jesteśmy cieleśni, nie tylko duchowi. To pozornie oczywiste stwierdzenie nieustająco domaga się przypominania w Kościele. O ile duch jest karmiony niezliczonymi podcastami, rekolekcjami i modlitwami, o tyle ciało najczęściej ma doświadczać umartwienia, ascezy i traktowane jest z podejrzliwością jako źródło pożądliwości. Szukanie równowagi między jednym i drugim to ogromne wyzwanie dla współczesnego chrześcijaństwa.
Powyższa myśl to nie fanaberia i akademickie rozważania, tylko konsekwencja prawdy o wcieleniu Boga, który przyszedł do nas nie jako bezosobowy duch, ale jako prawdziwy człowiek. Taki umarł i zmartwychwstał, cielesny ukazywał się swoim uczniom, i taki też wstąpił do nieba, jasno dając do zrozumienia, że i my, zarówno z ciałem, jak i z duszą, mamy tam trafić.
W szukaniu mądrej relacji między duchem i ciałem nie pomaga nam na pewno współczesna kultura. Z jednej strony cielesność została sprowadzona do towaru, który ma swoją wymierną wartość rynkową, z drugiej strony duchowość, ogromne pragnienie wielu ludzi, ograniczana bywa do nic nieznaczących rytuałów, a ci, którzy w sferze publicznej mają odwagę mówić o swoim życiu wiary, bywają postrzegani jako członkowie elitarnego klubu dla wybranych. A więc… jak to kiedyś ktoś powiedział, ciało albo będzie uduchowione, albo będzie martwe. Duch natomiast albo będzie ucieleśniony, albo będzie bytem wyobrażonym.
Zapraszam Państwa do lektury majowego wydania miesięcznika, w którym nasi autorzy próbują pokazać, że im mniej jest walki między ciałem i duszą, tym więcej w nas naśladowania Chrystusa.
Oceń