Jak rodzi się miłość w miejscu, w którym umarła

Jak rodzi się miłość w miejscu, w którym umarła

Oferta specjalna -25%

Ewangelia według św. Jana

0 opinie
|
Wyczyść
Dodaj do koszyka

Jeden z braci bardzo chciał pojechać do Galilei, ponieważ zbliża się czas jego powrotu do Polski. W ostatnim momencie się rozchorował i został w klasztorze. Tego samego dnia do Galilei Hezbollah posłał 10 rakiet. I jak tu nie wierzyć w anioły.

15 lipca 2006 – sobota

Nocny lot do Izraela był przepiękny. Widoki, jakich jeszcze nie widziałem: ciemne włoskie ziemie i migoczące greckie wyspy. Cudowne! Wszystkie nadmorskie miasta i wioski, mieniąc się, zarysowują granice lądów. Kawałek dalej potężna nieokiełznana burza z piorunami atakująca cywilizację. Szczęśliwie nad nami sklepienie z wiecznymi gwiazdami, wschód księżyca… miałem myśli filozoficzne, przyznaję się. Przy tym wszystkim cieszyłem się jak dziecko. W końcu dolecieliśmy do wybrzeży Izraela. Najpierw widać tylko blask, niebywały blask. Cała, ziemio, promieniałaś! Nikt nie oszczędza elektryczności, wszystkie autostrady są oświetlone.

Drogę do Jerozolimy przespałem. Na dzwonek furty czekał już francuski dominikanin, który specjalnie na tę okoliczność nauczył się mówić: „Dzyń dybry!”, i powtórzył je przez domofon pięć razy.

16 lipca 2006 – niedziela

Nie ma się co oszukiwać, że to Miasto Pokoju. W „Wiadomościach” pokazują je bardzo brutalnie, wspominają tylko o porwaniach, zamachach i bombach. To margines życia, ciągle obecny. Kilkadziesiąt kilometrów na północ trwa izraelska ofensywa, naloty na Bejrut, giną ludzie, latają ślepe rakiety Hezbollahów. Przyzwyczajam się do życia w kraju wojny… nie mogę w to uwierzyć.

Duchowe doświadczenie tego miasta jest przedziwne. W Bazylice Grobu Pańskiego oniemiałem, odebrało mi mowę i myśli, wiedzę i wspomnienia. Nie przyszedłem do tej ziemi piechotą, nie pielgrzymowałem prawdziwie. Odczuwam wielki brak z tego powodu, bo nie miałem czasu się przygotować. A jednak gdzieś głęboko jest we mnie pewność, że już długo zmierzałem do tego celu, to chroni ciszę.

Trudno mi się modlić. To Miasto, te ulice, te kamienie. Pismo Święte stało się zbyt dosłowne. Wszystko przecież stało się gdzieś za rogiem, byłem tam dzisiaj, w tym miejscu chodził ON i apostołowie, modlili się Tutaj. Nie umiem tego ogarnąć. Czy to spowszednieje?!

Arabowie są cierpliwi i wytrzymali na upokorzenia. Muzułmanie noszą w sobie pewną szlachetność, dumę wynikająca z mieszkania w Świętym Mieście AlQuds. Wspaniale świętują. Prawie codziennie w dzielnicy arabskiej (w której jest nasz klasztor) są wesela, a co to za wesele bez fajerwerków! Do wybuchów też trzeba się przyzwyczaić. Pomimo to wiadomości z dnia są szokujące: kilkaset metrów od klasztoru znaleziono 5 kg trotylu, w jednej z bram Starego Miasta rozbrajali człowieka z granatem. Wczoraj przed nosem zamknęli nam ulicę, ponieważ leżał bezpański plecak. Chwilę później przyjechali saperzy i ich amerykańskie roboty…

Nikomu o tych bombach nie opowiadajcie, proszę. Rodzice i tak się martwią. Pan Bóg nas chroni w zagłębieniu swych dłoni.

17 lipca 2006 – poniedziałek

W Bazylice Pustego Grobu natrafiłem na pielgrzymów ubranych w kolorowe sari. Ich modlitwy były zapisane literami arabskimi. Wszyscy zdjęli nie mniej kolorowe buty (klapki) przed wejściem do Grobu. Taki prosty gest, a tak wymowny. Chyba nawet nie byli chrześcijanami. Czuć paruzję – taki dziwny zapach.

18 lipca 2006 – wtorek

O godzinie 18 w Bazylice Grobu odprawiana jest ostatnia katolicka msza. Kiedy przyszedłem, nieszpory franciszkanów już się kończyły, a nieszpory Ormian właśnie się rozpoczęły. Liturgia trwa nieustannie, a czasem wręcz równolegle. Wszystkie grupy pielgrzymów celebrują tutaj Eucharystię z Niedzieli Zmartwychwstania. Dziś msza była po węgiersku. W sumie było chyba z pięć kazań, każde kolejne wygłoszone z większym entuzjazmem. To dopiero są przeżycia z Centrum Świata, nieprawdaż?!

Dobrze, że nie jestem pierwszym, który zmaga się z pielgrzymowaniem do tej ziemi. Na dachu naszego klasztoru École Biblique czytałem dziś o świętych starożytności, którzy modlili się w tych samych miejscach, kontemplowali tajemnice kamieni, patrzyli na to samo niebo… Niebo.

Brak mi już słów. Dlatego nie opowiem, jak smakuje wielbłąd.

19 lipca 2006 – środa

To jednak nie był wielbłąd. Dałem się nabrać.

Jest tutaj więcej świątyń niż w Krakowie. A jednak jest to możliwe! Naprzeciwko naszego klasztoru są dwie: katolickiego kościoła syryjskiego oraz meczet. Czasem się zdarza, że muezin wzywa na modlitwy, dzwony biją w kościołach, a pomiędzy maszerują ortodoksyjni Żydzi. Jeśli po kimś nie widać, jakiej religii jest wyznawcą, to znaczy, że najpewniej nie jest stąd.

Ciągle powraca pytanie, jak się modlić, kiedy przecież tutejsze skały słyszały śpiew Boga. To mnie przerasta. Jak mamy czelność w ogóle śpiewać?!

20 lipca 2006 – czwartek

W klasztorze mieszkają sami naukowcy. Ogromna biblioteka, studenci, atmosfera podniosła, jak przystało na środowisko z wieloma tytułami. Jeden z tutejszych domowników śmiał się, że powoli zaczyna brakować tematów do badań biblijnych, więc sugeruje np. taki: „Dlaczego Morze Martwe jest martwe?”.

Wieczorem kolejne spotkanie z Golgotą i ze Zmartwychwstaniem. Pełen spokój. Grecka świeczka, wschodni ukłon, pocałunek zwykły. Naucz mnie, Panie, pokutować! Jak rodzi się miłość w miejscu, w którym umarła?

22 lipca 2006 – sobota

Grzegorz z Nyssy powiedział, że przyjeżdżając [pielgrzymując] do Jerozolimy trzeba mieć czyste serce. Spotkanie z Ziemią Świętą je już tylko uświęca…

Jestem pod wielkim wrażeniem tutejszego kalendarza liturgicznego. Wczoraj w Kościele było wspomnienie św. Jeremiasza, proroka i męczennika. To NASZ męczennik, tego KOŚCIOŁA, przed jakimkolwiek formalnym aktem założenia Kościoła! Dzień wcześniej było bodajże wspomnienie Ezechiela. Tutejszy biskup, tzn. patriarcha Michał, jest Arabem rodem z Nazaretu.

Po południu byliśmy w Betlejem. Kraj jest w stanie wojny z Libanem, więc nie ma wielu turystów, mogłem spokojnie pobyć w kaplicy – Grocie Narodzenia. Sam na sam z Gwiazdą. To jest miejsce, na które po raz pierwszy Bóg popatrzył ludzkimi oczami: tamci ludzie, te skały – wszystko w jakiś sposób stało się święte.

Sama podróż na trasie Jerozolima – Betlejem jest bardzo smutna. To, co Izrael zgotował Palestyńczykom… Na szczęście Pan to widzi, bo zna to miejsce bardzo dobrze i już nie chodzi o zemstę, ale o anawim, o tych ubogich błogosławionych. Ewangelia i całe Pismo w tym miejscu wciąż się spełnia. Nie straciła na ważności ani jota.

23 lipca 2006 – niedziela

O 7.30 msza celebrowana przez ks. Emile’a Puecha – jednego z największych znawców rękopisów z Qumran. Odprawia ją od kilkudziesięciu lat o tej samej porze w naszej Bazylice św. Szczepana.

Wybraliśmy się do rezerwatu Engedi. Piękna zielona dolina pośród pustyni, wokół wodospadów. Spotkaliśmy tam wielu Judejczyków łamiących dokładnie wszystkie zakazy, które sami ustanowili dla tego Parku Narodowego. Zwierzęta są bardzo oswojone. Najbardziej spodobały mi się góralki, czyli takie chomiki wielkości kota, według naszego tłumaczenia Pisma są to borsuki skalne. Na żywo też są śmieszne. Potem udaliśmy się na brzeg Morza Martwego. Pływanie w tym rosole o konsystencji kisielu jest całkiem zabawne. Po wyjściu trzeba dużo pić, bo woda uchodzi z człowieka przez skórę. W drodze powrotnej przejeżdżaliśmy obok Qumran. Dość ekscytujący widok. Grota nr 4 wygląda tak, jak na okładkach wszystkich książek o rękopisach znad Morza Martwego, niesamowite.

Do Jerozolimy trzeba się wspinać. Bezlitosne dla silnika samochodu 1188 m na przestrzeni 25 km.

Wieczorem modlitwa w intencji papieskiej: o pokój. Tutaj powinna być obowiązkowa. Pokój to dar, cud. Nigdy wcześniej go nie doceniałem.

26 lipca 2006 – środa

Nasz „parafialny” meczet naprzeciwko ma chyba nowego muezina. Człowiek śpiewa głosem trąby, jeśli nie trąbity. Niebywałe. W sumie to coś analogicznego do hejnału mariackiego w naszym krakowskim klasztorze: też słychać go wszędzie i o każdej porze. Różnica polega na tym, że muezin śpiewa zawsze inaczej, chyba że to CD, co wcale nie jest takie rzadkie.

27 lipca 2006 – czwartek

Po południu zaplanowałem spacer po mieście. Przy Bramie Damasceńskiej zobaczyłem większe niż zwykle tłumy. Wojsko otoczyło Stare Miasto bramkami. Setki ludzi koczujących pod murami: dzieci wracające ze szkoły, kobiety z siatkami pełnymi zakupów, mężczyźni po pracy… Siedzieli bezsilni. Łączyło ich to, że są Arabami i że chcą wrócić do domu. Żołnierze nie potrafili sprecyzować powodów blokady.

29 lipca 2006 – sobota

Już dwa tygodnie, jak oderwaliśmy się od Polski. Oswojenie tego miasta nie jest takie proste. Każdy tęskni za przyjaźnią z Nim, ale to bardzo trudne, bo miasto to też ludzie. Na dodatek Jerozolima oprócz kamieni i ludzi to wielkie i intymne uczucia: to religia. Wszystko naznaczone jest szlachetną ofiarnością – najbardziej szczerą, na jaką stać człowieka. Każdy chce, aby Jerozolima była prawdziwie widzialnie święta. Piękna o każdej porze: kiedy wstaje, kiedy kwitnie i krzyczy, kiedy zasypia na krótką chwilę.

30 lipca 2006 – niedziela

Nie ma chmur, chyba przestały istnieć. A w Polsce najgorętszy lipiec od 270 lat. To dopiero zbieg okoliczności.

Mieszkam w Jerozolimie. Tak, mieszkam, bo dwa miesiące w jakimkolwiek klasztorze to przecież nie są wakacje.

W nocy w Bazylice Grobu Pańskiego poznałem mnicha koptyjskiego. Abuna Maxim ma długą czarną brodę, na głowie kaptur w złote krzyżyki. Jest serdecznym Egipcjaninem. Modli się za nas dniem i nocą. Nic więcej.

31 lipca 2006 – poniedziałek

Dziś Jerozolima jest pusta: rano, w południe i wieczorem. To się nigdy nie zdarza. Nikt z domowników klasztoru nie pamięta czegoś takiego. „Strajk” Arabów po masakrze w Kanie. Spacer po Świętym Mieście jest wstrząsający. Nic się nie rzuca w oczy, prócz smutku. Nie ma na to słowa – „strajk” lub nawet „żałoba” to stanowczo za mało. Poczucie, jakby zginął ktoś z rodziny i nie wiadomo, co teraz robić. Bezwładność przeradza się w bezczynność.

Chodziłem dziś po Placu Świątynnym. Wraz ze swoimi wszystkimi meczetami wygląda – jak napisał w przewodniku Murphy O’Connor OP – czcigodnie. Nie ma lepszego słowa. Na tym placu został zburzony mur oddzielający dziedziniec wiernych od pogan – wrogość, o którym pisał św. Paweł. To najczystsze miejsce w Jerozolimie.

1 sierpnia 2006 – wtorek

Na jednej z uliczek minął mnie trzykołowy wózek z sześcioma workami kawy. Kawałek dalej na straganie kopy herbaty, trzy kroki i już w nozdrza wbijają się przyprawy… bakalie… owoce… chińskie tenisówki… Kapuściński miał rację: Europa słabo pachnie.

2 sierpnia 2006 – środa

Msza święta w Jerozolimie. Tutaj też dominikanie mają tradycję dynamicznej modlitwy. To bardzo pasuje do Bliskiego Wschodu. Bracia stojący w stallach (także celebransi) na każdą orację odwracają się na wschód, czyli zgodnie z kierunkiem starożytnej nawy. Na Confiteor w dwóch chórach zwracają się twarzą do siebie, na słowa Ewangelii w stronę ambony, do ołtarza zaś w czasie całej Modlitwy Eucharystycznej. Najpiękniejsze jest to, że po przyjęciu Ciała i Krwi Pańskiej na modlitwę po komunii znowu kierują się na wschód. Mając w sobie Zadatek Życia Wiecznego, oczekują na powtórne przyjście Mesjasza w chwale (Żydzi i Muzułmanie także oczekują Go ze wschodu). Pierwszy raz odczułem, że główny celebrans za ołtarzem jest zwrócony w przeciwnym kierunku.

3 sierpnia 2006 – czwartek

Stara Jerozolima bardzo mocno obwarowana, ustawiono nie tylko płotki, ale też bramki. Tak zostanie już do końca tygodnia: dziś, ponieważ jest izraelska rocznica zburzenia Świątyni, w piątek z okazji „niedzieli” muzułmanów, w sobotę – „niedzieli” Żydów, w niedzielę, to oczywiste, przynajmniej dla nas.

Jeden z braci bardzo chciał pojechać do Galilei, ponieważ zbliża się czas jego powrotu do Polski. W ostatnim momencie się rozchorował i został w klasztorze. Tego samego dnia do Galilei Hezbollah posłał 10 rakiet. I jak tu nie wierzyć w anioły.

Oratio Jeremiae Prophetae, czyli modlitwa z piątego rozdziału Księgi Lamentacji, brzmi całkiem inaczej na tej ziemi. Brzmi całkiem inaczej niż wczoraj, niż przed tygodniem. To tutaj Jezus powiedział: Szalom alehem! – Assalamu alajjkum! Panie, powiedz to jeszcze raz, proszę!

4 sierpnia 2006 – piątek

Bracia wrócili z wycieczki do Jerycha. Przede wszystkim są pod wrażeniem kałaszy, które nosili żołnierze Hamasu. Opowiadali, jak sprawdzanie paszportów odbyło się bez ich otwarcia. Palestyńczycy przechadzali się z nimi po placu wystarczająco długo, żeby Izraelczycy z sąsiedniego checkpointu zobaczyli, że Filistyni równie dokładnie i długo trzymają turystów.

5 sierpnia 2006 – sobota

Dotarliśmy do Wieczernika akurat w momencie, kiedy modlili się tam charyzmatyczni franciszkanie – nielegalnie i cicho z obawy przed żydami opiekującymi się tym miejscem. Bardzo sprawnie „powtórzyli” Pięćdziesiątnicę.

6 sierpnia 2006 – Niedziela

Przemienienie Pańskie. Dobry dzień. Przywitałem się z ogrodnikiem – muzułmaninem, który dziś jeździ na swojej kosiarce, bo to już drugi dzień pracy jego tygodnia. Jeździ na zielonej kosiarce typu „Prosta historia”. Przesympatyczny człowiek.

7 sierpnia 2006 – poniedziałek

O godzinie 17.00 w naszej bazylice odbywa się ekumeniczne nabożeństwo w intencji pokoju. Dużo ludzi, wzruszających słów i modlitwy. Zachwycił mnie śpiew Kościołów orientalnych (Syryjczyków, Etiopczyków, Koptów, Ormian). Usłyszałem najpiękniejszą Ewangelię w życiu. Ojciec Shim’on Jan z Kościoła Syryjskiego Prawosławnego zaśpiewał ją po arabsku. Nie zrozumiałem ani słowa, ale jasne było, że to jest żywe słowo.

8 sierpnia 2006 – wtorek

Święto Ojca Dominika. Pierwszy prezent od naszego założyciela to pochmurny dzień, o który po prostu się modliłem. Na dodatek temperatura spadła do ok. 20 stopni. Przez okno wpada do celi arabski hiphop.

11 sierpnia 2006 – piątek

Atmosfera jest dość napięta. To reperkusje wczorajszych zamachów w Wielkiej Brytanii. Do tego morderstwo w Bramie Kwiatów (Heroda) dokonane wczoraj wieczorem. To całkiem niedaleko od nas. Zginął młody Włoch, skrytobójca uciekł.

Policji i wojska na ulicach dziś więcej niż w inne piątki. Muzułmanie wyciągnęli z szaf „kościółkowe” ubrania i idą na modlitwy (tak jak w każdej religii tylko niektórzy). U nas w arabskiej dzielnicy z głośników płyną płomienne kazania, rzewne śpiewy…

Wieczorem, kiedy napięcie opada, atmosfera w mieście się rozluźnia. Ludzie na dachach swoich domów rozpoczynają kolację. Alhaja helua! Razem z braćmi podziwiamy wschód księżyca nad Górą Oliwną, podświetlony meczet Kopułę Skały.

12 sierpnia 2006 – sobota

Dziś msza w kościele Dominus Flevit na Górze Oliwnej. Kaplica w kształcie łzy w miejscu bizantyjskiego kościółka. Celebrowanie Eucharystii w takich miejscach podobne jest do codziennego odmawiania Kantyku Zachariasza albo Pieśni Magnificat: wyciągnięte z kontekstu Pisma teksty nabierają nowego znaczenia, różne okresy liturgiczne, wspomnienia i uroczystości nadają im nową barwę, modlitwa żyje swoim życiem. Te same słowa „Błogosławiony Pan, Bóg Izraela” inaczej brzmią w adwencie, inaczej w Boże Narodzenie, a jeszcze inaczej w Wielki Piątek.

13 sierpnia 2006 – niedziela

Zaczynamy mszą z samego rana w kaplicy na Golgocie. Jest niedziela, a my celebrujemy mszę o ukrzyżowaniu. Wszystkie tajemnice łączą się w jedną.

14 sierpnia 2006 – poniedziałek

Zwiedzamy Cezareę Nadmorską w pierwszy dzień rozejmu między Izraelem i Libanem. To niesamowite, jak w jednej chwili cała napięta atmosfera opada. Wszystko powoli wraca do normy. Nikt się tutaj nie oszukuje, że ten rozejm jest tylko dlatego, żeby wszyscy poczuli się zwycięzcami. Na froncie powiedzieli sobie „Do zobaczenia wkrótce!”. Za to sumienia USA i Europy są całkowicie usatysfakcjonowane. Jest wreszcie umiłowany pokój, który w rzeczywistości nie ma z nim nic wspólnego. Ale atmosfera jest naprawdę inna i pewnie pozostanie taka przez kilka najbliższych dni. My jedziemy nad upragnione Morze Śródziemne i tylko wracające nad brzegiem wojskowe helikoptery transportowe przypominają nam o kończącym się etapie wojny.

15 sierpnia 2006 – wtorek

Pustynia. Od dawna słyszałem, jak woła. Trudno rozeznać, czy to syreni śpiew czy powołanie. Trzeba wyruszyć i się przekonać. Wspólnie z braćmi poszliśmy przez Pustynię Judzką do Herodionu – letniej rezydencji i zarazem fortecy Heroda Wielkiego. Pustynia jest fascynująca… od pierwszego wejrzenia. Wzywa, woła, przyciąga, ale kiedy już tam się jest, to człowiek chce szybko uciec. Nie rozumiem tego.

16 sierpnia 2008 – środa

Zielona Galilea czekała na nas bardzo długo. A my na nią. Tabor, Nazaret, Tabhga (miejsce rozmnożenia chleba). W Kafarnaum podziwialiśmy pozostałości komory celnej św. Mateusza przy odgłosach wojennych wybuchów. Konsternacja była naturalna: wojna przecież się skończyła, tereny przygraniczne jednak potrzebują „uporządkowania”!

Prosiłem o nawrócenie i Pan mnie wysłuchał. I znowu nie było przygody, tylko zwykły hiobowy gnój.

23 sierpnia 2006 – środa

W sumie nic się nie dzieje, siedzimy… tzn. dzieje się najwięcej, tylko nie umiem opisać.

27 sierpnia 2006 – niedziela

Dwie historie dnia:

Pierwsza. Jedziemy do klasztoru mniszek Hortus Conclusus na dnie suchej doliny. Późne popołudnie, w wiosce całkiem cicho, wszyscy zebrali się na jakiejś uroczystości, to chyba muzułmańskie wesele. Jedziemy stromą uliczką obok tłumu mężczyzn (kobiety bawią się w domu, osobno). Przyglądają się nam złowrogo, co wszystkich stresuje. Kiedy wracamy tą samą drogą, czuć niepokój, jakieś poruszenie w tłumie. Nagle ktoś zaczyna krzyczeć i uderzać w samochód ręką. Atmosfera gęstnieje, zatrzymujemy się.

Pierwsza rozpoznała go jedna z sióstr pracujących w klasztorze École. Wcale nie było to łatwe, bo do pracy w ogrodzie nigdy nie przychodził w garniturze. Nasz ogrodnik żenił dziś swojego siostrzeńca. Zostaliśmy zaproszeni na wesele, obdarowani słodyczami, zaopatrzeni na drogę, ubogaceni ludzką serdecznością.

Druga historia miała miejsce o godz. 23 na wąskich uliczkach Jerozolimy. Od początku klimat był abstrakcyjny. O tej porze, niezależnie od dzielnicy, spotyka się dużo dzieci. Całe rodziny chodzą na spacery, na placach zabaw jest głośno i wesoło. Ortodoksyjni Żydzi idą pod Ścianę Płaczu. Arabscy chłopcy kultywują street football, jak to w każdym kraju na świecie bywa. Natomiast ciemnookie żydowskie dziewczynki ubrane na czarno spacerują w kilkunastoosobowych grupkach, co dodaje nocy uroczego mroku. W tym samym czasie na ulicę pełną dzieci i ortodoksów wyszła nie mniej ortodoksyjna prawosławna mniszka. I nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego, gdyby nie pies, którego trzymała na smyczy. Tak naprawdę to ledwo trzymała, zwłaszcza kiedy pies – ewidentnie zmęczony życiem mniszym – rzucił się na pierwszego lepszego kota, których w Jerozolimie jest więcej niż szczurów w Warszawie. Mniszka prawie wpadła do śmietnika, ale nagle pies zmienił zdanie i postanowił zmierzyć się z czymś większym. Przechodził akurat młody, pobożny Żyd z pejsami do pasa. Mniszka z całej siły się zaparła, aby przytrzymać psa, który zaczął wyglądać bardzo groźnie. Judejczyk w pierwszej chwili przestraszył się i przyspieszył. Po chwili jednak gwałtownie zawrócił i rzucił się w stronę psa, warcząc, krzycząc, machając rękami. Tym razem czworonóg już tylko wyszczerzył zęby i warczał, cofając się. Nikt nie krył satysfakcji z oglądania takiego widowiska. Wszyscy byli zadowoleni z ról, które na chwilę przybrali. Rozbawiona całą sytuacją mniszka z psem poszła w swoją stronę, a Żyd w swoją. Dziewczynki chichotały dalej, piłka w grze… Tylko my staliśmy w osłupieniu.

8 września 2006 – piątek

Wyruszyliśmy wcześnie rano do Galilei, żeby obejść Jezioro. Zaraz po śniadaniu wsiedliśmy do autobusu nr 963. Thomas, mój współtowarzysz, jest wytrawnym misjonarzem, który spędził ostatnie 20 lat w Peru, a teraz rozpoczyna dominikańską posługę w Kenii. Połowa pasażerów autobusu to wojskowi, połowa wojskowych to nastolatki, ale wszyscy mają przy sobie długą broń. To duże przeżycie, zwłaszcza że oni traktują broń jak długopis. Może dlatego, że są przyzwyczajani do jej widoku od dzieciństwa.

Wysiadamy w Tyberiadzie i od razu startujemy wzdłuż brzegu do Tabhgi, gdzie przenocujemy u franciszkanów. Słońce pali niemiłosiernie, jezioro wygląda bardzo zachęcająco. Dla Żydów jest to wczasowisko: strzeżone plaże, dziesiątki motorówek i jeszcze więcej skuterów wodnych. I tak wędrujemy pośród plantacji bananów i mango.

Zanim zaszliśmy do franciszkanów (Kościół Prymatu Piotra), odwiedziliśmy po sąsiedzku benedyktynów w kościele rozmnożenia chleba i ryb. To jest taki kościół, z którego nie chce się wychodzić, w którym każdy kamień, każdy kamyczek mozaiki woła o modlitwę, o Liturgię.

Franciszkanie, w osobie jednego staruszka z wielką białą brodą, byli jak zawsze bardzo gościnni. Odprawiliśmy piękną mszę w kaplicy na brzegu jeziora. Zjedliśmy resztki chleba, siedząc nocą nad wodą, gdzie Piotr wyznał Jezusowi wszystko, gdzie Pan powiedział mu, że nie zawsze chodzi się tam, gdzie się chce. Jezioro się uspokoiło. Zaczęły się pojawiać gwiazdy, światła Tyberiady i innych malutkich wiosek wzdłuż brzegu i na górach. Zza masywu konfliktogennego Golanu wynurzył się wielki pomarańczowy księżyc. Ogarnął nas pokój.

9 września 2006 – sobota

Wstaliśmy znacznie wcześniej niż słońce. Byliśmy już na wysokości Jordanu, kiedy pojawiło się nad wzgórzami. Świeże powietrze unoszące się nad szuwarami, orientalne ptaki, tuziny skalnych borsuków, gaje bananowe. Na jeziorze rybacy, ci sami od tysięcy lat. Różaniec z tajemnicami tego miejsca: Jezus udaje się na nocną modlitwę, przeprawia się na drugi brzeg, rozmnaża chleb… Akatyst dziękczynny męczenników z Podlasia. Romantycznie do czasu, kiedy się jest na terenie parku narodowego, potem zaczynają się komercyjne plaże. Okazało się, że niektóre z nich dla pieszych pielgrzymów są za darmo.

Wracamy podwiezieni przez parę Izraelczyków. Trochę zmieszani przyznali się na samym początku, że nic nie wiedzą o chrześcijaństwie. Na szczęście znali Qumran, więc dało się tłumaczyć życie zakonne.

Wieczorem odprawiliśmy dziękczynną mszę i senne uwielbienie. Znowu się przekonałem, że jest za co.

13 września 2006 – środa

Przed południem i po południu spacerowałem po mieście. Trzeba się powoli żegnać, więc zwiedzałem miejsca, których jeszcze nie widziałem. Zapaliłem też świeczkę w Pustym Grobie w intencji wszystkich czytelników moich notatek.

W nocy leżałem na Jerozolimskim Dachu i patrzyłem w Niebo. Gdzieś w dali słychać było piosenkę otwierającą płytę Farat Anny Marii Jopek. Klucz polskich gęsi przeleciał w stronę Egiptu. Były pod i prześwietlone przez światło Świętego Miasta.

14 września 2006 – czwartek

To naprawdę już koniec. Wcale nie było łatwo, ale może przez to jeszcze piękniej. Nie miałem pojęcia, że tak bardzo polubiłem te uliczki. Idąc na procesję do Bazyliki Grobu, mijałem tych co zawsze. Procesja wzruszyła mnie jeszcze mocniej. Przełożony franciszkanów nie odpuścił ciasta i cocacoli, na które tyle razy mnie już zapraszał.

To miejsce przemienia, nie wszystkich i nie automatycznie, nigdy jawnie czy zewnętrznie – zawsze niepostrzeżenie. Bo Grób jest rzeczywiście pusty, Jezusa tam nie ma, On jest znacznie bliżej. To takie proste, ale niektórych trzeba przysłać aż tutaj, żeby tego doświadczyli.

Jak rodzi się miłość w miejscu, w którym umarła
Stanisław Nowak

były dominikanin....