Testament Christiana de Chergé
Terroryści wpadli do klasztoru. Prowadził ich ogrodnik Mohamed. Kazali mu iść przed sobą i pokazywać, gdzie są bracia.
Z Michałem Zioło OCSO rozmawiają Katarzyna Kolska i Roman Bielecki OP1
To jest Christian.
Sympatycznie wygląda na zdjęciu.
Francuski szlachcic, syn generała de Chergé. Bardzo elegancki, grzeczny, a zarazem straszna cholera. Wiedział, czego chce, i raczej nie był przyzwyczajony do dyskusji. Nie narzucał się. Tak go zapamiętałem.
Był szlachcicem. Co więcej?
To już właściwie wszystko. Arystokrata. Wolny człowiek. Stąd ta scena z 1994 roku, którą wszyscy przypominają…
Gdy do klasztoru przyszła islamska grupa zbrojna?
Tak. Bandyta przystawia mu kałacha do brzucha i grozi: Nie masz wyboru, musisz dać pieniądze, lekarstwa, telefon. A Christian mówi spokojnie: Ja mam zawsze wybór. To jest arystokracja ducha…
Kiedy go pierwszy raz zobaczyłem, pomyślałem sobie: Za tym człowiekiem pójdę w ogień.
Kiedy się poznaliście?
W 1995 roku.
Był zaskoczony, że Polak chce wstąpić do wspólnoty w Maroku?
Nie. Miałem wrażenie, jakby mnie dobrze znał. Nie byłem dla niego przybyszem z tajemniczego Wschodu. Znał wielu Polaków, którzy pracowali na kontraktach w Algierii i odwiedzali go w Tibhirine. Sam wstąpił do trapistów jako ksiądz z paryskiej diecezji. Ukończył seminarium, które mieściło się w dawnym Klasztorze Karmelitów, gdzie podczas rewolucji dokonano masakry więzionych tam księży, a po święceniach pracował w bazylice na Montmartre jako ceremoniarz liturgiczny.
Co powiedział, kiedy ojca zobaczył?
To ja powiedziałem… Spotkaliśmy się w arcybiskupstwie w Rabacie. Przyjechałem tam prosto z lotniska, a on kończył wizytację w Fezie. Miałem już załatwione wszystkie dokumenty i formalności, nic tylko wstępować. I mówię do niego: Nie wiem, jak zacząć, ale chciałem powiedzieć, że jestem absolutnie normalny, zdrowy psychicznie. A on patrzy na mnie, robi wielkie oczy i nagle wybucha histerycznym śmiechem.
Nie wiem, skąd mi to przyszło do głowy… Pewnie stąd, że niektórzy w Polsce nie mogli uwierzyć, że zostawiam dominikanów, taki wspaniały zakon.
I co? Powiedział: Jedziesz z nami do Tibhirine?
Nie. Krzysztof Śliwiński, któremu bardzo ufałem, odradzał mi Algierię. Wybrałem wspólnotę w Fezie, w Maroku. Tyle że Fez był filią Tibhirine i wizytacje w tym domu zakonnym przeprowadzał przełożony z Notre Dame de l’Atlas, a w tym czasie był nim Christian. Kazał mi jechać najpierw do Fezu, obwąchać miejsce, poznać wspólnotę, co wydawało się logiczne. Nowicjat w Tibhirine miałem rozpocząć zaraz po świętach Wielkanocy, czyli na początku kwietnia 1996 roku. Napisałem list do braci z Tibhirine, co oni skrzętnie odnotowali w kronice klasztornej, a odkryłem to dopiero po ich śmierci. Cieszyli się, że przyjechałem, byłem dla nich jakąś nadzieją. Christophe wspomina nawet o mnie w swoim dzienniku. To wciąż jest dla mnie ogromnie wzruszające…
Ale na razie znalazłem w rozkładzie jazdy pociąg z Rabatu do Fezu. Na dworcu miał na mnie czekać ojciec Bruno. Powiedział: Będę miał gazetę „Pèlerin”. Rozpoznasz mnie.
Przyjeżdżam do Fezu. Pociąg staje, ktoś wysiada, ale nikt na mnie nie czeka. Po peronie spaceruje jakiś pan w czarnym, długim płaszczu i w czarnym kapeluszu. I trzyma w ręce jakieś papiery. Myślę sobie: To musi być trapista. Przebrał się, żeby nie prowokować habitem. Podchodzę do niego i pytam: Czy ojciec Bruno? A tu jakaś twarz kota zabójcy mówi do mnie: Jaki Bruno? Co za Bruno? I kontynuuje tę przechadzkę.
Rozglądam się tu i tam, wychodzę przed dworzec, stoi dwóch robotników w wysokich gumiakach i niebieskich przybrudzonych drelichach – to był właśnie Bruno z ogrodnikiem.
A gazeta była?
Była. Pojechaliśmy do klasztoru. Stał na skarpie, miał budowę tarasową i przepiękny ogród, w którym rosły mandarynki, grejpfruty, pomarańcze i wspaniałe palmy. Wcześniej był tam hotel dla robotników budujących kolej. Potem budynek kupiła siostra Magdalena, założycielka Małych Sióstr. W latach osiemdziesiątych klasztor przejęli trapiści. Filia w Maroku była pomyślana jako miejsce ucieczki, na wszelki wypadek, gdyby w Algierii zaczęły się dziać straszne rzeczy…
Czy to znaczy, że już w 1995 roku było tam niebezpiecznie?
Oczywiście. Mordy zaczęły się w 1991 roku, potem w 1993 i 1994. Każdego roku kogoś zabijano.
Jak ojciec zapamiętał swoje pierwsze dni u trapistów?
Serce mówiło, że to jest właśnie to. Chociaż żołądek podpowiadał coś przeciwnego. Mój pierwszy obiad. Ojciec Jean-Baptiste dzwoni ogromnym alpejskim dzwonkiem, takim, jaki noszą krowy Milka, zbieramy się w dość ciasnym refektarzu. Sałata, marokański płaski okrągły chleb, ryż i kawalątek kury. Na kurę popatrzyłem z nienawiścią neofity, bo jak to, przecież czytałem, że trapiści to ostry zakon, a tu widzę, że mięsko wcinamy. Ja się chcę poświęcić, a oni mi kłody pod nogi już na początku rzucają. Bruno natychmiast wyłapał moje wahanie i słodkim głosikiem dawnego profesora literatury francuskiej mówi: Musimy to zjeść, to nasza ostatnia kura, która padła wczoraj. Jednym słowem: Smaczne
Zostało Ci jeszcze 85% artykułu
Oceń