Suma smaków

Zdjęcia. Z czasem posłużą jako lufcik do innego świata. Wtedy, gdy pod Wawelem i Mariacką Wieżą zalegnie na długie miesiące śnieg. Zdjęcia są dobre, pokazują drugą część świata. Pewnie nieco podrasowaną, odpowiednio uchwyconą w kadrze, tak by wywoływała nostalgię i tęsknotę, wzmagała pragnienie kolejnych odwiedzin. Są pomocą dla duszy na trudny czas.

Więc niech osoba o tym gadająca
Nie mówi „Asyż”, bo to wyraz płaski,
Niech powie: „Wschód”,
chcąc prawdę rzec do końca.

Raj, Dante Alighieri

Podróż do Włoch, element wychowania w naszej kulturze – pisał przed laty Wojciech Karpiński. Choć przecież nie te czasy, gdy pakowało się kufry i walizy do wielkiej wyprawy przez Paryż, potem Alpy do Toskanii. Dziś dzieli nas zaledwie półtorej godziny, krakowskie Balice i rzymskie Fiumicino. Nim zdążymy pomyśleć, zastanowić się choć chwilę, już otacza nas nowe, iskrzące się kolorami, narzucające się wyobraźni; wypełnia nasz wzrok i słuch. Szybko.

Reszta jednak pozostaje ta sama, tak jak dawniej jest pokarmem dla duszy, a pewnie i dla ciała. Włochy były, są i pewnie zawsze będą elementem kręgosłupa kultury i europejskiego myślenia, także polskiego myślenia. Merton napisze, że jeżeli Kościół kładł taki nacisk na czynnik sztuki w swojej modlitwie publicznej, to dlatego że zdawał sobie sprawę, jak potrzebne jest prawdziwe i gruntowne wyrobienie estetyczne dla całości kultu i życia chrześcijańskiego. Zarówno liturgia, śpiew, jak i sztuka kościelna miały służyć kształtowaniu i uduchowianiu świadomości człowieka, miały nadawać mu pewien ton i dojrzałość, bez których modlitwa nie może mieć szerokich horyzontów ani też być głęboka i czysta.

Stajemy się nieczuli na te sygnały, skutecznie unieszkodliwiamy je naszym ruchliwym intelektem. Nikt już nie celebruje wędrowania i podróży. Choćby z powodu szybkości przemieszczania. Droga jest tylko krótkim antraktem między kolejnymi wyzwaniami. Nawet chrześcijańskie pielgrzymki, otulone siecią zależności komórkowych, sprawne w osiąganiu swoich celów, więcej niosą w sobie turystyki niż spotkania z miejscami naznaczonymi świętością. Przemierzanie kilometrów, „zaliczanie” świętych, celebracja przy kolejnych grobach. Nie mam żalu, myślę raczej, że za szybko pomijamy tę lekcję, przeskakujemy rozdział, którego brak utrudnia potem czerpanie satysfakcji ze szczegółu. Byliśmy, widzieliśmy; filmy, zdjęcia, reszta wina w butelce. Zdaje się, że dotykamy, ale nie rozumiemy, czego dotykamy. Zgrabne frazy przewodnika składają się na banalne historie. Szybko chcemy posiąść obcą ziemię, choćby Asyż, zgodnie z wytycznymi bedekera – Klara, Franciszek, San Damiano, może jeszcze kilka punktów do zaliczenia. Stosujemy te same techniki, wierząc, że spełnienie nakreślonych, pewnych warunków nam to ułatwi. Łudzimy się, nawet o tym nie wiedząc. Prawda rzeczy i historii zamkniętej w nich wyzwala się w ciszy i pokorze. Tak, pokorze! One same przemówią do nas, gdy podejdziemy do nich, odsuwając na bok wszelkie oczekiwania – te duchowe i te estetyczne.

Franciszek z przepaści

Asyż. Niezmienny. Jak dawniej włożyłem głowę w fontannę przed św. Klarą, jak dawniej siadłem w tej samej ławce, patrząc na Giotta. Jest w tym sporo gorzkiej prawdy – „Najtrudniej powściągnąć łapczywość w kosztowaniu miejsca. Zachować spokój, zatrzymać się na detalu i kontemplacji, a nie iść za wrażeniami wyskakującymi spod świadomości jak lamparty” (Merton).

Mieszkam w klasztorze kapucyńskim. Przyjęli mnie bez zbędnych pytań. Potraktowali jak swojego, od zawsze. Dali w rękę brewiarz, posadzili za stołem. Opowiadają o swoich problemach. Zwyczajni w gestach i zachowaniach. Naturalnie pomijali różniące nas habity i języki. Beztroski śmiech. Podkpiwanie podczas posiłków. Głupie dowcipy. Codzienność, prosta, bez zadęcia i chowania pod dywan.

Obrazy Włoch Muratowa. Lektura obowiązkowa, choć waży swoje. W ostatniej chwili, zmagając się z dopuszczalnymi kilogramami plecaka, poświęciłem dla niej dodatkową parę butów. Bez urazy, opłacało się. Jego zapiski, sprzed stu lat, nie straciły na aktualności. Może nawet wyostrzyły się z czasem. Jako historyk sztuki zdaje się bardzo powściągliwy w okazywaniu emocji, a jednocześnie trudno nie zauważyć, że tyle mówi o swoich wrażeniach. Ma twarde spojrzenie na rzeczywistość, bez specjalnego upiększania. Zwłaszcza w tropieniu ducha Franciszka ma niezwykle świeże uwagi. Zdaje się, że rozumiem dlaczego…

Wystarczy pójść na szczyt Rocca Maggiore i popatrzeć na drugą stronę doliny. Nie w dół, gdzie przyczepiony jest Asyż, Maria od Aniołów i pozostałe miasteczka, ale właśnie w drugą stronę. Ogromne zaskoczenie. Strome góry, lesiste, z wcinającymi się skałami, zaledwie kilka dróg samochodowych gubiących się między nimi. Właśnie o tym wspomina Muratow – odludne szczyty Casentino, nagie skały Alverno. To tam, kilka kilometrów w głąb masywu jest Eremo delle Carceri, gdzie – jak enigmatycznie podaje przewodnik – Franciszek odpoczywał i modlił się. Sam pośród skał. Dziś to wygląda dziko, a wtedy? To zderzenie z okrutnym majestatem gór pozwala skonfrontować się z rzeczywistością, w której docierał się duch Franciszka, pustelnika, dalekiego od spędzania czasu w powabnym i gościnnym Asyżu. Muratow pisze: „Wszystko blednie w porównaniu z pustelnią Alverno. Asyż to franciszkanizm w rozkwicie, tu natomiast można ujrzeć głębokie korzenie tego ruchu, owe przepaści, z których wznosił modły do Boga i tylko jedno określenie może nam tu przyjść na myśl – to przerażające”.

* * *

Perugia. Całość na stromych zboczach, setki schodów, w górę i w dół. Większość kamienic zakrytych ogromnymi płachtami, stoi w remoncie. Podobnie jak kościoły, z których można dostrzec jedynie rąbek fasad i drobne szczegóły, wystające spod cerat. Krążąc po uliczkach miasta, znalazłem mały sklepik spożywczy o swojsko brzmiącej nazwie – „Bangladesch” – w którym ubrana w sari sprzedawczyni mówiąca łamanym włoskim sprzedała mi butelkę wody.

Pałac Priorów, jeden z najokazalszych budynków użyteczności publicznej we Włoszech, z szeregiem okien, z których podobno zrzucano na ulicę skazanych na śmierć. Wydaje się niedostępny, dobrze komponuje się z ciasnym, kamienistym placem i szarymi kamienicami wokół. Może to pozostałość szorstkich wieków historii, bo najpierw narodzili się tu biczownicy, potem nastała familia Baglionich, która lubowała się w zadawaniu cierpień swoim przeciwnikom politycznym, potem uwikłano miasto w walki gwelfów i gibelinów. W lokalnym muzeum znajduję długie szpikulce, na które nabijano głowy złoczyńców.

Przerażający strażnicy

Florencja. Święty Marek i freski Fra Angelico. Siedziałem przed nimi, nie wierząc, że to na wyciągnięcie ręki. Małe cele, z małymi oknami, w każdej bardzo dobrze zachowane malowidła. Wzruszenie, tutaj, u Świętego Marka, ja – dominikański szczeniak, łączyłem w sobie dawne z nowym. Zdawało mi się, że my tylko przez grzeczność czerpiemy ze źródła bez dna. A jeszcze tyle czeka na ponowne przemyślenie.

Postscriptum. Nieco dalej cela Savonaroli, kilka pamiątek po nim. Fragmenty rękopisów. Czuć pewną, porywczą rękę. Włosienica, dawne biurko, egzemplarz Pisma. Po prostu, bardzo zwyczajnie. Może nawet zbyt zwyczajnie, jak na osobę, która gromadziła na swoich kazaniach w katedrze po kilka tysięcy wiernych. Może mu dzisiaj gębę dorabiamy?

Smak szczegółu: wyimek z przewodnika: „Santa Maria Novella był florencką siedzibą zakonu dominikanów, przerażających strażników XIII–wiecznego katolicyzmu”. Zatem, mój drogi, witaj w klubie „przerażających strażników”…

* * *

Popołudnie w Asyżu. Na dachu klasztoru znajduję taras, na którym pomiędzy słupami suszy się pranie. „Tomasz urodził się w porze, kiedy dojrzałe jabłko spada ze stukiem na ziemię w ciszy popołudni”, pisał o takich godzinach Miłosz w Dolinie Issy. Nie mogłem się napatrzeć. Widoki wciągają, miękkie światło koło piątej odsłania cały jej urok. Ulotne cienie, załamujące się na dachówkach kamiennych domów, widziane przez cienką zasłonę powietrza i wąskie stojące rzeczki. Osobliwa skłonność ludzkiej duszy (Muratow) szuka tu dawno utraconej niewinności, do której nie przestaje tęsknić duch człowieka. Tyle pisze o widokach z Asyżu, podobnych do mojego dziś.

Osobliwości tego krajobrazu to długie doliny – szerokie, rozpięte między łańcuchami wciąż jeszcze dzikich gór. Jak choćby Monte Subasio, strzelające prawie dziewięćset metrów w górę (Asyż ma niewiele ponad czterysta). Potem spokojne rzeki, pola ze starymi wierzbami i rzędami cyprysów układającymi się w mury dzielące własności. I oliwne gaje posiwiałe od słońca i winnice na stokach, aż po horyzont. Teraz, w czasie upałów, ogromne armatki wodne przesuwają się wzdłuż winnic, by nadrobić zaległości pogodowe. Kombajny spokojnie zwijają zboża w ogromne sześciany.

Zaledwie kilka dróg, z łatwym dostępem do centrum Umbrii – Perugii. I cisza, dalekie echo samochodów, perkozy w drzewach cykające wraz z nastaniem wieczoru coraz mocniej. Mówią Umbria Mistica, bo dotknęli jej Franciszek i Benedykt, Klara i Rita, i Weronika z Città di Castello i Jakub z Todi. Mówią terra dei Santi, bo aura mimowolnie nastraja do myślenia w innej perspektywie. I obrazy – te zapadają pod powieki na całe noce. Pomimo lat, które upłynęły, lekka srebrzysta mgiełka nad ziemią nie straciła uroku, a żyjący w jej cieniu mieszkańcy zdają się oddychać dawnym rytmem, mało zważając na turystów, którzy są dla nich dodatkiem do krajobrazu.

Pokusy nawróconego playboya

Asyż, u świętego Damiana. Franciszek po wyjściu z więzienia w Perugii miał tu usłyszeć: „Idź, odbuduj mój kościół”, co potraktował dosłownie, sprzedając ojcowski sklep i na Piazza Del Comune porzucając swoje ubranie. To może brzmi dziwacznie i trąci brakiem odpowiedzialności, ale nie mnie oceniać świętych. Chodzi raczej o tę dosłowność i jasność w odpowiedzi na pierwsze wezwanie, które potem prowadzi na drodze duchowej, w coraz głębszej relacji z Bogiem.

Co było dalej – niewielu wspomina. Po momentach radosnego pielgrzymowania na Franciszka spada ciężar próby. Gdy ćwiczy się w cnocie w okolicach Sarteano, dopadają go wspomnienia, osacza pamięć, mierzy się z pokusami. – Nim wkroczył na drogę kontemplacji, był typem dzisiejszego playboya – powie o Franciszku papież Benedykt podczas spotkania z księżmi diecezji Albano. Odważna papieska fraza chwyta problem w całej okazałości. To tej porzuconej dawnej drogi uchwycą się pokusy. Franciszek, walcząc z nimi, biczuje się węźlastym sznurem i półnagi rzuca w śnieg. Albo lepi siedem bałwanów ze śniegu i krzyczy do nich: „Patrz, ta gruba to twoja żona, a tych czworo to twoje dzieci, dwaj synowie i dwie córki, a znów ci dwoje to służąca i służący. Patrz, giną z zimna, ubierz ich jak najszybciej, a jeżeli nie możesz tego uczynić, biedny Franciszku, ciesz się, że nie musisz troszczyć się o nikogo poza Panem Bogiem”. To wpisuje się w znak rozpoznawczy wielowiekowej tradycji mniszej, zamkniętej w skardze Antoniego Pustelnika: Chcę być zbawiony, pokusy nie odstępują, nie wiem, co mam czynić? Odpowiedź nie zmienia się od lat. Zajmij się samym sobą.

Przerzucam na moment most nad Alpami i zaglądam do Kaplicy Wawelskiej, gdzie Jadwiga słyszy przed krzyżem: „Czyń, co widzisz”. Tylko tyle. Ta odpowiedź jest najlepszym podręcznikiem modlitwy, nieobcym Franciszkowi, który w swojej pochwale Stworzenia splata podskórnie rytm codziennego życia i rytm modlitwy. Zanim więc zachwycimy się kazaniami do ptaków, przemianą cierni w róże albo rozmową z wilkiem w Gubbio, zatrzymajmy się na mistycznych dowodach życia w obecności Boga, które pojawiły się na ciele Franciszka w przepaściach Alverno. Dowodach swoistej „Bożej terapii”.

Miłosierdzie pokutników

Spoleto. Na starej rzymskiej Via Flaminia, miasto świętych gajów. Od czasów renesansu miastem rządziła rodzina Borgiów, ze słynną księżną Lukrecją (osadzoną na książęcym tronie w wieku dziewiętnastu lat przez papieża Aleksandra VI, notabene jej ojca), która dzięki Wiktorowi Hugo weszła do historii jako trucicielka i nierządnica. Za jej czasów miasto przeżyło swój ostatni wielki rozkwit, by potem powoli pogrążać się w prowincjonalnym marazmie, aż do czasów współczesnych, kiedy na nowo odkryto jego architektoniczne walory. Lukrecja dzięki swojemu kontrowersyjnemu bratu Cezaremu znalazła się na półce z innym „kolorowymi” biografiami. Rocca zbudowana przez Borgiów stoi do dziś i wrzyna się w błękitne niebo swoimi basztami, do niedawna służyła za mieszkanie Ali Agcy.

Trudno lepiej sobie wyobrazić kościelne miasto z czasów średniowiecza niż w postaci mnóstwa małych, starych domków, bezładnie cisnących się wokół ogromnych fasad katedry i kościołów. Albo długich niekończących się murów, które otaczały niegdysiejsze klasztory. Co nieco z tego zostało, choć miasto w przypływie słabości zrównał z ziemią Fryderyk Barbarossa w XII wieku. Później po trzydziestu latach się zreflektował i w ramach przeprosin ofiarował miastu wiszącą do dziś w katedrze, piękną ikonę Matki Bożej z Dzieciątkiem.

W katedrze – freski Filippo Lippi. Zmarł zaraz po ich ukończeniu – rzekomo otruty za uwiedzenie dziewczyny z miejscowej rodziny arystokratycznej. Pomimo burzliwego życia pozostał otoczony czcią i szacunkiem mieszkańców, a jego nagrobek, zaprojektowany przez syna, znajduje się w katedrze.

Città di Castello. Grób świętej Weroniki Giuliani. Pozostawiła bodajże sześć tomów dziennika dostępnego także po polsku. Jak każdy mistyk, obdarzony stygmatami, nosi w sobie niezrozumiałą dla nas tajemnicę wybrania i świętości. Patrzyłem na kłodę drewna, którą wiązała sobie u szyi, albo na kamień, który wkładała sobie pod język, wierząc, że taka właśnie była jej droga. To inna wiedza od tej, którą mam ja. Inna wiedza o poście, wstrzemięźliwości, posłuszeństwie przełożonej. Różne są dary i posługiwania. Dziś słyszeliśmy w drugim czytaniu, że ten, który jest pierworodnym wobec każdego stworzenia, w tym stworzeniu odciska swój obraz. W każdym inaczej. Adrienne von Speyer, szwajcarska mistyczka, napisze, że nawet nie wiem, ile miłosierdzia spływa na ziemię przez tych, którzy czynią pokutę.

* * *

Asyż, u Świętej Klary. W bocznej kaplicy pod krzyżem, który pokłonił się Franciszkowi, cykl fresków ewangelicznych. Jest jakaś groza śmierci w scenie centralnej – zdjęciu z krzyża. To zaledwie kilka pociągnięć pędzlem, nawet nie widać twarzy. Ciało Jezusa opada bezwładnie w ciemność, na barki Nikodema. Bezbronny i obnażony, bez życia i sił w mięśniach. Jakby zwalał się na Nikodema. Zastygłe w niemej modlitwie postaci pod krzyżem. Nie ma w tym krzty dynamizmu, a jednak trudno zaprzeczyć, jak wiele się dzieje i jak bardzo osobiste jest to przeżycie dla stojących wokół krzyża. Obok złożenie w grobie, żałoba pełna skupienia, zastygającego na twarzach. I zmartwychwstanie. Wzrok Jezusa przyjacielski, ale z elementem nakazu. Jakby mówił: Ja wstępuję do nieba. Ale wy idźcie dalej, bo teraz wszystko może zacząć się naprawdę.

* * *

Klęczniki w klasztornej kaplicy. Nie przestaje mnie to zadziwiać, że na tak małej przestrzeni, jaką w tym domu jest kaplica, można zmieścić tyle różnych książek. Tak rzadko używanych, pożółkłych, zatłuszczonych, zakurzonych. Leżących gdzieś pod ścianą i powtykanych gęsto w wąskie półki. Są brewiarze, zarówno w wersji skróconej, jak i podstawowej. Są wydania psalmów w przeróżnym układzie i wyborze. Pismo Święte w dowolnym języku, wydanie ograniczone do jednej Ewangelii, albo dwóch. Każdy klęcznik mógłby opowiedzieć historię swojego „właściciela”. Najbardziej zastanawia mnie jeden, nigdy nieużywany, w który wtłoczone są w kolejności: modlitewnik po polsku – Jezu, ufam Tobie, włoski komentarz do Koranu i wprowadzenie do Księgi Hioba Gianfranco Ravasiego. Pyszne zestawienie. Wszystko to pod okiem Tabernakulum, w zakopiańskim stylu rozbłyskującej szarotki.

* * *

Orvieto. W diecezjalnym muzeum dwie elektryzujące Madonny z Dzieciątkiem Martiniego. Wzrok postaci zdystansowany, oczy z wyraźnym wpływem orientalnym, lekko skośne. Różowe policzki Maryi i małego Jezusa nieco wstydliwe. Róż przydaje kredowobiałym twarzom odrobinę życia. Na bocznym obrazie jednego z poliptyków święty Paweł trzyma swoje listy. Na pierwszym planie Ad Roman – Mistrz się zagalopował w kaligrafowaniu liter i nie starczyło mu miejsca, a małe koślawe „s” doczepione jest w rogu tytułu i śmiesznie wygląda.

Błogosławieni nieskrępowani regułami

Opowieści o świętych. Historie pisane przez pobożnych autorów, którzy lekceważyli gramatyczne zasady, prawdopodobieństwo wydarzeń i z zacięciem nadużywali słów o „Bogu”, „Jezusie”, „miłości” i „świętości”. Historie różne: te o cudownych wskrzeszeniach i te o poście w piątki już od kołyski, a także o płaszczach, na których przepływali rzeki i za pomocą których obłaskawiali zwierzęta. Historie naiwne, grzeczne, a niejeden zgryźliwy powie – to dla panien z pensji. Pisane na miarę swoich czasów, często zasobności uczynnych sponsorów, a w końcu z poczuciem pośmiertnego przysłużenia się chwale bohaterów. To mnie irytowało od zawsze. Byłem zwolennikiem społecznej krucjaty w celu oczyszczenia przedpola, poukładania rzeczywistości – tak jak Pan Bóg przykazał. Buntowałem się, bo komu to służy, a nam wszystkim przyprawia gębę miłośników folkloru i bajkopisarzy. Co z tym zrobić, jak potem, w dorosłym życiu, wyjść z tego z twarzą?

Zdarzyło się, notuje Tomasz Celano, biograf Franciszka, gdy Święty rozpoczął gromadzić wokół siebie braci w pierwszej wspólnocie w Rivotorto koło Asyżu. Pewnej nocy, gdy dochodziła północ, a wszyscy spali, jeden z braci zaczął krzyczeć – „Umieram! Umieram!”. Na to wszyscy poderwali się z łóżek z bojaźnią i drżeniem. Święty zapytał – „Kto to był, kto powiedział te słowa?”. „To ja” – odpowiedział ów brat. „Co się dzieje?” – zapytał Święty. Na co tamten odpowiedział – „Umieram z głodu”. Słysząc te słowa, Święty wstał, przygotował posiłek i by ów brat nie czuł wstydu z powodu spożywania posiłku w samotności, siadł z nim za stołem podobnie jak inni bracia i jedli wszyscy wspólnie.

Aż prosi się dopisać jakiś umoralniający finał – „Błogosławieni czystego serca”, lub „Byłem głodny a daliście mi jeść”, albo najlepiej – „Jeśli by kto mówił: Miłuję Boga, a brata swego nie nawiedził, jest kłamcą”. To finał godny historii o Franciszku. Ale czy o to chodzi? Może w natłoku fantastycznych historii o cudach i niezwykłościach kryje się prawda o czasach trudnych, które wymagały takiej otoczki obrazów, czasach, gdy trzeba było przechować pamięć, choćby naiwnie, nie myśląc „po naszemu” o tym, czy wyjdzie się z twarzą. A może to rachunek sumienia z samym sobą, konfrontacji z ideałami pierwszych założycieli, rzut oka, jak daleko już jesteśmy od pierwszego zachwytu. Historia powyższa, podobnie jak kilka innych, które przytacza Celano, tchnie radosnym chrześcijańskim optymizmem. Tam, gdzie chodzi o ratowanie drugiego, przebaczenie czy współczucie, Franciszek nie boi się zostawić wszystkiego i iść z pomocą. W swoim zachowaniu jest niezwykle wolny i… no tak, tak trzeba napisać, irytująco nieskrępowany, regułami i zasadami, byleby tylko ratować współbrata. Nade wszystko to też wyzwanie rzucone nam, ukąszonym kartezjańską dociekliwością, tym, którzy chcieliby zamknąć Boga w schematach na swoją miarę. W swoich oswojonych horyzontach znanych i bezpiecznych od dziecka.

Owdowiały pan młody

Pociąg do Todi. Rano, bardzo wcześnie. Żeby zdążyć, wstaję przed czwartą, pakuję do plecaka resztki wczorajszej kolacji i zbiegam po schodach jeszcze ciemnego o tej porze Asyżu. Docieram do stacji, gdy zza Monte Subasio wychyla się słońce i oświetla peron. Do Asyżu dotrze za jakieś pół godziny.

Stacja kolejowa w Todi przypomina Sandomierz. Do miasta jest siedem kilometrów, z daleka widać górę, na którą trzeba wejść. O siódmej przychodzi właściciel stacji, jednocześnie sprzedawca w sklepie. Sklep jest wędkarski, a jedynie na marginesie jest kasą biletową. Właściciel mówi, żeby poczekać, bo o siódmej jest autobus na górę, ale dlatego że czeka na inny pociąg, codziennie się spóźnia jakieś dziesięć minut.

Miasto stygnie po wczorajszym dniu. Robię zdjęcia, przeglądam się w witrynach, piję kawę z termosu i pod pomnikiem Garibaldiego podjadam zrobione na szybko kanapki. Na ścianie jednej z kawiarni pożółkłe fotografie Elizabeth Taylor. Tu kręcono fragmenty Kleopatry.

Jacopone da Todi. Chluba miasteczka, franciszkanin, zmarł, gdy miał 25 lat. Jest park jego imienia, jest ulica i plac, a nawet kafeteria. Historia, którą przeczytałem, jest taka. Jakub wziął ślub, ale podczas wesela pod gośćmi miała zawalić się podłoga, grzebiąc większość weselników, razem z panną młodą. Historia tyleż tragiczna, co sentymentalna. Czy prawdziwa? Kto wie? Po tej tragedii miał wstąpić do zakonu i napisać arcydzieło muzyczne wszystkich wieków Stabat Mater… W żadnej z książek, które przeglądałem w tutejszej księgarni, nie znalazłem potwierdzenia tej historii. Uczynna pani pilnująca kościoła San Fortunato, gdzie złożone są szczątki Jakuba, przytakuje, choć nie do końca jest przekonana, czy rzeczywiście napisał utwór po śmierci żony, bo nie wie, czy jakakolwiek była.

Wieczór. Z ojcem Vittorio wdrapujemy się na taras domu. „Wieje!, widzisz, dominikanin! Wieje! – mówi z entuzjazmem. – Będzie chłodniej!”. Tak. Idzie wiatr od Toskanii. Doliną. Na razie tylko przekrzywia drzewa. Wracam do celi i z radością wyrzucam okiennice na zewnątrz, uderza mnie podmuch wiatru, jeszcze ciepłego, ale już czuć chwilę oddechu dla nas wszystkich zmęczonych tym tygodniem. Przegryzam pomidora z siostrzanego ogródka, palce wycieram o framugę.

* * *

Dwudziesty drugi lipca. Data wymowna. Akurat niedziela, choć wtedy niedziel nie było w oficjalnym obiegu. Ale dzień wolny akurat na to, żeby zrobić zakładową wycieczkę albo grzybobranie, albo po prostu ognisko. Ten relikt przeszłości o manifeście ludowej władzy i meandrach polskich historii próbowałem wyłuszczyć przyjaciołom ze Stanów. Czym na przykład była Polska lubelska i dlaczego mimo to wybuchło powstanie w Warszawie. Chyba nie udało mi się znaleźć odpowiednich słów. Ich wiedza dotyczyła głównie pochodu dat znacznie późniejszych: sierpień ’80, Wałęsa, Papież i rok ’89. Po moim wywodzie pytali mnie, czy 22 lipca to było takie święto narodowe, jak u nich 4 lipca, i czy były wtedy dwie Polski. Zaprzeczam stanowczo, ale potem dodaję, co zupełnie miesza im w głowach, że dla wielu było czymś na kształt narodowego święta, a dla innych dniem narodowej tragedii… Znajduję potem wiersz Jerzego Ficowskiego:

Moje pokolenie wystrzelane za młodu Występują jeszcze rzadkie okazy Np.: ja Można nas poznać po tym, że Nasłuchujemy salwy która nas zastrzeli Z pewnym opóźnieniem Wszelako dzięki przytępieniu słuchu Do egzekucji nie dochodzi I przekraczamy bezkarnie granicę XX wieku Np.: ja Dziwiąc się, że obok nikogo

* * *

Zdjęcia. Z czasem posłużą jako lufcik do innego świata. Wtedy, gdy pod Wawelem i Mariacką Wieżą zalegnie na długie miesiące śnieg. Zdjęcia są dobre, pokazują drugą część świata. Pewnie nieco podrasowaną, odpowiednio uchwyconą w kadrze, tak by wywoływała nostalgię i tęsknotę, wzmagała pragnienie kolejnych odwiedzin. Są pomocą dla duszy na trudny czas. Przypominają. Wyjeżdżam z Asyżu i sam jeszcze nie wiem, ile Asyżu zapadło we mnie. W drodze powrotnej zadziała filtr pamięci, który zostawi te najważniejsze chwile – te mniej ważne odezwą się same wtedy, gdy przyjdzie ich czas. Zabieram więc trochę Umbrii ze sobą, owego umbra, cienia oliwnego drzewa, ale i cienia Monte Subasio. I jeszcze kawałek nagrzanych kamieni ze Spoleto i Perugii, błyszczących fasad Orvieto i Florencji. Zabieram smak pasty i zapach wina na opuszkach palców, także słońce w okiennicy. Jak w filmach Kusturicy zabieram spotkania ze szczęśliwymi ludźmi. Ich zmagania, codzienność, uśmiechy, naprawdę piękne. Suma miejsc, rozmów, spojrzeń i gestów była najważniejsza w tej podróży. Bez niej byłbym tu obcy. A tak byłem jak w domu. W końcu zabieram zapach świętości tej ziemi. Nie wiadomo, kiedy i jak się nim przesiąka.

Ale przecież to nie koniec. Chyba że ten, o którym pisze Bazyli Wielki do Grzegorza z Nazjanzu – że przecinam związki sympatii i zdaję się na Boga. To nie koniec, wszystko trwa dalej, wzywa do dalszej drogi. A jeżeli była w tym podświadoma głupota pragnienia czegoś więcej, wydestylowała się z czasem, obeschła i już nic nie znaczy.

Suma smaków
Roman Bielecki OP

urodzony w 1977 r. – dominikanin, absolwent prawa KUL i teologii PAT, kaznodzieja i rekolekcjonista, od 2010 redaktor naczelny miesięcznika „W drodze”, Prowincjalny Promotor Środków Społecznego Przekazu, autor wielu wywiadów, recenzji filmowych i literackich, publicysta, aut...