Z dzieckiem w ukryciu

Dziś kobiety rzadko kiedy są szczęśliwe w domu. Nawet jeśli świadomie wybrały pozostanie z dziećmi, doświadczają śmiertelnej nudy i marzą, by w końcu wydobyć się ze świata pieluch na światło dzienne.

Kiedy się modlisz, wejdź do swej izdebki, zamknij drzwi,
a Ojciec mój, który widzi w ukryciu, odda Tobie.

Na łamach największych polskich gazet toczy się dyskusja, jak pogodzić macierzyństwo z pracą zawodową. Główna teza, która się wszędzie przewija, brzmi, że dzieci będzie więcej, jeśli kobiety będą mogły jak najszybciej wracać do pracy. Ma temu służyć rozbudowa sieci przedszkoli i żłobków oraz walka z dyskryminacją kobiet (ze względu na macierzyństwo) w miejscach pracy.

Zatem obrona kobiet. Żeby miały własne pieniądze, były niezależne. Świetnie! Żeby przestały się tyle opiekować – dziećmi, chorymi – bo to niweczy ich szanse na porządną emeryturę. Państwo powinno je w tym wyręczyć.

Dzieci obniżają emerytury

Rzadziej podejmowany jest w debacie temat losu „drugiej strony”, a więc adresatów opieki. Kobieta zostaje więc wyabstrahowana ze swojej rodziny, jej interes odłączony od interesu tych, którymi się opiekuje. Jeśli chodzi o osoby chore, starsze – na ten temat zupełna cisza (choć pojawiają się intrygujące pomysły np. powrotu pomocy sąsiedzkiej). Jeśli chodzi o dzieci, też rzadko w tym kontekście podejmowany jest problem ich dobra. A jeśli już, natrafimy na różne, sprzeczne ze sobą wyniki badań (naukowych). Możemy się domyślić, że w krajach skandynawskich, gdzie większość rocznych dzieci idzie do żłobka, a dwulatek w domu to rzadkość i chimera, popularyzowane są badania, które uzasadniają taką politykę, np. wykazują, że jej skutkiem jest perfekcyjna socjalizacja. Z drugiej strony mamy na Zachodzie (zwłaszcza w USA) silne ruchy na rzecz długiego karmienia piersią, domowej edukacji, które głoszą zupełnie inne wyniki badań. Wedle nich socjalizacja ma być socjalistycznym wymysłem; najważniejsze zaś jest poczucie bezpieczeństwa, jak najdłuższe przebywanie dziecka w środowisku domowym, intensywny i bliski kontakt z dorosłą osobą. Najnowsze badania neurofizjologiczne pokazują niezbędność intensywnego kontaktu z matką przynajmniej do trzech lat – tylko taki kontakt gwarantuje rozwój pewnych części mózgu, odpowiedzialnych za wyższe uczucia, współczucie 1

Która z tych teorii jest prawdziwa? Czy to nie zatrważające, że naukowcy nie doszli w tej tak ważnej materii do zgody, że różne opcje polityczne dobierają sobie naukowe teorie, żeby potwierdzić ideologiczne sądy? Co ma zrobić matka, która waha się, czy oddać dziecko do żłobka, czy zostać z nim w domu, skoro natrafia na tak sprzeczne informacje? Jakie to zadanie dla Kościoła, dla chrześcijańskich naukowców! Dla naszych sumień, intuicji, wiedzy, której, jak widać, trzeba poszukiwać samodzielnie.

Czy kierować się regułami kariery zawodowej, która nie znosi przerw w pracy (powstała wszak pierwotnie dla mężczyzn, zwolnionych w czasach przemysłowych z troski o dom)? Czy myśleć o własnym zabezpieczeniu, własnej emeryturze, która w konfrontacji z macierzyństwem zawsze będzie niższa? A co, jeśli dobro dziecka stoi w jakiejkolwiek sprzeczności z materialnym dobrem kobiety? Prawda jest taka, że stoi zawsze – w mniejszym lub większym stopniu. Decydując się na dziecko, nie wiemy, jak bardzo zmieni ono nasze życie, plany, kariery. Czy będzie chore czy zdrowe, bardziej czy mniej wrażliwe, absorbujące, nerwowe czy spokojne? To wszystko może wpływać na zwiększenie przerw w pracy i zmniejszenie przyszłej emerytury, nawet jeśli będą dobre reformy społeczne, jeśli będziemy przeciwdziałać dyskryminacji matek. Dlaczego?

Dzieje się tak, ponieważ rzeczywistość reprodukcji różni się istotnie od rzeczywistości produkcji. Ponieważ istnieje przepaść między znormalizowanym, wykalkulowanym światem zachodniego rynku pracy a światem wspólnoty rodzinnej, wspierania słabszych: dzieci, chorych, starych. Przepaść tę należy oczywiście zmniejszać w czasach, gdy kobiety wywalczyły dla siebie prawo do pracy, samorealizacji zawodowej – nie da się jej jednak całkiem wyeliminować.

W Polsce pojawiła się nawet szczytna, rewolucyjna idea, by choć trochę przemienić reprodukcję w produkcję – wynagradzać kobiety za pracę domową (kampania ZrobioneZapłacone). Jest to pomysł godny pochwały, bo jak pisze jeden z internautów, skoro jedynym dziś symbolem wartości jest pieniądz, to trzeba dać kobietom pieniądze!

Tymczasem wiele kobiet pisało do autorów projektu, że mogłyby pracować nawet za darmo, jeśli ich praca byłaby ceniona. Są oczywiście sytuacje, kiedy kobiety nie mają wyboru i muszą pracować, by zdobyć podstawowe środki do życia – jednak nie można tego motywu przeceniać.

W domu jest nudno

Pieniądze to nie wszystko – wiele teorii socjologicznych pokazuje, jak ważne są dla nas „nagrody symboliczne”. Najbardziej ceniona w naszej kulturze działalność – praca zawodowa – wiąże się nie tylko z wynagrodzeniem, ale i szeregiem społecznych, symbolicznych nagród: akceptacją, prestiżem, możnością przynależenia do jakichś społecznych kręgów itd. Ponieważ nasza kultura na różne sposoby nagradza osoby pracujące zawodowo, ludzie chcą pracować nie tylko z powodu otrzymywania pensji.

Przekonałam się o tym, rozmawiając ze znajomą dziewczyną pochodzącą z małego miasteczka, słabo wykształconą, której udało się znaleźć pracę w sklepie mięsnym na drugim końcu miejscowości. Wstaje o czwartej rano, jedzie godzinę, pracuje w niedziele i święta nieraz po kilkanaście godzin i wciąż narzeka, że nie ma czasu dla dzieci, rodziny… Kiedy jednak zapytałam ją, czy cieszy się z pracy, odpowiedziała z błyskiem w oku: „Tak! Bo to jest inne, lepsze życie”.

Kobiety sprzed emancypacji najczęściej czuły się spełnione jako żony i matki (choć nie wszystkie, oczywiście, i dla tych współczesność to wybawienie) – był to główny kulturowy sposób na „bycie kobietą” i był on społecznie nagradzany – np. prestiżem cieszyła się kobieta, która urodziła i wychowała wiele dzieci, która dobrze prowadziła gospodarstwo itd. Dziś kobiety rzadko kiedy są szczęśliwe w domu, czują się gorsze. Nawet jeśli świadomie wybrały pozostanie z dziećmi, doświadczają śmiertelnej nudy i marzą, by w końcu wydobyć się ze świata pieluch na światło dzienne. Często prowadzą drugie życie w świecie seriali telewizyjnych. Jeśli zrezygnowały z dobrej pracy, nudzą się, bo nie mogą odnosić sukcesów, działać, realizować się, zarabiać. Albo po prostu pragną tylko się wyrwać, byle mieć towarzystwo niedziecinne, móc wyjść z domu, pokazać się. Marzą o pracy, do której można by założyć garsonkę, buty na obcasie. Nawet te kobiety, które pragną być gospodyniami, czują się gorsze, świadome, jak nisko w hierarchii społecznej umieszczona jest ich praca – jakoś z czasem brakuje im polotu, radości, wpadają w rutynę i coraz mniej im się chce dbać o siebie, rozwijać się.

Czy to jest dziwne, skoro indywidualny sukces, kariera stały się dziś uniwersalnymi wartościami kulturowymi, które w równy sposób przyswajają sobie chłopcy i dziewczynki podczas kilkunastoletniej edukacji?

Z punktu widzenia współczesnej kultury, realizującej postulaty „równości płci” i uniwersalnego modelu sukcesu (czy raczej męskiego sukcesu – jak przedstawiła to w analizie sytuacji kobiet Janne Haaland Matlary na łamach miesięcznika „W drodze” 2 ) – pozostanie wykształconej kobiety w domu jest marnowaniem czasu i własnego potencjału, stanowi porażkę. Jeśli sobie to uświadomimy, frustracja wielu „domowych kobiet” stanie się całkiem zrozumiała.

W poszukiwaniu motywacji

Dlaczego praca w domu z własnymi dziećmi nie daje satysfakcji?

Bo brakuje motywacji, by ładnie się ubrać (nikt nie zobaczy), by ładnie przystroić stół (ciągle to samo, a nikt nie widzi i żadnej wdzięczności), by gdzieś dalej się wybrać (nikt nie doceni, jaki to wielki wysiłek spakować te wszystkie rzeczy). Brakuje motywacji, by wzbogacać słownictwo, by zaciekawić się czymś ze świata, który poznajemy razem z dzieckiem.

A przecież wystarczy się pochylić nad dzieckiem, by dostrzec, że w jego świecie obecne jest wszystko, co ludzkie, co istotne. Każda matka doświadczyła tego wiele razy. To uczucie przychodzi i odchodzi, podobnie jak czas dobrego kontaktu z Bogiem czy z osobą chorą, cierpiącą – wymaga skupienia, wyciszenia się, oddania. Dostrzega się wtedy w dziecku pełnię człowieczeństwa, tyle że ten człowiek jest taki malutki, ale jaki szczery, prawdziwy, czysty. Wiele słyszymy takich świadectw – ile daje praca z dziećmi, z chorymi, z upośledzonymi.

Dlaczego jednak to takie trudne, dlaczego nie wystarcza? Bo świat dziecka jest bardzo mały, bo trzeba się pochylić, by tam wejść (cokolwiek uczyniliście jednemu z braci tych najmniejszych…). Bo jest to świat nieciekawy, a prawdziwy świat zaczyna się za oknem. Przebywanie z dziećmi jest nieatrakcyjne, trudno mieć z tego satysfakcję.

Lepiej bawić się i rywalizować z ludźmi na naszym poziomie – to daje najsilniejszą motywację: być lepszym od kolegi, pokonać w biegu towarzysza, nie dać się prześcignąć przyjaciółce. Rywalizacja jest wszechobecna w zachodnim dorosłym świecie. W krajach afrykańskich dzieci poproszone w klasie o odpowiedź na pytanie, naradzają się wspólnie i udzielają wspólnej odpowiedzi. W naszych szkołach wyrywają się do odpowiedzi, na wyścigi wymachując podniesionymi palcami. Rywalizacja bywa zła, bezwzględna – ale potrzebujemy jej jak słońca. Czasem bowiem zdarza się dobra rywalizacja, w pokojowych warunkach, czysta jak w sporcie. Jakoś popycha nas ona, zmusza, by szybko wstać i powitać dzień, by dać z siebie wiele. Jeśli nie jest naszą jedyną motywacją, jeśli dla innych nie jest jedyną motywacją, jeśli wszyscy gramy fair, rywalizacja jest skarbem – to dobrze, gdy w pracy i zabawie dokładamy wszelkich sił, by być lepszymi, atrakcyjniejszymi, pełnymi energii.

Słowo „motywacja” pochodzi od łacińskiego moveo i znaczy wprawiać w ruch, popychać. Dziś, kiedy przymus, konieczność nie odgrywa już roli głównego motywu naszych działań, kiedy mamy wolność, dużo wolności i niewiele rzeczy „musimy”, motywacja jest niezbędna. Znakiem naszych czasów są specjaliści od motywacji, których zadaniem jest maksymalizowanie wysiłku pracowników – specjalizują się oni w wymyślaniu nagród, a następnie w przekonywaniu nas, że konkretny bonus jest właśnie tym, czego oczekujemy, że będzie zaspokojeniem wszelkich naszych pragnień i aspiracji. Swojego czasu, gdy jako studentka dorabiałam pracą w ubezpieczeniach, próbowano mnie przekonać, że szczytem moich marzeń powinien być duży samochód pewnej firmy – i aby urealnić to marzenie, miałam napisać na suficie nad swoim łóżkiem, że za x lat (do zaplanowania) ów wehikuł będzie mój. Wiele firm sprzedaje takie recepty na szczęście, obietnice raju – motywacją jest nie tyle realna korzyść, premia czy nagroda, ile fakt, iż pracujemy dla Bardzo Prestiżowej Firmy, że robimy niezwykle ważne rzeczy i dlatego tymczasem powinniśmy zadowolić się byle czym – niską pensją, złymi warunkami pracy, pracą wielogodzinną – wszystko znosząc w imię przyszłych korzyści. Jeśli wierzymy w to, co mówi firma, to jesteśmy szczęśliwymi, zmotywowanymi ludźmi i pracujemy dla niej z oddaniem.

To samo dotyczy motywacji religijnej. Wierzący, spełnieni księża, identyfikujący się z misją swojej „firmy” – Kościoła, są szczęśliwi. Podobnie pozostali wierzący. Wbrew niektórym opiniom, chrześcijaństwo wcale nie jest bezinteresowne – potwierdza ono prawdę, że człowiekowi za jego wysiłki należy się nagroda. Tej nagrody spodziewa się jednak wierzący od Boga, a nie od ludzi – i największej jej części oczekujemy po śmierci. W różnych pieśniach śpiewamy: „Kto Ciebie raz poznał, ten już nic innego pokochać nie może”, „Kto Ciebie, Boże, raz pojąć może, ten nic nie pragnie ni szuka”. Ponoć prawdziwa wiara, poprzedzona osobistym doświadczeniem Boga, sprawia, że niczego innego poza Bogiem nie będziemy już pragnąć. Zwykle rzeczywistość wiary jest bardziej skomplikowana – wierzymy w Boga i pragniemy wiecznego z Nim życia, ale wciąż pozostajemy otwarci na pokusy światowe. Motywacja „z wiary” ma to do siebie, że jest trudna, odległa – trudno więc na niej poprzestać. Odczuwamy silną potrzebę innej motywacji, ludzkiej, ziemskiej…

Zdrowa rywalizacja, podziw innych, bycie wśród ludzi, możliwość pokazania się, zaprezentowania. Wysoki prestiż osoby pracującej, kierownika, dyrektora. Pensja, podwyżki, premie, pochwały i uściski dłoni. Imieninowe czekoladki, pochwała od szefa, punkty i talony, specjalizacje, szkolenia. Te wszystkie nagrody światowe, których nie znajdziemy, pozostając w domu z dwulatkiem, motywują nas do szukania i podejmowania pracy. Co mają robić ci, którym takiej motywacji w codzienności brakuje?

Praca w ukryciu?

Praca w domu jest pracą w ukryciu. Jest pracą jak w kontemplacyjnych zakonach. Kobieta zostaje dziś w domu z własnej woli, nie z przymusu i nie dlatego, że nic innego nie może robić – przeciwnie, jest zachęcana do realizacji siebie poza domem, a często ma taką możliwość! Jednak dziś kobieta, niczym mnich, może odrzucić światowe życie, zaszczyty, przywileje i radości tego świata, by wieść życie ciche, z pozoru nieatrakcyjne, przez świat pogardzane, niezrozumiane, niedoceniane, z wszystkimi tego życia zaletami i wadami. Są bowiem rzeczy ważne, które można robić tylko w ukryciu. W ukryciu przed światem wzrasta, rozwija się mały człowiek – nabiera mocy i łaski, jak Chrystus, którego lata dziecięce i młodzieńcze pozostały tajemnicą, choć to one kształtowały Jego ciało, rozum, serce.

Bycie kobiety w domu jest jak modlitwa, której uczy Pan Jezus – nie na pokaz, by „nie odebrać już swej nagrody”. Nagrodą jest poklask, uznanie świata – które odebrali już faryzeusze wystający na rynkach i odprawiający publiczne modły. Świat od zawsze miał dla swoich ludzi nagrody – i ma je dzisiaj. To najprostsza motywacja do działania.

Jednak Jezus nie chce pozbawić nas nagrody i motywacji, nie chce, byśmy pracowali za darmo. Za samotność, cichość, pokorę i czyny „w ukryciu” czeka nas przygotowana nagroda – ta, którą ma oddać nam Ojciec. Chrześcijanie wierzą, że nagroda ta czeka nas po śmierci i Sądzie Ostatecznym, ale możemy ją smakować już tu. Ci, którzy wybrali życie dla Boga, są często ludźmi szczęśliwymi, czują się obdarowani przez Boga już tutaj, na ziemi. Czyż matka nie kosztuje tej nagrody, kiedy otrzymuje łaskę cieszenia się macierzyństwem, niepowtarzalną miłością, jaka rodzi się między nią a dzieckiem, chwilami niewysłowionych uniesień tej miłości, chwilami cudów?

Z drugiej strony życie z Bogiem składa się również z ciemnych nocy, jest wystawianiem człowieka na próbę, jest próbowaniem ludzkiej miłości w ogniu cierpienia, trudu, niewdzięczności, twardości serca, braku wiary, słabości. To też jest znane każdej matce, tak jak upadki, poczucie niemocy, braku miłości, zwątpienie.

Bóg wzywa dziś kobietę, by weszła do swojej izdebki, zamknęła drzwi i w ukryciu przed światem wychowywała swoje dziecko. By czerpała motywację do swej (niewdzięcznej?) pracy na kolanach, na modlitwie. By przeplatała modlitwę pracą – również fizyczną, bo ona jest wpisana w wychowywanie człowieka, nie sposób jej uniknąć. Czy ktoś na to kobiety przygotowuje, psychicznie i fizycznie – na nieustanne noszenie, przenoszenie niemowlaka, na podnoszenie z ziemi wierzgającego dwulatka, na ciągłe pranie, rozwieszanie i zbieranie, na skrobanie ekologicznych brudnych warzyw, znoszenie i wnoszenie wózka, niekończące się sprzątanie z podłogi zabawek… Bez motywacji jest to praca nudna, niewdzięczna, nietwórcza i niekończąca się. Możemy w niej jednak dostrzec analogię do świadomie wybranej fizycznej pracy w regułach wielu zakonów – pracy prostej, która zajmuje dłonie, łączy człowieka z naturą i Bożym planem, wpisuje go w szczęśliwy rytm, odgania złe myśli. Jeśli w ten sposób spojrzymy na codzienną krzątaninę, dostrzeżemy w życiu matki te same plusy, co w życiu zakonnym: życie zgodne z naturą, życie w relacji z Bogiem i wspólnotą – bliskimi osobami, a więc pokój, szczęście i zdrowie, które zakłóca morderczy rytm współczesnej kariery. I zobaczymy też te same minusy: brak jasnej, prostej, oczywistej nagrody, jaką daje świat – pokładanie nadziei w Bogu i tej nagrodzie, którą On przygotował; codzienne trwanie, które tak naprawdę widzi tylko On, trudność poprzestawania na Bogu, pokusy światowe.

Dlatego właśnie życie w ukryciu musi opierać się na nieustannym dialogu z Bogiem, dialogu również z samym sobą. Trzeba bowiem znaleźć motywację do tego życia, ową nagrodę, o której wspomina Jezus. Nie otrzymamy jej na tacy, tak jak daje świat. Tak czy owak, na odebranie jej największej części musimy przygotować się w przyszłym życiu. Musimy więc przede wszystkim pielęgnować, rozwijać wiarę: jak zakonnicy, podjąć trud przebijania się do tamtej Rzeczywistości, nieustannego szukania Boga, Jego miłości i pociechy w codziennym życiu, będąc przygotowani zarówno na pocieszenia, jak i strapienia. Musimy zaufać, że Ojciec będzie nas w swej mądrości motywował, że nie pozwoli nam zwątpić w swą miłość, że „odda nam” Ten, który widzi w ukryciu, z właściwą sobie hojnością, którą zachwalali wszyscy święci.

Świat potrzebuje żyjących w ukryciu. Właściwie wszyscy powołani są do życia z Bogiem, spotkania z Nim w samotności i ofiarowania Mu w sercu swoich trudów, do wyglądania Jego nagrody, do szukania szczęścia przede wszystkim w Jego obietnicach – także ci, którzy realizują swoje powołanie w świecie, w pracy zawodowej, w służbie publicznej. Wiemy jednak, jak łatwo ulec można mamieniu świata, jak często przemijające nagrody, jakie oferuje świat, zasłaniają człowiekowi Bożą rzeczywistość. Dlatego potrzebni są ludzie specjalnie powołani, by zrezygnować ze świata, stając się dla innych znakiem tego, że Bóg jest, że istnieje Ktoś, dla którego warto wiele poświęcić. Może dla dzisiejszych czasów specjalnym znakiem stanie się matka, która odrzuca ziemskie dobra, karierę i nagrody, by poświęcić się dzieciom, rodzinie, a która umie czerpać szczęście ze swojego życia, choć jest trudne i dla świata „niewdzięczne”. Może powstaną wspólnoty takich matek – prawdziwe „partie kobiet”, prawdziwie alternatywne wobec męskiego świata – choć literalnie już nienależącego do mężczyzn, to jednak szytego na ich miarę – wspólnoty podobne do wspólnot zakonnych, które będą dawały wsparcie upadającym, pomogą kobietom w poszukiwaniu motywacji do trudnego trwania przy własnym dziecku?

Ukryte, ciche życie oddane wychowaniu dzieci, jeżeli podjęte zostaje jako prawdziwe powołanie chrześcijańskie, stać się może czymś, co prognozował i za czym tęsknił wielki prawosławny teolog Paul Evdokimow – monastycyzmem uwewnętrznionym. Zbyt radykalny, zdaniem Evdokimowa, podział, jaki się dokonał w chrześcijaństwie, na świeckich i zakonników, czyli żyjących półśrodkami i żyjących w pełni w zgodzie z Ewangelią, odpowiedzialny jest za wiele negatywnych zjawisk, jak choćby rezygnację większości wiernych z dążenia do świętości. „Kiedy Chrystus każe iść wąską drogą, zwraca się do wszystkich ludzi. Mnich i świecki winni osiągać takie same wyżyny” – pisze przywoływany przez Evdokimowa św. Jan Chryzostom. Teolog prawosławny, postulując potrzebę uniwersalnego monastycyzmu, pragnie powrotu do pierwotnej jedności ideału podążania za Chrystusem. Śluby ubóstwa, czystości i posłuszeństwa powinny być więc podjęte przez wszystkich, ale nie w duchu zewnętrznych nakazów, lecz w duchu monastycznym jako wyzwolenie od przymusu posiadania, pożądliwości i egoizmu. Trudny „zakon matek” mógłby być widziany jako szansa codziennego praktykowania owych trzech monastycznych filarów wolności ludzkiej.

Poświęcenia się nie uniknie

To wszystko brzmi pięknie – idealnie? Dziś MatkaPolka jest niemodna i poświęcanie się jest niemodne. W dobrym tonie jest podkreślać, że dziecko (jeśli już jest) nic mnie emocjonalnie nie kosztuje, że jest małym obywatelem, który może uczestniczyć w moim życiu. Ta zachodnia (protestancka?) „dzielność” też jest dobra, jako antidotum na naszą skłonność do nadmiaru „poświęceń”. Jednak to tylko jedna strona medalu i nie ma co udawać, że poświęcenia w ogóle się uniknie. Warto zastanawiać się nad rzeczywistością polskich kobiet (i coraz częściej mężczyzn!), nad pracą domową, która jest podstawą gospodarki w każdym społeczeństwie, a tak jest niedoceniana. Oczywiście trzeba dążyć do wyrównania szans i docenienia tej pracy wobec pracy produktywnej, zarówno w sferze finansów, jak i prestiżu: trzeba też szukać motywacji dla tej sfery bycia matką i żoną, której za nic się nie da przeliczyć, wyliczyć ani nagrodzić, która pozostanie poświęceniem. Tutaj matkę wesprzeć powinna religia, wskazując na jej powołanie, rysując je – czemu nie? – atrakcyjnie. Chodzi o to, by poświęcać się świadomie, z pasją i poczuciem ważności swej pracy. Tak pięknie, jak zakonnicy w filmie Wielka cisza.

1 Bliskość relacji między matką a dzieckiem jest czymś wręcz namacalnym. Amerykańscy badacze, używając skanera PET i MRI, „zajrzeli” do mózgu dwumiesięcznego dziecka, aby przyjrzeć się, jak reaguje on na oglądane zdjęcie matki, i do mózgu kobiety patrzącej na wideo z jej dzieckiem. Aktywne były te same regiony prawej półkuli mózgu. Z kolei profesor Allan Schore, neuropsycholog z Uniwersytetu Kalifornia wykazał, iż związek dziecka z opiekującą się nim w pierwszych latach życia osobą jest kluczowy dla jego właściwego rozwoju, a słaba opieka może wpłynąć negatywnie na mózg dziecka, predysponując je do braku empatii bądź zachowań agresywnych. „Przez pierwsze dwa lata życia »mózg zwiększa dwukrotnie swoją objętość, rośnie szybciej niż w jakimkolwiek innym okresie życia, formują się wtedy połączenia nerwowe w mózgu. Połączenia te mogą jednak nie przybrać właściwej formy, jeśli potrzeby emocjonalne dziecka nie będą zaspokojone przez jego pierwotnego opiekuna” – twierdzi Schore. Dla przykładu, u dziecka w wieku dwóch miesięcy następuje eksplozja synaptycznych połączeń w prawej półkuli mózgu, a w tym samym czasie dziecko zaczyna dostrzegać wzrokowo twarz matki. Doświadczenie wzrokowe twarzy matki pozwala, zdaniem Schore’a, na połączenie tych synaps. 
2 Janne Haaland Matlary, Jak gdyby nie były matkami, „W drodze” 6/2000.

Z dzieckiem w ukryciu
Dagmara Jaszewska

urodzona w 1975 r. – żona i mama dwojga dzieci, socjolog.Autorka książki Nasza niedojrzała kultura. Postmodernizm inspirowany Gombrowiczem. Publikowała m.in. w „Kulturze Współczesnej”, „Emaus”....