Między biznesem a odpowiedzialnością

Między biznesem a odpowiedzialnością

Oferta specjalna -25%

Dzieje Apostolskie

0 votes
Wyczyść

Czy katolicyzm uświęca wielkie korporacje, ich przedsięwzięcia zagraniczne, komercjalizację publicznej przestrzeni, koncepcję wolnego rynku, idee „małego państwa”? Tak można byłoby sądzić, czytając teksty Michaela Novaka, w tym jego „List do prezesa Coca?Coli” („W drodze” 7/2003).

W rzeczywistości jednak należałoby mówić o istotnym napięciu między koncepcjami anglosaskimi, które prezentuje ten amerykański publicysta, a ideami podnoszonymi przez społeczną naukę Kościoła. W poglądach Novaka najbardziej niepokoi niesłychanie intensywne mieszanie ze sobą wartości religijnych i komercyjnych. Tymczasem są to porządki, które wprawdzie przenikają się, ale w inny sposób, niż on to pokazuje. Ostatecznie jego koncepcje społeczne wydają się bliższe założeniom neoliberalnym niż katolickim. One też wprawdzie nie są całkowicie odmienne, ale towarzyszy im inny duch.

Druga rzecz, na którą warto zwrócić uwagę w tekstach Michaela Novaka, to niezrozumienie doświadczeń lat 90. Był to okres, który pokazał bardzo wyraźnie, że stosowanie w praktyce gospodarczej i społecznej neoliberalnych założeń zaostrzyło na świecie wiele istotnych problemów. Tymczasem Novak z uporem rysuje nieskazitelny obraz wielkiego biznesu i jego uzdrowieńczej mocy. Prezentuje ideę społeczeństwa pochłoniętego niemal zupełnie przez inspirację biznesową i komercyjną. Doprawdy trudno zrozumieć, dlaczego biznes korporacyjny, w tym wypadku koncern Coca–Cola, ma przyczyniać się do animowania społeczeństwa obywatelskiego, tym bardziej poza własnym krajem, bo w biednym Bangladeszu. Niepokoiłbym się raczej, gdyby koncern podejmował takie działania w Polsce. Podejrzewałbym, że próbuje załatwić w ten sposób komercyjny interes. Pojęcie społeczeństwa obywatelskiego zakłada bezinteresowną, oddolną aktywność na rzecz dobra wspólnego. Natomiast biznes z natury dąży do wywierania wpływu na organizacje społeczne, polityczne, samorządy, aby realizować komercyjne cele. Biznes sam wymaga kontroli ze strony niezależnych stowarzyszeń społecznych.

Wiemy, jakie skutki rodzi w Polsce zamazywanie granicy między dużym biznesem a polityką, samorządami. Przykład wpływania na ustawodawstwo, jak w przypadku afery Rywina, jest tylko jednym z wielu. Również koncern Coca–Cola uwikłany jest w poważny konflikt. Mieszkańcy indyjskiego stanu Kerala zarzucają firmie, że jej fabryka napoi wyczerpuje okoliczne zasoby wody, co sprawia, że życie lokalnej społeczności staje się nieznośne. Firma intensywnie lobbuje w środowisku miejscowych polityków, wypierając się odpowiedzialności. Sprawa wydaje się trudna do rozwiązania, ponieważ zubożała ludność czuje się bezsilna wobec bogatego kolosa.

Biznesy amerykańskich polityków

Nieklarowność granicy między biznesem a sprawami obywatelskimi i politycznymi w szczególny sposób dotyczy Stanów Zjednoczonych. Amerykanie przyzwyczaili się do tego, że wielki biznes odgrywa znaczną rolę w układaniu spraw w ich kraju, choć od lat oceniają to krytycznie. W USA przedstawiciele wielkiego biznesu sięgają często po najwyższe stanowiska w państwie. Wiceprezydent Richard Cheney był wieloletnim prezesem korporacji Halliburton, nawet sam George Bush, obecny prezydent, przez lata był szefem dużej firmy naftowej Harken Energy. W konsekwencji politycy są często podejrzewani o udział w różnych niejasnych machinacjach biznesowych. Cheney oskarżany jest o faworyzowanie swojej dawnej firmy w przetargach państwowych dotyczących prac w Iraku. Cień padł także na G. W. Busha. Autorytet polityków cierpi na tym. Jak dowodzą badania socjologa Roberta Putnama, społeczeństwo obywatelskie w USA kurczy się, a winą obarczane są nieczyste powiązania polityków z biznesem. W wyborach uzupełniających do Kongresu do urn wybiera się zwykle nie więcej niż trzydzieści kilka procent Amerykanów. W ostatnich wyborach prezydenckich uczestniczyło mniej niż 50% uprawnionych. Podobnie było w kampanii w roku 1996 (48,9%), co oznaczało najniższą frekwencję od 1924 roku.

Olbrzymim problemem jest nasycenie mechanizmu wyborczego i politycznego pieniędzmi. Kampanie z 1992 roku pochłonęły miliard dolarów pochodzących głównie z kas wielkich korporacji, w 1996 roku już 2 miliardy, a kampanie w 2000 roku 3–4 miliardy dolarów. Lista tych, którzy wydają najwięcej pieniędzy na kampanię, w dużym stopniu pokrywa się z listą tych, którzy ostatecznie zostają wybrani. Jon Corzine, były szef znanego banku inwestycyjnego Goldman Sachs, zapewnił sobie fotel senatora, inwestując w kampanię wyborczą ponad 60 mln dolarów. Sięgnięcie po stanowisko burmistrza Nowego Jorku kosztowało multimilionera Michaela Bloomberga około 80 mln dolarów. Jak podaje „Le Monde Diplomatique”, ta suma jest prawie równa wydatkom poniesionym przez wszystkich — było ich ponad 6 tysięcy — kandydatów startujących w wyborach we Francji.

Idea małego państwa

Kolejnym problem jest neoliberalna koncepcja tak zwanego „państwa minimum”. Doświadczenia lat 90. pokazały, że w wielu krajach ideę „małego państwa” przekuwano na praktykę państwa słabego, które nie było w stanie zabezpieczyć słabszych grup społecznych przed silniejszymi albo nie mogło ochronić interesu narodowego danego kraju w realiach globalnej rywalizacji ekonomicznej. Jeśli chcemy szukać gdzieś na świecie „małego państwa” (przyjmując za miarę stosunek wydatków rządowych do dochodu narodowego), to znajdziemy je w najbiedniejszych krajach. Jednak tu właśnie zaczyna się ich problem, ponieważ te społeczeństwa nie potrafią stworzyć sprawnego państwa, które zorganizowałoby przyzwoitą edukację, infrastrukturę, administrację publiczną. Istnieją nawet obawy, że podsuwana najsłabszym krajom ideologia małego rządu utrwala ich biedę i niezdolność do rozwoju. Państwa bogate pozbywają się w ten sposób rywali ekonomicznych.

Przykładem oddziaływania idei małego rządu jest również Polska. Od początku transformacji w kręgach rządzących to popularne hasło sprawiało, że nie byliśmy w stanie dorobić się dobrej edukacji publicznej, dobrych dróg, sprawnej administracji, a publiczna służba zdrowia przestała nawet sprawiać wrażenie, że chce dbać o nasze zdrowie. W zasadzie nastąpił rozpad państwa. Również gospodarka przestaje działać, czego przykładem jest horrendalne bezrobocie i stale powiększające się obszary niedostatku i biedy. Nie twierdzę, że „duży rząd” zmieniłby wszystko, ale w każdym razie pod ideologicznym hasłem „małego rządu” rozumiano zgodę na lekceważenie władz publicznych i ignorowanie prawa. Ideologia zastąpiła myślenie i tworzenie sprawnego państwa.

Michael Novak forsuje ideę „małego państwa”, ponieważ nie będzie ono w stanie ograniczać pola działania dla korporacyjnego biznesu. Jednak, jak pokazały doświadczenia lat 90., wielki biznes pozbawiony kontroli państwa i społeczeństwa stanowi poważne zagrożenie dla wartości obywatelskich i dla samej gospodarki rynkowej. Tkwi w tym pewien paradoks, ale warto uświadomić sobie, że nie wszystko, co jest dobre dla biznesu — szczególnie na krótką metę — jest dobre dla społeczeństwa oraz samej przedsiębiorczości. Novak przekonuje, że „ograniczenie państwa leży w żywotnym interesie przedsiębiorstw”. Nie wątpię w to, ale warto zapytać, czy leży to w interesie dobra publicznego. Pewnym tropem mogą być niewątpliwie ostatnie wydarzenia w USA. Tam okazuje się dzisiaj, że warto było jednak zachować właściwą siłę państwa w stosunku do lobby biznesu. Przykładu dostarczają firmy zajmujące się wykonywaniem sprawozdań finansowych. Otóż przez wiele lat potrafiły one obronić się przed wprowadzeniem państwowych regulacji zapewniających im niezależność finansową od klientów. Miały one służyć wykonywaniu rzetelnych raportów finansowych. Rządowi nie udało się tego przeprowadzić, a efektem była seria skandali korupcyjnych w największych korporacjach (tzw. kreatywna księgowość). Okazało się, że firmy audytorskie godziły się na fałszowanie tych raportów przez klientów chcących „podkręconymi” zyskami zapewniać zwyżki cen akcji na giełdzie. Biznesmeni, wąsko pojmując swoje interesy, narobili szkód gospodarce, ale także sobie samym. Wiele firm zbankrutowało, a część menedżerów wylądowała w więzieniach. Okazuje się zatem, że czasami trzeba bronić kapitalizmu przed kapitalistami. Niektórzy socjologowie od dawna powtarzają, że system ma w sobie ziarna samozniszczenia. Tylko porządna praca ustawodawcza, regulacyjna sprawia, że nic groźnego z nich ostatecznie nie wyrasta.

Co ma być komercyjne, a co publiczne

Lata 90. pokazują, że wskutek nadmiernego odchudzania państwa zachwiane zostały proporcje między tym, co komercyjne, a tym, co publiczne. Tymczasem działalność komercyjna i biznesowa musi mieć swoje jasno zakreślone granice i nie powinna kolidować z funkcjami społecznymi, które mają pozaekonomiczny charakter. Warto spojrzeć choćby na przykład ubezpieczeń emerytalnych, aby się o tym przekonać. Przez kilka powojennych dziesięcioleci istniał społeczny konsens, że będą one finansowane zgodnie z zasadą solidarności między pracującymi i tymi, którzy już przechodzą na zasłużony odpoczynek. Pracujący płacą składki do budżetu państwa, aby sfinansować świadczenia dla emerytów. Z czasem jednak biznes uznał, że na emeryturach można zarabiać. Zaczęło się intensywne lobbowanie w tym kierunku. Pojawiały się publikacje, że zbliża się kryzys emerytalny i państwo nie będzie w stanie finansować świadczeń z powodu zmieniających się proporcji między liczbą płacących składki pracujących a korzystających z nich emerytów. Proporcje rzeczywiście się zmieniają, ale mimo to nie było uzasadnienia do głoszenia kasandrycznych przepowiedni, że publiczny system emerytalny się zawali. Lobbystom chodziło o skomercjalizowanie świadczeń społecznych, aby mogły być przedmiotem działalności biznesowej, w której osiąga się zyski.

Takich przykładów jest dużo. Podobnie jest z publicznymi usługami wodno–kanalizacyjnymi. W wielu krajach oddawano je w prywatne ręce, które miały być efektywniejsze niż publiczne. W praktyce wielokrotnie prowadziło to do ograniczenia dostępu do czystej wody po prywatyzacji, ponieważ ceny rosły. Obecnie nawet Bank Światowy, orędownik idei neoliberalnych w gospodarce przyznaje, że przekazywanie usług publicznych do sektora prywatnego nie rozwiązało problemów, a w wielu wypadkach pogorszyło sytuację mieszkańców licznych krajów.

W latach 90. pod wpływem lobby wielkiego biznesu komercjalizowano kolejne typy usług, które wcześniej pozostawały domeną publiczną. W USA duża część więzień została sprywatyzowana. W prywatne ręce przechodziły nawet oddziały psychiatryczne. Tygodnik „BusinessWeek” udokumentował udział prywatnych firm w wojnie w Iraku. Okazuje się, że odpowiadają one za około 30% operacji wojennych wykonywanych poza frontem walki (np. zaopatrzenie, utrzymanie pracy urządzeń militarnych itp.). Za udział w wojnie płaci im rząd. Mechanizm rynkowy wkracza zatem w nowe specyficzne obszary. Konsekwencją może być to, że chęć osiągania zysków będzie mobilizować firmy do wywierania nacisku na przedłużanie wojny. Firmy zajmujące się więziennictwem mogą być zainteresowane, żeby jak najwięcej ludzi trafiało za kratki, bo od tego zależą ich dochody. Może nic dziwnego w tym, że właśnie w USA w więzieniach przebywa największy odsetek ludzi na świecie. Do dramatycznych sytuacji doprowadziło przekazanie chorych psychicznie w ręce rynkowego mechanizmu. Zaniedbywano chorych w najbardziej niewiarygodny sposób, aby powiększać zyski.

Papież pisze, że rynek jest „najbardziej skutecznym narzędziem wykorzystywania zasobów i zaspokajania potrzeb”. Jednak z wielką mocą podkreśla, że istnieje nowe ograniczenie rynku: „potrzeby zbiorowe i jakościowe, których nie da się zaspokoić za pośrednictwem jego mechanizmów. Istnieją ważne wymogi ludzkie, które wymykają się jego logice. Istnieją dobra, których ze względu na ich naturę nie można i nie należy sprzedawać i kupować”. Jan Paweł II pisze, że grozi nam „niebezpieczeństwo przyjęcia wobec rynku postawy bałwochwalczej, niebiorącej pod uwagę istnienia dóbr, które ze swej natury nie mogą być zwykłymi towarami” (Centesimus annus, 40). Pisząc o przedsiębiorczości, Papież podkreśla, że powinna być ona opatrzona prawem, regulacjami. Mają one służyć temu, aby człowiek był podmiotem gospodarki, a nie przedmiotem sił ekonomicznych.

Warto przytoczyć opinię Amartya Sen, laureata ekonomicznego Nobla z 1998 roku, który powiedział, że gospodarka rynkowa może być naprawdę efektywna, ale nie można oczekiwać, że będzie ona substytutem wielu instytucji publicznych, społecznych, edukacyjnych itp. Obok sprawnego mechanizmu rynkowego potrzebna jest sfera publiczna obejmująca choćby służbę zdrowia czy wymiar sprawiedliwości, która rządzi się innymi prawami.

Nierówny podział owoców

Rynek znakomicie organizuje procesy produkcyjne, wybiera towary, które znajdują akceptację konsumentów, ale warto przy okazji wspomnieć o pewnych dziwactwach. Otóż w USA w ostatnich latach menedżerowie wielkich korporacji zaczęli zarabiać nawet ponad 500 razy więcej niż przeciętni pracownicy! Jeszcze drastyczniejsze różnice płacowe pokazuje prof. Paul Krugman, który pisze, że w ciągu 30 lat przeciętny pracownik mógł cieszyć się zaledwie 10–procentowym wzrostem średniej płacy do kwoty 35,8 tysięcy dolarów w 1999 roku. W tym samym czasie — według magazynu „Fortune” — średnie wynagrodzenie 100 prezesów największych firm wzrosło aż 39 razy do zawrotnej sumy 37,5 miliona dolarów.

Czy mamy wierzyć w doskonałość mechanizmu rynkowego, który tak dzieli owoce wspólnej przecież pracy szeregowego pracownika i jego najwyższego przełożonego? Drugi przykład jest równie mocny, a dotyczy podziału dochodu w branży produkcji kawy naturalnej. Dziennikarka z amerykańskiego dziennika „Boston Globe” starała się dociec, jak to się dzieje, że gwatemalski farmer Santiago Dela Rosa żyje w skrajnej nędzy, podczas gdy miliony dolarów zarabiają ci, którzy sprzedają wyprodukowaną przez niego kawę. Otóż proporcje zysków są takie: za każdy funt (trochę mniej niż pół kilograma) kawy sprzedawanej w USA farmer dostaje poniżej 35 centów, a torebka gotowej kawy kosztuje 8,5 dolara. Można na to spojrzeć jeszcze inaczej. Roczne plony farmera Santiago dela Rosa przynoszą mu blisko 8,5 tysiąca dolarów przychodów przed odjęciem kosztów. Tymczasem, gdy jego ziarna zamieniają się w filiżanki gotowej do wypicia kawy, osiągają wartość aż 750 tysięcy dolarów. Farmer Santiago Dela Rosa mieszka w dwuizbowej chacie, bez elektryczności i toalety, a jego dochód wynosi poniżej dwóch dolarów dziennie. Nie stać go na posłanie dzieci do szkoły.

Zobowiązania etyczne

Specyficzne dla katolickiego podejścia do własności, przedsiębiorczości i rynku jest dodawanie zobowiązań etycznych. W tym ujęciu nie wystarczy mówić o samym rynku. Ociera się to bowiem o deifikację bezosobowego mechanizmu. Jak pisze prof. Johannes Schasching z Papieskiej Akademii Nauk Społecznych, „wolna ekonomia nie jest ślepym mechanizmem funkcjonującym automatycznie, lecz przy całym uwzględnieniu praw gospodarki konieczne jest wysokie poczucie odpowiedzialności osobistej i społecznej”. Warto też pamiętać, że nawet Adam Smith, ojciec ekonomii, domagał się ograniczenia stosowania praw rynku tam, gdzie nie mógł on skutecznie działać. Na przykład chciał wprowadzenia górnego pułapu oprocentowania pożyczek, ponieważ pobierano wówczas od nich nadmierne procenty, co sprawiało, że wielka część kapitału kraju nie trafiała do rąk ludzi, „którzy najprawdopodobniej użyliby go w sposób opłacalny i pożyteczny”, i była oddawana tym, „po których można spodziewać się, że go zmarnotrawią i zniszczą”.

Poglądy Smitha stały się oczywiście źródłem naiwności w podejściu do rynku, która w minionej dekadzie cechowała najczęściej neoliberalizm. W każdym razie autor Badań nad naturą i przyczynami bogactwa narodów twierdził, że wystarczą egoistyczne dążenia, aby ukształtował się optymalny porządek gospodarczy i społeczny, ponieważ działa niewidzialna ręka rynku. Smith pisał: „Nie od przychylności rzeźnika, piwowara czy piekarza oczekujemy naszego obiadu, lecz od ich dbałości o własny interes. Zwracamy się nie do ich humanitaryzmu, lecz egoizmu”.

Smitha tłumaczy czas, w którym tworzył swoją teorię. Dzisiaj trudno już w ten sposób definiować wartości leżące u podstaw gospodarki. Mamy bowiem do czynienia już nie z gospodarką dóbr naturalnych, ale gospodarką opartą na ludzkiej wiedzy i sprawności intelektualnej. Amartya Sen, laureat ekonomicznego Nobla, podkreśla, że „chociaż kapitalizm często uważa się za ustrój, którego jedyną podstawą jest powszechna chciwość, to skuteczne działanie gospodarki kapitalistycznej zależy w istocie od istnienia i funkcjonowania potężnego systemu wartości i norm, a rozbudowana etyka kapitalizmu w znacznym stopniu przyczyniła się do jego wspaniałych osiągnięć”.

Zanik w latach 90. pewnych odruchów moralnych w gospodarce sprawił, że w wielu krajach pomimo wzrostu gospodarczego widzieliśmy zaostrzenie problemów społecznych. Był to skutek, mówiąc językiem encykliki Laborem exercens, powrotu „błędu pierwotnego kapitalizmu”.

Koszty i inwestycje społeczne

Sądzę, że w Europie Zachodniej miała miejsce bardziej udana próba wyważenia roli państwa i mechanizmów rynkowych niż w USA. Rynek został obudowany większą liczbą regulacji, które ucywilizowały gospodarkę, dzięki czemu udało się ją bardziej zdemokratyzować i pozbawić najbardziej rażących niesprawiedliwości. Zadbano o szerszy dostęp ludzi do dóbr publicznych, jak służba zdrowia czy edukacja. W sensie ekonomicznym są to kosztowne rozwiązania, ale przyniosły one niesłychany rozkwit materialny Europy Zachodniej.

W krajach unijnych nie mówi się tylko kosztach rozwiązań socjalnych, ale także o kosztach braku stosownej polityki i pomocy społecznej. Eksperci Komisji Europejskiej oceniają, że brak właściwych regulacji w tym zakresie kosztowałby około 2 bilionów euro rocznie (12–20% dochodu Unii). Wyrażałoby się to w kosztach zaniedbań zdrowia pracowników i straconych dni w pracy, słabej edukacji i utraty konkurencyjności gospodarczej, w kosztach walki z przestępczością i powstania grupy ludzi, która nie jest w stanie uczestniczyć w rynku pracy. Pomoc społeczna nie oznacza tylko kosztów, ale przede wszystkim inwestycje i aktywa. To wyraz wiary w człowieka. I to na różne sposoby działa, choćby w formie większego ładu społecznego i spoistości. Warto przyjrzeć się problemowi przestępczości. Otóż w Stanach Zjednoczonych, w których system pomocy społecznej prawie nie funkcjonuje, w więzieniach przebywa około 700 osób na każde 100 tysięcy obywateli, natomiast w Niemczech więzionych jest około 90 osób, w Danii — 65, w Szwecji — 59, w Belgii — 86.

System pomocy społecznej w Unii Europejskiej sprawia, że z biedy udaje się wyciągnąć około 100 mln osób. Gdyby jedynie rynek rozstrzygał o dochodach, wówczas 40% unijnych rodzin — czyli 150 mln ludzi — musiałby żyć poniżej progu biedy (mieliby dochody niższe, niż wynosi połowa średniej płacy w danym kraju). Tymczasem w USA ocenia się, że około 30% społeczeństwa żyje w warunkach relatywnej biedy. Około 44 mln osób nie ma ubezpieczenia zdrowotnego, jeszcze więcej nie stać na ubezpieczenie emerytalne. Ponad 25 mln osób ma taki dochód, który uprawnia je do korzystania z talonów na żywność.

Czasy postsolidarności społecznej?

Michael Novak może mieć jednak powody do zadowolenia, ponieważ państwo socjalne kurczy się. Już wiele lat temu Jürgen Habermas, niemiecki filozof, miał wątpliwości, czy państwu wystarczy władzy, aby móc nadal ingerować w wolnorynkowy mechanizm gospodarczy w celu realizowania programu społecznego (zmniejszanie nierówności, pełne zatrudnienie, powszechnie dostępna służba zdrowia itp.). Z kolei Johannes Schasching, członek Papieskiej Akademii Nauk Społecznych, mówi o narastającym kryzysie europejskiego systemu społecznego, z powodu zaniku konsensu, na którym oparte było powojenne państwo socjalne na Zachodzie. Mówi, że weszliśmy w okres postsolidarnościowy, co ma związek z głęboką zmianą systemu wartości w Europie. „Przeciętny Europejczyk zakochany jest… sam w sobie”. W wieku wybujałego indywidualizmu nie ma miejsca na wspomaganie słabszych i gorzej dostosowanych ekonomicznie. Politycy wykorzystują to nastawienie do redukowania wydatków na cele społeczne.

Zachodnie państwa socjalne muszą ulec i już ulegają modernizacji, ale dzieje się to w kontekście poważnego kryzysu moralnego. Rodzi to poważne groźby na przyszłość. Coraz trudniej zbudować jakikolwiek konsens społeczny zakładający realizowanie pewnych celów społecznych. Silniejsze ekonomicznie grupy społeczne mają tendencję do wypierania się odpowiedzialności i ochoczo korzystają ze swojej przewagi. Wobec tego rośnie grupa ludzi zdeklasowanych i pozbawionych perspektyw. Jan Paweł II pisze w Centesimus annus: „demokracja bez wartości łatwo się przemienia w jawny lub zakamuflowany totalitaryzm”. To samo można będzie powiedzieć o gospodarce, że może stać się zakamuflowanym totalitaryzmem, jeśli nie będzie jej towarzyszyć respekt dla wartości osobowej człowieka. Gospodarka pozbawiona moralnych barier może stać się dla przeciętnych ludzi swoistym jarzmem. Może stać się nim codzienny strach przed utratą zatrudnienia, przed przeniesieniem miejsc pracy tam, gdzie przedsiębiorcy mogą zredukować koszty, bo znajdą takich, którzy nie są w stanie się bronić i za grosze będą sprzedawać swoją pracę, za którą nie są w stanie wyżywić rodzin. Dla Novaka będzie to pewnie ręka rynku, a dla ofiar totalitarne zniewolenie przez przemożne siły tego świata. Biedni indyjscy rolnicy postawieni oko w oko z koncernem Coca–Cola czują się jak mrówki przy słoniu. Nie są bowiem w stanie obronić środowiska swojego życia, które jest dotkliwie niszczone.

Między biznesem a odpowiedzialnością
Andrzej Zybała

urodzony w 1966 r. – absolwent Instytutu Filozofii Uniwersytetu Warszawskiego, polski politolog, doktor habilitowany nauk społecznych, były dziennikarz („Wprost”, TVP), doktorant ISP PAN, zajmuje się zagadnieniami sfery publicznej....

Produkt dodany do koszyka

Zobacz koszyk Kontynuuj zakupy

Polecane przez W drodze