Życie warte życia
fot. jason leung UMncYEfO9 / UNSPLASH.COM
Oferta specjalna -25%

Pytanie Boga

0 votes
Wyczyść

Życie alkoholika bez alkoholu jest koszmarem. Jest gorzej niż było. Bo wcześniej alkohol był lekarstwem, które przynosiło ulgę. Teraz nie ma już niczego.

Zaczęło się niewinnie. To był ajerkoniak domowej roboty, przygotowany niewprawną ręką dwunastolatki z kogla-mogla i ukrytej poprzedniego wieczoru przed ojcem wódki, najprawdopodobniej podłej jakości, bo ojciec dobrych trunków nie pijał. Prawie pół kubka ajerkoniaku na cztery dziewczynki, raptem po łyku. Incydent, o którym zapewne trzy z nas nie pamiętają, bo nie muszą. Ja pamiętam. Miał dla mnie zbyt przygnębiający, choć odroczony, ciąg dalszy. Bardzo szybko, bo już dwa lata później przekonałam się, że alkohol ma niezwykłą moc, ale przede wszystkim, że można go pić jak oranżadę. Ja tak piłam – jakbym po długiej wyczerpującej wędrówce dostała w ręce bukłak z wodą. A może raczej – z życiodajnym płynem. Piłam do dna. Piłam, dopóki było co wypić. Musiałam zaspokoić to nienasycone pragnienie, potworne wewnętrzne ssanie, które każe sięgać po następnego drinka, a potem po kolejnego.

Tacy sami

 Byłam dziewczyną, która nigdy nie miała dość. Wypijałam pierwszą porcję: kieliszek scotch whisky, lampkę calvadosu, szklaneczkę bourbona – uwielbiałam zagraniczne alkohole, choć miały czasem ohydny smak. Ich bajeczne nazwy, ten cudowny kolor, drażniący zapach były wizytówką i zapowiedzią czegoś znacznie lepszego niż to, co przypadło mi w udziale. Czegoś cudownego, połyskującego drobinkami wspaniałości. Miałam nadzieję, że przeniosą mnie w inny świat, sprawią, że stanę się zupełnie inną dziewczyną – wyjątkową, światową. Że będę jak Holly Golightly ze Śniadania u Tiffany’ego. Na początku to naprawdę działało – stawałam się lepszą wersją siebie. Dużo lepszą! Ładniejszą, mądrzejszą, dowcipniejszą, czarującą. Ludzie mnie uwielbiali. Pierwszy raz w życiu – dzięki magii alkoholu – stałam się częścią świata. Zniknęła niewidzialna przegroda odcinająca mnie od innych. Ale dość szybko to się skończyło. Gdy pierwsza porcja alkoholu otwierała śluzę oddzielającą mnie od innych, chciałam utrzymać ten stan jak najdłużej, a dokładniej rzecz ujmując – podkręcić go. Skoro jeden kieliszek wprawia mnie w tak cudowny nastrój, zamienia mnie w księżniczkę, co dopiero stanie się po drugim, trzecim i czwartym?! Nie działało. Kolejne porcje alkoholu zmieniały mnie najpierw w kukłę, a potem w agresywne monstrum, które zostało oszukane – przecież miało być wspaniale, miałam być gwiazdą wieczoru, dlaczego ludzie odsuwają się ode mnie?!

Szaleństwo alkoholizmu polega na tym, że ten wariacki rytuał powtarza się raz za razem przez lata. Ja powtarzałam. Wtedy nie byłam w stanie zobaczyć, że to nie działa. Ponieważ kiedyś, za pierwszym i drugim razem zadziałał, przyniósł ulgę i niewyobrażalne poczucie wolności i szczęścia, przez kolejne lata uporczywie próbowałam zmusić tę substancję, żeby znowu wyczarowała ze mnie królewnę. Czy ktoś normalny próbowałby walczyć z materią nieożywioną? Uważałam siebie za ponadprzeciętnie inteligentną, wykształconą młodą kobietę. Moją biblią był słownik wyrazów obcych, nie było lepszych ode mnie. Ale nie byłam w stanie zrozumieć banalnie prostej prawdy: materia nieożywiona nie jest partnerem do negocjacji! Albert Einstein powiedział, że objawem szaleństwa jest powtarzanie tych samych działań i oczekiwanie innych efektów. Ale ja nie byłam wariatką! Byłam bardzo dobrze wykształconą, inteligentną młodą kobietą! Kobietą, która nie godziła się na swoje ograniczenia. Moje życiowe wybory i decyzje, podyktowane niewiedzą, lekkomyślnością, strachem doprowadziły mnie do położenia, w którym nie chciałam się znaleźć, na które się nie godziłam, ale które było faktem: zostałam młodocianą matką, miałam męża i określone powinności. A chciałam być jak moje koleżanki, które tych obciążeń nie miały. Chciałam pić i szaleć jak inni. Jak mężczyźni. Im wolno?! Przecież jest równouprawnienie!

Alkoholizm to demokratyczna choroba. Może się o tym przekonać każdy, kto odwiedzi jakiekolwiek miejsce leczenia uzależnień, kto przyjdzie na spotkanie Anonimowych Alkoholików. Spotykają się tam urzędniczka z robotnikiem, menadżer z ekspedientką, lekarz, dziennikarka, bezdomny, gospodyni domowa, ksiądz, nauczyciel, mechanik, bezrobotny, samotna matka, dyrektorka. Mężczyźni i kobiety. Tak naprawdę jesteśmy tacy sami, choć zdarza się, że ktoś próbuje przekonać nas, że jednak się różnimy. Tak bardzo, że wymagamy odmiennego podejścia do naszej choroby. Jestem zwolenniczką szukania podobieństw i na ich bazie – rozwiązań (bo razem łatwiej). Zbyt wiele szkody przynosi opieranie się na różnicach – szczególnie w odniesieniu do alkoholizmu.

Pomyłka Boga?

 Jedną z cech alkoholizmu jest poczucie odmienności, nieprzystawalności. Nie tylko wtedy, gdy mi się wydaje, że jestem wspaniała i wyjątkowo mądra (w co i tak nie wierzę, raczej traktuję to jak mantrę, która ma polepszyć mój nastrój, bo w głębi serca jako pijąca alkoholiczka uważam siebie za nieporozumienie, pomyłkę Boga). Również, a może przede wszystkim wtedy, gdy myślę, że jestem najgorszym człowiekiem na ziemi, że nikt nie jest tak podły i mały, nikt nie ma w sobie takiego brudu jak ja. Z takim podejściem – a jest ono charakterystyczne dla wszystkich alkoholików, których zdarzyło mi się spotkać – trudno się otworzyć na innych ludzi. Bo gdyby oni wiedzieli o mnie to, co ja wiem, na pewno myśleliby o mnie tak, jak ja myślę. A wtedy nie chcieliby mnie znać. Muszę więc zrobić wszystko, żeby tę prawdę ukryć. Ocalenie tej okropnej tajemnicy może mnie kosztować samotność. Nawet jeśli mam wokół siebie ludzi, trzymam dystans, żeby nikt się nie dowiedział. Alkoholizm to choroba samotności. Straszliwej.

Tego przekonania o mojej wyjątkowości, o wyjątkowości każdego alkoholika i każdej alkoholiczki nie trzeba podsycać. Ono zabija alkoholików. Mnie niemal zabiło. Jest jednak pewna różnica w alkoholizmie mężczyzn i kobiet, choć nie dotyczy tego, co jest widoczne gołym okiem, np. sposobów picia, tego, że mężczyźni piją otwarcie, a kobiety w ukryciu (co zresztą nie jest regułą, zwłaszcza w ostatnich czasach, gdy kobietom przecież też się należy, mogą tak samo, są tego warte!). Różnica polega na przykład na tym, że kobiety uzależniają się szybciej niż mężczyźni (szczególnie w młodym wieku: 13–20 lat, w niektórych przypadkach wystarczy kilkanaście tygodni) i alkohol ma na nie dużo bardziej szkodliwy wpływ. Uzależnione poważniej chorują i szybciej się degradują. Nie ma to nic wspólnego z dyskryminacją, to rzeczywistość, banalne biologiczne fakty. A z faktami się nie dyskutuje, choć ja próbowałam. Długo i zażarcie. Przegrałam.

Nie ma równouprawnienia również w podejściu do pijących kobiet i mężczyzn. Zataczający się na chodniku mężczyzna po prostu dobrze, może odrobinę zbyt dobrze, się bawił. Idąca tak samo kobieta… No, nie, coś z nią musi być nie w porządku. Oddający mocz w bramie nietrzeźwy mężczyzna stanowi nieprzyjemny widok, ale zachowująca się w analogiczny sposób pijana kobieta jest odrażająca! Nie obrażam się na różnice w społecznym odbiorze pijaństwa kobiet i mężczyzn, myślę, że mogą mieć sens – o ile uda się nie patrzeć na ukryte w nich pokłady hipokryzji, takie podejście jednak może działać hamująco na niektóre kobiety. Ale… gdy w grę wchodzi uzależnienie, a więc choroba paraliżu woli, podejście to działa hamująco głównie na sięgnięcie po pomoc. Jako kobieta alkoholiczka nie mogę się przyznać do mojego stanu, bo zostanę napiętnowana. Słowo „alkoholik”, „alkoholiczka” stygmatyzuje, nie jest diagnozą, jest… wyzwiskiem. Alkoholik się nie liczy. Alkoholik jest obrzydliwy. Jest niechciany, niepożądany. Alkoholiczka… jest kimś znacznie gorszym.

Kolejna bariera – wstyd. Nadużywanie alkoholu łączy się z nieuporządkowanym, często zaburzonym życiem seksualnym. I znowu – w społecznym odbiorze mężczyzna, który zmienia często partnerki postrzegany jest jako macho. Kobieta, która zachowuje się podobnie to dziwka. Trudno nie myśleć o sobie źle z takim bagażem. Trudno komuś opowiedzieć. A opowiedzieć trzeba, bo tajemnice niszczą alkoholików. Dosłownie. Wśród trzeźwiejących alkoholików znane jest powiedzenie: „Tak głęboka jest twoja choroba, jak głębokie są twoje tajemnice”. Trzeba więc powiedzieć, choć strach, wstyd, poczucie winy kneblują usta. Na szczęście w AA są sponsorki (przewodniczki po programie zdrowienia 12 Kroków AA), które zrozumieją, wiedzą, bo same przez to przeszły.

Jestem inna

 W wychodzeniu z alkoholizmu podkreślanie różnic bardzo przeszkadza. Gdy trafiłam na pierwsze spotkanie AA, nie pasowałam tam – ja, taka wykształcona, młoda, atrakcyjna… Gdy przychodzisz na pierwszy mityng AA albo do ośrodka leczenia uzależnień, a nawet znacznie wcześniej, gdy jeszcze udaje ci się nie mówić głośno o chorobie, widzisz same różnice. Bo one cię ratują, tak myślisz. Bo tam są alkoholicy, pijacy, zniszczeni ludzie, a ty wcale nie chcesz być kimś takim. Zwłaszcza gdy masz dwadzieścia parę, trzydzieści lat i całe życie przed sobą. Na pierwszym spotkaniu AA widziałam wyłącznie patologię, a zatem żadnych podobieństw: starszych, zniszczonych mężczyzn z delirkami, izbami wytrzeźwień, piciem denaturatu, a nawet więzieniem na koncie. Nic mnie z nimi nie łączyło. Nie mogło! Ale to niestety znaczyło też, że nie mogłam skorzystać z rozwiązania, które im pomogło wydobyć się z beznadziejnego stanu. Dopiero kiedy zaczęłam widzieć podobieństwa, znalazł się ratunek. Dlatego nie jestem zwolenniczką różnicowania. Jestem przekonana, że doświadczenie alkoholizmu, związanego z nim cierpienia, beznadziejnych stanów, odczuć, jest jednakowe prawdopodobnie dla wszystkich lub ogromnej większości alkoholików, bez względu na wiek, płeć, kolor skóry, status majątkowy, wyznanie, wykształcenie. Bo dotyczy sfery, która jest jednakowa dla każdego człowieka. Alkoholizm to choroba, która atakuje ciało, psychikę i duszę. A duszę mamy wszyscy z tego samego „tworzywa”. Wobec alkoholizmu jesteśmy równi, niczym wobec śmierci.

Ratunek

 Rzucenie picia było ważnym punktem w moim życiu. Miałam nadzieję, właściwie byłam pewna, że to rozwiąże moje problemy, że teraz już będzie dobrze – przecież nie piję! W ten sposób myśli porażająca większość alkoholików. Niewykluczone, że wszyscy. Co gorsze, myślą tak ich rodziny, znajomi, pracodawcy. Te fałszywe nadzieje rodzą ogromne rozczarowanie. Mało kto chce usłyszeć, że abstynencja to tylko początek, niezbędny fundament, ale w fundamentach nie da się mieszkać. Tak naprawdę życie alkoholika bez alkoholu jest koszmarem. Jest gorzej niż było. Bo wcześniej alkohol był lekarstwem, które przynosiło ulgę. Teraz nie ma już niczego. Alkoholik, który nie sięgnie po duchowe rozwiązanie, który nie zmieni swoich przekonań, nastawienia i życiowej postawy, bez alkoholu jest rozdrażniony, niespokojny, skory do gniewu i rozgoryczenia. Życie z kimś takim jest nie do zniesienia. Wśród trzeźwych alkoholików znane są opowieści o tym, jak ich bliscy mówili: „Idź się wreszcie napij! Byłeś lepszy, gdy piłeś”.

Żeby coś się zmieniło, trzeba przestać pić. Ale nie wystarczy. Żeby uciszyć to wewnętrzne rozedrganie, nieprzystosowanie, poczucie wykluczenia, gorszości, stłamszenia przez wrogi świat i niechętnych mi ludzi, bo tak – przez chorobę – ich postrzegałam, musiałam zrobić coś jeszcze. Problem w tym, że nie wiedziałam co. Więc przez kilka lat, będąc w abstynencji, sięgałam po wszystko, co znalazło się w zasięgu moich możliwości: kolejne terapie – pogłębione i poszerzone, treningi interpersonalne, terapie DDA i współuzależnionych (bo konsekwencją budowania życia i szukania szczęścia na własną rękę były katastrofalne związki uczuciowe), poddanie się zabiegowi wyrównania energii w czakrach, w planach miałam jeszcze ustawienia hellingerowskie. Byle tylko skończyło się to cierpienie. Cierpiałam, ciągle. Bez kropli alkoholu we krwi dalej unieszczęśliwiałam bliskich, dalej byłam bezużyteczna dla otoczenia. Skupiona na moim nieziemskim cierpieniu.

Problemem alkoholika są egoizm, egocentryzm i koncentracja na samym sobie. Byłam w tym mistrzem. Dlatego uwielbiałam terapię – nieustannie mogłam analizować siebie. Doprowadzało mnie to do granic szaleństwa, ale nie wiedziałam wtedy, że egocentryzm i koncentracja na samej sobie to moi najwięksi wrogowie. Nie rozumiałam, że nie istnieje coś takiego, jak zdrowy egoizm. To oksymoron. Egoizm mnie zabijał. Jedyne, co mogło mi pomóc, to zajęcie się innym człowiekiem, najlepiej innym alkoholikiem/alkoholiczką. Bo im mogłam faktycznie pomóc, z nimi byłam i jestem w stanie nawiązać prawdziwy, głęboki kontakt. Bo byłam już tam, gdzie oni są teraz. I znam drogę wyjścia. Ale wtedy jeszcze tego nie wiedziałam.

Drugi człowiek

 Szukałam duchowości, bo słyszałam, że duchowość jest niezbędna. Nie miałam pojęcia, co to takiego. Jedni mówili o kontakcie z naturą, wzruszeniu się głosem ptaków, tęczą, deszczem. Banał. Tak, pamiętam, gdy jako piętnastolatka pojechałam w Karkonosze, pierwszy raz w góry. Oniemiałam. Zakochałam się. Ale nie wierzyłam, że teraz ze śmiertelnego stanu rozpaczy wyciągnie mnie wejście na Śnieżkę. Inni mówili – Bóg! Musisz znaleźć Boga. Opowiadali o Częstochowie, Licheniu, Niepokalanowie. Długo się opierałam, ale gdy cierpienie zwaliło mnie z nóg po raz kolejny, postanowiłam zrobić wszystko, byle się uratować. Tak jak większość ludzi, pomyliłam duchowość z religijnością. Nie, religijność nie jest zła, myślę, że może być wspaniała, pod warunkiem że wypływa z prawdziwej potrzeby. U mnie nie wypływała. Miałam interes – przestać cierpieć. O tym, że duchowość potrzebna do wyzdrowienia z alkoholizmu jest czymś zupełnie innym niż religia i konkretne wyznanie, nie miałam pojęcia. Wpadłam w kolejną pułapkę – sama w nią weszłam. Na kilka lat przykleiłam się do Kościoła i miałam nadzieję, że wreszcie coś się zmieni. Byłam bardzo pobożna. Dopiero niedawno, po wielu latach, moi bliscy odważyli się przyznać, że się mnie bali. Że byłam nie do zniesienia, wyniosła, arogancka. Taka prawie święta. Najlepiej zamknąć w szklanej gablocie – na relikwie.

Miałam nadzieję na ratunek, tymczasem było jeszcze gorzej. Wiara bez działania jest pusta i bezużyteczna. Chodzenie do kościoła, modlitwy, wyjazdy na rekolekcje to nie jest działanie, o które chodzi. Być może osoba nieuzależniona poczuje się szczęśliwa. Alkoholik jednak wpędza się w ten sposób w jeszcze większe kłopoty. Musiałam zrozumieć, że o mojej relacji z Bogiem, jakkolwiek Go pojmuję, decyduje nie stopień pobożności, a moje relacje z ludźmi. Przekonanie, że jestem blisko Boga, gdy nie obchodzi mnie cierpienie innych, gdy nie robię nic dla nich, gdy nie poświęcam im czasu, jest pustym frazesem. Nikt nie kazał mi zmieniać tego przekonania, tyle że pustym frazesem nie mogłam się nakarmić. Jak każdy alkoholik miałam dziurę w duszy. To ona wołała, zasysała. Próbowałam ją zatkać rozmaitymi rzeczami, nieumiejętnie: wódką, jedzeniem, romansami, zakupami, pracą, religią. Nie dało się. Jest tylko jedna „Rzecz”, która zatyka tę pustkę. Jest nią Siła potężniejsza ode mnie i od wszystkiego. Gdy zwróciłam się do tej Siły, gdy wpuściłam ją w moje życie, zaznałam spokoju. Nie zaczęłam tego robić w Kościele. To się zdarzyło wśród nieszczęśliwych pijaków. Zainteresowałam się kimś, kto cierpiał, i zaoferowałam mu moją pomoc, czas, uwagę i wiedzę, czyli moje doświadczenia. Potem zrobiłam to z następnym nieszczęśnikiem i kolejnym, takimi samymi, jak ja. Nie wiedziałam, że efektem będzie moja własna odnowa, spokój, poczucie celowości. Nie wiedziałam, więc nie zwracałam się do tych ludzi z oczekiwaniem, nie używałam ich, żeby to mi było lepiej. Robiłam to, bo uwierzyłam tym, którzy przede mną przeszli drogę od rozpaczy do wolności i wiedzieli, co trzeba zrobić. Podporządkowałam się, nie wiedząc, że podporządkowanie się jest kluczem do wyjścia z tej choroby. I nie zauważyłam nawet, kiedy opuściły mnie egoizm i egocentryzm, poczucie bezużyteczności i braku sensu, kiedy przestałam bać się ludzi, kiedy życie przestało boleć i stało się… warte życia. Warte otwarcia oczu rano – z czym przez lata miałam okropny problem – wstania z łóżka i wejścia w dzień, z ciekawością – co nowego może się zdarzyć.

Życie warte życia
Mika Dunin

występująca pod pseudonimem polska pisarka i dziennikarka, kulturoznawczyni, stypendystka Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego. Od 2009 roku prowadzi blog o uzależnieniu od alkoholu...

Produkt dodany do koszyka

Zobacz koszyk Kontynuuj zakupy

Polecane przez W drodze