Uczeń muszli

Cees Nooteboom, Drogi do Santiago, przeł. Alicja Oczko, W.A.B. Warszawa 2007, s. 404

„Na miejscu wynajmę samochód i w poprzek, przez całą szerokość Hiszpanii, albo zbaczając na bezdroża, po raz trzeci w życiu pojadę do Santiago de Compostella. Nie będzie to dla mnie, jak dla innych, pielgrzymka do apostoła, lecz raczej do dawnego, mglistego »ja«: podejmowanie akordu, który przebrzmiał” – pisze Cees Nooteboom, a ja czuję się już kupiony. Zatem wyruszamy do Hiszpanii! Nęci mnie zarówno podwójny cel podróży – ten akord, który przebrzmiał, odbija się i we mnie dalekim echem – jak i jedno z najważniejszych miejsc pielgrzymkowych średniowiecznej Europy. Martwi mnie jednak przewodnik. Czy mogę zaufać niderlandzkiemu artyście, poecie i pisarzowi, którego podróż do Santiago de Compostella prawdopodobnie nie ma końca? Początek podróży, czyli tekst Przez Aragonię do Sorii otwierający zbiór szkiców, reportaży i esejów zamknięty w Drogi do Santiago, opatrzony jest co prawda datą 1981, ale ostatni – Przybycie do celu – pozbawiono jakiegokolwiek osadzenia w czasie. Po drodze, przez Hiszpanię i przez ponad 400 stron książki Nootebooma, padają różne daty, z których najwcześniejszą, jak się okazuje – niemal w połowie lektury! – jest rok 1979, a najpóźniejszą rok 1992. A kto by nie znudził się tymi łamigłówkami, musi być przygotowany na solidną dawkę kolejnych, gdzie rekonkwista, dyktatura Franco, zamachy ETA odgrywają dużą rolę. Zza tych dat wyłania się jednak istotne przesłanie: to nie one są najważniejsze. To nie życie Ceesa Nootebooma, pomimo wcześniejszych zapowiedzi, będzie tu roztrząsane, ale to Hiszpania, niepokorna i fascynująca kraina, jest w centrum uwagi.

Hiszpania, kraj kontrastów. Złączona z Europą, choć Europą nie jest. Za dużo tu przeszłości, za dużo tajemnic dla samych Hiszpanów, a co dopiero dla niderlandzkiego przewodnika i jego polskiego wędrowcaczytelnika? Przekleństwem i bogactwem tego kraju jest to, że nigdy nie stanowił jedności. Hiszpania to zlepek księstw i krain, w czym może orientuje się historyk, ale współczesnemu wędrowcowi przypominają o tym dopiero wystąpienia walczących o oderwanie kraju Basków. Jedyne momenty jedności to te tradycyjnie skupione wokół scalających składników każdego państwa: wspólna religia i wspólny wróg. Rekonkwista, odkrycia geograficzne, gorączka złota – wspólna przygoda, jeden zryw. Ale już nie czasy Franco, nie czasy wojny domowej – tu się zaczynają podziały. Hiszpania skazana jest na różnorodność, skoro w jej korzeniach drzemie silnie odciśnięta obecność Gotów, Celtów, Żydów, Iberów, Maurów, Wandalów, Rzymian. Nie powinien zatem dziwić mocno podkreślany i mocno karykaturalny patriotyzm lokalny. Utyskiwanie Andaluzji, pretensje Katalonii, wywyższanie się Kastylii, niezrozumiały akcent Galicji, a ponad nimi jeden tylko Madryt. Co zrobić z tym krajem, zastanawia się Nooteboom, i chociaż proponuje dwa wyjścia – miłość lub nienawiść – sam ucieka od odpowiedzi, rzucając się w głąb Hiszpanii.

Obrazy nasączone upałem, cegły, na których rozsiadło się słońce – takimi widokami karmi niderlandzki przewodnik tych, którzy poszli za nim. Historia odgrywa tu ważną rolę, co rusz galeria królewskich postaci przemierza scenę, jednak ich status jest równy stworom z legendy, miejscowym zwyczajom, wioskowym bohaterom. Tam, dokąd prowadzi nas autor, czas staje się naleśnikiem z obrazów Salvadora Dali, a popołudnie, owa martwa pora, kiedy zdaje się, że nawet Bóg śpi, skłania do rozmyślań. Myśli są leniwe, niesprecyzowane, wolne wprawdzie od ciężaru, ale brak im zachwycającej gwałtowności. Topniejący czas, typowe hiszpańskie zajęcie. Feeria smaków (dorsz w miodzie!), doznań (znaleźć dom Cervantesa!), przypadkowych olśnień (malarstwo Zurbarána jako wprowadzenie w świat Picassa!) może przyprawić o zawrót głowy. Teraz rozumiem ten niespieszny, zagadkowy sposób myślenia Nootebooma, który przypomina siedzenie w cieniu u stóp katedry i patrzenie na rynek zastygły w upale niczym obraz.

Dlaczego Hiszpania? – pytam raz po raz swojego literackiego przewodnika. Dlaczego ktoś z bagnistych i chłodnych obszarów Europy ma lepiej rozumieć ten kraj temperamentu, corridy, flamenco i wina? Odpowiedź jest rozsiana po wszystkich tekstach Dróg do Santiago, jednak najciekawsza pada przy oglądaniu w muzeum mapy z roku 1086. „Przewodnik […] zwraca moim niemądrym oczom uwagę na komplikacje jedenastego stulecia: koloryt i zdobnictwo niniejszego Codex Beato są karolińskie, żółć i kość słoniowa oraz motywy geometryczne – arabskie, przeplatające się arabeski i motywy zwierzęce – lombardzkie, spiralne zdobienia – irlandzkie, przewaga czerwieni i czerni to elementy islamskie, wpływy orientalne zaś są wyraźne w mozarabskiej stylizacji”. Hiszpania to mappa mundi, cały świat.

„Jest ponad trzydzieści stopni, krajobraz Estremadury dostosował się do upałów, radio samochodowe dostosowało się do krajobrazu i nadaje mszę z fałszującym i głośnym śpiewem”. Hiszpańska kultura nie byłaby sobą, gdyby nie wpływ krajobrazu i religii. Ta ostatnia odegrała tak ważną rolę, że amerykański historyk James H. Billington nie wahał się nazwać Hiszpanii cywilizacją religijną, a nie uporządkowanym organizmem politycznym. Znacznie bliżej jest jej do Izraela niż do Europy. Odznacza się silnym piętnem rewolucji oraz profetyzmu, apokaliptyczne napięcie zaś ożywiało zawsze poczucie mesjanizmu. Wśród podobnych państw Billington wskazywał jedynie Rosję, udowadniając, że królowi Filipowi II bliżej jest do cara Iwana Groźnego niż do jakiejkolwiek współczesnej mu osobowości. Obydwu cechował zapał krzyżowca oraz przekonanie, że Bóg wybrał ich do poprowadzenia powierzonego ludu do ostatecznej bitwy. Własne panowanie postrzegali, kierując się bardziej kategoriami starotestamentalnymi niż nowotestamentalnymi. Srogość i okrucieństwo kontra miłosierdzie i pokój. W prozie Nootebooma hiszpańska religijność jest pełna skrajności, od mistycyzmu do dewocji. Co ciekawe, po pierwszym odczuciu zagubienia, dalej poczułem się już jak u siebie.

Krajobraz, który początkowo męczył, stopniowo zaczyna fascynować. Przydrożny pył, spękana ziemia w kolorach wypłowiałego ognia, bezkres. Upał, w którym przechadza się demon południa czyniący z myśli nieprzerwane pasmo niezrozumiałego bełkotu. Jeśli zjedziemy z głównych tras wycieczek, tak jak robi to Nooteboom, natrafimy na wpół opustoszałe miasteczka, zrujnowane wsie, samotne klasztory, skrywające architektoniczne ciekawostki kościoły. To wszystko jednak jest jak ślad po czymś, zawieszona w gęstym powietrzu melancholia. Inni ludzie, inny świat. Nagle odkrywamy, że są co najmniej dwie Hiszpanie. Nagle odkrywamy, że myśląc o Hiszpanii, już na zawsze będziemy brać ją w cudzysłów. Pusty płaskowyż, krajobraz dający poczucie wieczności – czy można w ogóle zrozumieć pisma Jana od Krzyża, nie spacerując po tej ziemi? Spoglądając na tę inną Hiszpanię – zakurzoną, zapomnianą – podróżnik stwierdza z udzielającą się melancholią: „Myślę, że podobnie wyglądam w środku”.

Camino de Santiago, Droga do Jakuba. Umiera stary człowiek, a rodzi się nowy. Ci, którzy przeszli tę trasę, mówią, że wrócili lepsi. Niektórzy po dojściu do celu strzygą włosy jako znak nowego etapu życia. Dziś nikt już nie bierze ze sobą muszli ani tykwy – symbolu pielgrzymów. Sens pielgrzymowania niemal rozciągnął się wraz z różnymi sposobami przemieszczania się. Rozmyślam o polskim Santiago de Compostella, o odcinku, który mógłbym pokonać na początek. Wyjść z Olsztyna przez most św. Jakuba, po mszy w katedrze pod wezwaniem tegoż, i ruszyć przez Guzowy Piec, Stare Jabłonki, Samborowo, Wilczany, Rodzone – nazwy jak z bajki – i stanąć w kościele patrona drogi w Toruniu. Ciekawi mnie, co wyniósłbym z tej drogi. Czy potrafiłbym wskrzesić choć na chwilę echa dawnej historii Prusów, Krzyżaków, dawnych Prus: Zakonnych, Królewskich, Książęcych i wreszcie Wschodnich? Chciałbym chociaż tyle, co Nooteboom, który nieomal u kresu drogi stwierdza, że całe życie składa mu się teraz w jedną podróż, a wszystko to, o czym mniemał, że go rozprasza, jest po prostu jemu danym sposobem podróżowania, sposobem życia. Objazd jako droga.

Do Santiago de Compostella każdy wchodzi osobno. Przewodnik kręci się, szukając słów na pożegnanie, a zanim je znajdzie, nieoczekiwanie znika w tłumie pielgrzymów. Uprzedzał, że odbywa jakby dwie podróże jednocześnie, a jego droga jest kręta. Przebrzmiały akord nie ułożył się ponownie. Nooteboom był ekscentrycznym przewodnikiem, ale nie narzucał się. Na pierwszym planie zawsze była Hiszpania. W tłumie podobnych do mnie podróżnych dostrzegam także J.M. Coetzee’ego. W Dziwniejszych brzegach, szkicach poświęconych literaturze, znajduję także fragment poświęcony naszemu, wspólnemu już, przewodnikowi. Coetzee pisze, że opiewana, nieznana Hiszpania tkwiąca wciąż na styku średniowiecza i renesansu, Starego i Nowego Świata, zanika pod butami holenderskich i niemieckich czytelników, podążających za wskazówkami Dróg do Santiago. Jest oburzony, a ja się ukradkiem uśmiecham. Jak inaczej Coetzee miałby ukryć ukłucie zazdrości?

Uczeń muszli
Marcin Cielecki

urodzony w 1979 r. – polski poeta, eseista, recenzent, pisarz.  Autor m.in. zbioru esejów Miasto wewnętrzne, książek poetyckich Ostatnie Królestwo, Czas przycinania winnic....