Imiona

Opowiadał mi frater Adalbertus:

„Czyż nie należy się człowiekowi po pracy godziwy odpoczynek? I rzekł pracodawca: pięćdziesiąt tygodni będziesz pracował, a pięćdziesiąty pierwszy tydzień odpoczywał będziesz. Albo i w innej proporcji, zależnie od tego, kim jest ów pracodawca. To właśnie myśląc, szedłem deptakiem nadmorskiej miejscowości, pełnej ludzi, jako że pora była letnia. Dzień był słoneczny i przechadzały się tam rzesze roznegliżowanych w różnym stopniu wczasowiczów, powietrze wypełniał zapach olejku do opalania, a zza wydm dobiegał szum fal łamiących się na plaży. Wielu ludzi spacerowało z dziećmi, które baraszkowały obok kroczących dostojnie rodziców. Niekiedy tracili oni na moment dostojność, zniecierpliwieni igraszkami nieznośnego dziecięcia i wznosili okrzyki w rodzaju:

– Jezusie Nazareński, gdzieś ty się tak uszmudrał, ty juchto barabajska?!

Słysząc taki okrzyk, w pierwszej chwili myślałem, że to Jezusa Nazareńskiego ktoś nazywa juchtą barabajską, ale okazało się, że juchtą był mały nieznośny chłopak, a imię Jezusa Nazareńskiego wzywane było najzwyczajniej nadaremno. Chciałem niecierpliwej matce zwrócić uwagę na niewłaściwość takiej bezmyślnej wypowiedzi i już otwierałem usta, kiedy zobaczyłem dziewczynę dającą mi dziwne znaki: kładła najpierw palec na ustach, a potem rękę na sercu. Dziewczyna buźkę miała owszem miłą, ale aparycję zgoła nieelegancką: rozczochrane kosmyki włosów ufarbowane każdy na inny kolor, pomięta pstra sukienka służyła jej za przyodziewek, a obuwia nie miała wcale. Wyglądała jak istna Łoblodra z Łobornik, zbiła mnie z tropu i przez chwilę zastanawiałem się, o co jej chodzi, a tymczasem owa mama popełniająca grzech powszedni oddaliła się i głupio byłoby ją gonić. Jąłem więc dalej przechadzać się gwarnym deptakiem. Kwitła na nim działalność gospodarcza. Po obu jego stronach porozstawiane były stoiska i kramiki oferujące na sprzedaż najprzeróżniejsze towary: lody, watę cukrową, bursztynowe pamiątki znad morza, imiona wyginane na poczekaniu ze srebrnego drutu. Widziałem, jak do tego jegomościa ze srebrnym drutem podeszła grupa dziewcząt i każda po kolei kazała sobie wyginać imię swego ukochanego. Podeszła też doń zakonnica i o coś poprosiła. Jegomość zaczął wyginać imię. Patrzałem na formujące się po kolei litery: J–e–z… Zastanawiałem się, czy to też nie jest przypadkiem branie imienia nadaremno i już chciałem poruszyć ten temat, kiedy znów zobaczyłem tę pstrokatą dziewczynę dającą mi te same znaki. Pomyślałem sobie, że jeszcze ktoś może sobie coś pomyśleć, więc powiedziałem do niej:

– Co ty mi tu za znaki dajesz, ty Łoblodro z Łobornik. Idź sobie, bo jeszcze ktoś sobie coś pomyśli.

Ona na takie dictum puściła do mnie oko, obróciła się i odeszła, natomiast niespodziewanie odezwał się wykonawca srebrnych imion. Rzekł on:

– Ona ma rację, niesłusznie ją odganiasz. Ma rację: Imię Boże jest wypisane w sercu każdego człowieka, ale nie można go powiedzieć, bo nie jest ono słowem. Pewnie dlatego wielu ludzi go nie dostrzega, szukają oni liter albo dźwięków, a tymczasem to Imię nie składa się ani z liter, ani z dźwięków. Nie można go powiedzieć, napisać ani wygiąć ze srebrnego drutu.

Ta ich akcja wydała mi się dziwnie zsynchronizowana. Zapytałem gniewnie:

– A ty kim jesteś, żeby stawać w jej obronie? Czyżbyś był jej wspólnikiem?

On odparł:

– Ja miałbym być wspólnikiem? Skądże, jestem tylko Szuszwolem ze Swarzyndza.

Spojrzałem odruchowo na jego stopy. Miał na nich sandały z zielonymi zapinkami. On tymczasem zabrał się do wyginania następnego imienia i już nie wdawał się w rozmowę”.

Imiona
Włodzimierz Fenrych

urodzony 10 maja 1955 r. w Poznaniu – absolwent historii sztuki na UAM w Poznaniu, obieżyświat, publikował w „Czasie Kultury”, „Spotkaniach” i „Tygodniku Powszechnym”. Autor cyklu felietonów pt....