiego, ale w różnych religiach i kulturach odnaleźć możemy zarodki Słowa. Bóg działał i działa w sercach wszystkich ludzi. Do tych ludzi Bóg Ojciec, który jest Źródłem Miłości, posyła Jezusa Chrystusa, a On zostawia ludziom dar Ducha Świętego. Kościół wpisuje się w Boże posłanie nie tylko dlatego, że Chrystus dał wyraźny nakaz misyjny, ale ze względu na swoją naturę, swoją „katolickość”. Kościół jest katolicki, powszechny, czyli otwarty, skierowany ku innym, do wszystkich narodów. Jan Paweł II w Redemptoris missio rozwija teologiczne podstawy misji. I woła za św. Pawłem „Biada mi, gdybym nie głosił Ewangelii”.

Czy odchodzenie od powiązań misji z kolonizacją oraz zauważenie kultury i docenienie innych religii jest powrotem do źródeł, oczyszczeniem misji z naleciałości, zbliżeniem do wizji Kościoła głoszącego Ewangelię za pomocą środków ubogich?

Nie tyle powrotem do źródeł, ile dojrzewaniem, które potrzebowało czasu. Misje dojrzewają wraz z całym Kościołem. U źródeł była Ewangelia powiązana bardzo mocno z konkretną kulturą. Pierwsza gmina chrześcijańska w Jerozolimie na początku działalności była tak mocno powiązana z judaizmem, że można było ją traktować jako jedną z sekt żydowskich. Dopiero wejście do wspólnoty chrześcijańskiej nie–Żydów, ochrzczenie Korneliusza i jego domowników, pozwoliło chrześcijaństwu opuścić kulturę żydowską i otworzyć się na kulturę grecką. Widać to w gminie antiocheńskiej, która była złożona z Żydów i Greków i nazywała Chrystusa Kyriosem, Panem, a nie Mesjaszem, jak to było w gminie jerozolimskiej. W tym momencie rozpoczęła się hellenizacja chrześcijaństwa. Biorąc wiele elementów kultury greckiej, jednocześnie sakralizowało ono wiele pogaństwa z tej kultury. Nie mam na myśli rzeczy złych, ale dobre czy obojętne, które stawały się chrześcijańskie, mimo że nie wypływały z Ewangelii, np. chrześcijańskie cnoty kardynalne, które są wytworem myśli greckiej. W okresie średniowiecza nastąpiła inkulturacja chrześcijaństwa na całym kontynencie europejskim. Ten fakt na wieki powiązał chrześcijaństwo z kulturą europejską. Dzisiaj widzimy, że chrześcijaństwo nie może przechodzić w takiej szacie do innych kultur, bo zupełnie do nich nie przystaje.

Jeśli chodzi o środki głoszenia Ewangelii, nie dzieliłbym ich na ubogie i bogate, ale raczej na właściwe i niewłaściwe czy też w uproszczeniu dobre i złe.

Papież, pisząc o inkulturacji, twierdzi, że trzeba się kierować dwiema zasadami: zgodności z Ewangelią i jedności Kościoła powszechnego. Co one oznaczają?

Każda kultura zawiera w sobie elementy dobre czy nawet bardzo dobre, zgodne z Ewangelią, wobec niej obojętne, ale akceptowalne, jak również składniki, które nie są zgodne z Ewangelią. Weźmy choćby gościnność afrykańską, która każe ci przerwać każdą pracę i uszanować przybysza, szacunek dla życia, modlitwę tańcem, jedzenie rękoma i niespoglądanie rozmówcy w oczy, bo to wyraz bezczelności, wreszcie weźmy zwyczaj zabijania niemowląt w niektórych plemionach. Nie można odrzucać tego wszystkiego tylko dlatego, że jeden z elementów jest niezgodny z Ewangelią. Proces inkulturacji polega na tym, by Ewangelia przeniknęła do wnętrza kultury, przemieniając ją i nie niszcząc tego, co jest w niej dobre czy obojętne, a co jest jej dziedzictwem. Nie jest konieczne do zbawienia przestrzeganie czasu pracy, kiedy przychodzi gość, modlenie się na klęczkach, jedzenie nożem i widelcem czy też patrzenie rozmówcy w oczy. Konieczne jest, by sobie uświadomić, że narodziny bliźniąt to nie znak przekleństwa, lecz znak Bożego błogosławieństwa i ten znak jest zgodny z miejscową kulturą, bo ona szanuje życie. Na tym właśnie polega ewangelizacja kultur.

Żadna kultura nie jest systemem doskonałym, który niczego więcej nie potrzebuje. Inkulturacja, nawet bardzo daleko posunięta, nie może być dostosowywaniem zasad Ewangelii do zastanej kultury. Nie można przecież zaakceptować zabijania niemowląt w imię odwiecznej tradycji. Trzeba jednak bardzo uważać, żeby ewangelizacji nie łączyć z wprowadzaniem elementów kultury europejskiej, bo nie o to w życiu chodzi, żeby jeść nożem i widelcem. W naszej tradycji też przecież kurę możemy jeść rękoma.

Jeśli chodzi o jedność Kościoła, to musimy zauważyć, że dążenie do inkulturacji widać w różnych dziedzinach życia kościelnego. Najczęściej kojarzymy ją z folklorem liturgicznym: egzotycznymi tańcami, śpiewami czy instrumentami. Tymczasem inkulturacja sięga znacznie głębiej. Dotyczy nie tylko postaci modlitwy, ale sakramentów, ich rozumienia, sposobu sprawowania. Na przykład, pojawia się pytanie o postaci eucharystyczne. Czy to ma być chleb czy wino, czy może coś wziętego z miejscowej kultury? Na ile symbolika chleba i wina jest uniwersalna, a na ile obca kulturowo? Struktura Kościoła? Kodeks Prawa Kanonicznego — czy ma być jeden dla Kościołów Wschodnich i tylko jeden dla pozostałej części Kościoła katolickiego na wszystkich kontynentach? Czy wreszcie teologia, oparta na myśli i pojęciach greckich?

Misjonarze widzą, że przeszczepiając dokładnie model chrześcijaństwa europejskiego np. do Afryki, rodzą Kościół, który jest już stary. To efekt owcy Dolly: sklonowana szybciej się starzeje. Podobnie na misjach: Kościół sklonowany okazuje się bardzo skostniały. To nie dziecko pełne życia i przyszłości, ale staruszek o lasce. Sprzeciw wobec tego stanu rzeczy spowodował tendencje separatystyczne. Jest to druga skrajność. Potrzeba mądrości, zakorzenienia w tradycji i historii oraz otwarcia na bogaty, nieznany świat kultur.

Powiedziałeś, że przeważnie głosimy Chrystusa ludziom religijnym. Czy w związku z tym nie ma w misjach niebezpieczeństwa prozelityzmu, wyrywania wyznawców innym religiom?

Oskarżenia o prozelityzm wynikają z negatywnego pojęcia dialogu międzyreligijnego. Z jednej strony zarzuca mu się, że jest on ukrytym prozelityzmem, z drugiej, że wyklucza głoszenie Ewangelii. Tymczasem dialog międzyreligijny jest drogą wzajemnego poznawania siebie, odkrywania tego, co mamy u siebie dobrego. To jest krok w kierunku poszukiwania prawdy, czy to na płaszczyźnie praktycznej, przez współdziałanie, czy to przez dzielenie się swoimi doświadczeniami modlitwy, życia wewnętrznego, życia monastycznego, czy wreszcie przez rozmowę o doktrynie.

Moim obowiązkiem jest dzielić się Chrystusem, w którego wierzę, którego odkrywam. Misja to nie jest narzucanie. Prozelityzm kojarzy się z czymś nachalnym, nieliczącym się z człowiekiem, nastawionym tylko na pozyskanie nowego wyznawcy. W misji niezbędne jest poszanowanie wolności człowieka. Tak jak Bóg szanuje moją wolność, tak i ja, idąc Jego wzorem, zobowiązany jestem do poszanowania wolności drugiego człowieka. Czasem moja ewangelizacja może być tylko niemym świadectwem życia, jak choćby życie Karola de Foucauld. Jeśli już głoszę, to czy przedstawianie swojej wiary, mówienie o Bogu jest pogwałceniem czyjejś wolności? Misjonarz nie może ukrywać prawdy, nie może manipulować człowiekiem. Nie chcę przez to powiedzieć, że w praktyce nie ma przypadków prozelityzmu czy elementów presji, bo wszystko zależy od konkretnego człowieka, który jest niedoskonały i grzeszny, czasem niedokształcony i niedoinformowany.

Czy jednak, myśląc o dialogu z innymi religiami, nie zakładamy asymetrii? Mam wrażenie, że głosimy im Chrystusa, proponujemy drogę swojej wiary, a jednocześnie wiemy, że ich wiara nie jest propozycją dla chrześcijan.

Dialog niekoniecznie musimy rozumieć jako dialog oficjalny, bo na pierwszym miejscu jest dialog życia. Chrześcijanie i wyznawcy innych religii spotykają się przy różnych okazjach. W dialogu życia i w dialogu oficjalnym szuka się wzajemnych wartości. Zwróćmy uwagę na przykład na Synod Biskupów Afryki, na treść adhortacji posynodalnej, treść dokumentów wcześniej przedstawionych. Znajdziemy tam wymienione wartości tradycyjnych religii afrykańskich, wskazania, co te religie mogą dać chrześcijaństwu. To jest prawdziwa wymiana dóbr duchowych, wymiana doświadczeń religijnych czy nawet modlitwy. Nasza propozycja nie jest jednostronna. Też możemy się wiele nauczyć od adeptów tradycyjnych religii afrykańskich chociażby wspólnotowego przeżywania doświadczenia Boga, spontaniczności modlitwy, związku z przodkami, czyli naszymi bliskimi zmarłymi, wiązania wszystkich czynności życia z wymiarem religijnym itp. Tu dotykamy problemu inkulturacji, która polega na zbliżeniu Ewangelii do serca kultury. Wydaje mi się, że sercem każdej kultury jest religia. Nie może być zatem ewangelizacji bez dialogu międzyreligijnego.

Nie obawiałbyś się, że tego typu dialog religijny, inkulturacja prowadzi do synkretyzmu, że wszystko z wszystkim zostanie wymieszane i nic nie zachowa swojej tożsamości?

Przeciwnie. Brak właściwie pojmowanej i solidnie przeprowadzanej inkulturacji prowadzi do synkretyzmu. W Afryce istnieje około dziesięć tysięcy Kościołów afrochrześcijańskich, z których tylko jeden jest przyjęty do Światowej Rady Kościołów, a wszystkie inne nie zasługują na miano chrześcijańskich. Ewangelia nie została zrozumiana w tej kulturze, pozostała obca, a próbę jej adaptacji przeprowadzono w sposób powierzchowny, niewłaściwy, czasem z zabarwieniem politycznym, czasem z narodowym czy narodowowyzwoleńczym. Ciekawostką jest to, że członkowie tych Kościołów sięgają chętniej do Starego niż do Nowego Testamentu. Chyba dlatego, że można znaleźć w nim o wiele więcej realiów afrykańskich, jak choćby patriarchalne struktury rodów, poligamia, wróżby, przywiązanie do pasterstwa i rolnictwa itp. Biblia potraktowana została wybiórczo w imię afrykanizacji.

Czy potrafiłbyś nakreślić sylwetkę misjonarza, jaka powinna być jego duchowość, osobowość?

Istnieją różne modele misjonarza, jest model geografa, podróżnika, rolnika, ogrodnika, tego, który niesie postęp cywilizacyjny, który jest lekarzem, mężem modlitwy itd. To są stereotypy, które mniej lub bardziej odpowiadają rzeczywistości, a jednocześnie wskazują na ogromną różnorodność pracy misyjnej.

Misjonarza musi cechować wielka otwartość na prowadzenie przez Ducha Świętego, który jest głównym sprawcą misji. Skoro zasadniczym rdzeniem misji jest Jezus Chrystus, Jego głoszenie, to cała duchowość misyjna musi posiadać rys chrystocentryczny. Misje nastawione są na zakładanie Kościoła, duchowość misyjna musi więc akcentować aspekt eklezjalny. Wskazałbym jeszcze na inny element, który można wyczytać z Redemptoris missio, a który jest powiązany z inkulturacją. Misjonarz musi być człowiekiem przynajmniej dwukulturowym, czyli być zakorzeniony w duchowej tradycji Kościoła, z którego wychodzi, w swojej kulturze, jak również przeżywać wszystkie rzeczywistości na wzór tradycji miejscowej. Inkulturacja jest drogą do świętości zarówno dla misjonarza, jak i dla tych, którym głosi on Ewangelię. Sensem wszystkiego jest oczywiście Miłość.

Znasz wielu misjonarzy, sam jesteś misjonarzem. Co jest najbardziej zniechęcające dla kogoś, kto głosi Chrystusa z dala od swoich stron rodzinnych?

Najtrudniejszy jest szok kulturowy, zresztą przeżywają go nie tylko misjonarze, ale i inni ludzie przebywający w zupełnie innym kręgu kulturowym. Pierwsze lata to najczęściej czas fascynacji, odkrywania, poznawania obcej kultury. Jest to okres ogromnego entuzjazmu. Dopiero później przychodzi szok. To, co się wydawało poznane czy odkryte, okazuje się zaledwie początkiem drogi, która nie wiadomo, gdzie się kończy. Odkrywa się zupełnie nowe perspektywy. Misjonarz uświadamia sobie, że nie zna ludzi, wśród których żyje. Inaczej niż on pojmują przestrzeń, czas, przyjaźń. W Europie śmiejemy się z zachowań człowieka z buszu, mówimy, że jest dziki. Europejczycy w innych kulturach zachowują się tak samo, jakby byli ludźmi dzikimi, nie znali podstawowych zasad ogłady. Do tego dochodzi samotność, poczucie obcości i niezrozumienia.

Niekiedy misjonarz próbuje przezwyciężyć szok kulturowy i chce stać się za wszelką cenę tubylcem. To jest niemożliwe. Przysłowie afrykańskie mówi: „Kłoda drzewa, choćby sto lat leżała w wodzie, nigdy nie stanie się krokodylem”. Innym rozwiązaniem jest postawa pogardzania miejscową kulturą, podkreślania wartości europejskich jako tych właściwych, najlepszych. To prowadzi do postawy paternalizmu, pogardy wobec wszystkiego, co miejscowe. Tymczasem właściwe jest budowanie człowieka dwukulturowego, który pamięta skąd jest i gdzie przyszedł. Dojrzewanie do takiej postawy wymaga lat. Dobrze oddają to słowa misjonarza, który twierdził, że na początku, gdy zaczął pracować na misjach, mógłby napisać o tym wiele książek, po kilku latach napisałby kilka dobrych artykułów, a pod koniec życia zaczyna rozumieć, o co w tym wszystkim chodzi. To pokazuje drogę ewolucji.

Istnieje też zjawisko wtórnego szoku kulturowego. Bardzo wielu misjonarzy powracających do swojej ojczyzny nie może się odnaleźć, bo już nie są w swojej kulturze.

Czy można mówić o terenach typowo misyjnych?

Zwracam uwagę na poprawne rozumienie słowa „misje”. Poprawne, to znaczy zgodne z soborowym dekretem Ad Gentes, cytowanym w Redemptoris missio. Misje to głoszenie Ewangelii, zakładanie Kościoła wśród ludów czy grup społecznych, które jeszcze Chrystusa nie znają. Nie możemy zatem mówić, że mamy misje w Polsce, nawet jeśli mówimy, że cały Kościół jest misyjny. Tak samo nie możemy powiedzieć, że mamy misje na Ukrainie czy w Rosji. Wiem, jak wielkim trudem jest głoszenie Ewangelii na Wschodzie, ale musimy wyzwolić się z dziewiętnastowiecznego stereotypu, który pokazuje misje jako oddalenie geograficzne, trudności materialne, pionierstwo itd. Pomyślmy raczej o aspektach kulturowych związanych z ludźmi, narodami czy grupami społecznymi, które jeszcze nie znają Chrystusa. Te, które o Nim zapomniały, wymagają rechrystianizacji, a w misji chodzi o te, które jeszcze o Chrystusie nie słyszały.

Czyli bardziej misyjna jest praca w Europie wśród imigrantów z krajów muzułmańskich niż obecność w Rosji?

Soborowa definicja rzeczywiście wskazuje bardziej na element kulturowy niż geograficzny. Pracę taką można nazwać pracą misyjną, ale trzeba tu zachować szczególną delikatność. Jest rzeczą i dobrą, i potrzebną, żeby ludzie, którzy z różnych powodów znaleźli się w krajach o długiej tradycji chrześcijańskiej, mogli poznać Chrystusa, poznać wartości chrześcijaństwa. Nie chciałbym jednak powiedzieć, że ta praca jest ważniejsza niż na Ukrainie czy w Rosji. Nie chciałbym wartościować, co jest ważniejsze, co bardziej podpada pod kategorię misji, a co pod kategorię rechrystianizacji. Misje zwane przez Papieża w Redemptoris missio misjami ad gentes są tylko jednym z elementów posłannictwa Kościoła, misji w liczbie pojedynczej. W tym posłannictwie mieści się duszpasterstwo zwyczajne, rechrystianizacja, nowa ewangelizacja, wchodzą też misje ad gentes, czyli misje w liczbie mnogiej.

Spotkałem ludzi z młodych Kościołów, którzy twierdzili, że Polacy są egoistami, bo mają niewielu misjonarzy wobec tak wielkiej liczby księży. Zgadzasz się z tym?

Patrząc od strony statystyki, musimy powiedzieć, że nasz Kościół jest mało misyjny. Na świecie jest około 1800–1900 polskich misjonarzy i misjonarek, świeckich i duchownych. Mówi się, że Kościół w krajach Europy Zachodniej obumiera, ale liczba misjonarzy, którzy pochodzą z Francji, Hiszpanii, Portugalii czy Holandii jest imponująca i sięga niekiedy kilkunastu tysięcy. Ma to na pewno swoje podłoże historyczne. Tamte kraje miały swoją przeszłość kolonialną związaną z konkretnymi regionami geograficznymi. Poza tym w Polsce reżim komunistyczny przez wiele lat blokował działanie Papieskich Dzieł Misyjnych i wysyłanie misjonarzy. Dopiero w latach 80. nastąpiła nowa fala wyjazdów na misje, która nasiliła się w latach 90.

Wydaje mi się, że nasz Kościół stać na wysyłanie większej liczby misjonarzy. W porównaniu z wieloma krajami Południa proporcja kleru czy sióstr zakonnych do liczby wiernych, do tych, którym potencjalnie można głosić Ewangelię, jest odmienna: na jedną osobę duchowną w Polsce przypada znacznie mniej świeckich. Mówi się, że u nas mimo wszystko brak kapłanów, że przydałoby się więcej. Zwróćmy jednak uwagę, jak wiele posług czy funkcji w Kościele pełnionych przez księży, zakonników czy zakonnice, mogłaby równie dobrze pełnić grupa świeckich. Ciągle mamy w Polsce za mało świeckich zaangażowanych w życie Kościoła. Włączenie ich w większym stopniu mogłoby umożliwić posyłanie księży czy sióstr zakonnych do krajów misyjnych.

Czy świeccy też mogą być posłani na misje?

Świeccy pochodzący z krajów o długiej tradycji chrześcijańskiej są bardzo potrzebni na misjach. Z Polski jest ich bardzo niewielu. Działalność misyjna jest ściśle związana z pomocą w rozwoju człowieka. Chodzi tu o szkolnictwo, o ośrodki zdrowia, szpitale, o dokształcanie zawodowe, o potrzebę lingwistów, o zapotrzebowanie na budowniczych itd. Istnieją zatem bardzo specjalistyczne formy współpracy świeckich z misjami. Od strony geograficznej większość misji dokonuje się w krajach Południa, które są na niższym stopniu rozwoju gospodarczego, w których brakuje grona specjalistów, dlatego pomoc świeckich jest niezastąpiona. Jeżeli chodzi o nauczanie, prowadzenie miejscowych wspólnot, a nawet katechizację, tamtejsze Kościoły mają już wystarczająco wielu własnych świetnych katechistów, których trudno byłoby zastąpić, ponieważ wyrośli z tamtejszej kultury, znają jej uwarunkowania.

Narody Południa obawiają się rozwoju technologicznego, twierdząc, że wraz z urbanizacją przychodzą negatywne trendy. Jak wygląda relacja między ekspansją cywilizacyjną a głoszeniem Ewangelii? Czy misjonarze nie znikną w zalewie zachodniej popkultury lansującej nieewangeliczne wartości?

Koncepcja rozwoju zależy przede wszystkim od koncepcji człowieka. Papież, mówiąc o integralnym rozwoju, stara się wskazać rozwój całościowy. W różnych koncepcjach rozwoju, i kościelnych, i świeckich zwraca się często uwagę tylko na niektóre aspekty. Ogranicza się perspektywę do doczesności, do dóbr materialnych, do ekonomii. Człowiek nie jest aniołem, ale też nie żyje samym chlebem. Jego rozwój musi obejmować sferę duchową, przekraczać świat i iść dalej i głębiej. Transcendencja dotyka nie tylko jednostki, ale całej społeczności. Ważne jest też, by nie popaść ani w schemat kolektywizmu, ani chorego indywidualizmu.

Integralność rozwoju w nauczaniu Jana Pawła II łączy się z chrześcijańską wizją człowieka, promowaniem całego człowieka. Opcją preferencyjną jest zwrócenie uwagi na ubogich, którym trzeba również dać chleb i zadbać o ich zdrowie. Kościół idzie tu za przykładem Chrystusa, za wzorem Kościoła początku. Tu jest zasadniczy sens papieskiej wizji integralności rozwoju. Poza tym jest rzeczą oryginalną, pewnym novum „popierać rozwój, wychowując sumienia”. Wychowywać sumienia tych, którym głosi się Ewangelię, i wychowywać własne sumienia. Zadaniem Kościoła jest wychować sumienia odpowiedzialnych za to, co dzieje się w świecie, za globalizację, rozwój gospodarczy, polityczny czy kulturowy, żeby to wszystko odbywało się w duchu solidarności.

Papież twierdzi, że wszyscy jesteśmy odpowiedzialni za misje. Co powinniśmy zauważyć w tej encyklice, nie jako misjonarze, ale jako wspólnota, która jest z natury misyjna? Większość z nas nigdy nie wyjedzie na misje. Jak można współpracować z dziełem misyjnym?

Kościół jest z natury misyjny, ponieważ jest katolicki, otwarty, nastawiony na innych. Papież w VI i VII rozdziale Redemptoris missio wskazuje osoby odpowiedzialne za misje. Przede wszystkim będą to misjonarze instytutów ad gentes, kapłani diecezjalni, czyli tak zwani fideidoniści, świeccy, katechiści, później — w wymiarze instytucjonalnym — Kongregacja Ewangelizacji Narodów, Episkopaty miejscowe, biskupi itd.

Poza tym każdy z nas jest wezwany do współpracy z misjami poprzez modlitwę i ofiarę duchową. Jeżeli wierzymy w mistyczną więź w Kościele, to rozumiemy jak potrzebna jest modlitwa, ofiarowanie cierpienia czy trudów, w intencjach misyjnych. W przestrzeni duchowej ma to głęboki sens. Trud codzienności może być zmarnotrawiony, a może też być wkładem w działalność misyjną. Kościół potrzebuje powołań misyjnych, a żeby one się rodziły, potrzeba naszej modlitwy i odpowiedniej atmosfery w parafiach. Te atmosferę tworzą gazety misyjne, prelekcje, spotkania z misjonarzami, koła misyjne. Odpowiedzialność za to mogą brać ludzie świeccy, może to robić każdy. Jako ostatni sposób zaangażowania wskazałbym ofiary materialne na misje.

Myślę, że ci wszyscy, którzy łączą się z działalnością misyjną Kościoła, stają się przez nią bogatsi. Z mojej przygody misyjnej więcej skorzystałem, niż dałem i dlatego czuję się, może nie tyle jak złodziej, ale na pewno jako dłużnik misji.

Misja dopiero się zaczyna
Jarosław Różański OMI

urodzony w 1961 r. w Biłgoraju – misjonarz oblat Maryi Niepokalanej, absolwent filologii polskiej, dr misjologii, adiunkt przy Katedrze Historii Misji na UKSW. Aktualnie mieszka w Poznaniu....