jesus@heaven.com

jesus@heaven.com

, 0 recenzji

Marek Andrzejewski nie zgadza się z motywami, którymi kierowali się ludzie przyznający Adamowi Michnikowi Medal Świętego Jerzego, z oczywistych powodów kojarzący się ze smokiem, co dodatkowo uzasadnił ksiądz Adam Boniecki w artykule Smok zła istnieje („Gazeta Wyborcza”, z 27 października 2003 roku). Igrzyska. Kuglarze, połykacze ognia, kilku linoskoczków i dobosz. Robią dużo hałasu, ale nie są groźni. Chcą jedynie zmylić jego czujność. Przekonać, że na tym się skończy: na zaczepce, na szturchnięciu w bok, na przebudzeniu. Dobrze zna ciszę, kiedy pierzchają. Milczenie sennej łąki, zanim żelazne oddziały zaczną się staczać ze wzgórza. Kamienny tętent kopyt. Wielkie proporce, a pod nimi masywne, rozpędzone kopie. Husaria. Zawsze wtedy boi się, że zemdleje. Uderzają wciąż w to samo miejsce. W ten sam punkt nie większy niż źrenica oka. Natarcie za natarciem.

— Ilu husarzy może trafić swoimi kopiami w punkt wielkości łebka od szpilki? — Nikt tego nie wie. Być może kilku, być może tysiące. Trzeba się wtedy czegoś mocno złapać i przeczekać. Po pewnym czasie ustają. Zatrzymują się, kiedy czuje, że za chwilę krzyknie. Powinien regularnie brać leki i ćwiczyć. Jego stan nie jest jeszcze ciężki. Jest stabilny. Nie może się poddać. Nie może powiedzieć sobie, że przegrał, że już się nie podniesie. Musi chodzić.

— Dlaczego akurat on? Powinien być tam, gdzie jego miejsce: w Mboto, w Republice Kongo. Powinien właśnie wsiadać do starej, francuskiej ciężarówki, zapalać silnik furkoczący jak gołębie nad Rue du Nord albo nad Mokotowem, kiwać się miarowo na błotnistej drodze, śpiewać na cały głos psalmy albo różaniec. Zawsze tak robił. Grube paciorki z pestek rozpięte na kierownicy. Bardzo wygodny sposób. Łatwo się je przesuwało. Śpiew płoszył małpy. Na początku nie mógł się do nich przyzwyczaić. Wszędzie było ich pełno. Nawet na drodze do miasta. Niektóre ginęły pod kołami rozpędzonych furgonetek, trochę tak, jak nasze koty na starym mieście — w dole, przy bulwarze. Małpy to koty Afryki…

— Dlaczego właśnie on? — Nikt nie objął po nim misji. Kiedy padają deszcze, wielka, afrykańska woda wpada przez dziurawy dach do kaplicy i zbiera się w miejscu, w którym był kiedyś ołtarz. Czarny Jezus z Mboto mieszka teraz razem z białymi w stolicy. Elizeusz Ngongo, nauczyciel — jedyny człowiek w wiosce, który umie pisać — przysyła listy. Zawsze to samo uczucie, kiedy je bierze do ręki: kawałki dziwnego papieru z zamierzchłej epoki. Skalne malowidła sprzed tysięcy lat. Znaki na ścianie piramidy Cheopsa. Kodeks Hammurabiego. Tora.

Wielebny Ojcze!

Od kiedy wyjechał Ojciec do stolicy, a później do swojego dalekiego kraju, nic nie jest takie, jak dawniej. Wciąż hodujemy kozy oraz owce i uprawiamy maniok, tak jak nas Ojciec nauczył. Z dnia na dzień, z miesiąca na miesiąc coraz więcej ludzi wymyka się jednak do Kinszasy w poszukiwaniu lepszego losu i być może niedługo, oprócz mnie, wioskę będzie zamieszkiwała jedynie liczna rodzina szamana i jego sześciu kobiet. Nie wiem, co zrobią wtedy z kozami, ponieważ wszystkim, jeśli Ojciec pamięta, nadawaliśmy europejskie imiona. Jest w tym wielka logika. Białe kozy nie powinny nosić czarnych imion, obawiam się jednak, że szaman pamięta jeszcze „program autentyczności” i może tego nie zrozumieć. Wielu wciąż uważa, że wszystko powinno się nazywać po afrykańsku. Miło mi za to donieść, że Gerwazy doczekał się potomstwa z Telimeną. Przyszły na świat dwie małe kózki, które na cześć rodzinnej miejscowości Ojca nazwaliśmy Wars i Sawa. Muchy tse–tse zebrały w tym roku mniejsze żniwo niż dawniej. Padły jedynie starsze sztuki: Pan Jowialski, Bohun i Fircyk w zalotach.

Mam wrażenie, że wszystko podupada. Nikt nie naprawia kaplicy, więc niebawem chyba się całkiem rozpadnie. Dzwonnica runęła po ostatniej wichurze. W budynku misji, który kazał nam Ojciec nazywać Słonecznym Domem, rozpanoszyła się wspomniana rodzina czarownika. Ludzie zapominają o prawdziwym Bogu i prawdę mówiąc, trudno mi nawet określić, w co tak naprawdę dzisiaj wierzą. Być może każdy wierzy teraz w to, co zechce.

Trzy miesiące temu powódź zabrała krzyż i kapliczkę przy drodze do N’zine. Parę tygodni później partyzanci z oddziału „Rouge et Noir” okradli szkołę. Nie dziwi mnie to zbytnio, bo była to najlepsza chata we wsi. Przyszli w nocy i wynieśli. W niedzielę siadam teraz z dziećmi na pustym klepisku i piszemy palcami na glinie lub piasku, odganiając kury, owady i małpy. W czasie pory deszczowej ogłaszam wakacje, co oznacza, że nie ma regularnych spotkań i tylko raz na jakiś czas zbieram chętnych w mojej chacie, by czytać na głos fragmenty starej Biblii lub pobożnych książek, które mi jeszcze pozostały. Wysyłam wciąż pisma i petycje do stolicy, ale na razie nie dają mi żadnej nadziei na przyjazd jakiegokolwiek kapłana lub świeckiego misjonarza. Staram się nie tracić nadziei.

Pozdrawiam Ojca i ściskam za głowę,

Elizeusz Ngongo.

— Dlaczego musiało się to zdarzyć właśnie jemu? — Zawsze marzył o misjach. Czytał o Albercie Schweitzerze i każdej nocy jechał zatłoczonym tramwajem na Okęcie, przelatywał nad Atlantykiem, by wylądować w samym sercu dżungli. Wprost z bloku na Mokotowie trafiał do Afryki. Rozpalał ognisko, zbierał kamienie i liście, budował szałas. Ścinał gałęzie i wkopywał w ziemię krzyż. Potem wyjechał naprawdę. Nie miał kiedy uczyć się ki–kongo, wciąż mówił po francusku lub w suahili — mimo to darzyli go wielkim szacunkiem. Gdziekolwiek przyjeżdżał, witała go starszyzna wioski i w rytm tam–tamów prowadziła na poczęstunek. Jadł wszystko chętnie, prócz suszonego mięsa, bo wiedział, że kiedy schnie, chodzą po nim robaki. Lubił też ich kaplice–lepianki. Każda wioska chciała mieć swoją. Obok zawsze dzwonnica: kilka palików, na których wisiała felga od samochodu. No i tańce. Długie kołysanie melodii, rytm, który powoli przenikał na wskroś i można było stać się tylko nim — tylko rytmem, tylko muzyką, tylko długim, bożym wiatrem, tylko kołysaniem. Kiedy próbuje zginać nogi, czuje ostry, piekący ból. Do tego kręgosłup. Jedyne, co mu pozostało, to dwie kule i dwanaście kroków od ściany do okna. Jego codzienny, mozolny Marsz Rakoczego. Żadnej muzyki. Kilka niezdarnych wygibasów. Żadnych zbędnych ewolucji. Taniec z szablami.

— Jaki to wszystko ma sens? — Jakiś czas był w seminarium, ale szybko postanowił przenieść się do werbistów. Nigdy nie zapomni domu zakonnego w Pieniężnie. Ani starszych kolegów, którzy wyruszali do Tanzanii, do Czadu, do Angoli. Przysyłali kartki z szarymi, nieznanymi znaczkami, czasem list pachnący lasem i daleką rzeką. Zawsze ich podziwiał, modlił się za nich i o to, żeby mógł im dorównać. Któregoś roku, przed świętami wpadł na pomysł, żeby im posłać na Boże Narodzenie coś polskiego. Zawsze najbardziej się skarżyli, że brakuje im świąt po polsku. Poszedł do prowincjała i zapytał, czy nie można by zabić trzech świń na kiełbasę dla tych, którzy są daleko. Otrzymał zgodę i potem, zarywając noce, razem z Dzikim topili wosk w kuchni i zanurzali w nim pachnące pęta. Kiedy przeschły, pakowali wszystko w folię. Więcej niż dwieście paczek. Zawsze chciał być długodystansowcem. Nie myślał, że wszystko skończy się po kilku latach, że to już: choroba nie cofnie swoich oddziałów, można je jedynie zmniejszyć i ucywilizować. Nigdy nie wróci do Mboto. Może to zresztą rzeczywiście nie ta sama wioska, nie ten sam kraj, który widział przed czterema laty. Ciemne palmy nad wyrwami po pociskach. Nocne łuny, podobne do tych, o których w dzieciństwie opowiadał mu dziadek. Uzbrojone cienie, które łomoczą do drzwi. „Czerwono–czarni”, którzy kradną szkołę. Za jego czasów było to nie do pomyślenia…

Czcigodny Ojcze!

Żołnierze zostawili w wiosce rannego muła. Piszę o tym, ponieważ udało mi się go wyleczyć i mogę teraz co pewien czas jeździć do stolicy i osobiście prosić o misjonarza. Zawsze odwiedzam wtedy brata, który, jak zapewne Ojciec pamięta, jest generałem w oddziałach rządowych. Brat twierdzi, że władze postanowiły otworzyć nasz kraj i zrobią to, jak się wyraził, „na oścież”. Zapytałem, czy chodzi o nowych księży z Polski, ale jego odpowiedź bardzo mnie zdumiała. Nie chodzi o ludzi, lecz o wielką antenę satelitarną, o komputery i o rodzaj świetlistego kabla. „Nie potrzebujemy już żadnych białych” — powiedział brat, wydymając swe nadmierne usta. — „Teraz wszystko będzie w Internecie”.

Brzmiało to jak wyuczony fragment rządowej gazety, więc niespiesznie uprzątnąłem nawóz, który muł zostawił pod progiem centrali, i odjechałem prawie bez pożegnania. Przez całą drogę śpiewałem pieśń, której nas Ojciec nauczył, ponieważ zbliżał się wieczór i od strony ciemnych gór znów było słychać strzały. Prawdę mówiąc, ze strachu zapomniałem wszystkich zwrotek i w głowie pozostał mi tylko refren: je n’ai pas peur quand il fait sombre… Poganiałem mojego przyjaciela, muła, bez litości. Raz po raz wpadaliśmy w kałuże świecące chłodnym blaskiem. Pędził tak szybko, że dotarliśmy do domu jeszcze przed północą. Nazwałem go Salut, to znaczy ocalenie. Tym razem nikomu nie udało się nas zabić, nikt też po drodze nie zdołał rzucić na nas uroku. Wszystko wskazuje na to, że doczekamy kolejnych świąt Bożego Narodzenia, być może uda nam się nawet pojechać na pasterkę do stolicy.

Niech Bóg ma Ojca w swojej opiece!

Elizeusz Ngongo.

— Jak teraz wygląda? Mały, krępy, zawsze uśmiechnięty człowieczek w nieokreślonym wieku. Być może właśnie dobiega czterdziestki, możliwe jednak, że jest dziesięć lat młodszy lub starszy. Kiedy się spowiadał, zarzucał ręce na szyję i szeptał do samego ucha. Zanim cokolwiek powiedział, można było rozeznać, co jadł i gdzie się kręcił. Jednak to on kiedyś powiedział: Papa, il sent mauvais ici — „Ojcze (tato?) — tu śmierdzi”. W pierwszej chwili nie zrozumiał. Sugestia była zbyt delikatna. Dopiero potem pojął, że zdanie mówiło coś innego. Najpierw się zdziwił, ale następnego dnia rozstał się na zawsze ze swym ulubionym dezodorantem Gammon. I w ogóle ze wszystkimi pachnidłami.

— „Cywilizacja śmierdzi” — tak mawia jego ulubiony biskup, kiedy stara się cytować papieża. Afryka nie jest tym, co o niej myślimy. Afryka nie jest tym, co sama o sobie myśli i czym stara się być. Czym właściwie jest? Zrozumiał to o wiele później, kiedy zapomniał już, że jest z Warszawy, zapomniał o Europie. Był stamtąd. Był sam i stał nad rzeką. Całkiem późno, kiedy wchodził coraz głębiej i czuł, jak jej nurt zabiera ze sobą wszystkie teorie, pojęcia, sądy, informacje. Pod wieczór, kiedy jej prąd przynosi ulgę, wyzwala z nawyków, obyczajów, upodobań, o zmierzchu, kiedy okazuje się, że jest już na tyle głęboko, by można było się odbić i żeglować na grzbiecie, licząc nieznane gwiazdy; bardzo późno, kiedy okazuje się, że tak naprawdę ważne jest tylko to: tylko wysokie ciemne niebo, tylko nurt, który unosi, tylko galaktyki nieznanego światła. O wiele później, pod koniec, kiedy leżał w nocy, wpatrzony w obce gwiazdy. Afryka jest odmiennością. Jest czymś zupełnie innym. Jest różnicą.

— Czy można więc zamieszkać w różnicy? Czy można być odmiennością? Tak, chciał być taki, jak oni. Okazało się, że istnieją podróże w czasie i wizyty kosmitów. W jaki wiek właściwie trafił: trzynasty? Czternasty? Na którą planetę? Dziwił się, że nic nie rozumieją, ale tak naprawdę, to on nic nie rozumiał. To on przybywał z jakiegoś nieprawdziwego świata, to on wysiadał z latającego talerza i wystawiał swe zielone czułki. To oni byli prawdziwi. Okazało się, że najbardziej lubią zapach oliwy. Oliwy i mleka. Przychodzili do Słonecznego Domu z małymi miseczkami, powtarzając pod nosem magiczne zaklęcie: du lait, du lait. Kiedy tylko nalał, wypijali je od razu i znikali na cały dzień.

— Czy uda mu się tam wrócić? — Zdrowe, kozie mleko, które teraz produkuje jego szwagier pod Pruszkowem. Dobrze pamięta jego dziwny, afrykański smak. Nie powinien tyle myśleć o Kongu. Musi zacząć wychodzić z domu, rozmawiać z ludźmi. Jeszcze dziś zadzwoni do Jurka. Podobno od dwóch dni jest w Polsce. Zostanie jeszcze dwa tygodnie, a potem wraca do Kamerunu. Kiedy się zobaczą, opowie wszystko. Wreszcie opowie wszystko do końca. Zafunduje sobie życiową spowiedź. Spowiedź–rzekę. Rzekę, która oczyszcza i kieruje ku głębinom morza. Zamknie za sobą drzwi i spróbuje otworzyć nowe. Musi zacząć coś robić. Nie jest jeszcze zupełnie unieruchomiony. Wstanie i powoli, o kulach zacznie chodzić po ogrodzie, a potem po mieście. Musi wyjść do ludzi.

Drogi Ojcze !

Władze zupełnie ignorują moje petycje, postanowiłem zatem działać, jeśli tak można powiedzieć, na własną rękę. Pomyślałem, że skoro rzeczywiście wszystko można odkryć w komputerze, to przy odrobinie szczęścia mógłbym też znaleźć tam misjonarza, który jest chwilowo wolny. Może też udałoby mi się go nakłonić, by przyjechał na jakiś czas do naszej wioski. Postanowiłem, że obiecam mu codzienny kubek koziego mleka i kurę na obiad. Mam jeszcze trzy kury, ale mógłbym kilka pożyczyć od kogoś. Myślałem najpierw o szamanie, ale boję się, że rzuci na mnie urok. Cierpliwy i wierny Salut znów zawiózł mnie do stolicy, tym razem jednak musiałem zostać na noc. O trzeciej nad ranem brat wprowadził mnie w wielkiej tajemnicy do biura, objaśnił zasady działania Internetu i wyszukiwarki, po czym zdecydował, że daje mi dwie godziny. Powiedział też krótko, co mam zrobić o piątej, ale nie mogę Ojcu powtórzyć tego słowa. Drżąc z przejęcia, zasiadłem przed ekranem, wpisałem hasło „misjonarz”, po czym ze zdumieniem odczytałem komunikat: Not found — „nie znaleziono”. „No cóż — pomyślałem — portal jest rządowy, widocznie przepuszcza tylko niektóre hasła i trzeba go przechytrzyć”. Długo się namyślałem, próbując odgadnąć, pod jakim kryptonimem mogą się ukrywać potencjalni misjonarze, ale właściwie nie wiem tego do dzisiaj. Przypomniało mi się jednak jedno z kazań Ojca — o tym, że najważniejsze jest miłosierdzie — i takie też hasło wpisałem. Na początku bardzo się ucieszyłem, bo wyszukiwarka wreszcie drgnęła i ukazało się wiele adresów z różnych stron świata. Na pierwszej stronie, którą obejrzałem, widniał wielki napis Misericordias, a pod nim tekst w różowych girlandach późnych kwiatów:

„Nie musisz już dłużej cierpieć. Teraz ty i tylko ty decydujesz o swoim losie. Jeśli jesteś w podeszłym wieku, czujesz się zmęczony życiem i chory, nie wpadaj w rozpacz. Jest nadzieja szybkiego i ostatecznego końca twoich cierpień… Pamiętaj: także ty masz szansę godnego odejścia ze świata. Także ty możesz wybrać miejsce i czas. Wystarczy, że do nas zadzwonisz, a my pomyślimy o wszystkim. Nie zmarnuj swojej szansy!”.

Druga strona była właściwie dość podobna. Znów wielkie serce, tym razem czerwone, a w nim hasło „miłosierdzie” i napis: „Współczujemy ci bardziej, niż myślisz. Rodzina to getto. Nie pozwól sobą manipulować. Ono wcale nie musi się urodzić. Jeśli nam zaufasz, znów będziesz wolna. Nasz telefon: 00 33 876 34 75”.

Przyznaję, że nic z tego nie zrozumiałem. Gorąco proszę Ojca o jakieś sugestie, co do pseudonimów ewentualnych misjonarzy, a także o modlitwę w intencji naszej wioski. Właśnie zaczyna się pora deszczowa.

Niebawem napiszę więcej,

Elizeusz Marek Ngongo.

— Bóg bogaty w miłosierdzie. Właściwie nie da się tego do końca zrozumieć. Jechał do Ciechocinka bez przekonania. Znów taniec z szablami, tyle że bardziej intensywny i w obcym towarzystwie. Okazało się jednak, że jest kaplica i ludzie chcą przychodzić na Mszę. Na jego Mszę. Po wielu dniach ktoś przyszedł porozmawiać. Uznali go za swego. Kilka długich spowiedzi z całego życia, a potem, pod koniec, Boże Ciało. Pan Jezus na wózku inwalidzkim, a on powoli za Nim z dwoma pastorałami. Lubili, jak tak mówił: „to nie są wasze kule, to są pastorały”. Kiedy wrócił do miasta, zaczął dzwonić do ludzi, wyciągał ich z domów, wyprowadzał z więzień, żeby raz w miesiącu mieli na Ursynowie swoją Mszę; żeby się nie bali; żeby mogli podnosić ręce i mówić, że są wolni. Są wolni, ponieważ Bóg jest miłosierdziem. Są wolni, ponieważ przebacza. Zapomniał o oddziałach husarii w kręgosłupie, zapomniał o pytaniach. Zorganizuje im wigilię i jasełka. Pasterze na wózkach, Maryja na wózku. Święty Józef o kulach. Na wiosnę mogą też zagrać mękę Pańską. Nikt nie wie lepiej niż oni, gdzie jest Ogrójec. Żeby tylko nie stracił mowy. „Nie możesz mi zabrać mowy” — mówi zawsze, kiedy leży w łóżku i patrzy na Niego w skupieniu. „Nie możesz mi tego zrobić”. Znów ma pod ręką wielki różaniec z pestek. Znów idzie nad wielką rzekę, zdejmuje na brzegu okrycie, pozostawia uprzedzenia, zrzuca obawy, zdejmuje lęki. Znów jest tak jak dawniej: chłodny, ciemny zapach wielkiej, wieczornej wody, daleki plusk wioseł. Lekkie ruchy ramion, które unoszą ciało na powierzchni, spokojne dryfowanie pod niebem. Znów, tak jak wtedy, jeszcze raz odwraca się twarzą do wody i wypatruje cieni drobnych, połyskliwych rybek, nurkuje i podnosi z dna rzadki biały kamyk. Tak jak dawniej szerokie liście palm kołyszą w sobie noc i dziwne gwiazdy. Płynie na plecach, patrząc w ciemny, wysoki ocean kosmosu. Tak jak dawniej opadają z niego opinie, przymusy, wyuczone definicje, utarte formuły. Tak jak dawniej powierza się nurtowi, który niesie — milczący i chłodny. Być może nigdzie nie wyjechał. Być może ciągle jest w tym samym miejscu. Być może wciąż jest nad rzeką. Afryka nie jest czymś, co znamy. Teraz tutaj jest jego Kongo. Teraz w Polsce jest jego Mboto.

Przewielebny Ojcze!

Nie czekając na Ojca list, jeszcze raz spróbowałem poszukać interesujących mnie informacji. Tym razem zabrałem się ciężarówką z oddziałem wojska, a wracałem piechotą. Niestety. Znów to samo. Nie miałem szczególnych pomysłów, więc wpisałem hasło „miłość” i ze zdumieniem zobaczyłem, że wyszukiwarka znalazła sześćset tysięcy osiemset dwadzieścia dwie strony. Naturalnie nie zdołałem zobaczyć wszystkich. Te jednak, które widziałem, wcale nie nastroiły mnie optymistycznie. Niektóre były czymś w rodzaju wysyłkowego katalogu. Zrozumiałem, że należą do kogoś, kto sprzedaje swoje żony. Widziałem mnóstwo pięknych nagich kobiet, wszystkie były jednak bardzo drogie. Wiele z nich mogłoby urodzić piękne dzieci — niektóre strony wyraźnie zachęcały zresztą do tego, by uczynić je brzemiennymi. Trafiłem też na link „nauczyciele miłości”. Serce we mnie zamarło, ponieważ byłem pewny, że to misjonarze. W środku była ankieta, którą wypełniłem z wielką pieczołowitością. Podałem też adres i już po dwóch tygodniach otrzymaliśmy sporą paczkę. Drżeliśmy, rozrywając szorstki papier sklejony szerokimi pasami szarego plastiku, jej zawartość trochę nas jednak zaskoczyła i w gruncie rzeczy rozczarowała. Wiedzieliśmy, że w jej wnętrzu nie kryje się misjonarz. Myśleliśmy jednak, że znajdziemy jakieś wiadomości, spodziewaliśmy się czegoś w rodzaju Dobrej Nowiny, czegoś, co dawałoby nam nadzieję. Tymczasem jednak znaleźliśmy mnóstwo baloników do nadmuchiwania, które nasze dzieci wieszają teraz na drzewach albo napełniają wodą. Baloniki mają różne kolory i kształty, różnią się też zapachami. Amos Kwantu, który, jak Ojcu wiadomo, nie ma rozumu, uważał, że to guma do żucia. Według mnie, są to zwykłe ozdoby, które pod koniec lutego powinny trafić na karnawał do Brukseli. Pewności jednak nie mam żadnej i, prawdę mówiąc, wcale się tym nie przejmuję.

Pozdrawiam Ojca jak najbardziej,

Elizeusz.

— Tak, to jej szukają. Cokolwiek by mówili, mówią tak naprawdę o niej. Cokolwiek robią, u źródeł jest właśnie ona. U źródeł i u kresu. Miłość. Niekochana Miłość. Ból jest krzykiem miłości. Wiedział, od początku wiedział, że tak będzie, że prędzej czy później dosiądzie osiołka. Dziwaczny paradoks. Że też musiało się to zdarzyć akurat w Palmową Niedzielę. Chciał iść, ale się nie dało. Zawieźli go na osiołku pod sam ołtarz i przytrzymywali podczas Mszy. Nie może ich opuścić. Jest jednym z nich. Tak jak oni jeździ teraz na osiołku. To samo mówił wtedy, w Mboto. „Jestem jednym z was”. Utonęła Sara i czarownik wskazał na Amosa. Wierzyli, że to Amos rzucił na nią urok i teraz musi zginąć. Wlekli go nad urwisko, krzycząc coś w swym niezrozumiałym, gniewnym dialekcie. Nigdy w życiu nie biegł tak szybko. Ledwo ich powstrzymał. „Towarzyszu kapłanie, towarzysz jest bardzo odważnym człowiekiem” — powiedział mu potem policjant w miasteczku podobnym do innych. Trzeba mieć odwagę, żeby wyjść do innych. Trzeba mieć odwagę, żeby jechać na osiołku ulicą. Musi im kiedyś powiedzieć o odwadze cierpienia. O odwadze pokory. O odwadze dobra. Rzeka, która płynie i która unosi, jest rzeką odwagi. Powraca każdej nocy, każdego dnia. Nie jest żadną ze znanych rzek, nie ma jej na mapie. Rzeka, która jest czymś innym.

Co noc to samo: nurt znosi go na lewo i płynie wśród niskich traw, pomiędzy trzcinami, z dala od wioski. Trafia na skrawek samotnej, piaszczystej zatoki i idzie kamienistą ścieżką. Widzi w oddali chatę i niewielkie światło, które odpędza dzikie zwierzęta i zwabia podróżnych. Idzie powoli, posuwa się niespiesznie, bez pośpiechu zrywa liście dzikich krzewów. Jego ruch ma w sobie coś koniecznego, coś, co zdarza się tylko we śnie, rodzaj przekonania, że tak właśnie ma być, że to jest właśnie ta ścieżka, to miejsce, ten czas, że to wszystko jest wpisane w jakąś całość, objęte planem, ogarnięte czyimś przewidującym spojrzeniem, które sprawia, że idąc, nie jest już tylko przypadkowym przechodniem, jest kimś więcej: staje się posłańcem, jest wysłannikiem.

Przewielebny Ojcze, Pasterzu i Głowo!

Nie wiem, czy to dobrze, ale także mój brat zaangażował się w poszukiwania. Był u mnie wczoraj. Przywiózł stertę propagandowych broszur, cztery stare opony, tablicę i kredę. W zeszłym tygodniu skończyliśmy pracę nad nową szkołą. Jest mała i skromna, ale mogę już w miarę normalnie pracować. Zamiast dzwonka mam kółko od roweru, w które uderzam metalowym prętem. Robię to zawsze rano, inaczej nikt by nie przyszedł. Usiedliśmy na oponach i brat opowiedział mi, że idąc moim tropem, wpisał w wyszukiwarce hasło bien — „dobro”. Wydało mu się, że misjonarze powinni się ukrywać pod takim właśnie kryptonimem, lecz niestety, najpierw pojawiły się adresy tych, którzy handlują ziemią i domami, potem dowiedział się o wielu innych, którzy uczą m.in. dobrze mówić, zabawić się, dobrze mieszkać i dobrze jeść, dobrze gotować, prać i tym podobne. Była też strona Bien–ętre de l’Enfant, na której tłumaczono, w jaki sposób dbać o dobro dziecka, gdy małżonkowie odejdą od siebie. Zdesperowany wpisał beau — „piękno” i znów rezultaty były niewiele warte. Większość stron polecała perfumy, bezbolesne usuwanie włosów pod pachami, preparaty przeciwko poceniu się stóp, farby do włosów i kremy przeciwko zmarszczkom. Była też strona zatytułowana „Kreatorzy piękna”. Saul uważa, że znajdę na nich właśnie misjonarzy, ja jednak wcale nie jestem tego pewien. Kiedy pojadę do stolicy, sprawdzę jednak na pewno, czy nie ma stron, na których ogłaszają się kreatorzy prawdy i szczęścia. Gdybym ich odnalazł, od razu zaproszę ich do Mboto. Właśnie na nich tu przecież czekamy. Wioska jest zupełnie zrujnowana. Mogliby kreować, ile zechcą.

Pozdrawiam Ojca najgoręcej i ściskam pod obiema pachami,

Elizeusz Marek Ngongo.

PS. Wczoraj wieczorem zmarł Amos. Miał czterdzieści sześć lat i dwie owce.

— I tam, i tu mówił o tym, ale tak naprawdę nigdy jeszcze w taki sposób nie myślał. O własnym umieraniu. To przecież nie jest husaria. To nie jest bitwa. To wojna, w czasie której burzone są wielkie miasta i morze zalewa potężne, niezdobyte kraje. Przychodzi czas, kiedy wszystko zapada się do środka: kręgosłup, płuca, nerki, serce, mózg. Nagle przestanie należeć do siebie. Jego nogi już teraz nie są jego nogami. Nie jego będą ręce, nie jego twarz, nie jego usta, nie jego oczy. Do kogo będą należały jego myśli? Do kogo jego pragnienia? Do kogo lęki? Komu powierzy najskrytsze plany? Komu słowa, których nie wypowiada nawet przed samym sobą? Tylko Jemu. Jemu i tylko Jemu. Musi być bardzo odważny. Cały czas musi Mu patrzeć prosto w oczy. „Na kogo ojciec tak patrzy?” — zapytała wczoraj siostra oddziałowa. Nie mógł wykrztusić z siebie słowa. Także język jest już tylko częściowo jego językiem. Jeśli tylko będzie to możliwe, jutro jej odpowie: „Patrzę na Niego. Teraz muszę patrzeć tylko na Niego”. Kłócił się z Nim, to prawda. Wołał przez wiele dni, że nie powinien mu tego robić. Nie powinien mu zabierać Mboto, nie powinien mu zabierać stowarzyszenia niepełnosprawnych, nie powinien mu zabierać nóg, rąk, nerek, wątroby, a wreszcie — mowy. Teraz już się nie kłóci. Teraz leżą naprzeciwko siebie przybici śmiertelnymi gwoźdźmi choroby i nie muszą nigdzie uciekać wzrokiem. Teraz są jak dwaj zapaśnicy przed walką. Teraz obaj patrzą sobie prosto w oczy.

Kochany Ojcze!

Nigdy nie myślałem, że tak się to skończy. Szukałem misjonarza, a znalazłem Jezusa. Ojciec zawsze nam powtarzał, że każdy z nas musi Go znaleźć osobiście, ale zrozumiałem to dopiero teraz. Może zresztą zawsze jest tak, że znajdujemy Go gdzieś indziej, może zawsze okazuje się, że jest kimś innym, niż nam się wydaje, że jest ciemną rzeką, której nie ma na cywilnych i wojskowych mapach, że jest różnicą. Zacząłem przeszukiwać strony anglojęzyczne. Kiedy wpisałem do amerykańskiej wyszukiwarki Jesus, okazało się, że na to hasło odpowiada ponad osiem milionów stron. Kliknąłem pierwszą, potem drugą i nagle, prawie natychmiast ukazał się bardzo piękny portret Chrystusa z podpisem u dołu. Oniemiałem z wrażenia. Napis brzmiał: Hi, I’m Jesus Christ, to samo powiedział też głos w głośniku: „Cześć, jestem Jezus Chrystus”. Nie wiedziałem, co mam odpowiedzieć. Pomyślałem, że może powinienem się przeżegnać i odrzec „Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus” lub użyć jakiegoś pozdrowienia z Biblii. Dziś rozumiem to lepiej niż kiedykolwiek: powinienem powiedzieć „oto jestem” albo „mów, Panie, sługa Twój słucha”. Niestety, sekundy mijały, a moja głowa była coraz bardziej pusta. Spojrzałem na ekran i w odruchu zupełnego zagubienia wydukałem jedynie mizerne hi!, „cześć” i prędko przykryłem oczy powiekami. Jezus patrzył jednak na mnie spokojnie i nawet lekko się uśmiechnął. Wtedy podniosłem głowę i przejechałem kursorem dalej. Zobaczyłem, że Pan czeka na odpowiedź, czeka na list. Spocone palce ślizgały się po klawiaturze i musiałem je wycierać ręcznikiem, ale zdołałem napisać wszystko o wiosce, o tym, że popada w ruinę, że czekamy już bardzo długo i nawet ośmieliłem się poprosić, żeby do nas przyjechał przy najbliższej okazji lub choćby dał nam jakiś znak: żeby na przykład spadł deszcz w porze suchej albo żeby kozy i owce jeden rok nie umierały z powodu much tse–tse, albo żeby zmartwychwstał Amos Kwantu, którego dawno temu polubiłem. Napisałem też, że nie musi właściwie przyjeżdżać sam, wystarczy, że wyśle nam jakiegoś anioła lub misjonarza i że najlepiej, żeby to był człowiek z Polski. Pisałem bardzo długo i nieskładnie, wplatając raz po raz słowa po francusku i w suahili, wierzę jednak, że zostałem zrozumiany. Wpisałem też w odpowiednią rubrykę e–mail do mojego brata: ngongo@armee.con i liczę teraz na prędką odpowiedź. Być może wie Ojciec już o tym od dawna, gdyby jednak było inaczej, podaję na wszelki wypadek adres naszego Pana: jesus@heaven.com.

Łączę wyrazy szczerego przywiązania i życzę Ojcu powrotu do zdrowia,

Elizeusz Ngongo.

jesus@heaven.com
Wojciech Kudyba

urodzony 18 września 1965 r. w Tomaszowie Lubelskim – polski poeta, krytyk, historyk literatury, norwidolog, doktor nauk humanistycznych KUL. Żonaty, mieszka w Nowym Sączu....