Tomasz Grabowski OP

Rozmowa o mszy św. z Tomaszem Grabowskim OP

Kluczowe jest to, co na mszę św. „przynosimy” i czy świadomie chcemy się razem z Jezusem ofiarować Bogu. Skoro Chrystus się w całości oddaje, to wypadałoby, żebyśmy my też przyjęli podobną postawę – mówi Tomasz Grabowski OP w rozmowie z Michałem Jóźwiakiem.

Zacznijmy od podstawowego pytania: czym jest msza święta?

Tomasz Grabowski OP: To jest pytanie, na które odpowiedź znajdziemy w bibliotece pełnej książek (śmiech). Trudno jest to wyjaśnić w kilku zdaniach, ale spróbujmy. Msza święta to przede wszystkim ofiara Chrystusa. Już tylko to stwierdzenie to ogromny temat. Wiemy doskonale, że Jego ofiara dokonała się na krzyżu.

Skoro tak się stało, to dlaczego powtarzamy ją w Eucharystii?

Bo to nie jest tylko powtórzenie, ale jednocześnie uobecnienie tej ofiary.

Czyli?

Chrystus jest Kimś, kto nieustannie ofiarowuje się za nas swojemu Ojcu. Zawsze się Jemu oddaje. Niczego nie zachowuje dla siebie. Cały jest ofiarowaniem się Ojcu. Eucharystia jest sposobem, w którym On w naszym świecie przez taką, a nie inną formę, pod postaciami chleba i wina, ofiarowuje się Ojcu. Ale „nowością” jest to, że On przyłącza nas do swojej ofiary. Każdy z nas może być ofiarowany wraz z Nim przede wszystkim przez Komunię świętą, ale także przez intencję, wiarę i własne ofiary.

Ale do tego msza święta się nie ogranicza.

Zgadza się. Kiedy przyglądamy się rytuałowi to widzimy, że on ma charakter uczty. Dlatego, kiedy sprawujemy Eucharystię, to nie tylko bierzemy udział w ofierze, ale jednocześnie też karmimy się Chrystusem. Zazwyczaj myślimy, że jest to ściąganie Pana Boga na ziemię, a tymczasem należałoby myśleć, że to Chrystus nas wciąga do nieba.

Abp Fulton Sheen powiedział kiedyś, że wielu katolików ma poczucie, że wychodzi z mszy św. z niczym, bo nic na nią nie przynoszą. Co powinniśmy „przynieść” na mszę?

Dobre pytanie (śmiech). Powinniśmy przychodzić ze sobą, ze wszystkim tym, co przeżywamy, nie tyle dołączyć mszę św. do swojego życia, co bardziej swoje życie włączyć w mszę św.

Co to znaczy?

Wszystkie uczucia i myśli, które nas wypełniają oraz sprawy, którymi żyjemy powinniśmy świadomie oddawać Bogu. Rzeczywiście, kluczowe jest to, co na mszę św. „przynosimy” i czy świadomie chcemy się razem z Jezusem ofiarować Bogu. Skoro Chrystus się w całości oddaje, to wypadałoby, żebyśmy my też przyjęli podobną postawę. Wtedy jest szansa, że nasze życie może przeniknąć duch Eucharystii, w której braliśmy udział.

Duch ofiary.

To brzmi groźnie, ale groźne nie jest, bo ofiara polega nie tyle na cierpieniu, co na oddaniu Bogu. Nie na zniszczeniu przed Bogiem, tylko na powierzeniu się w Jego ręce.

Nie zawsze chyba pamiętamy, że msza św. jest sprawowana wobec Boga Ojca. A to porządkuje rozumienie tego, czym ona jest.

To jest szerszy temat. Wadą naszego uczestnictwa w mszy jest to, że nanosimy na nią znaczenia, których w niej nie ma. Żeby nauczyć się uczestnictwa w mszy, trzeba rozczytać rytuał i zobaczyć, co msza św. mówi sama w sobie i co celebruje. Pierwszą sprawą jest to, że dzieje się ona właśnie wobec Boga Ojca. Najwyraźniej widać to w modlitwie eucharystycznej, która następuje po ofiarowaniu darów. Wtedy wszystkie modlitwy są skierowane właśnie do Boga Ojca. Kanon Rzymski zaczyna się dokładnie od tych słów: „[Tobie] Ojcze nieskończenie dobry…”. Prefacja, konsekracja, podniesienie dzieją się wobec Ojca. „Przypominamy” Bogu w ten sposób to, czego dokonał przez swojego Syna. Modlitwa eucharystyczna jest de facto rozwinięciem „Ojcze nasz”.

Dlaczego tak się dzieje?

Ofiara Chrystusa jest właśnie Jego ofiarą i to On celebruje mszę św., a my jesteśmy do liturgii dołączani. Kiedy podnosimy konsekrowane chleb i wino, to składamy Syna Bożego w ofierze i jednocześnie my jesteśmy do Niego przyłączeni przez działanie Ducha Świętego.

Muszę od razu dopytać, co to oznacza, że ksiądz odprawia mszę św. in persona Christi?

To znaczy, że reprezentuje Chrystusa w sposób szczególny. Ksiądz w imieniu Jezusa sprawuje Jego ofiarę. To trochę tak jak z upoważnieniem, działaniem w czyimś imieniu. Podczas mszy św. kapłan użycza Jezusowi siebie samego, aby mógł dokonać samoofiarowania. Możemy spojrzeć na to z dwóch stron. Dla nas ksiądz odprawiający mszę staje in persona Christi, bo po to przyjął święcenia kapłańskie, żeby być dla wspólnoty tym, który reprezentuje Syna Bożego. Ale z drugiej strony kapłan przed Bogiem staje in persona Ecclesiae, czyli w imieniu Kościoła. Reprezentuje nas przed Bogiem, więc modlitwy, które zanosi nie są jego własnymi modlitwami – tylko są modlitwami wspólnoty. Dobrze byłoby, gdybyśmy w te intencje włączali się podczas liturgii.

Warto też chyba wspomnieć o różnych rodzajach obecności Jezusa podczas liturgii.

Na to zwraca uwagę Sobór Watykański II. Jezus jest po pierwsze obecny we wspólnocie ludzi wierzących. Stanowimy dla siebie nawzajem ikonę Jego ciała. Po drugie jest obecny w modlitwach tej wspólnoty, po trzecie jest obecny w swoim słowie, w sposób szczególny jest obecny w osobie kapłana, a także w Komunii św. Jezus jest więc obecny przez całą mszę św., a nie tylko po przeistoczeniu.

Jak przygotować się do mszy św., aby dobrze i świadomie ją przeżyć?

Mój zmarły współbrat, o. Kalikst Suszyło OP, zapytany po Soborze Watykańskim II o to, co by zreformował w mszy św., odpowiedział, że przywróciłby przygotowanie do mszy św. To jest klucz. Pierwszym przygotowaniem powinno być zadbanie o stan łaski uświęcającej. Jeśli ofiara Chrystusa ma być moją ofiarą, to muszę być w jedności z Nim. Chodzi o to, żebyśmy, kiedy usłyszymy słowa „módlcie się, aby moją i waszą ofiarę przyjął Bóg Ojciec Wszechmogący”, mogli powiedzieć, że moją ofiarą będzie Chrystus, bo jestem w jedności z Nim przez czystość serca. Drugim przygotowaniem jest dostrzeżenie wspólnoty. Nie idziemy na mszę św. jako „prywaciarze”, tylko celebrujemy ją jako wspólnota Kościoła. I to Kościoła lokalnego, zaczynając od mojej rodziny, bliskich i sąsiadów, aż po granice Kościoła powszechnego. Naszą intencją powinno być łączenie się z papieżem, biskupem miejsca i całą wspólnotą wiernych. Istotne jest, żeby uświadomić sobie obecność osób wokół nas. To samo dotyczy niewierzących, którzy milczą wobec Boga. Ich także, jako kapłani stworzenia, możemy wciągnąć w ofiarę i modlitwę przez modlitwę wstawienniczą za nich.

I nie możemy zapomnieć o nas samych.

Tak. I tu, aby odnosić jak największe korzyści duchowe, warto praktykować taką zasadę, że idziemy na mszę św. z założeniem, że Bóg chce nam coś powiedzieć. Nie wiemy, co to będzie i kiedy to zdanie wybrzmi, więc w skupieniu nasłuchujemy Bożych słów przez całą Eucharystię. To pomaga w aktywnym uczestnictwie w liturgii. Dobrze jest próbować usłyszeć to, co Pan Bóg akurat dzisiaj chce nam powiedzieć. Nastawiajmy się na odbiór.

Mimochodem pojawił się w naszej rozmowie temat Soboru Watykańskiego II i reformy liturgicznej. Starą i nową liturgię da się pogodzić?

Benedykt XVI dał odpowiedź na to pytanie: „To, co dla poprzednich pokoleń było święte, również dla nas pozostaje święte i wielkie, i nie może być nagle całkowicie zabronione albo uznane za szkodliwe”. Cała liturgia Kościoła rozwijająca się przez dwa tysiące lat, także w różnych Kościołach partykularnych, jest święta – jest działaniem Chrystusa. Ma ona oczywiście różne formy – w zależności od tego, w jakim miejscu i w jakim czasie jest sprawowana. Te formy nie są wykute w kamieniu. Środki, gesty, język były modyfikowane, ale żadna ze zmian nie usunęła tej najważniejsze cechy liturgii, czyli jej świętości. Mogę z równym zaangażowaniem uczestniczyć w liturgii rzymskiej, zarówno w jej zwyczajnej, jak i nadzwyczajnej formie. To samo dotyczy też oczywiście całej różnorodności liturgicznej, bo mamy przecież ryt dominikański, karmelitański, franciszkański czy inne.

Jeszcze Ojciec może uczestniczyć w liturgii w nadzwyczajnej formie, ale Stolica Apostolska ma jednak pomysł, aby „wygaszać” starą liturgię. Żyjemy w czasach po Traditionis custodes.

Ale jeszcze mogę. Niedobrze jest stawiać ryty czy formy w hierarchii, jakby były lepsze i gorsze. Liturgia jest podobna do ojczyzny, w tym sensie jakiś ryt jest mi bliższy, ale nie oznacza, że jest lepszy od innych ojczyzn moich braci — patriotyzm a nie nacjonalizm.

A co jest Ojcu bliższe?

Wielu rzeczy można nauczyć się ze starszego rytu. Mam tu na myśli przede wszystkim postawy czci i głębokie przekonanie o realnej obecności Chrystusa – to w starej mszy było bardzo wyraziste, a dzisiaj tego brakuje. Tracimy wrażliwość na sacrum, które nie jest fenomenem kulturowym ale faktyczną cechą kultu, który przenika obecność Chrystusa. Dlatego byłbym niepocieszony, gdyby msza w starszym porządku zniknęła z krajobrazu przeżywania Eucharystii. Trzeba sobie też powiedzieć, że sama reforma liturgii nie została dokończona i odpowiednio wprowadzona.

To znaczy?

Najbardziej wyrazistym tego przykładem jest muzyka liturgiczna, która zawsze była zanotowana w księgach liturgicznych – w każdym obrządku chrześcijańskim konkretny śpiew był przypisany do konkretnej uroczystości. W tym momencie muzyka liturgiczna stała się dodatkiem do mszy i nie jest już – mimo zaklinania rzeczywistości – jej integralną częścią, bo każdy organista może proponować śpiewy według własnego uznania. Zniknęły też obrzędy, do których wewnętrznie jestem przywiązany, w szczególności obrzędy u stopni ołtarza i obrzędy ofertoryjne. W nowej mszy są one lakoniczne, a wydaje się, że w przeżywaniu mszy św. właśnie obrzędy uniżenia i oczyszczenia na początku liturgii czy później oddania się Bogu przy przygotowaniu darów są niezwykle istotne. Brakuje mi też myślenia o przekazaniu znaku pokoju, jako o przekazywaniu pokoju Chrystusa, a nie znaku wzajemnej życzliwości. Trzeba wracać do dokumentów Soboru i poddawać refleksji to, co dzieje się z liturgią współcześnie.

Czyli powrót do reformy reformy?

Reforma z pewnością była potrzebna, ale nie przyniosła takich skutków, jakich się spodziewano. Nie chodzi o to, aby cofać się w reformie, ale można zgodnie z tym, co mówił Benedykt XVI, patrzeć na liturgię w perspektywie hermeneutyki ciągłości. Nie podzielam opinii, że nowa msza jest zerwaniem ze starą liturgią, ale rzeczywiście można odprawić ją tak, jakby była czymś odrębnym. To oznacza, że jest jakiś problem, bo Kościół buduje się na Tradycji, a więc na przekazywaniu kolejnym pokoleniom tego, co sami otrzymaliśmy od poprzedników. Trzeba i warto podkreślać związki nowej liturgii ze starą, choćby przez obecność łaciny, chorału gregoriańskiego czy częstsze sięganie po Kanon Rzymski.

Czy może być lepsza, pełniejsza modlitwa niż msza święta?

Nie sprowadzam mszy do formy modlitwy. Modlę się podczas niej, ale ona sama jest działaniem Chrystusa, w którym pozwolił mi wziąć udział. W tym sensie jest raczej najwyższą formą życia chrześcijańskiego. Zarazem jest przeżywaniem wszczepienia w Chrystusa, które rozpoczęło się na chrzcie, a w najdoskonalszy sposób realizuje się podczas mszy. Zawsze, gdy jestem na liturgii i nie zwycięży mnie rutyna, staram się stawiać Chrystusa Pana przed oczy. To On działa, On nas gromadzi, On się wypowiada, a ja dzięki Jego łasce mogę włączyć się w Jego zamysł i dzieło. To coś więcej niż modlitwa, w której najmocniejszy akcent stawiam na własne działanie. Owszem i w modlitwie chodzi o to, by dopuścić działanie Boga we mnie, ale siłą rzeczy na pierwszy plan wysuwa się moje własne zaangażowanie.

Wywiad opublikowany został na stronie: misyjne.pl.