O różnicach

O różnicach

Różnice między nami dokonują prawdziwych spustoszeń, objawiając się nagle w chwilach pięknych, ważnych i radosnych, zwyczajowo zadekretowanych jako szczęśliwe.

Pisanie o różnicach obecnych, kiełkujących i instalujących się we wspólnocie przypomina redagowanie sławnej chińskiej encyklopedii, w której smaczny rozdział o faunie traktował o zwierzętach mokrych i suchych, pachnących i cuchnących, ciepłych i zimnych. Chcę przez to powiedzieć, że zróżnicowanie między nami we wszystkich dziedzinach jest tak ogromne (a czasami odnosimy niepokojące wrażenie, że różnice rozwijają się przez pączkowanie) — także w opisie sytuacji i klasyfikacji zjawisk — że sprawdzają się na nas wszelkie dostępne i najbardziej fantastyczne kategorie, wobec których logika chińskiej encyklopedii należy do tych bardziej logicznych.

Różnice są bogactwem

Można oczywiście szybko sobie pogratulować, przywołując na pomoc św. Pawła z jego uroczystym oświadczeniem, że nie ma już żyda ani poganina, człowieka wolnego i niewolnika, mężczyzny czy kobiety… Jednak prosta obserwacja naszego wspólnego życia stawia bemol przy wypowiedzi Pawła. Także przy tych wszystkich tradycyjnych i sprawdzonych sądach twierdzących, że różnice są prawdziwym bogactwem. Mówić, że drobne, wielkie, ekonomiczne i psychologiczne, estetyczne i socjalne (i jakie tam jeszcze!) różnice objawiają się w każdym momencie w postaci słów, gestów i zachowań, pulsują na dnie serca i przemieszczają się w splotach mózgu, to oczywiście przesada. Ale jesteśmy świadkami, że w sposobie ich objawiania się można już mówić o prawie Murphy’ego: „każdy ciężki przedmiot spada tam, gdzie może wyrządzić najwięcej szkody” — np. różnice między nami objawiają się nagle w chwilach pięknych, ważnych i radosnych, zwyczajowo zadekretowanych jako szczęśliwe, dokonując prawdziwych spustoszeń. Tak, różnice nie tylko są, ale są aktywne. I każdy z nas wie, jak boimy się „tego innego”, jak podstępnie i w imię najwyższych wartości staramy się „to inne” i zagrażające skolonizować, po przyjacielsku oswoić, ośmieszyć i wreszcie zabić.

Maski

Różnice powodują nasz wstyd, budzą zazdrość, prowokują zniecierpliwienie i czasami bardzo infantylne obrażanie się. Różnice bowiem objawiają się w nas i innych bardziej jako brak niż bogactwo, które może stać się udziałem moim i innych. Ile nerwów i paniki na naszych wspólnych kolacjach, rekolekcjach, zjazdach, konferencjach. Ile min znaczących, ile ciężkiego milczenia, ile niezobowiązującego i płaskiego gadulstwa, ile słownych ciosów w splot słoneczny. Porównujemy nasze stroje, samochody, wypowiedzi, dorobek, uczelnie, na których studiują nasze dzieci, znajomości i publikacje, ustalają się wreszcie hierarchie — bogaci krewni, biedni krewni, wykształceni, prości, duże miasto, małe miasto… Niektórzy próbują przełamać bariery społeczne, żeby było bardziej po chrześcijańsku — są ciepli, mili, otwarci i „bratają się”, ba, nawet w proteście przeciw konsumpcjonizmowi ubierają się w połatane suknie ŕ la Charles de Foucault, ale i tak nikt im nie wierzy, bo przecież stać ich na najbardziej egzotyczne podróże, które odbywają po cichu, żeby nie zasmucać brata swego. Biedni zaś czy prości muszą nadrabiać miną i stawiać w stan pogotowia całą swoją inteligencję, autoironię, przedsiębiorczość i oryginalność, by utrzymać się na powierzchni wspólnotowego życia, ale czasami też chcą wszystko ściągnąć do swojego poziomu, próbując w innych obudzić poczucie winy. Pamiętam, jak ktoś ze wspólnoty zaproponował mojemu przyjacielowi, żeby pisał pod pseudonimem, bo „niepiszący” będą wtedy mniej poranieni.

Dla świętego spokoju i dużym nakładem sił próbujemy wreszcie stworzyć coś na kształt zwyczajowego esperanto: trochę weźmiemy od ciebie, trochę od niego, czasownik będzie od X, a rzeczownik od Y, święta raz zorganizujemy w moim a raz w twoim stylu… ale okazuje się, że tak heroiczny eklektyzm, używający naszej dobrej woli jako spoiwa między obcymi sobie elementami, jest nietrwały i pozbawiony życia.

Żale

Przychodzi moment wielkiego wybuchu, kości zostają rzucone, a żale wylane. No i dowiadujemy się o sobie. Klimat rozliczeniowy łatwo następnie przenosimy ze wspólnoty do domu — żonie np. dostaje się za błędy w angielskim: „może się jednak publicznie nie odzywaj, jeśli masz tak mówić!”, mężowi za brak własnego zdania w stosunkach z szefem: „wszyscy mówią, że jesteś jego kserokopią!”, a gdy jakimś cudem zdołamy się wybronić i udobruchać rozgoryczonego nami współmałżonka — dostaje się naszej rodzinie, z którą podobno wychodzi się świetnie tylko na zdjęciu, bo w bliższym kontakcie jednak wszystko nas różni. Można i w takich momentach zawrzeć kruchy kompromis i zyskać status ofiary, zwalając całą winę na toksycznego nauczyciela matematyki, hydraulika polskiego czy plamy na słońcu, ale darowany w ten sposób czas jest krótki, a ugoda nietrwała. Należy więc poszukać dobrych rozwiązań.

Pociecha

Pociecha płynąca z cudzych nieszczęść jest niegodziwa, powtarzanie sobie, że inni mają gorzej, jest toksyną dla naszej woli działania, ale pochylenie się nad życiem kogoś, kto napotykał problemy podobne do naszych i z łaską Boga umiał sobie z nimi poradzić, jest rzeczywiście pociechą, wezwaniem do zebrania sił i rozwiązania problemu. Zwyczajowo odwołam się do św. Benedykta. Z delikatnych aluzji poczynionych w Regule dowiadujemy się, że w jego wspólnocie dochodziło do konfliktów spowodowanych różnicami majątkowymi, różnicami w wykształceniu, różnicami w starożytności rodu czy różnicami wobec społecznego prawa. Benedykt twardo bronił zasady równości wszystkich, choć był zbyt doświadczonym umysłem, by twierdzić, że wszyscy mamy podobne potrzeby i że kultura wyniesiona z domu nie ma na nas żadnego wpływu. Widzimy u niego braci, którzy przychodzą do klasztoru nie tylko z fachem w ręku, ale i z tą niedobrą tendencją w myśleniu, że to dzięki ich umiejętnościom klasztor żyje i ma się finansowo dobrze. Spotykamy kapłanów, którzy swoje kapłaństwo traktują w kategorii upragnionej nobilitacji i prawa do zajmowania pierwszych miejsc we wspólnocie. Wiemy, że przez klasztor przewijali się obcy mnisi, w tym również uciekinierzy z innych opactw, których obyczaje mocno się różniły od sposobu życia cenobitów Benedykta. Biograf opata z Monte Cassino, święty Grzegorz Wielki przywołuje historie, w których ludzie Kościoła zachowują się jak prawdziwi poganie, za nic mając przykład Jezusa i Jego nowy sposób spojrzenia na ludzką wielkość i chwałę. Benedykt takim ludziom się oczywiście nie podoba, jest inny, drażni, oburza, bo żyje według logiki ośmiu błogosławieństw. Pewien młody mnich, którego jedyną zasługą było to, że się dobrze urodził, służy pewnego wieczoru św. Benedyktowi, przyświecając mu przy spóźnionej wieczerzy kagankiem, ale w sercu pogardza świętym i zapewne samym sobą, uważając tego rodzaju służbę za poniżającą. I natychmiast otrzymuje od świętego mocne pouczenie. Jednak ewangelizacja kultury u Benedykta nigdy nie nosi znamion prowokacji czy posmaku przyciężkawego moralizowania starszego pana. Odnosimy nawet wrażenie, że Benedykt ustępuje pola i przegrywa z bardziej realistyczną (czytaj: bezwzględną) opcją ludzkich zachowań, ale to złudzenie. Jego niezgoda na zdominowanie osoby przez nieewangeliczny obyczaj, zaufanie, które pokłada w Ewangelii zdolnej przeniknąć najbardziej nobliwe, lecz skamieniałe warstwy naszej kultury, czyni go w tym pojedynku zwycięzcą. Ze zdumieniem odkrywam, jak wielką rolę w pedagogii tego świętego odgrywa właśnie repetycja gestów i słów, które powoli wypierają pogański rytuał wspólnego bycia. Powtarzane może być piękne! Benedykt nie wymyśla i nie uatrakcyjnia świąt, spotkań, celebracji. Upraszcza to, co skomplikowane w ludzkich relacjach, liturgii, pracy i wypoczynku, nie jest pretensjonalny, nie kryguje się i nie podlizuje, nie jest zbolało–wyniosły, gdy ktoś ma inne propozycje zagospodarowania wspólnotowej przestrzeni. I co mnie wzrusza szczególnie — zupełnie go nie obchodzi kościelna moda, której poświęcamy tyle czasu, oczywiście w imię prostoty i ubóstwa. To, co proponował w tym względzie, trudno obdarzyć przymiotnikiem „wysmakowane”. Wydaje się, że umiarkowanie Benedykta znów daje znać o sobie, gdy święty proponuje nową kulturę własnej wspólnocie. Omija pułapkę, w którą bardzo często wpadamy, próbując w sferze kultury chronić „ludzkie”, zabijając „chrześcijańskie”, lub kosztem człowieka windować chrześcijanina. Swego czasu Chesterton poczynił kwaśną uwagę na temat Greków, którzy opowiadając się za życiem możliwie najbardziej zgodnym z naturą, sprzeciwiali się jej, usprawiedliwiając niewolnictwo jako konieczny warunek pozwalający garstce mędrców na praktykowanie życia kontemplacyjnego uważanego za szczyt ludzkich osiągnięć. Uwagę o podobnym smaku możemy poczynić, pochylając się chociażby nad rozdziałem w historii Kościoła zwanym jansenizmem. Benedykt stawia odważnie ludzkie pytania o szczęście, bogactwo i elitarność (szlachectwo), które to w większości grup ludzkich pełnią funkcję paszportu do sfery zwanej realizacją lub spełnieniem, i udziela na nie odpowiedzi jako chrześcijanin — w tym wypadku ktoś, kto doświadczył, że bez przyjaźni z Jezusem Chrystusem, bez heroizmu podsycanego Bożą łaską wszelkie realizacje bogactwa, szczęścia i elitarności są niepełne i zagrożone nie tylko przez możliwy odwet ludzi zapomnianych i pominiętych przy rozdzielaniu szczęścia lub bogatych, którzy chcą być jeszcze bardziej bogaci, ale przez cień przemijania snujący się nieodwołalnie za wszystkim, co tylko ludzkie. Zdumiewa mnie wciąż sposób Benedykta na radzenie sobie z różnorodnością, odmiennością ludzi, którzy postanowili zmierzać do Boga razem. Jesteśmy mistrzami detalu, krótkiego dystansu, umiemy rozszczepić atom problemu, rozdzielić bystrym okiem i szkiełkiem kolejne warstwy naszego „ja” odpowiedzialnego lub nie za konflikt. Jako żywo jednak brakuje nam perspektywy, horyzontu i celu, wizji całości. Jesteśmy trochę jak te kaczki podpatrzone przez Miłosza taplające się w małym bajorku na wiejskim placu, kiedy tuż za wsią płynie piękna czysta rzeka. Jeden z mieszkańców wioski zapytany, dlaczego kaczki nie idą do rzeki, odpowiada z filozoficzną zadumą: „Ooo, gdyby one wiedziały”. Benedykt wiedział i dziś jeszcze zwraca się w swojej Regule do tych wszystkich, „Którzy kochają życie” (sic!) z wizją szczęścia, bogactwa i zdrowego elitaryzmu.

Akceptacja i przebaczenie

Szczęściem dla Benedykta jest żyć w trwałym pokoju ze swoim bliźnim, a można stan taki osiągnąć przez wzajemną akceptację i przebaczenie. Albo jeszcze dokładnie — przez rozwijanie zdolności przyjmowania drugiego, udzielania i proszenia o przebaczenie. Słowo „akceptacja” brzmi niedobrze, bo zostało zawłaszczone przez poradniki z pogranicza „psychologii szybkiego numerku” i wywołuje ciąg obrazów miękkich jak flanela, jak te twarze o rysach coraz bardziej uniwersalnych i poprawnych, jak te tematy bezpłciowe, żeby nikogo nie urazić. Jednak nie ma lepszego słowa. Przy odrobinie dobrej woli odsłoni nam ono całą rzeczywistość do nadrobienia. Poprowadzi nieco głębiej niż technika budowy stołów bez kantów. U Benedykta akceptacja drugiego ma siłę wręcz pierwotnego zakazu, ale nie z gatunku tego prześladowczego „trzeba, musisz” — jest bramą do prawdziwego poznania, które przynosi nam konkluzję zdawałoby się prostacką, że ty nie jesteś mną, a ja nie jestem tobą. Ale to prawo zróżnicowania jest genialne, bo nie tylko mówi, że nie mogę za kogoś chcieć, mówić, mało tego — nie mogę za kogoś żyć, nie mogę kogoś zawłaszczać i pożerać, traktować jak przedmiot — ale ten drugi ma i powinien istnieć. Nie można powiedzieć: „wystarczy, że istnieję ja”. Dopóki człowiek nie przyjmie prawa rozdzielenia, nie będzie z powagą traktował tego drugiego, nie odczuje go jako braku i obietnicy, która wpisana jest w każdą ludzką obecność. To oznacza mocne Benedyktowe: „Szanować wszystkich ludzi”.

Pojednanie we wspólnocie nie powinno być nigdy jak uroczyste położenie werniksu na życzeniowy obraz familii. Dzielimy się przy pierwszej gwiazdce opłatkiem, ale nad ranem szukamy odruchowo pistoletu pod poduszką, bo wydaje się nam, że znów wyszliśmy na idiotów. Gest przebaczenia pozostanie „werniksem” i nie przeniknie do serca, gdy naszą głowę i nasze uczucia pozostawimy chore. W tradycji mniszej głowa choruje wtedy, gdy zatraca się w niej poczucie proporcji — tak diabeł chciał zarazić św. Antoniego Wielkiego, przybierając postać olbrzyma. Nie tyle chodzi tu o prawidłowe ustalenie wagi przestępstwa, krzywdy, ile „ustalenie”, kim jest winny, kim jesteśmy we własnych oczach. Zbyt często uważamy we wspólnocie, że ten drugi jest demonem, cynicznym graczem, robokopem, wariatem, niskim ilorazem inteligencji etc. Nie muszę więc przepraszać ani prosić o przebaczenie. Ustalenie dla „głowy” ludzkiej miary pomoże nam wejść w logikę przebaczenia jako sposobu wydostania się z sytuacji naznaczonej starą nienawiścią i przemocą. Ta ludzkość proporcji zaważy również na warunkach przebaczenia, które powinny być wypełnione, by było ono prawdziwe. Zbyt bowiem często spotykamy się choćby z brakiem skruchy zastępowanej — jak to kiedyś powiedział bp Życiński — przez „liryczną fantazję” mającą ukazać złożoność sytuacji, w której wszyscy są ubłoceni. Kult naszego „ja”, któremu poświęcamy wiele momentów każdego dnia, zastanawiając się, czy jest ono prawdziwe czy też fałszywe (operujemy wtedy jednym jedynym kryterium doskonale wpisującym się w logikę każdej monady: „miłe — niemiłe”), nie sprzyja uporządkowaniu naszych uczuć. A to właśnie one grają pierwsze skrzypce przed aktem przebaczenia i po nim. I to one stają się, niestety, kryterium prawdy w danej sprawie, co — jak pokazuje doświadczenie — niweczy wszystkie próby dialogu, gdyż nie da się dialogować z człowiekiem, który jest „czystą emocją”. Stosując się do rady św. Grzegorza Wielkiego, aby „niczego nie niszczyć, ale wszystko oczyszczać”, warto zrobić cztery pierwsze, podstawowe kroki, które rozpoczną zagospodarowywanie ogromnego terenu uczuć. Te cztery proste kroki stawiamy podczas naszej codziennej modlitwy — trzeba najzwyczajniej pozwolić im wyjść na powierzchnię, potem zidentyfikować je i nazwać, potem próbować znaleźć ich źródło, odpowiedzieć na pytanie, co jest ich przyczyną. I wreszcie zwrócić się do Boga z pytaniem: „Panie, co chcesz mi przez to powiedzieć, co mam czynić? To pytanie nie zawisa jednak nigdy w próżni, lecz wpisane jest w nie rozwiązanie problemu — zadając je, już zgadzam się na dziękczynienie Temu, który mnie stworzył i prowadzi, zgadzam się na sformułowanie konkretnej prośby, i żeby prośba ta nie była kuszeniem Pana Boga, podejmuję Jego wezwanie do nawrócenia, zwrot ku Niemu zaś niesie światło rozwiązania i męstwo decyzji.

Wolność i prawda

Bogactwem dla Benedykta jest wolność. Dziwne, skoro sam mówi w swojej Regule, że mnich nawet swojego ciała nie posiada, a pozycja opata niejednemu ze współczesnych nam wydaje się formą absolutyzmu oświeconego. Jednak wolność, której Benedykt nie mierzy stopniem niezależności i indywidualizmu czy oryginalności, lecz miłości, czyli gotowości do służby i dawania siebie innym. I jeśli zadaje swoim mnichom próbującym poszerzyć sobie bezpardonowo sferę prywatną, „bo tak mi się podoba i już”, pytanie ostre i oburzające wszystkich zachwyconych sobą: „Przyjacielu, po coś przyszedł”, to po to, by przypomnieć, że wolność powinna występować w parze z prawdą i być przez tę prawdę organizowana. Kontemplacja tego, co wydarzyło się na Golgocie i w poranek wielkanocny, jest tą prawdą! i — jak powie św. Paweł — „oswobodzeni ku wolności” przez Chrystusa mamy otwartą szansę zrozumienia samych siebie, gdy tylko tę nowinę o wyzwoleniu zaniesiemy innym, jak to uczynili uczniowie z Emaus.

Ład i hierarchia

Benedykt gadułą zapewne nie był i nie przez słowa niósł nowinę o wolności, ale przez budowanie ładu i tworzenie hierarchii. Warto o tym pomyśleć, zanim zmęczeni wspólnotą wejdziemy w mistyczno–prywatny obłok niewiedzy w poszukiwaniu upragnionej wolności w ramionach Jezusa. Droga wolności prowadząca ku zjednoczeniu z Chrystusem rozpoczyna się w opactwach właśnie od nauki ładu i hierarchii osób i rzeczy, którym służy „uważność”, czyli umiejętność np. delikatnego przesuwania wazy z zupą podczas posiłku w refektarzu, cichego zamykania drzwi i zostawianiu po sobie porządku w łazience, a ta znów idzie w parze z wdzięcznością za wszystko, co otrzymuję (używanie małego słówka „dziękuję”) — nawet jeśli rozminęło się to z moimi wyobrażeniami. Zdarza się jednak, że wielu adeptów medytacji, przybywając do opactwa, nerwowo zaciąga się papierosem i pogania mnichów, żeby przeszli wreszcie „do sedna sprawy” i darowali sobie „kościelną opresywną moralność” zabraniającą rzucania petów na wycieraczkę w domu gości.

Jestem chrześcijaninem

Życie w wolności posługującej się busolą prawdy rodzi w nas wreszcie odruchy zdrowego elitaryzmu. Zbyt silna jest w nas potrzeba wyodrębnienia się z tłumu, uznania i utrwalenia w pamięci innych, jak też naśladowania uznanych już, zbyt silna presja społeczna, (tu warto przypomnieć, że kieszonkowe naszych dzieci spokojnie przekracza pensje naszych rodziców i wykluczone będą one z grona rówieśników, jeśli będą odstawać od tej normy) byśmy rezygnowali z — jak się to określa elegancko — wyścigu szczurów i w tym wyścigu nie brali środków dopingujących. Ścigam się, więc jestem. Tak mówią bezlitośni moralizatorzy. A my przekładamy to okrutne zdanie na brzmiące nieco banalniej: „haruję, więc jestem”. Wciąż jeszcze jestem. Na powierzchni. Uczepiony kurczowo obręczy sita, którym potrząsa Los. Ale jestem kim? Jakie są możliwe odpowiedzi? Łza się w oku kręci na wspomnienie siermiężnej epoki minionej, w której — jak teoretyzują niektórzy — czasy nieboszczki Austrii bolały jak amputowana ręka i podlegli dworskim atawizmom ludzie zwracali się do siebie per „panie magistrze”, „panie doktorze” lub — jeśli ktoś podstawówki nie ukończył — „panie kierowniku”. Zapewne i de Mello nie poradziłby sobie dziś tak łatwo z nami. Jego pytania świdrujące duchowe otchłanie w poszukiwaniu naszego „głębokiego ja” natrafiłyby z pewnością nie tylko na skałę naszego polskiego sceptycyzmu podającego w wątpliwość istnienie czegoś podobnego, ale zmiótłby je wicher naszego pośpiechu.

Zasugeruję więc możliwą odpowiedź. Na pytanie, „kim jestem?”, proszę odpowiedzieć: „Jestem chrześcijaninem”. Człowiekiem prawdziwie elitarnym, bo wybranym przedziwnym zamysłem Boga, i to bez żadnych zasług, przeznaczonym do świętości i zjednoczenia ze swoim Stwórcą. Człowiekiem wreszcie, któremu nic nie będzie zaoszczędzone, bo od uczniów Mistrza z Nazaretu zawsze wymaga się więcej — miłość nie jest kochana na świecie, ale to nie powód, żeby się od niego odwracać, złe doświadczenia budują naszą gorzką mądrość życiową, ale to nie powód, żeby się w niej zamykać, bo „człowiek nigdy nie wie, co go czeka”, jeśli mówisz, że nie warto porywać się z motyką na słońce, zobacz tak naprawdę, ile może jeden człowiek, a ile dwóch, trzech ludzi, którym nie jest wszystko jedno. Liczba zamęczonych chrześcijan w XX wieku przekroczyła statystki znane nam dobrze z historii starożytności. Ginęli, bo nie było im wszystko jedno. Kłamstwem jest, że takie sytuacje są łatwiejsze i wybór zdaje się jednoznaczny.

Mogę opowiedzieć historię. Kiedy chłopiec z komanda Islamskiej Grupy Zbrojnej (jak pięknie mordercy umieją wymyślać nazwy dla swoich watach) wsadził lufę kałasznikowa w brzuch o. Christiana z Tibhirine ze słowami: „nie masz wyboru!”, usłyszał pełne spokoju: „Ja zawsze mam wybór”. Ale to tylko połowa opowieści, bo w tym samym czasie inny mnich ukrył się przerażony na strychu. I wciągnął drabinę. Ale to nie koniec opowieści, bo dwa lata później poszedł na śmierć za swoim przełożonym. Zrozumiał — jak my zrozumiemy kiedyś — że „ilekroć chrześcijanie znajdowali w sobie ten rodzaj odwagi, który każe ruszać w drogę także wtedy, kiedy wiadomo, że za każdym jej zakrętem czeka wielki i nie od razu owocny wysiłek, ból, może śmierć, dokonywali rzeczy wielkich, a kiedy nie — to nie”.

O różnicach
Michał Zioło OCSO

urodzony 16 maja 1961 r. w Tarnobrzegu – były dominikanin, jedyny polski trapista, duszpasterz, rekolekcjonista, pisarz. W wieku 19 lat wstąpił do zakonu Braci Kaznodziejów, tam w 1987 roku otrzymał święcenia kapłańskie. W...