Doskoczyć do istoty rzeczy

Doskoczyć do istoty rzeczy

Z prawdziwą przyjemnością odpowiadam na tekst Pani Agnieszki Dody, a to z tej przyczyny, że jej wypowiedź potwierdza opisane w moim artykule o idioktualistach cechy typowego tekstu postmodernistycznego: pełna jest zdań długich, gramatycznie poprawnych, lecz nie niosących żadnej treści.

Pani Doda pisze na przykład: „są [wśród postmodernistów — T.W.] i tacy, którzy wierzą, że pomimo panującego bałaganu (a dodać trzeba, że współczesność jest zawsze postrzegana jako bałagan) świat zmierza do wyższej, boskiej harmonii, niekoniecznie dającej się ściśle (czytaj — konwencjonalnie) wyrazić w języku”. Prawie trzy tuziny słów i żadnych konkretów. Co to znaczy „współczesność jest zawsze postrzegana jako bałagan”?

Proszę zwrócić uwagę, że w tekście Idioktualiści przytoczyłem szereg ewidentnych przykładów konkretnej głupoty, konkretnych myślicieli, które można znaleźć w konkretnych ich pracach. Pełną listę odnośników można znaleźć w omawianej książce Sokala i Bricmonta 1. I co? I nic. Zamiast Sokalowi i mnie udowodnić, że kłamiemy, zmyślamy, przesadzamy lub źle interpretujemy wypowiedzi omawianych myślicieli, Pani Agnieszka Doda stwierdza, że nie będzie mojego artykułu krytykować, bo „jako postmodernistka ma przywilej doskakiwać do istoty rzeczy, nie troszcząc się o to, czy będzie zrozumiana przez ludzi normalnych”. Sęk w tym, że nie podejmując ze mną rzeczowej argumentacji, do żadnej „istoty rzeczy” Pani nie doskakuje. Zamiast tego sypie Pani szeregiem luźno powiązanych zdań i stwierdza, że troska o bycie zrozumianą to nie Pani zmartwienie. A gdybym ja teraz powiedział, że skoro Pani nie musi się troszczyć o to, czy będzie zrozumiana, to ja nie mam obowiązku próbować Pani myślenia zrozumieć?

Ale pozwolę sobie niektóre z jego elementów skomentować.

Po pierwsze

Ma Pani do mnie pretensje, że wszystkich postmodernistycznych myślicieli wrzucam do jednego worka, bez precyzyjnego studiowania „teologicznych” subtelności, którymi jedne szkoły różnią się od innych. No cóż, nie jest moim celem opisywanie odcieni myśli postmodernistycznej, tylko krytykowanie konkretnych, znanych z imienia i nazwiska jej przedstawicieli, za konkretne nonsensy, jakich się dopuszczają w swych pracach.

Po drugie

Mój artykuł opublikowany w „W drodze” nie stanowi pełnej i wyczerpującej krytyki postmodernistów — objętość czasopisma na to nie pozwala. Jest to tylko zasygnalizowanie problemu oraz próba zachęcenia zainteresowanego Czytelnika do sięgnięcia po omawianą książkę Sokala i Bricmonta, gdzie krytyka luminarzy myśli postmodernistycznej przeprowadzona jest pedantycznie i znacznie dokładniej. Pani tej książki nie miała w ręce, co widać stąd, że gdyby ją Pani czytała, to wiedziałaby Pani, że Sokal i Bricmont nie posługują się „luźnymi cytatami”, lecz przytaczają często wielostronicowe fragmenty dzieł Lacana, Kristevy i innych, a następnie analizują je w bardzo szerokim kontekście, niejednokrotnie wspierając się dla wyjaśnienia bardziej niezrozumiałych fragmentów pracami ich „oficjalnych” komentatorów, lub też — aby uniknąć oskarżeń o to, że teksty zostały zniekształcone w tłumaczeniu — przytaczają je w oryginale. Każdorazowo starają się oni odpowiedzieć na pytanie: „Czy nonsens spotkany w tekstach takiego czy innego filozofa stanowi tylko jednorazową wpadkę, czy też ma charakter systematyczny?”.

Skandal wywołany przez Sokala i Bricmonta sprowokował wielu innych przedstawicieli świata uniwersyteckiego do przyjrzenia się bliżej pracom postmodernistów. Efektem jest cała masa książek dokumentujących ich intelektualne wariactwa, bynajmniej nie w „krótkich artykułach”. Zwłaszcza polecam House built on sand: exposing postmodern myths about science (Dom na piasku: demaskując postmodernistyczne mity na temat nauki2 oraz Flight from science and reason (Ucieczka od nauki i rozumu3 — poświęconą szerszemu, nie tylko postmodernistycznemu, zjawisku idioktualizmu. Każda z nich to ponad 400 stron pedantycznie wypunktowanych nonsensów znalezionych w pracach idioktualistów. Do tego dochodzi wspomniana już przeze mnie w moim artykule Higher superstition 4 Grossa i Levitta, która stała się inspiracją dla Sokala do napisania jego sławnego dziś artykułu–parodii.

Dodam, że Sokal i Bricmont krytykę postmodernistów przeprowadzają w rękawiczkach i traktują ich bardzo, ale to bardzo łagodnie. Nawet za łagodnie. Gdy Lucy Irigaray przeprowadza pryncypialną feministyczną krytykę równania E = mc2 za to, że równanie to uprzywilejowuje prędkość światła, dyskryminując inne prędkości, Sokal i Bricmont z zaiste anielską cierpliwością tłumaczą:

Pozostaje faktem, że zależność E = mc2 pomiędzy energią (E) i masą (m) została zweryfikowana eksperymentalnie z ogromną dokładnością i byłaby oczywiście nieważna, gdyby prędkość światła (c) zastąpić jakąś inną prędkością.

Po trzecie

Oskarża Pani krytyków postmodernizmu, że atakują go „z braku lepszego zajęcia”. Myślę, że powód jest inny: w pewnym momencie zaczęli mieć serdecznie dość pseudouczonych produkujących pseudowiedzę i kompromitujących środowisko uniwersyteckie w oczach opinii publicznej, po czym doszli do wniosku, że odsianie ziarna od plew może przyczynić się do oczyszczenia atmosfery na uczelniach i powstrzymać ich powolny upadek.

A że „królowie postmodernizmu” nie przywykli do krytyki, gdyż do tej pory byli tylko oklaskiwani, to trudno. Gdzie są dozwolone oklaski, tam są również dozwolone gwizdy.

Po czwarte

Oskarża Pani krytyków postmodernizmu, że czepiają się bez sensu stylu oraz metafor. Podobną myśl słyszałem z ust pewnego brytyjskiego przeciwnika Sokala, który krytykę prac Lacana, Kristevy, Latoura, Deleuze’a i reszty porównał do pracy nudnego pedanta poprawiającego błędy stylistyczne w listach miłosnych. Otóż nic Pani z Sokalowej krytyki postmodernizmu nie rozumie.

Sokal i Bricmont w swojej książce wyraźnie stwierdzają, że jako fizycy nie są kompetentni, aby oceniać Lacana jako specjalistę od psychoanalizy, Latoura jako socjologa, Kristevy jako teoretyka literatury. Gdyby ci ludzie w swoich pracach ograniczyli się do zajmowania wyłącznie dziedzinami, w których są specjalistami, to pozostawiono by ich w spokoju. Jeżeli jednak zaczynają się oni posługiwać analogiami zaczerpniętymi z fizyki czy matematyki (do czego nikt ich nie zmusza!), wówczas nagle znajdują się na terenie, na którym Sokal i Bricmont, a także co bardziej rozgarnięty licealista, który cokolwiek zrozumiał ze szkolnej matematyki, są w stanie sprawdzić, czy ich teksty mają sens.

Postmoderniści sami się ustawiają do bicia, gdy w celu uzasadnienia swoich teorii sięgają po argumenty z nauk ścisłych. To jeszcze nie jest nic złego — nie ma a priori powodu, aby jakiś socjolog nie próbował doszukiwać się analogii pomiędzy prawami fizyki oraz socjologii. Osobiście uważam to za zajęcie jałowe i prowadzące donikąd, ale jeżeli ktoś chce próbować, to jego sprawa. Pod jednym wszakże warunkiem: aby takie poszukiwanie analogii miało sens —wówczas autor powinien mieć pewne pojęcie o tym, o czym mówi. Nie jest niczym tragicznym, jeżeli Bruno Latour próbuje uogólnić teorię względności Einsteina na socjologię, kłopot w tym, że czyni to w sytuacji, gdy z „normalnej” teorii względności nic nie rozumie. Krytykę „fizyki” w wydaniu Latoura podjął Sokal w swojej Fashionable Nonsense, do końca doprowadził ją profesor Uniwersytetu Harvarda, John Huth, w artykule opublikowanym w House built on sand: exposing postmodern myths about science2.

Podobnie, gdyby Lacan ograniczył się tylko i wyłącznie do pisania o psychoanalizie, Sokal nie zwróciłby na niego uwagi. Niestety, on postanowił opracować dla psychoanalizy podstawy matematyczne.

Sokal i Bricmont wypunktowali całą masę ewidentnych błędów: Lacan swoją matematyczną teorię psychoanalizy chce oprzeć na teorii liczb zespolonych, ale zaraz na wstępie myli pojęcia „liczby niewymiernej” i „liczby urojonej” (odpowiednio: irreal — dosłownie nierzeczywista i imaginary — wyimaginowana; pomimo podobnej nazwy są to dwie kompletnie różne rzeczy!). Chce się wspierać topologią (dział matematyki zajmujący się teorią odwzorowań ciągłych), ale plącze się w definicji pojęcia „zbiór zwarty” (jedno z ważniejszych pojęć topologii). Odwołuje się do logiki, ale nie potrafi poprawnie przeprowadzić negacji kwantyfikatora. Szczegółowe przypisy, wskazujące, gdzie te przykłady można znaleźć w Fashionable Nonsense — proszę sprawdzić. Lista nonsensów wyłapanych przez Sokala jest długa — i bynajmniej nie jest kompletna.

Z pozostałymi autorami sprawy mają się tak samo.

Skoro ci ludzie nie mają dość naukowej rzetelności lub wręcz wstydu, który powstrzymałby ich od pisania nonsensów na tematy, o których nie mają bladego pojęcia, to wystarcza to, aby w czytelniku zasiać pewne ziarno wątpliwości: skoro „matematyczna” część psychoanalizy Lacana nadaje się do wyrzucenia, to być może cała reszta jego dorobku też stanowi bzdury, tyle że trudniejsze do zidentyfikowania i bardziej zawoalowane, gdyż w matematyce używa się języka precyzyjnego i logicznego, w odróżnieniu od psychoanalizy… To prowadzi nas do kolejnej kwestii.

Po piąte

Pisze Pani, że zna osobiście profesorów matematyki i fizyki, którym wydaje się, że lektura postmodernistów przynosi owoce i pozwala rozumieć świat „ponowoczesny”, cokolwiek to oznacza.

Otóż jakoś trudno mi uwierzyć, że istnieją poważni i liczący się w środowisku naukowym fizycy czy matematycy, którzy traktowaliby matematykę Lacana lub Kristevy, teorię względności Latoura czy „mechanikę płynów” Irigaray poważnie. Choć może się mylę, świat jest pełen rozmaitych ekscentryków, a po lekturze niektórych tytanów intelektu mało co może zadziwić.

Po szóste

Pisze Pani: „A gdyby tak potraktować poważnie postmodernistów? To wymaga, niestety, zbyt wiele wysiłku, to ogromna dziedzina myśli, którą wygodniej odrzucić”. Rozumiem więc, że wszyscy, którzy postmodernistów odrzucili, uważając ich teksty za bezwartościowe, są po prostu leniami intelektualnymi. Równie dobrze może Pani bronić astrologii, twierdząc, że wszyscy, którzy ją krytykują, odmawiając jej miana nauki, nie zadali sobie wystarczająco dużo trudu, aby ją zrozumieć.

Powiem niegrzecznie: jeżeli ktoś chce być traktowany poważnie, to musi się zachowywać jak ktoś zasługujący na takie traktowanie.

Spróbujmy wspólnie prześledzić pewien fragment tekstu Lacana analizowany szczegółowo w książce Sokala i Bricmonta. Moje tłumaczenie Mistrza jest bez wątpienia nieudolne i toporne, przez co traci się styl oryginału. Gorąco zachęcam Czytelnika do zajrzenia do tekstu oryginalnego.

Skoro zespół wyznaczników, jako taki, jest z tego właśnie powodu kompletny, więc wyznacznik może być tylko linią prostą rysowaną z okręgu, nie mogąc być liczoną jako jego część. Może być symbolizowany jako własność (–1) w całym zbiorze wyznaczników.

Jako takie jest to niewyrażalne, ale jego operacja nie jest niewyrażalna, ponieważ ona jest tym, co jest tworzone, kiedykolwiek właściwe słowo jest wymawiane. Jego zdanie równe jest jego znaczeniu.

W ten sposób, obliczając to znaczenie zgodnie z metodą algebraiczną tutaj stosowaną, konkretnie:

S (wyznacznik)
–––––––––––––– = s (wyrażenie)
s (oznaczony)

z S = (–1) daje s = .

(…) Z tego powodu organ erekcyjny zaczyna symbolizować obszar jouissance, nie sam w sobie, i nie w formie obrazu, ale jako część, której brakuje pożądanego obrazu: oto dlaczego jest on równoważny oznaczenia przedstawionego powyżej, jouissance, którą przywraca przez współczynnik swojego wyrażenia do funkcji braku wyznacznika (–1).

Uff, koniec cytatu.

Wbrew temu, co Pani twierdzi, zorientowanie się, że powyższe wzory są bez sensu, wcale nie wymaga wieloletnich studiów oraz wielkiego wysiłku intelektualnego: wystarcza znajomość elementarnej algebry. Oczywiście, może Pani twierdzić, że u Lacana kreska ułamkowa nie oznacza dzielenia, a symbol pierwiastka nie oznacza pierwiastka znanego z matematyki, tylko coś innego. Zgoda, każdy może wprowadzać takie symbole, jakie uważa za stosowne, pod warunkiem, że je wcześniej zdefiniuje. Lacan takich definicji nie podaje, czyli jego algebraiczne „algorytmy” w psychoanalizie są bez sensu.

A teraz zastanówmy się, jak należy interpretować jego wniosek: „Organ erekcyjny jest równoważny ”.

Otóż są dwie możliwości. Możliwość pierwsza: Lacan napisał powyższy tekst jako test na inteligencję czytelników, a następnie śmiał się w kułak, widząc, jak pokolenia komentatorów doszukiwały się w nim jakiegoś głębokiego sensu. Możliwość druga: Lacan, pisząc te słowa, majaczył w delirium. Trzeciej możliwości nie widać.

Otóż w naukach ścisłych mamy do czynienia z trudnością pierwszego rodzaju: aby zrozumieć działanie diody półprzewodnikowej lub teorię Wielkiego Wybuchu, potrzeba opanowania skomplikowanego aparatu matematycznego, co nie jest możliwe bez wielu lat studiów — i raczej przekracza możliwości intelektualne ogromnej większości populacji. Nie zmienia to jednak faktu, że laikowi da się w sposób poglądowy wytłumaczyć, jak działa dioda lub streścić w punktach najważniejsze fakty na temat Wielkiego Wybuchu. Istnieją tysiące książek popularnie tłumaczących zawiłe pojęcia współczesnej fizyki czy matematyki.

W tej sytuacji Sokal ogłosił otwarty konkurs: „Zarzucacie mi, że nic nie rozumiem z Lacana, a mimo to go krytykuję. Dobrze. Stawiam butelkę dobrego wina każdemu, kto napisze tekst, w sposób prosty i zrozumiały dla laika, wyjaśniający, co Lacan chciał powiedzieć przez «organ erekcyjny jest równoważny»”.

Od ogłoszenia konkursu minęło już kilka lat i jak dotąd żaden z licznych specjalistów zajmujących się badaniem dorobku intelektualnego Lacana wyzwania nie podjął. Pozwala to na nieśmiałe wysunięcie hipotezy, że oni też nie wiedzą, co Lacan chciał powiedzieć, tylko wstydzą się przyznać lub boją się śmieszności.

Może Pani podjęłaby się tego zadania? Obiecuję dodatkową butelkę.

Po ostatnie

Cechą postmodernizmu i idioktualizmu jest totalna odporność na zewnętrzną krytykę. Nawet gdy Sokal opublikował swoją parodię w postmodernistycznym czasopiśmie, nie zdołało to jego redaktorów wytrącić ze stanu samozadowolenia. A środowisko postmodernistów zareagowało wprawdzie oburzeniem, ale nic nie wskazuje na to, aby z kompromitacji wyciągnęło jakiekolwiek wnioski. Sokal i Bricmont w Fashionable Nonsense napisali, że pragnęli ukazać, iż postmodernistyczni cesarze są nadzy. Nie chcą wprawdzie być złymi prorokami, ale bajka Andersena o nowych szatach cesarza, po tym, gdy już dziecko zawołało „on jest nagi”, kończyła się: „A szambelan nadal podtrzymywał tren szaty, której nie było”.

1 A. Sokal, J. Bricmont, Fashionable Nonsense. Postmodern Intellectuals Abuse of Science, Picador USA 1999. Pierwotnie ukazała się (w nieco innej wersji) po francusku jako Impostures intellectuelles, Editions Odile Jacob, 1997.
2 House built on sand: exposing postmodern myths about science, praca zbiorowa, Oxford University Press 1998.
3 Flight from science and reason, praca zbiorowa, John Hopkins University Press 1996.
4 P. R. Gross, N. Levitt, Higher superstition. The academics left and its quarels with science, John Hopkins University Press 1998.

Doskoczyć do istoty rzeczy
Tomasz Włodek

urodzony w 1965 r. – pracownik naukowy, przebywa w USA, publikował w miesięczniku „W drodze” oraz w polskiej prasie wydawanej poza granicami kraju. Autor cyklu felietonów pt....