Kilka tygodni temu miałem okazję być przez kilka dni w Paryżu. Rzecz jasna nie omieszkałem spełnić chrześcijańskiego obowiązku nawiedzenia Katedry Notre Dame odrestaurowanej po pożarze. W „starej” katedrze przed laty bywałem stosunkowo często – jeszcze w latach 90. ubiegłego wieku (jak to brzmi…) mieszkałem miesiącami w tym mieście, ucząc się języka, o którym nauczyciel twierdził, że wymawia się tak, jak się pisze. Nie zamierzam tu jednak opisywać wrażeń związanych z nowym wystrojem. Chciałem sprawdzić co innego: na ile w moim subiektywnym odbiorze to miejsce nadaje się jeszcze do modlitwy. Odstawszy swoje na deszczu w długiej kolejce do kontroli bezpieczeństwa i przedarłszy się nie bez trudności przez kościelny już kordon oddzielający przestrzeń przed prezbiterium przeznaczoną na modlitwę od reszty dostępnej dla zwiedzających, zasiadłem – dumny i blady – w wydzielonej zagrodzie.
Nawet elementarne wyciszenie nie było łatwe. Trudno było zignorować szum, na który składały się rozmowy i śmiechy zwiedzających. Mimo rytmicznie powtarzanych w różnych językach wezwań do ciszy, życie towarzyskie toczyło się w najlepsze. Na szczęście do miejsca, w którym siedziałem, z rzadka dochodziły konkretne treści. Postanowiłem zatem ów szum zagospodarować jak naturalne tło, na przykład szum rzeki, który zamazuje specyficzne dźwięki i oblewa rytmiczną monotonią, by zostawić uwadze to, co naprawdę ważne. Kiedy si
Zostało Ci jeszcze 75% artykułu
Oceń