Za dużo cymbałów
Oferta specjalna -25%

List do Galatów

0 opinie
Wyczyść

Opowiadał mi frater Adalbertus:

„Zafurkotało, na dachu usiadł biały gołąb, zaczął gruchać i przechadzać się tam i z powrotem, strosząc pióra i kłaniając się raz po raz. Pomyślałem sobie, że to może znak, dach ów bowiem przykrywał przykościelne centrum konferencyjne, w którym właśnie odbywało się spotkanie ekumeniczne. Jak powiadają, pod postacią białej gołębicy pojawia się czasem Duch Święty. Po chwili uświadomiłem sobie jednak, że ptak na dachu nie może być Duchem Świętym, bo skoro grucha i tokuje, to w sposób oczywisty nie jest gołębicą. No właśnie, jak to jest z tym Duchem Świętym, z jednej strony jawi się jako gołąb płci żeńskiej, a z drugiej słowo „duch” znaczy wiatr, podobnie jak greckie pneuma. Z trzeciej strony ten Święty Wiatr bywa ogniem, którego płomienie jawią się na przykład nad głowami apostołów. To przecież nielogiczne, jak wiatr może być ogniem? To jest dopiero problem do rozgryzienia, w porównaniu z tym pytanie, czy pochodzi On od Ojca, czy też od Ojca i Syna, to małe piwo.

Ta ostatnia kwestia była przedmiotem rozmów podczas spotkania ekumenicznego dzień wcześniej. Wydawałoby się, że to drobnostka, a tymczasem deliberowano cały dzień i nie udało się wypracować wspólnego stanowiska. Tego dnia tematem obrad był problem, z jakich substancji powinien być robiony chleb eucharystyczny, a konkretnie, czy należy dodawać do ciasta zakwas, a także czy wino mszalne po przeistoczeniu jest tylko symboliczną, czy też najzupełniej rzeczywistą Krwią Boga. Obrady trwały od kilku godzin i wspólne stanowisko zdawało się równie odległe, jak na początku. Było to wszystko bardzo męczące, w końcu wyszedłem do przykościelnego ogrodu, by odetchnąć świeżym powietrzem.

W ogrodzie był duży, ładnie utrzymany trawnik otoczony starymi dębami. Niektóre z nich musiały mieć po kilkaset lat, jeden – powalony niedawną wichurą – leżał już pocięty i uprzątnięty w stosie gotowym do spalenia. Tymczasem od strony bramy zbliżał się jakiś nowy przybysz. Ubrany był w pstrokaty kaftan, w butach miał zielone sznurowadła, a pod pachą niósł cymbały. Widziałem go już gdzieś wcześniej i pilnie usiłowałem sobie przypomnieć okoliczności. On tymczasem mnie minął i bez pukania wszedł do sali konferencyjnej. Trochę mnie to zdziwiło, czyżby taki pstrokaty łachmyta był zaproszony na poważną konferencję? A może wszedł on sobie ot tak, bez zaproszenia? Potwierdził moje przypuszczenia dźwięk cymbałów, muzyka bowiem, o ile wiem, nie była przewidziana w programie spotkania. Po chwili jednak cymbały umilkły, podniósł się natomiast okropny rejwach i harmider i w końcu stała się rzecz nieoczekiwana: drzwi sali konferencyjnej otwarły się na oścież i wylał się stamtąd tłum gniewnych delegatów popychający przed sobą pstrokatego intruza. Niektórzy z nich wykrzykiwali:

– Co za cymbał!

– Cymbały nie były w programie konferencji!

– Właśnie! Za dużo takich cymbałów się pęta!

– Zielsko trzeba wykorzenić, związać i w ogień wrzucić!

– Właśnie! W ogień go wrzucić! Tam jest gotowe drewno!

Inni delegaci podchwycili ten pomysł i zaczęli przygotowywać stos z pociętych gałęzi starego dębu. Pośrodku stosu wbito pionowy pal, by przywiązać delikwenta. Mnie tymczasem olśniło, przypomniałem sobie nagle, gdzie go widziałem. Wykrzyknąłem więc:

– Szuszwol ze Swarzyndza! Co się stało?!

– Och, nic. Wygląda na to, że delegaci za bardzo sobie wzięli do serca moje stukanie w cymbały. Wparowałem na konferencję i powiedziałem im, że jeśli wino mszalne staje się Krwią Boga, to po to, byśmy się tą Krwią Boga upili, a nie po to, by rozważać skład chemiczny substancji po przeistoczeniu. Oni na to, że nawołuję do pijaństwa i świętokradztwa, i widzisz, jaki jest efekt.

– I co, tak się dasz po prostu spalić?

– Dlaczego nie? Przecież Święty Wiatr jest płomieniem, prawda? Jeśli tak, to najwyższą godnością, jakiej dostąpić może człowiek, jest bycie klocem drewna, który podtrzymuje ten płomień. Zapamiętaj sobie to zdanie, jest ono bardzo ważne. Najlepiej od razu je powtórz.

– Skoro Święty Wiatr jest płomieniem, to najwyższą godnością, której dostąpić może człowiek, jest bycie klocem drewna podtrzymującym ten płomień. No tak, ale co powiedzą czytelnicy? Przecież jak cię spalą, to nie będzie już więcej opowiadań o Szuszwolu!

– Nie będzie, to nie będzie. Powiedz im, żeby się nie przejmowali, bo nic takiego się nie stało. No i powiedz im ode mnie do widzenia.

W międzyczasie stos został ułożony. Szuszwola obwiązano sznurami i przywiązano do pala, a ten wyglądał, jakby się nie przejmował, i raz po raz puszczał do mnie oko. Tymczasem ktoś zaczął krzyczeć, wskazując na drugi koniec ogrodu:

– A to co za jedna? Jakieś mu daje znaki! Pewnie jest z nim w komitywie. Może to czarownica albo narkomanka? Też ją trzeba spalić!

W miejscu, które wskazywał, stała dziewczyna ubrana jak istna Łoblodra z Łobornik: w sukni z kolorowych łatek, o włosach ufarbowanych w kolorowe pasma, bosa. Złapano ją bez problemu, bo nie uciekała, obwiązano sznurami i wrzucono na stos. Ktoś przyniósł kanister z benzyną, stos oblano, rzucono nań płonącą zapałkę i tyle. Szuszwola i Łoblodrę pochłonęły płomienie i po jakimś czasie została z nich kupka popiołu. Nazajutrz był kolejny dzień konferencji, ale w nocy mocno wiało i kupka popiołu została rozwiana na cztery wiatry.

Taki był koniec Szuszwola ze Swarzyndza, wędrownego hermeneutyka, i tajemniczej nieznajomej, Łoblodry z Łobornik”.

Za dużo cymbałów
Włodzimierz Fenrych

urodzony 10 maja 1955 r. w Poznaniu – absolwent historii sztuki na UAM w Poznaniu, obieżyświat, publikował w „Czasie Kultury”, „Spotkaniach” i „Tygodniku Powszechnym”. Autor cyklu felietonów pt....

Produkt dodany do koszyka

Zobacz koszyk Kontynuuj zakupy

Polecane przez W drodze