Spowiedź
Jeśli ktoś ma w domu hazardzistę, niech nie pożycza mu pieniędzy, nie kłamie za niego, nie spłaca jego długów, bo to nie ma sensu. W ten sposób coraz bardziej wpędza się osobę uzależnioną w chorobę.
Anna Sosnowska: Kim jest człowiek, który przede mną siedzi?
Rafał Porzeziński: Muszę zacząć od imienia, bo ono jest dla mnie ważne. Mam na imię Rafał, a to oznacza „Bóg uzdrawia” i ja jestem tego dowodem. Podkreślmy czas teraźniejszy tego imienia – uzdrawia, nadal uzdrawia. Patrząc wstecz na moją historię, widzę wyraźnie, że gdyby nie On, to bym tu z panią nie siedział. Jeżeli w ogóle gdzieś bym siedział, to raczej w jakimś zamkniętym zakładzie. A może w ogóle by mnie nie było, bo przez lata chorowałem na hazard, a on, podobnie jak narkomania, która też mnie trochę poturbowała, czy alkoholizm, jest chorobą postępującą i śmiertelną.
Nie tylko w sensie duchowym?
Oczywiście ze śmiercią duchową również tu mamy do czynienia, chociaż osobie uzależnionej bardzo trudno zdać sobie sprawę z tego, że w ogóle ma jakiegoś ducha – ta rzeczywistość jest przez nią zupełnie wypierana. Sam przez uprawianie hazardu mogłem umrzeć parę razy i znałem ludzi, którzy rzeczywiście z tego powodu odeszli.
W jaki sposób?
Choćby w wyniku samobójstw – najczęściej udane samobójstwa wśród osób uzależnionych występują właśnie u hazardzistów. Nie ma się co dziwić – żaden inny nałóg nie jest w stanie pozbawić cię przez jedną noc majątku, na którego spłacenie nie zarobisz nawet przez pięć żyć.
Można przegrać taką stawkę?
Można. Dlatego innym żniwem hazardu są wyroki śmierci wykonywane przez ludzi, od których pożyczyliśmy pieniądze, czy zawały serca – zarówno przy wygranych, jak i przegranych.
O alkoholiku, który nie pije, mówi się: trzeźwy alkoholik. A jak pana nazwać? Niegrający hazardzista?
Jestem trzeźwym hazardzistą. Chociaż czy niegrającym? W tej chorobie nie chodzi tylko o uzależnienie od gier hazardowych, ale także od pewnych zachowań emocjonalnych. Ja na przykład bardzo długo – i do dziś mam z tym kłopoty – borykałem się z odkładaniem spraw na ostatnią chwilę. To jest klasyczne zachowanie hazardowe – jak późno mogę zacząć, żeby jeszcze zdążyć. Więc staram się tak nie robić, chociaż czerwcowy artykuł do „W drodze” pisałem już po terminie oddania tekstu… Zachowaniem typowego gracza jest też nieumiejętność mówienia „nie”. To bardzo trudne słowo dla uzależnionego. Łatwiej obiecać, że się będzie w trzech miejscach jednocześnie, niż odmówić jednej osobie.
Ile lat trwa pana abstynencja?
Od 15 lat jestem, że się tak wyrażę, nieaktywny hazardowo i dziś nie postrzegam nałogu jako swojego głównego problemu. Teraz już mogę zagrać z dziećmi w chińczyka bez obaw, że to coś we mnie wyzwoli.
Wcześniej pan się bał?
Na pierwszym etapie zdrowienia unikałem wszelkich gier – nawet chińczyka, i Piotrusia także. Do dzisiaj staram się nie grać z dorosłymi w monopol. Nie nosiłem przy sobie pieniędzy. Kibicowanie, które również jest moją słabością, odstawiłem na jakiś czas i nie sprawdzałem wyników meczów, chociaż pieniędzy w STS-ach i innych bukmacherskich miejscach nigdy nie zostawiałem. To są takie klasyczne narzędzia, które się okazują bardzo przydatne w zachowaniu bezpieczeństwa – unikaj wyzwalaczy.
Cofnijmy się do czasu, kiedy pan nałogowo grał.
Mając tak naprawdę życie u stóp – pracę w fajnym, rozrywkowym środowisku, full znajomych, imprezy – byłem człowiekiem nieszczęśliwym. Tylko że brakowało mi czasu na autorefleksję, bo albo ja szukałem propozycji zabaw, albo one szukały mnie. Jednak podskórnie czułem, że nie jestem sobą. Przy goleniu nie mogłem na siebie spojrzeć – podchodziłem do lustra i było mi głupio. To bardzo żywe wspomnienie.
Co pan mówił do tego człowieka w lustrze?
Głównie na siebie bluzgałem. To w ogóle nie byłem ja, to był ktoś bardzo obcy; pazerny na tzw. życie, ale tak naprawdę to pazerny na śmierć. Doprowadziłem się do takiego stanu, że pamiętałem tylko moment wejścia do kasyna i moment wyjścia z niego. Nie miałem pojęcia, co się wydarzyło w środku. Tak działała adrenalina. Potrafiłem siedzieć w kasynie dwie doby, wypijając trzydzieści, czterdzieści kaw. Na szczęście nie wymyślili jeszcze wtedy napojów energetyzujących.
Jak reagował na takie „harce” pana organizm?
Dostawałem krwotoku z nosa, ale to mnie tylko wkurzało. Wyjście do toalety, żeby opanować krwotok albo zrobić siku było niepotrzebną stratą czasu. Ja potrzebowałem brzęku kuleczki w ruletce, szelestu kart w blackjacku, a kiedy nie miałem już pieniędzy na duże stawki – to choćby dźwięku maszyn do gier. Gdy wychodziłem z kasyna po przegranej, to jechałem do domu bardzo wolno – często na rezerwie, bo nie zawsze pamiętałem, żeby zatankować przed grą, chociaż o kupnie dwóch kartonów papierosów nie zapominałem nigdy – i rozglądałem się, czy nie leży gdzieś walizka z dolarami. Może pani nie wierzyć, ale ja byłem przekonany, że kiedyś ją znajdę. Straszny czas.
Docierało wtedy do pańskiej świadomości, co tak naprawdę pan sobie robi?
Nie do końca, bo oprócz znieczulaczy miałem jeszcze wokół siebie wielu potakiwaczy – tak zwanych przyjaciół – którzy byli gotowi iść ze mną na koniec świata, dopóki lufka była pełna i były pieniądze na grę. Owszem, potem przychodziły momenty, kiedy znowu musiałem zarobić troszkę pieniędzy, skombinować je albo ukraść. Wtedy ten ciężar lekkiego życia na chwilę mnie dopadał, ale tak naprawdę nigdy nie doświadczyłem dotkliwie konsekwencji swojego uzależnienia.
Jak to możliwe?
Miałem zbyt życzliwych i przez to nieodpowiedzialnych bliskich, którzy buforowali moje działania. Dlatego odczuwany przeze mnie ból był zbyt mały, żebym chciał trzeźwieć. Jeśli ktoś ma w domu hazardzistę, niech nie pożycza mu pieniędzy, nie kłamie za niego, nie spłaca jego długów, bo to nie ma sensu. W ten sposób coraz bardziej wpędza się osobę uzależnioną w chorobę.
Co pan w tamtym czasie słyszał od swojej rodziny?
Różne rzeczy na różnym etapie: „Synu, opamiętaj się”, „Rafał, jak tak można?”, „Marnujesz swoje życie”, „Wpędzisz matkę do grobu”. Jednak potem, pod koniec tego dziewięcioletniego „tańca”, starałem się moich bliskich już w ogóle nie zauważać. Nie chciałem wyrzutów sumienia, które i tak codziennie mnie zabijały. W jakąś głębszą relację, zwłaszcza z mamą, wchodziłem tylko kiedy potrzebowałem pomocy finansowej i wtedy moja skrucha może nawet była szczera. Ale przyświecał jej jeden cel: zdobyć pieniądze i się odegrać. Wiem, że mama, babcia i siostra bardzo się modliły o moje opamiętanie i gdyby nie ta modlitwa, to nie sądzę, żebym się opamiętał.
No właśnie, pochodzi pan z rodziny, w której wiara jest sprawą ważną. To pana nie uratowało?
Świadomość obecności Boga w naszym życiu była dla nas czymś oczywistym i ja nigdy tej świadomości nie straciłem. Nie wyrzekłem się Boga, nie skreśliłem Jezusa z mojego serca, tylko w ogóle się nie zastanawiałem, czego On ode mnie chce i co ja mogę razem z Nim. Przez cały okres tego mojego „potwornienia” byłem jednym wielkim poczuciem winy. Wiedziałem przecież, że moje życie to życie przeciwko pierwszemu przykazaniu. Bóg stał się wyrzutem sumienia, ale też Osobą, za którą tęskniłem, a której nie chciałem dopuścić do głosu.
Aż nadeszła noc przełomu.
Tamtej nocy – miałem wtedy prawie 25 lat – zdałem sobie sprawę z czegoś bardzo istotnego: już nie potrafiłem przed sobą dłużej udawać, że moje życie dopiero się zacznie – gdy skończę studia, gdy poznam ukochaną kobietę albo gdy się wydarzy jeszcze coś innego. Nie potrafiłem dłużej udawać, że na razie wszystko się dzieje nie całkiem serio, że to tylko jakiś okres przejściowy.
Tyle doznań, tyle intensywnych bodźców, a panu się wydawało, że nie do końca pan żyje?
Wszystkie te bodźce miały w tle totalną nieodpowiedzialność i zabawę. Całe moje życie było wtedy rodzajem karnawału, więc również wpisywał się w nie nawał kar.
Kar jakiego rodzaju?
Brak miłości we mnie był największą karą. Potrafiłem go oczywiście zastępować hazardem, marihuaną i romansami – te rzeczy zapewniały mi doraźne ukojenie, ale złudne, chwilowe i powodujące coraz głębszą demoralizację. Natomiast w ogóle nie rozumowałem w kategoriach ponoszenia odpowiedzialności za coś – choćby za swoje własne życie. Gdybym dzisiaj popatrzył na tamtego siebie, to – jestem o tym przekonany – zgorszyłbym się, a może nawet załamał. Bardzo bym nie chciał, żeby moje córki poszły tą drogą. Byłem pożałowania godnym, pustym w środku indywiduum, które – na moje nieszczęście – sprawiało bardzo dobre wrażenie na zewnątrz. Dzięki temu miałem ogromną łatwość zdobywania poklasku i sympatii, a tym samym i pożyczek na moje fanaberie.
Co się właściwie wydarzyło tamtej nocy?
Obiektywnie – nic. Za drzwiami nie stała mafia, nikt mnie nie pobił, nie umarł mi nikt bliski, nie przegrałem jakiejś strasznej ilości pieniędzy. Wróciłem do domu po nocnym dyżurze w radiu i poczułem smutek oraz straszną pustkę. I wściekłość na Boga, że dopuścił w moim życiu do takich skandalicznych rzeczy.
Zwalał pan winę na Niego?
Tak, jakbym to nie ja był sprawcą moich zachowań i działań.
Czyli to Bóg zgotował Panu taki los?
Paskudnie mnie zostawiając. I wtedy wykrzyczałem Mu te słowa: „Dlaczego do mnie nie mówisz, gdy robię te wszystkie głupoty?”. No i On odpowiedział – głębokim, ciepłym, męskim barytonem: „Gdy mówię, nie słuchasz”. Jakbym włączył audiobooka. Spotkałem się wcześniej z historiami wielu osób, które ponoć słyszały głos Boga, ale im nie dowierzałem. Teraz to się przydarzyło mnie.
Tamtej nocy długo rozmawialiśmy, chociaż z mojej strony to były raczej gówniarskie zaczepki, a z Jego strony – ciepło i dobroć.
Nie myślał pan wtedy: może to jakieś urojenie, może mi się tylko wydaje, że słyszę głos Boga?
Oczywiście. Od razu chciałem przypisać tę sytuację flashbackowi po marihuanie, ale akurat od dłuższego czasu byłem trzeźwy. Poza tym w Jego słowach brzmiały mądrość, dobroć i prostota, których nie byłbym w stanie wykombinować, a które wbijały mnie w ziemię. Nagle zobaczyłem siebie jako faceta siedzącego w dziecięcym pokoju, w spodenkach niesięgających już nigdzie. Kurde, chłopie – docierało do mnie – jesteś dorosły i świat ma ci do zaproponowania niesamowicie dużo, a ty się karmisz jakimiś papierkami nasączonymi LSD, które ani ci w niczym nie pomagają, ani niczego nie rozwiązują, tylko wszystko komplikują. Naprawdę nie musi tak być.
Jak się pan czuł w tak bliskim, wręcz namacalnym kontakcie z Bogiem?
Przede wszystkim – o czym rzadko mówię, chociaż zawsze o tym pamiętam – ani przez chwilę nie czułem się oskarżony. To było najważniejsze doświadczenie w tej rozmowie. Przecież ja miałem w sobie ducha oskarżycielskiego rozwiniętego aż po masochizm, ciągle tylko sobie dowalałem, bo uważałem, że na nic lepszego niż cierpienie nie zasłużyłem. A w tym Głosie nie było niczego z oskarżyciela czy sędziego sprawiedliwego, który za złe karze. Słyszałem za to Boga, który za dobre wynagradza, a nawet miałem takie poczucie, że mnie wynagradza za złe.
Czym?
Światłem. Prosta modlitwa Ojcze nasz, wypowiadana tamtej nocy, nagle tak się „zaświeciła”, że każde słowo miało znaczenie, każdy wyraz palił mnie do żywego tęsknotą, bo tu kryła się obietnica: ja też mogę w ten sposób żyć, to jest moje prawdziwe miejsce, chociaż na razie czuję, że do tej modlitwy zupełnie nie pasuję, że ona mnie absolutnie przerasta. Myśleć o woli Ojca, a nie o swojej, kiedy ja wciąż mówię: moja wola, moja wola, moja wola? Prosić o odpuszczanie grzechów tak, jak ja odpuszczam? Przecież to wyrok śmierci na samego siebie, bo ja, nie odpuszczam za żadne skarby! Chleb powszedni? Modlić się o niego? Niech to robią jacyś głodujący z Etiopii, których nakarmię, jak tylko wygram te miliony w kasynie! Ale paradoksalnie, ta moja „nieadekwatność”, „nieprzystawalność” była bardzo szczęśliwym doświadczeniem.
Jak to możliwe?
Wiedziałem, że moje teraźniejsze „ja” jest jakimś golemem i to ono nie pasuje do mojego życia. Moje prawdziwe „ja” jest z tej rzeczywistości opisanej w Ojcze nasz. A skoro za nią tęsknię, dlaczego nie pójść w jej kierunku?
Po tej nocy mógł pan już spokojnie spojrzeć w lustro?
Nigdy się nad tym nie zastanawiałem… Raczej byłem wpatrzony w Jezusa w Najświętszym Sakramencie i w obraz Matki Boskiej Częstochowskiej. O lusterku, czyli o odbudowaniu tego, kim jestem, myślałem później.
Najpierw wrócił pan do sakramentów, rzucił się pan w modlitwę i żarliwie prosił Boga o dobrą żonę, dobrą pracę oraz zrozumienie, czym jest eucharystia. O wolność od nałogu pan nie prosił. Dlaczego?
Tamtej nocy odeszły ode mnie, bez żadnego wysiłku z mojej strony, wszystkie pokusy związane z narkotykami, hazardem i seksem. Przez kolejne miesiące miałem z nimi spokój. Dlatego w swojej pysze myślałem, że to ja dałem Panu Bogu moją wolność, że to ja dałem Mu moje narkotyki, romanse i hazard, a w zamian chcę od Niego to, to i to. Nie doszedłem jeszcze do etapu, do którego prowadzą szósty i siódmy krok z programu 12 kroków.
Krok szósty: Staliśmy się całkowicie gotowi, aby Bóg uwolnił nas od wszystkich wad charakteru. Krok siódmy: Zwróciliśmy się do Niego w pokorze, aby usunął nasze braki.
Dla mnie, neofity, było oczywiste, że ja dałem, a Bóg wziął. Tymczasem On trzymał moje nałogi na wyciągniętej ręce i w każdej chwili mogłem je łyknąć. Ale to zrozumiałem dużo później – już po ślubie z tą wymarzoną, wymodloną żoną.
Coś się wtedy stało?
Mieliśmy polecieć z Agnieszką w naszą drugą podróż poślubną do Kanady. I gdy zdałem sobie sprawę, że nie mam dość pieniędzy na tę wyprawę, po trzech i pół roku abstynencji oraz braku pokus w tej dziedzinie, poszedłem grać. Byłem w totalnym szoku.
Wystraszył się pan?
Bardzo. Mało tego, w kasynie odczułem przy sobie obecność osobowego zła. Ten wyjazd był strasznie smutny. Miałem przed żoną tajemnicę, mentalnie ją zdradziłem, ale nie odważyłem się przyznać. Kiedy wróciliśmy z Kanady, nadal wisiało między nami napięcie. Po jakimś czasie znowu poszedłem grać. Po trzecim razie, przerażony tym, że zniszczę nasze małżeństwo, znalazłem w sobie tyle siły, by Agnieszce o wszystkim opowiedzieć.
Jak żona zareagowała?
Na pewno poczuła ulgę, bo wreszcie coś pękło między nami, i powiedziała: Słuchaj, Rafał, idź do spowiedzi. Ja, taki nawrócony, przez cały miesiąc na to nie wpadłem!
Ale żona wiedziała o pana wcześniejszych kłopotach z uzależnieniem?
Tak, powiedziałem jej o tym, zanim poprosiłem ją o rękę. Tylko wtedy dla niej to nic nie znaczyło. Bo cóż może znaczyć hazardzista dla osoby, która nie miała z nim do czynienia? Agnieszka mi wprost powiedziała, że kojarzy jej się to raczej z jakimś Jamesem Bondem w białej koszuli, który popijając w kasynie wstrząśniętego, niezmieszanego drinka, wygrywa.
Spowiedź pomogła?
Tak, bo trafiłem na dominikanina, który w ramach pokuty kazał mi pójść na spotkania Anonimowych Hazardzistów. Znałem je, ponieważ uczestniczyłem wcześniej w kilku mityngach, ale wydawały mi się one wtedy wielką żenadą – siedzą przy świeczce, narzekają, łapią się za ręce. Dlatego nie byłem tą pokutą zachwycony – poszedłem tam tylko ze względu na posłuszeństwo wobec matki Kościoła.
I?
Chciałem wszystkim powiedzieć, że Pan Bóg ich kocha. Wyśmiali mnie, życzliwie, ale głośno, i zapytali, jak długo nie gram. „Drugi dzień” – mówię. No to wyśmiali mnie jeszcze bardziej i jeszcze życzliwiej. Na spotkaniu pojawił się temat 12 kroków, spisanych w książce Anonimowi Alkoholicy przez Billa W. i jego przyjaciół. Czytając tę książkę od dechy do dechy, i na powrót, czułem coś takiego: tutaj jest twoja droga, tu jest bezpieczeństwo, to jest ode Mnie, tak trafisz do Mnie. Coś, co mieści się na jednej kartce A4, zawiera program na całe życie – świetne wskazówki do tego, żeby stać się w pełni sobą, w pełni człowiekiem, a jednocześnie dziedzicem Królestwa.
Wróćmy do momentu, kiedy poszedł pan na spotkanie Anonimowych Hazardzistów po raz pierwszy.
Trafiłem tam przez Lubę Szawdyn.
Legendarną terapeutkę uzależnień.
W środowisku hazardzistów na pewno. Luba jest osobą zanurzoną w Panu Bogu i to ona jako pierwsza wprowadziła tak silnie duchowość do terapii. Zabrała mnie do niej moja mama.
To było jeszcze przed tym nocnym objawieniem się Boga?
Tak. Usłyszałem wtedy od Luby, że jestem hazardzistą i że to jest choroba. Powiem pani, że bardzo mnie to ucieszyło.
Ucieszyło?!
Do tej pory postrzegałem siebie jako kogoś, kto po prostu ma problem z wyjściem z kasyna w momencie, kiedy wygrywa. Więc chciałem się nauczyć tylko tego: wychodzenia, gdy byłem górą. Ale kiedy się dowiedziałem, że hazard to choroba, pomyślałem: Kurka, czego wy w takim razie ode mnie chcecie? Jestem chory, więc choruję. Na co Luba odpowiedziała: Nie, nie. Jesteś chory, więc musisz się leczyć. No dobra, tylko u kogo? U Luby nie chciałem, bo była groźna i krzyczała. Więc wymyśliłem, że pójdę do jakiegoś psychiatry.
Trafił pan do specjalisty czy „specjalisty”?
Trafiłem do totalnego freaka! Lubiłem mówić, więc przez dwie godziny opowiadałem mu swoją historię, a że on brał za spotkanie spore pieniądze, to bardzo chętnie słuchał. Kiedy skończyłem wywód, przedstawił mi diagnozę: „Ten hazard pojawił się u pana na tle depresyjnym”. Kurczę, a mnie się wydawało, że jestem najpogodniejszym człowiekiem na świecie! „W związku z tym – mówi dalej lekarz – zapiszę panu taki nowy lek, prozac się nazywa”. Wtedy jeszcze nie „prozaczyło” się tak jak dzisiaj. Miałem akurat trochę kasy, więc odżałowałem i wykupiłem receptę. Powiem pani, że nigdy wcześniej ani nigdy potem nie grałem tak grubo i bez wyrzutów sumienia jak po tym prozacu. Absolutne szaleństwo. Wtedy doszedłem do wniosku, że skoro eksperci proponują mi coś, co tylko wzmaga chęć gry, to taki już widocznie mój los.
Kto by pomyślał, że kilkanaście lat później w oparciu o 12 kroków będzie pan prowadził warsztaty, robił program telewizyjny czy nagrywał audiobooki.
Rzeczywiście mam taką idée fixe, żeby program 12 kroków znali wszyscy ludzie, bo to doskonałe narzędzie nie tylko dla osób uzależnionych. One stanowią tak pociągającą rzeczywistość, że cierpię, jeśli przynajmniej raz dziennie komuś o niej nie opowiem. Dlatego właśnie założyłem stronę www.dwunasty.pl i profil na Facebooku 12 Krok, przygotowuję audycje w kilku stacjach radiowych i program TV. Ale jest też superzespół, w którym pracuję, prowadząc warsztaty dla chrześcijan „Wreszcie żyć – 12 kroków do pełni życia”. To świetny team i świetna propozycja dla tych, którzy czują, że nie żyją pełnią życia. Zapraszam czytelników „W drodze”, by spotkali się z nami i na tej drodze, nasz adres to www.12krokow.com.pl. Wiele osób z mojej rodziny przeszło przez program – również moja żona. Zresztą Agnieszka kiedyś mi powiedziała, że dużo się dowiedziała od nas, hazardzistów, a nasze mityngi pomogły jej zobaczyć kawałek siebie.
Czy poza tymi incydentami tuż po ślubie zdarzyło się jeszcze panu zagrać?
Kolejny nawrót choroby – na szczęście niezakończony grą – miałem po czterech latach małżeństwa. Wszystko się dobrze układało, wychowywaliśmy roczne bliźniaczki, dostawałem masę fajnych propozycji zawodowych. I nagle bach! Więc idę do Agnieszki i mówię, że powinienem wyjechać na czterdzieści dni do Dziekanki (szpital psychiatryczny w Gnieźnie – przyp. red.).
Sytuacja nie do pozazdroszczenia.
Agnieszka – taka wtedy młodziutka! – zachowała się bardzo dojrzale. Powiedziała: Jeśli to ma uratować ciebie i nas, oczywiście jedź. Teraz żona jest ze mną na każdej kolejnej rocznicy abstynencji, kiedy dmucham świeczki, a nie wszystkie żony mają na to ochotę.
Nie miał pan czasem takich myśli, żeby się zupełnie odciąć od swojej hazardowej przeszłości i zacząć budować życie na czymś innym?
Ja staram się przede wszystkim budować swoje życie na Panu Bogu, bo to w Nim odnalazłem bezpieczeństwo. Nie robię tego wybitnie, ale inaczej sobie nie wyobrażam. Oczywiście, nie w każdym towarzystwie opowiadam moją historię uzależnienia i nawrócenia. Ale kiedy staję przed ludźmi takimi jak ja, to nie będę udawał eksperta, tylko otwarcie mówię o swoim doświadczeniu. Na pewno nie chciałbym być postrzegany poprzez pryzmat trzeźwego hazardzisty przez moje córki, które dorastają. Dla nich przede wszystkim jestem i chcę być ojcem.
Boi się pan przyszłości?
Nie, cieszę się przyszłością. Ale najpiękniejsza jest teraźniejszość.
Oceń