Doświadczyć pustego miejsca
Oferta specjalna -25%

Hewel. Wszystko jest ulotne oprócz Boga

3 votes
Wyczyść

Beata Zaremba: Od lat zajmuje się Pan problematyką zła — analizuje Pan myśl filozoficzną Włodzimierza Sołowjowa, Fryderyka Nietzschego, Mikołaja Bierdiajewa, Mariana Zdziechowskiego. Czy przyglądanie się złu z pozycji filozofa służy oswajaniu zła?

Jan Krasicki: Filozofia nie wymyśliła sobie problemu zła, zajmuje się nim, bo ono jest. Wszyscy się zmagamy ze złem, dlatego każdy na swój sposób jest filozofem. Zjawisko zła można tłumaczyć wielorako, ale koniec końców trzeba popatrzeć na nie z perspektywy filozoficznej. I czyni tak zarówno filozof, jak i cierpiący człowiek, którego zło dosięgło.

Czy można poznać istotę zła, skoro przejawia się często jako coś subiektywnego, istniejącego w doświadczeniu pojedynczego człowieka?

Poznawanie zła jest jak rzucanie płonącej pochodni w ciemność. Tylko przez moment możemy ją rozjaśnić. Można by rzec: światłość w ciemnościach świeci i ciemność światłości nie ogarnia, ale z drugiej strony ta ciemność nie ustępuje, światłość nie może jej pojąć. Dlatego ludzki rozum nie jest w stanie jej przeniknąć i rozproszyć. Jeden z mistrzów zen powiada: nie zajmuj się dobrem i złem, bo dobro i zło to szaleństwo. Sporo w tym racji.

Co filozofia wie na temat natury zła?

Zło jest nie tylko przedmiotem w dziedzinie poznania naukowego, ale i czymś, co nas wciąga, w co jesteśmy zaangażowani egzystencjalnie. Zła nigdy nie możemy przekształcić w przedmiot, nie można też zła zdefiniować, tak jak np. stołu, którego definicję możemy podać. Zło jest niebytem, bo warunkiem bytu jest jedność. Powiedzieć, że zło jest bytem, to powiedzieć: zła nie ma, podczas, gdy wiadomo, że jest. Zło jest egzystencjalne, bo go doświadczamy. Dotykamy tutaj paradoksów, którymi zaprzątał sobie głowę św. Augustyn. Walcząc z manicheizmem, chciał on pogodzić tradycję metafizyczną, głównie neoplatońską, z chrześcijaństwem. Manichejczycy twierdzili, że na początku były dwie pierwotne zasady: dobra i zła, światła i ciemności. Te zasady się zmieszały i walczą ze sobą. Zasada zła reprezentowana była przez materię, a wyzwolenie od materii było traktowane jako wyzwolenie od zła. Założenie to sprzeczne jest z chrześcijaństwem, które mówi, że wszystko, co stworzył Bóg, było dobre. Św. Augustyn, próbując pogodzić te dwie koncepcje, stwierdził: zło jest zepsutym dobrem, tak jak choroba jest zepsutym zdrowiem. Z drugiej strony to rozwiązanie nie wyjaśnia tego, że ciągle doświadczamy zła. Paradoksalność i niewystarczalność tego typu rozwiązań ukazywał np. Marian Zdziechowski, którego myśli poświęciłem osobną książkę. Potwierdziły je także w sposób namacalny i bolesny doświadczenia tego dziejowego zła, którymi były totalitaryzmy XX wieku: komunizm i faszyzm.

Hannah Arendt mówi o „banalności zła” w kontekście procesu Adolfa Eichmanna, zbrodniarza hitlerowskiego, stwarzając tym samym zupełnie niepowtarzalną koncepcję zła. Nazwać ogromne zło banalnym?

Tym, co uderzyło Hannah Arendt piszącą swój raport o złu, było nowe doświadczenie zła. Było ono radykalnie inne niż zło, które emanuje z kart literatury. Nie miało żadnej głębi. Nie było ani demoniczne, ani faustyczne. Było byle jakie, szare. Banalne. Trudno je było wyróżnić i określić jakimś znanym nie tylko z literatury, ale z etyki i filozofii mianem zła. Niemniej było ono ogromne. Choć jest to trudne do uwierzenia, w trakcie lektury raportu Arendt nie można oprzeć się wrażeniu, że w procesie Eichmanna zło było rzecznikiem nieobecności, nieistnienia zła. W postawie i zeznaniach Eichmanna brak było podstawowych zeznań i odruchów moralnych; ogrom zbrodni był potworny, ale nie było „winowajcy”. Eichmann zachowywał się tak, jakby nie do końca wiedział, o co chodzi. Dowody, wina, odpowiedzialność, świadomość, dobro, zło… jakby był poza tym. Tok jego zeznań był monotonny i ciągle obracał się wokół kilku tych samych spraw i motywów. Nadarzała się okazja, a on z tego skorzystał. Co w tym złego? Trudno było skazać Eichmanna, tak dalece bowiem utożsamił się ze złem, którego był sprawcą, że nie poczuwał się do winy. Zło, w którym zadomowił się Eichmann, upodobniło się do świata, w którym zamieszkało. Arendt zapytuje, czy Eichmann w ogóle myślał, czy nie cierpiał na swoisty „brak rozumu”.

Może w postawie Eichmanna widać, jak rozpłynęły się kategorie dobra i zła. Pojęcia te stają się coraz bardziej relatywne we współczesnym świecie.

Tak się rzeczywiście dzieje, a początków tego procesu należy szukać w nowożytności. Ludzie pomyśleli, że da się urządzić świat tak, iż wyzwolimy się od autorytetu religijnego, autorytetu władzy. Nowy porządek firmowany był przez nazwiska takich filozofów, jak John Locke i Immanuel Kant. Filozofowie mieli być — jak to określił Zygmunt Bauman — „prawodawcami”. Uznano, że Bóg nie jest już potrzebny, że zasady czystego rozumu w zupełności wystarczą. Ten plan się nie sprawdził, bo nie doprowadził do bardziej ludzkiego świata, ale do jeszcze bardziej nieludzkiego, totalitarnego. Jakże nieprawdziwie brzmią dzisiaj słowa Edmunda Husserla, wypowiedziane w 1936 roku, że tam, gdzie jest Europa, tam jest filozofia, że rozum filozoficzny jest uniwersalny i na jego podstawie da się urządzić sprawiedliwy świat. I co? Urządziliśmy na podstawie tego rozum sprawiedliwy świat i wcale nie chcą do niego należeć Arabowie czy mieszkańcy Somalii. Widać wyraźnie, że ten swoisty mesjanizm rozumu zawiódł. Rozum się nie sprawdza, kiedy się tylko na sobie zatrzymuje, rozum musi doświadczać zarówno pewności, jak i niepewności. Pokazał to wyraźnie Fryderyk Nietzsche i Michel Foucault. Ten ostatni napisał książkę o historii szaleństwa w wieku klasycznym, zarazem rzecz o nieludzkości rozumu. Po raz pierwszy ludzi psychicznie chorych zamknięto w szpitalach w wieku oświecenia. Bo nie pasowali do modelu racjonalności. W ten sposób społeczeństwo pomyślane zostało jako system penitencjarny. Faszyzm i komunizm były takiego systemu przejawami.

Gombrowicz napisał w „Dziennikach”, że Niemcy nadal myją ręce po zbrodni, w której brali udział podczas II wojny światowej.

Nie tylko Niemców uznałbym winnymi, choć ich wina jest ogromna. Hans Frank powiedział, że minie tysiąc lat, zanim wina ta zostanie zmazana. Problem w tym, z jakiej pozycji patrzymy na Niemców — czy z pozycji oskarżycieli, czy też sięgamy do głębszej etyki, która mówi, że ja jestem odpowiedzialny za zło, którego doznaję, etyki nawiązującej do Fiodora Dostojewskiego, Mikołaja Bierdiajewa, Emmanuela Lévinasa. Niemcy z jednej strony przeżywają swoją winę, ale z drugiej przewartościowują ją, bo widzą, że nie ma świętych, nie ma czystych. Także w kontekście współczesnych wydarzeń politycznych na świecie.

Jednak człowiek, którego cała rodzina zginęła w Oświęcimiu, ma prawo nie przyjmować takiego usprawiedliwienia.

Ma prawo nie wybaczać. Ale to nie jest wyjście. Trzeba widzieć w człowieku dobro. Człowiek nie jest samym dobrem, ale jeżeli nie da mu się szansy doświadczyć dobra, to nigdy nie zobaczy dobra w sobie ani w innych. Dostrzeganie dobra w człowieku jest sposobem na to, żeby człowiek potem nie zabijał. Człowiek jest zły dlatego, że nie miał szansy doświadczyć dobra. O tym mówią filozofowie Sokrates, Emmanuel Lévinas, ks. Józef Tischner. Kiedy nienawiść dodaje się do nienawiści, nie powstaje żadna nowa aksjologiczna i duchowa jakość. Nie powstaje wspólnota. Jednak rozprawiać dzisiaj o dobru nie jest rzeczą łatwą. Jak mówił Jan Paweł II, nasz wiek przez ludobójstwo i poniżenie godności człowieka stał się symbolem zła. Jest czasem niespotykanego dotąd totalitarnego zła, ale i niespotykanego dotąd doświadczania dobra. Jednym z świadków dobra jest np. Edyta Stein.

Nie sposób bez Nietzschego mówić o współczesnym świecie, ale czy wymyślona przez Nietzschego idea śmierci Boga nie staje się w dzisiejszych czasach pretekstem do usprawiedliwiania zła czynionego przez człowieka? Skoro Bóg umarł i powiedział o tym filozof…

Nawet jeśli takiej nadinterpretacji się dokonuje, Nietzsche co innego chciał powiedzieć, ogłaszając śmierć Boga. Nietzsche nie wymyśla śmierci Boga, nie wymyśla nihilizmu, a tylko pokazuje pewną logikę: jak to jest, że te wartości, które tworzyły Europę, przestają znaczyć. Pokazuje, że ten proces jest nieuchronny. Natomiast inną kwestią jest to, co z tym proroctwem robimy. Z jednej strony koncepcję śmierci Boga traktujemy jako alibi dla zła, a z drugiej strony alarmujemy, że giną wartości chrześcijańskie. Nic jednak z tego hałasu nie wynika, bo jeżeli wartość dla kogoś nic nie znaczy, to nie jest wartością. Bo wartość to nie jest byt. Dlatego to, że w konstytucji europejskiej znajdzie się zapis o wartościach chrześcijańskich czy jakichś innych, nie oznacza, że zaczną one obowiązywać.

Czy kiedy się mówi o śmierci Boga, trzeba także mówić o śmierci człowieka?

Może nie o śmierci człowieka, ale o ucieczce człowieka od siebie. Dopóki człowiek wybiera między dobrem a złem, to ten człowiek jest ciągle człowiekiem. Bycie człowiekiem jest wyzwaniem, znacznie większym wyzwaniem niż kiedyś. Dawniej standard bycia człowiekiem był określony przez rozmaite zasady: w humanizmie starożytnym człowiek to istota rozumna, w średniowieczu człowiek to istota stworzona na obraz i podobieństwo Boga, w okresie nowożytnym człowiek to istota zdolna do racjonalnych wyborów, dzisiaj natomiast, pod wpływem ogromnej wiedzy antropologicznej, kulturowej, pod ciśnieniem nauk szczegółowych, nie potrafimy tego człowieka jednoznacznie zdefiniować. Jak powiedział Martin Heidegger: jeszcze nigdy nie wiedziano tak wiele o człowieku, tak mało zarazem o nim wiedząc. Dzisiaj sam „człowiek” stał się problematyczny.

Czy coraz powszechniej obowiązujące zasady demokracji nie są propozycją pozwalającą się człowiekowi odnaleźć?

Sama demokracja nie wystarcza. Musi mieć wsparcie w filozofii — brzmi to może idealistycznie, ale tak jest. Nie mamy świata gotowego, ponazywanego, musimy go nazywać, co właśnie umożliwia filozofia. I jak ten świat nazwiemy, tacy będziemy. Nazwa, język, mowa to my sami. Język to człowiek, jak pokazali hermeneuci. Friedrich Hölderlin powiedział: jesteśmy rozmową, świat nie istnieje poza językiem, poza mową. Człowiek, o czym uczył już Arystoteles, jest stworzony do mowy rozumnej, mowy, która rozróżnia dobro i zło. Jeżeli będziemy mieli świat bez kategorii moralnych, to będziemy żyć w rzeczywistości, w której jedni zamykają się na problemy drugich. Amerykański filozof Richard Rorty, neopragmatysta, powiedział nie tak dawno, że świat nie potrzebuje filozofii, lecz demokracji. Zatem zaprowadzajmy demokrację, a zło samo zniknie. Iluzja! Demokracja bez filozofii to totalitaryzm, tyle że pod innym sztandarem.

Powiedzmy sobie szczerze: gdzie są dziś ci filozofowie od nazywania świata?

W rezerwatach. Ambony są już zajęte. Mówiąc zaś serio, po totalitaryzmach nikt nie ma ochoty na budowanie nowego projektu. Wszyscy się boją wygłaszać radykalne sądy, filozofowie również nie przedzierają się przez zgiełk rozmaitych koncepcji: socjologicznych, politycznych, religijnych, psychologicznych itp. Psychoanaliza oraz inne dziedziny psychologiczne stały się w naszych czasach swoistą religią, rodzajem gnozy współczesnego człowieka (a gnoza to przecież zbawienie, tyle że przez poznanie), jedynie obowiązującym kluczem do rozwiązania problemów człowieka. Zło kończy się wtedy, kiedy „ja” mówi do „ty”, kiedy jest relacja. Nasze społeczeństwo unika relacji. Tymczasem jeżeli jest relacja, to jest także odpowiedzialność prawna, moralna. Jest jeszcze jeden, bardziej źródłowy rodzaj odpowiedzialności wynikający z samego znaczenia słowa „odpowiedzialność”, w którym zawiera się pojęcie „odpowiedź”. Człowiek nieodpowiedzialny to ten, który nie odpowiada. Źródłem braku odpowiedzialności jest brak odpowiedzi człowieka na dobro. To jest największe zamknięcie i źródło największego dramatu człowieka. Pokazuje to biblijna sytuacja, kiedy Bóg pyta Kaina, gdzie jest jego brat Abel, a Kain odpowiada: A czyż jestem stróżem brata mego? Dlatego Mikołaj Bierdiajew, odwołując się do przytoczonych biblijnych słów, napisał, że świadomość moralna obudziła się wraz z Bożym pytaniem: Kainie, gdzie jest twój brat, Abel?, ale zakończy się ona innym pytaniem Boga: Ablu, gdzie jest twój brat, Kain? I to jest pytanie.

Mam wrażenie, że w Pana żarcie o rezerwatach jest ziarno prawdy — filozofowie sami to miejsce sobie wybrali, nie odpowiadając na potrzeby świata, zajmując wygodną pozycję trochę obserwatorów, trochę ofiar, trochę unikatowych okazów.

Był taki jeden filozof, nazywał się Sokrates, który był odważny, wchodził w relację i wiadomo, jak skończył. Mówiąc poważnie, filozofia powinna być nauczana w szkołach średnich. Odpowiedzią na zło może być myślenie. Im wcześniej nauczymy się myśleć, tym lepiej. Najlepiej, gdyby filozoficznego myślenia uczyć dzieci już w szkole podstawowej, ale chyba nie ma się co łudzić, że tak będzie. Dziecko, które idzie do pierwszej klasy, wygląda jak żołnierz idący do Afganistanu: obładowane książkami, przygniecione, z pewnością pozbawione zapału do nauki. Nie twierdzę, że ma być tak, jak w starożytnej Grecji, w której uczeń wychodzący do szkoły zabierał ze sobą rylec i tabliczkę, ale warto wiedzieć, że wtedy szkoła była miejscem, w którym się miło spędzało czas na myśleniu. Oczywiście nie ma gwarancji, że wprowadzenie filozofii do szkół zmieniłoby coś w sferze myślenia w naszym polskim społeczeństwie, ale jest szansa.

Co Pan ma na myśli, używając terminu: myślenie? Wszyscy myślą, a przynajmniej mówią, że myślą.

Mistrzami myślenia byli Grecy, człowiek współczesny nie myśli. Myślenie jest aktem twórczym, w którym bierze udział cały człowiek — uczucia, emocje, zmysły, pojęcia, którymi człowiek operuje, archetypy, symbole, mity, które nie są wcale pustymi metaforami, ale jak pokazał Platon, są korzeniami myśli. Myślenie to sztuka nienudzenia się ze sobą, sztuka przebywania ze sobą. Ktoś, kto myśli, jest w kontakcie ze sobą, jest sam, ale zarazem w relacji. Myślenie można porównać do budowania przez dziecko domu z piasku na plaży. Morze zmywa ten dom, ale dziecko nie rozpacza, buduje następny, bawi się, uczestniczy w ciągłym ruchu. Logos życia jest zawsze logosem myślenia.

Mówimy o myśleniu, o wartościach, o ratunkowych koncepcjach filozoficznych chroniących człowieka przed złem. Martin Heidegger powiedział wprost, że tylko Bóg może nas uratować.

Ale jest problem, jaki to jest Bóg i czy człowiek potrafi doświadczyć Jego boskości. Ludzie, którzy zajmują się czymś naprawdę, nie zajmują się wartościami. W renesansie nie budowano muzeów, ale malowano obrazy. Wartości nie ma sensu produkować, trzeba natomiast szukać tego, co wytwarza wartości, trzeba szukać w nas tego, co jest w stanie zrodzić wartości. Wartości żyją tylko przez człowieka, tak samo jak Bóg żyje tylko przez człowieka. Na pewno tych wartości nie znajdziemy poza sobą, w pseudoświątyniach, pseudoideach, w hipermarketach, telewizji itp.

A w Kościele katolickim?

Może nie być żadnego Kościoła, aby doświadczyć wartości, doświadczyć Boga, chociaż to, co mówię, nie jest w żadnej mierze skierowane przeciw Kościołowi. Wartości są zawsze czymś pochodnym wobec życia. Doskonale rozumieli to Sřren Kierkegaard i Fryderyk Nietzsche. Dlatego wartości obowiązują lub nie. Paradoksalnie szansą dla dzisiejszego chrześcijaństwa jest właśnie myśl Nietzschego. Był on wrogiem chrześcijaństwa, ale nie ateistą. Powiedział: „Bóg umarł”, „jest martwy”, a nie: „Boga nie ma”. To jest różnica. Wrogów należy cenić, bo fałszywy przyjaciel schlebia, a wróg mówi prawdę. I to Nietzsche mówił chrześcijanom, protestantom, katolikom: „Król jest nagi”. Dlatego, jak powiedział Karl Jaspers: „Prawdziwe jest tylko to, co dzięki Nietzschemu wychodzi z nas samych”. Można by się zastanowić, czy więcej jest chrześcijaństwa w Holandii, kraju, w którym kościoły świecą pustkami, czy w Polsce. Bóg stał się gadżetem. Rozmawiałem niedawno z pewnym ojcem duchownym, do którego przyszła siostra przełożona z problemem, że nie ma powołań. Poradził jej ów ojciec: — To się módlcie. — Modlimy się — odparła. — To pora zamykać klasztor — powiedział ojciec. — Jak to, przecież wydajemy gazety, mamy swoje radio — broniła się siostra. — Musicie być użyteczne w inny sposób.

Religia, jak powiedział Karl Barth, jest najbardziej „bezbożnym” dziełem człowieka i nikt tak nie jest zagrożony utratą Boga, jak człowiek religijny. Gdyby pozbawić naszą religijność rozmaitych gadżetów i podpórek, powstałoby puste miejsce. Puste miejsce właśnie na Boga. Człowiek musiałby sobie umieć radzić z tym pustym miejscem, którego tak naprawdę nie da się niczym, co pochodzi ze świata, zapełnić. Także chrześcijańskimi wartościami.

To puste miejsce byłoby jak zaproszenie do medytacji.

Właśnie. Trzeba byłoby zapytać siebie, gdzie jest Bóg, co począć ze swoim życiem. Wspomniany już tutaj Hölderlin napisał w jednym ze swoich wierszy, że tam, gdzie jest niebezpieczeństwo, tam jest również ratunek. To puste miejsce jest ratunkiem także w sytuacji, kiedy dopadnie nas nowe nieznane jeszcze zło i doświadczymy zmierzchu wszystkich dotychczasowych bożyszcz i pseudoabsolutów.

Doświadczyć pustego miejsca
Jan Krasicki

urodzony w 1954 r. – polski filozof, dr hab. nauk humanistycznych, profesor zwyczajny Instytutu Filozofii Wydziału Nauk Społecznych Uniwersytetu Wrocławskiego, zajmuje się filozofią polską, rosyjską i niemiecką XIX i XX wieku....

Doświadczyć pustego miejsca
Beata Zaremba

urodzona w 1966 r. – ukończyła filologię polską, dziennikarz, redaktor pisma akademickiego Uniwersytetu Opolskiego. Publikowała m.in. na łamach „Wiadomości Kulturalnych” i „Rzeczpospolitej”. Współpracuje z „Tygodnikiem Pow...

Produkt dodany do koszyka

Zobacz koszyk Kontynuuj zakupy

Polecane przez W drodze