O powodach irytacji

O powodach irytacji

Czasem się irytuję. Ponieważ piszę ten tekst w pociągu, to pozwolę sobie wskazać na trzy podróżnicze sytuacje, w których bywam wkurzony. Niekiedy przydarza mi się nieszczęście siedzieć w przedziale obok kogoś, kto ma na uszach słuchawki, z których płynie bliżej nieokreślony jazgot. Jestem tolerancyjny – niech osobnik niszczy sobie słuch, jeśli chce, ale dlaczego zmusza mnie do słuchania wyjątkowo irytującego dudnienia? A tak przy okazji, czy ktoś mógłby wymyślić takie słuchawki, które pozwolą miłośnikowi, np. techno słuchać „na full”, a jednocześnie nie ranić dźwiękiem otoczenia?

Druga sytuacja związana jest z dyskomfortem podróżowania w towarzystwie ludzi, którzy wesoło i głośno coś sobie komunikują, przy czym ich podstawowym środkiem wyrazu jest przerywnik na „k” oraz czasownik na „p” (z różnymi przedrostkami). Nie tak dawno przyszło mi siedzieć w przedziale z parą młodych ludzi. On czule ją obejmował, a jednocześnie sypał słowami uważanymi za ordynarne. Najdziwniejsze, że dziewczynie w ogóle to nie przeszkadzało. Jeśli się pobiorą, to czy w ten sposób będą ze sobą rozmawiać w domu?

Trzecia sytuacja dotyczy Warsu. Na dłuższych trasach zdarza mi się zajść do wagonu restauracyjnego, by pokrzepić się żurkiem i pierogami. Irytuje mnie, gdy wszystkie miejsca są zajęte, bo przy stolikach siedzą pasażerowie cwaniacy. Choć już dawno skonsumowali, nie wracają na swoje miejsce w przedziale, gdyż stoliki restauracyjne ułatwiają pracę z komputerem lub czytanie prasy.

Mimo wszystko lubię jeździć pociągami. Tak naprawdę irytuje mnie jeden fenomen – nagminne stosowanie w różnych dziedzinach życia społecznego podwójnych (albo potrójnych) kryteriów oceny. Podobne sytuacje i postawy oceniamy różnie w zależności od tego, czy chcemy kogoś wyśmiać, czy też pochwalić. Punkt widzenia zależy od punktu siedzenia – to stara i dość oczywista maksyma. Wszak istota ludzka jest ograniczona i nie ma boskiej możliwości widzenia wszystkich aspektów rzeczywistości. Tyle, że owa zależność myślenia od siedzenia staje się tak dogłębna, iż przekreśla jakąkolwiek sensowną rozmowę w przestrzeni publicznej. Z drugiej strony coraz częściej dzieje się tak, że nie słuchamy oponenta, tylko przypisujemy go do określonego siedzenia, przy czym są siedzenia z definicji słuszne i niesłuszne.

Rozumiem, że politykom partyjnym trudno o obiektywizm i że po prostu nie mogą sobie na niego pozwolić. Nie po to wymyślono demokrację i tzw. wolne wybory, aby jakiś rząd przyznawał się do błędów i wskazywał na sukcesy swoich poprzedników. Szczególnie w demokracji medialnej, w której ogromną rolę odgrywa tzw. PR, polityk nie może sobie pozwolić na zbytnią szczerość na temat słabości własnej formacji. Musi natomiast mieć w zanadrzu zgrabne skojarzenia i puenty, którymi w stosownej chwili, czyli przed kamerami, uderzy w oponenta i zyska poklask widzów. Rozumiem polityków, ale wściekam się, gdy podobnie postępują niby profesjonalni, bezstronni obserwatorzy. Są wśród nich tacy, którzy starają się opisywać i analizować rzeczywistość. Większość jednak to kiepscy moraliści, którzy kierując się przede wszystkim swymi nieuporządkowanymi uczuciami, ograniczają się do wyrażania oburzenia i prawienia złośliwości skierowanych przeciwko tym, których nie lubią. Św. Ignacy z Loyoli w swoich Ćwiczeniach duchowych każe najpierw podjąć wysiłek uporządkowania własnych uczuć, a dopiero potem dokonania takiego czy innego wyboru. Jeśli bowiem uczucia pozostają w nieładzie, to zamiast racjonalnego myślenia pojawia się uleganie impulsom. Wielu politykom i politycznym komentatorom przydałby się wgląd we własne uczucia i próba ich uporządkowania.

Podwójnym standardom służą słowa wytrychy. Jeśli ktoś po chamsku pluje na Kościół, to dziennikarze, którzy nie lubią księży, będą mówili, że ktoś taki jest być może kontrowersyjny, ale chwała mu za to, że porusza odważnie trudne tematy. Jeśli natomiast ktoś ostro skrytykuje islam, to ci sami dziennikarze nazwą go – zgodnie z polityczną poprawnością – ksenofobem, nacjonalistą i faszystą. Inne słowa, które często służą jako wytrychy, to m.in. nietolerancja, antysemityzm, homofobia, prozelityzm, za Europą, przeciwko Europie. Do arsenału podwójnych kryteriów należy również przymiotnik „skrajny”. Poglądy oponenta są zawsze skrajne. Obama, który popiera aborcję prawie w każdej postaci, eksperymenty na ludzkich embrionach itd. jest przedstawiany jako umiarkowany i rozsądny. Zaszokował mnie film na YouTube (http://www.youtube.com/watch?v=iiz4tfjSuPc) pokazujący starego, katolickiego księdza, który na amerykańskim Uniwersytecie Notre Dame został aresztowany, gdy szedł z dużym krzyżem, protestując przeciwko nadaniu Obamie doktoratu honoris causa przez ten – podobno – katolicki uniwersytet. A sprawna propaganda wmawia nam, że aborcjonista Obama jest tolerancyjny, a staruszek ksiądz, widzący w ludzkim płodzie człowieka, jest nietolerancyjny i trzeba go zakuć w kajdanki, żeby nie sprawił przykrości mesjaszowi z Białego Domu. Podwójne standardy i słowa wytrychy!

O powodach irytacji
Dariusz Kowalczyk SJ

urodzony w 1963 r. – jezuita, profesor teologii, wykładowca teologii dogmatycznej, profesor Wydziału Teologii Papieskiego Uniwersytetu Gregoriańskiego w Rzymie. W latach 2003-2009 prowincjał Prowincji Wielkopolsko-Mazowieckiej Towarzystwa Jezusowego....