Skrupulatom na ratunek
Transatlantyk Festival, Poznań 7-14 sierpnia
Festiwalu Transatlantyk nie trzeba chyba nikomu przedstawiać. Od pierwszej edycji w 2011 roku przyciągnął do Poznania tłumy widzów i stał się ważnym filmowym wydarzeniem dla wielbicieli kina z całego kraju. W tym roku już po raz trzeci miesięcznik „W drodze” będzie miał swój udział w wyborze i prezentacji filmowej oferty festiwalu. W 2013 roku w ramach sekcji „Sacrum w kinie” zaproponowaliśmy widzom m.in. Meteorę i Śpiącą królewnę, rok później patronowaliśmy pokazom filmów A jeśli Bóg jest i Droga krzyżowa.
„Kino poruszające wątki religijne to wciąż niewielki margines współczesnego filmu. Tym bardziej cieszymy się, że w ramach Transatlantyk Festival Poznań będziemy mogli przedstawić filmy, którym udaje się nie popaść w pobożny oleodruk lub nieznośny kicz, a które z drugiej strony próbują pokazać fenomen doświadczenia religijnego nie tylko z perspektywy socjologicznej, ale i duchowej” – pisał dwa lata temu o. Roman Bielecki, redaktor naczelny miesięcznika.
W tym roku wracamy do sekcji „Sacrum w kinie” i prezentujemy pięć tytułów. Przy ich wyborze przyświecała nam myśl, żeby zaproponować filmy, które dotkną szeroko pojętego tematu duchowości, potrzeby wiary, relacji do Boga i do bliźnich bez popadania w ideologizowanie, wywyższanie jednej religii nad drugą czy wskazywanie jedynej słusznej drogi.
W sierpniowym numerze „W drodze” postanowiliśmy zamieścić minirecenzje naszych festiwalowych propozycji. W ten sposób chcemy nie tylko zaprosić do Poznania wszystkich jeszcze niezdecydowanych, ale też zwrócić uwagę na wartościowe filmy, z których prawie żaden nie miał jeszcze polskiej premiery.
Apostoł
reż. Cheyenne Carron, Francja 2014
Akim i Youssef mieszkają we francuskim miasteczku. W prowadzonej przez wuja, imama, szkole przygotowują się, aby zająć w przyszłości jego miejsce. Tymczasem w sąsiedztwie dochodzi do brutalnej zbrodni. Młody Arab napada i morduje sąsiadkę, siostrę miejscowego proboszcza. Duchowny nie tylko nie wyprowadza się, ale proponuje wsparcie rodzicom zabójcy, którzy muszą zmierzyć się ze zbrodnią i osądzeniem dziecka, ale i z możliwymi atakami sąsiadów.
Akim nie potrafi zrozumieć motywacji księdza. Zbrodnia i okazane miłosierdzie coraz bardziej zaprzątają jego głowę. Krąży wokół nich, aż w końcu, w tajemnicy przed najbliższymi, umawia się na rozmowę z duchownym i otrzymuje od niego Biblię. Gdzieś między kolejnymi lekcjami Koranu, wizytami w kościele i potajemną lekturą Pisma Świętego rodzi się w nim pragnienie chrztu. Czy jednak ma w sobie tyle sił, żeby zapłacić za to najwyższą cenę? Wszak jego rówieśnicy, którym daleko do islamistycznych terrorystów, są bezwzględni wobec odszczepieńców. A co z rodziną? Czy bliscy zasłużyli na taki dramat?
To nie jest film o wyższości jednej religii nad drugą. Wbrew tytułowi nie chodzi tu też o hagiografię. To opowieść przede wszystkim o rodzinie. O konkretnych ludziach: wszak wszelkie spory – i te wielkie, i te małe – ostatecznie rozpisane są na pojedyncze historie pojedynczych ludzi. To oni płacą za swoje wybory. Reżyserka i scenarzystka zna to bardzo dobrze. Sama ochrzciła się dwa lata temu i w czasie katechumenatu spotkała wielu muzułmanów, których opowieści stały się dla niej inspiracją.
Po obejrzeniu tego surowego, minimalistycznego filmu pozostają pytania: Czy religia jest przeciw komuś? Czy wiara w Boga może się sprzeciwiać miłości bliskich? Jaką cenę jestem w stanie zapłacić za moje nawrócenie?
Anioł
reż. Amin Dora, Liban 2013
Akcja tego filmu dzieje się w libańskim miasteczku, w którym czas dawno się zatrzymał. Każdy tu o każdym wszystko wie. Powszechnie znane są mniejsze i większe grzeszki, choć przyjęło się o nich milczeć. Można co najwyżej poplotkować.
W tym niesamowicie kostycznym świecie nauczycielowi muzyki Lebie rodzi się długo wyczekiwany syn. Z czego tu się jednak cieszyć, skoro Ghadi ma zespół Downa? Cały dzień siedzi w oknie, śmieje się, robi miny, jęczy jak potępieniec o dowolnej porze dnia i nocy. Nic więc dziwnego, że sąsiedzi do petycji w sprawie kanalizacji dołączają życzliwą prośbę do władz o zabranie dziecka do zakładu specjalnego. Zrozpaczony ojciec w ciągu jednej doby musi znaleźć rozwiązanie. Przekonuje miejscową starszyznę, że miał objawienie: Ghadi jest aniołem i jeśli mieszkańcy się nawrócą, będzie spełniał ich prośby. Leba zbiera zespół ludzi z wioskowego marginesu, którzy „pomagają” spełniać życzenia. Jak długo jednak da się prowadzić taką grę?
Film można oskarżyć o naiwność. Cała intryga opiera na serii nieprawdopodobnych zbiegów okoliczności. Jednak przeciwwagą dla tej bajkowości jest zaprawione ironią poczucie humoru reżysera. To ono, wraz z pięknymi zdjęciami i zapadającą w pamięć muzyką, sprawiają, że można na chwilę przymknąć oczy na fantastyczny wymiar opowieści i pozwolić sobie na chwilę zapomnienia.
A może chodzi o coś odwrotnego? Może czas otworzyć oczy na tę odrobinę dobra, którą tak łatwo w sobie i innych przeoczyć, powtarzając, że nikt nie jest w stanie się zmienić i ostatnie słowo należy do ciemnej strony osobowości? Może właśnie tym, czego nam dziś brakuje, jest szczypta naiwności? Naiwności, która zmienia świat.
Kalwaria
reż. John Michael McDonagh, Irlandia/Wielka Brytania 2014
Konfesjonał. Parę minut przed niedzielną mszą. Mężczyzna, którego twarzy nie widzimy, wyznaje, że w dzieciństwie był molestowany przez księdza. Proboszcz za bardzo nie wie, co odpowiedzieć. Oprawca od wielu lat już nie żyje, a ofiara nie chce skorzystać z żadnej formy pomocy. Ma inny plan: „Zabiję cię, bo nie zrobiłeś nic złego. Zabiję cię, bo jesteś niewinny”. To będzie zemsta na Kościele – zabić dobrego księdza.
Następna scena: kapłan rozdaje komunię. Widzimy twarze kolejnych wiernych. Wiemy, że jednym z nich jest przyszły zabójca. Ojciec James domyśla się, ale ani biskupowi, ani policji nie wyjawi imienia. Ma tydzień, żeby domknąć niedokończone sprawy i znaleźć słowa, które uchroniłyby go przed śmiercią. Towarzyszymy kapłanowi przez ten tydzień. I poznajemy mężczyznę, który w życiu przeszedł już swoje. Pił. Po śmierci żony wstąpił do seminarium, niewiele troszcząc się o dobro córki. Daleko mu do ideału. Jednak zależy mu na ludziach, walczy o nich, choć to szorstka miłość ojcowska, bez taryfy ulgowej. Nie robi podchodów, wprost rozmawia o zdradzie, obłudzie, przemocy domowej, uzależnieniach. Wielu nie potrafi pomóc, ale jest przy nich.
Z czasem poznajemy również mieszkańców zagubionej irlandzkiej wioski. Niełatwo poczuć do nich sympatię. Bezczelni, grubiańscy, bez sumienia. Chodzą na niedzielną mszę, ale raczej nie wierzą w Boga. Gdy drewniany kościół spłonie, nikt się tym za bardzo nie przejmie. Może z wyjątkiem przerażonego wikarego, który za wydumanymi teologicznymi frazesami i świętym oburzeniem skrywa własną niewiarę i brak miłości do ludzi.
Film trzyma w napięciu od pierwszej do ostatniej sceny. Reżyser umiejętnie wplata w narrację aluzje do wydanego na duchownego wyroku. Śmierć wisi w powietrzu. Odpowiedzieć złem na zło? Złamać tajemnicę spowiedzi? Zdezerterować? Dla mnie to przede wszystkim jeden z najlepszych filmów o kapłaństwie. Trudny, brutalny, bez taryfy ulgowej. I chyba właśnie dlatego prawdziwy.
Superświat
reż. Karl Markovics, Austria 2015
Kto nie marzył choć raz, że przemówi do niego Bóg i objawi mu swój plan, odpowie na wszystkie pytania i wyjaśni sens życia? Ale gdybyśmy naprawdę usłyszeli głos Boga – to czy słuchalibyśmy go z zachwytem, czy raczej zaczęli się martwić o swój stan psychiczny?
Gabi Kovanda pracuje w supermarkecie, jest miłą kobietą po czterdziestce, swój czas dzieli między pracę i rodzinę. Mieszka w małej, ale malowniczej austriackiej miejscowości z mężem i synem. Jej życie jest pełne rutyny i przewidywalne jak zmiana pór roku: praca, obiad, pranie, wieczorem godzina przed telewizorem, przy desce do prasowania. Syn ma swój świat, dorosła córka odwiedza ją w weekendy. Obserwując jej relację z mężem, trudno uwierzyć, że kiedyś łączyła ich miłość, wydaje się, że po latach pozostało już tylko przyzwyczajenie.
Jednak nagle wszystko się zmienia. Gabi słyszy głos, którego nie słyszy nikt poza nią. Początkowo jest zdezorientowana i przestraszona, nie rozumie, skąd się to bierze, idzie nawet do lekarza, by zbadać słuch. Z czasem zaczyna się poddawać i wręcz nasłuchiwać tego głosu. Przekonuje się, że mówi do niej sam Bóg. Ciekawy zabieg polega na tym, że widz, podobnie jak inni bohaterowie filmu, nic nie słyszy, wszystko, czego się dowiaduje, opiera się na mimice i opowieściach głównej bohaterki. Początkowo widzowi się wydaje, że kobieta popada w jakąś chorobę, może nawet demencję. Stopniowe odkrycie prawdy jest tyleż zaskakujące, co frapujące. Trudno uwolnić się od myśli: Co ja zrobiłbym w podobnej sytuacji?
Czy Gabi pozwoli Bogu zapanować nad swoim życiem? Jak na tę Obecność zareagują jej najbliżsi? Superświat w fascynujący sposób pokazuje reakcję człowieka na obecność Boga w jego życiu i to, jak może On pomóc w odkryciu na nowo swojej drogi, choć – kiedy się odzywa – wcale nie daje rad ani prostych odpowiedzi.
Wypełnić pustkę
reż. Rama Burshtein, Izrael 2012
Kiedy myślę o filmie Wypełnić pustkę, na myśl przychodzą mi te najkrótsze na świecie recenzje, często umieszczane przez dystrybutorów na reklamowych plakatach: „Imponujący debiut”, „Urzekający i doskonały”, „Jeden z najlepszych filmów roku”. Na ogół takie hasła mogą mówić wszystko i nic, jednak w wypadku Wypełnić pustkę doskonale się sprawdzają, bo ten film mieści w sobie ogrom emocji, zachowując jedną cudowną i kojącą cechę: prostotę. Jest jak szept, który słychać głośniej na tle chaosu otoczenia. Dlatego najbardziej zapadło mi w pamięć określenie tego obrazu ukute przez jednego z krytyków: „Skromność arcydzieła”.
Kiedy siostra osiemnastoletniej Shiry umiera przy porodzie, jej rodzice chcą wydać dziewczynę za swojego zięcia, by utrzymać go i swojego wnuka przy rodzinie. Bohaterka staje w obliczu dylematu, który wcale nie polega na konieczności wyboru między uczuciami a rozsądkiem. Chodzi jej raczej o to, by sama mogła podjąć decyzję, bez poczucia, że została w coś wmanewrowana. Obserwując jej zmagania, uczestniczymy w próbie odpowiedzi na pytanie, czy można pogodzić powołanie i wierność tradycji z wiernością sobie.
Jest to film o tyle ciekawy, że skrajnie ortodoksyjna społeczność chasydzka, wśród której toczy się akcja, kojarzy się z podporządkowaniem kobiet mężczyznom i ich decyzjom. Obrazy pokazujące to środowisko na ogół skupiają się na próbie złamania tego schematu, wyrwania się z niego. Tutaj mamy sytuację odwrotną: spojrzenie od wewnątrz, wcale niepolegające na próbie zrobienia laurki dla tej społeczności. Sympatia do bohaterów bierze się chyba z ich normalności – bo choć żyją w zupełnie innym świecie, to ich problemy i pragnienia są nam tak bardzo bliskie, jakby były wycięte z naszego własnego życia.
Gdzie w tym wszystkim Bóg? Doskonale komentuje to Tadeusz Sobolewski: „Intencję filmu czytam następująco: Trzeba mieć kogoś, kogo możemy zapytać, bo tylko pytając, dowiadujemy się, co sami czujemy i myślimy. Autorytet jest po to, żeby móc przy nim odnaleźć własną drogę. I Bóg służy chasydom do tego, żeby człowiek mógł, jak w lustrze, odnaleźć swoją prawdę”.
Oceń