Przyszłość

Odkrycie pragnienia Boga jest zaledwie pierwszym etapem. Potem przychodzi kolejny, trudniejszy, bardziej wymagający: odkrycie, że Bóg nawołuje mnie do wyjścia z siebie, bym kroczył ku Niemu. Następnym zadaniem jest budowanie wspólnego domu dla ludzkości, w którym mógłby żyć Bóg.

Guillame Goubert: Czy zakon przeżywa kryzys powołań?

Timothy Radcliffe OP: Tego bym nie powiedział. Obecnie jeden na sześciu zakonników to brat odbywający formację. Wolałbym, żeby stosunek ten wynosił jeden do czterech, ale i tak, jak na świat zachodni, mamy całkiem niezłą liczbę powołań.

W Stanach Zjednoczonych, we Francji, w Niemczech, w Anglii i w Polsce liczba ta krzepiąco rośnie. Inne prowincje — włoska, belgijska francuskojęzyczna, kanadyjska — zaczynają zdradzać symptomy powrotu do równowagi. Martwi sytuacja w Irlandii, Holandii, Belgii flamandzkojęzycznej i Hiszpanii. Myślę, że każdy tradycyjnie katolicki kraj musi przejść okres kryzysu, obojętności, odrzucenia. W latach siedemdziesiątych przeżyliśmy go we Francji, Anglii i Niemczech. Teraz powoli się z niego wydobywamy.

Dla narodów, które zaznały dużej biedy, tak jak to pokazuje przykład Irlandii czy Hiszpanii, przekształcenie się w społeczeństwa konsumpcyjne jest początkowo czymś bardzo ekscytującym. Na kogoś, kto żył w biedzie, kto głodował, obfitość działa niewątpliwie jak silna pokusa. Dotyczy to pierwszego pokolenia, kolejnych natomiast już nie. Nie sądzę, by którekolwiek społeczeństwo było w stanie zbyt długo tłumić pragnienie Boga.

Odkrycie pragnienia Boga jest zaledwie pierwszym etapem. Zachód przeżywa obecnie okres agnostycyzmu czy też, powiedzmy, ateizmu przyjaznego religii. Ludzie czytają książki dotyczące duchowości, New Age, interesują się buddyzmem. Często jednak jest to postawa wypływająca z egocentryzmu: człowiek wytwarza sobie religię, która zaspokaja jego potrzeby. Być może taka droga jest konieczna, lecz przychodzi potem kolejny etap, trudniejszy, bardziej wymagający: odkrycie, że Bóg nawołuje mnie do wyjścia z siebie, bym kroczył ku Niemu. To tak jak w chwili zakochania się. Jeśli zakochuję się w dziewczynie, ponieważ zaspokaja ona moje potrzeby, nie jest to przecież żadna miłość. Jej osoba jest w danym momencie tylko elementem mojego małego światka. Odkrywam miłość dopiero wówczas, gdy wychodzę z opisanego stanu i stwierdzam: to ona jest centrum świata, nie ja.

Jak rozbudzać powołania?

Najważniejsza jest wiara w życie zakonne, tym bardziej, iż oznacza ono pójście pod prąd wobec wyznawanych w naszej epoce wartości. Powinniśmy jednak zakazać sobie składania młodemu człowiekowi propozycji wstąpienia do naszego zakonu tylko dla podtrzymania jego istnienia. To nie jest żaden powód. Musimy mieć czelność powiedzieć mu: „Czemu nie miałbyś zostać dominikaninem?”. Nie może to jednak polegać na rekrutowaniu personelu. Chodzi o zaproszenie danej osoby do poszukiwania kształtu swego powołania. Może zostanie dominikaninem, może nie. Najważniejsze, by odkrył, do czego wzywa go Bóg.

Jakie będzie oblicze zakonu w połowie XXI wieku?

Będzie odmłodzony i mniej biały. W Afryce jeden brat na dwóch to nowicjusz, w Azji i Ameryce Łacińskiej jeden na czterech. Jeszcze do niedawna dwie trzecie braci wywodziło się z Zachodu. Obecnie dwie trzecie powołań przychodzi spoza świata zachodniego.

Myślę również, że będzie to zakon dużo bardziej mobilny. Młodzi, którzy dziś do nas dołączają, często myślą o własnej misji w perspektywie globalnej. Prowincjonalizm ich nie interesuje. Coraz więcej będzie takich braci, którzy przez pierwsze pół roku nauczać będą w Ameryce Łacińskiej, a drugie w Afryce lub w Azji. Internet wykształci inne formy wspólnoty niż klasztor. Jednak trzeba będzie się liczyć z pewnym niebezpieczeństwem, polegającym na identyfikowaniu się z człowiekiem podobnym do siebie, ale odległym, a zaniedbywaniu tego, który jest blisko, ale jest inny, lointain semblableprochain différent, jak to określa francuski dominikanin Gabriel Nissim.

Które kierunki przemian ocenia Ojciec jako priorytetowe dla zakonu w najbliższych dziesięcioleciach?

W centrum naszego życia jako chrześcijan, jako osób zakonnych i kaznodziei znajduje się Słowo Boże. Życzyłbym sobie zatem, by więcej młodych braci poświęcało się studiowaniu i nauczaniu Pisma, by walczyli o lepsze jego zrozumienie, by stale odnawiali naszą miłość do niego. Każda dominikańska wspólnota powinna mieć w swoim gronie uczonego biblistę. Dla naszego posłannictwa stanowi to kwestię zasadniczą.

Powinniśmy także rozwijać swoją obecność na uniwersytetach jako profesorowie, jako duszpasterze. To tam wielu młodych zastanawia się, jaki sens nadać swojemu życiu. Naszym powołaniem jest obecność w tym miejscu, by ich słuchać i dyskutować z nimi, by im towarzyszyć.

Następnie trzeba naszej większej aktywności w społecznej dyskusji. Tak wiele pojawia się nowych problemów etycznych, szczególnie w związku z rozwojem biotechnologii. Cieszy mnie, że wielu młodych dominikanów podjęło studia w tym kierunku. Ale to nie wystarczy, musimy zakasać rękawy i jeszcze bardziej się zaangażować na forum publicznym. Kościół zabiera od czasu do czasu głos i publikuje deklarację mówiącą o tym, czego ludzie nie mają prawa robić. Trzeba pójść dalej i włączyć się w tę publiczną dyskusję. Społeczeństwo tego oczekuje dużo bardziej, niż nam się wydaje.

Powinniśmy także znaleźć nowe sposoby nawiązywania kontaktu z tymi, którzy nigdy zbytnio się nie zbliżają do żadnego Kościoła. Być może droga wiedzie poprzez tak zwaną, nieco pompatycznie, „ewangelizację kultury”. W zachodnim społeczeństwie, z taką rezerwą traktującym otwarte głoszenie Ewangelii, piękno podskórnie pokonuje nasz opór, omija istniejący wobec doktryny brak zaufania i może spowodować, że ujrzymy Boże światło. Bardziej niż kiedykolwiek potrzebujemy braci, którzy głosić będą Boga poprzez sztukę. Spotkałem niedawno brata Hiszpana, który uczył się sztuki mimicznej. Mówił, że chce głosić całym swoim ciałem, każdym gestem.

A czy jednym z ważnych zadań jest, według Ojca, także obecność w Internecie?

Na ostatniej kapitule generalnej zostałem poproszony o wyznaczenie jakiegoś brata wyłącznie do propagowania nauczania przez Internet. Jest to priorytet, ponieważ możemy przez niego docierać do wielu ludzi, a w szczególności do młodzieży. Dominik wysyłał swoich braci tam, gdzie byli ludzie. Jeśli idą oni do kawiarni albo do parku, my też powinniśmy tam pójść. W Hiszpanii czy we Włoszech jeszcze do niedawna miejscem spotkań był centralny plac w miasteczku. Pojawiało się tam, obserwowało innych, brało się udział w plotkowaniu. Dzisiaj dla wielu młodych centralny plac to sieć www.

Internet stwarza też duże możliwości w dziedzinie kształcenia, w szczególności dla tych, którzy z braku czasu, pieniędzy lub odpowiednich dyplomów nie mogą wstąpić na uniwersytet. Przez Internet można im zaoferować dostęp do wiedzy. Musimy tam być obecni. Prowincja tuluska już założyła Domuni, rodzaj uniwersytetu w Internecie, który liczy kilkanaście setek studentów. Obecnie przyłączyły się do tej inicjatywy jeszcze trzy inne prowincje. Jednocześnie trzeba jednak przyznać, że Internet ma granice. Po pierwsze ze względu na tę ogromną część ludzkości, która nie posiada ani komputera, ani linii telefonicznej. Jednak również ze względu na to, że głoszenie czy nauka to proces wymiany odbywającej się między osobami. Internet jest interaktywny, to pewne, ale nie pozwala na wymianę spojrzeń. Kiedy uczyłem, obserwowałem swoich studentów, widziałem, co wywołuje u nich uśmiech, co im umyka. Ekran komputerowy tego nie umożliwia. Przynajmniej na razie…

Często używa Ojciec słów „misja”, „posłannictwo”. Jaki sens nadaje im Ojciec we współczesnym świecie?

Określiłbym to jako budowanie wspólnego domu dla ludzkości, w którym mógłby żyć Bóg. Jest jedno bardzo piękne imię Jezusa: Emmanuel, co znaczy Bóg z nami. Naszym zadaniem jest wznieść dom, ognisko domowe, w którym Bóg będzie mógł z nami żyć. Dokonamy tego tylko razem! Słowo ekumenizm, którym określamy poszukiwanie jedności z innymi wyznaniami chrześcijańskimi, pochodzi od greckiego słowa oikos, dom. To właśnie oznacza, że wejście w dialog z drugim człowiekiem jest zaproszeniem do budowania takiego wspólnego domu.

Misjonarzem nie jest ten, który kroczy ku mieszkańcom ciemności. Misjonarz to ten, kto proponuje współpracę w budowaniu ludzkości. Może się zdarzyć, że realizacja tego przebiega w bardzo piękny sposób. Myślę tu o bracie Oshida w Japonii. Za pierwszym razem, kiedy budował wspólnotę chrześcijańską, zrobił w górach mały posążek Buddy z Dzieciątkiem Jezus na kolanach. Mieszkańcy wioski zaczęli dyskretnie się tam udawać w nocy i zostawiać dary ofiarne. Był to znak, że powstaje wspólne miejsce modlitwy.

Gdzie znajdują się dziś najważniejsze miejsca nawracania?

Z punktu widzenia geograficznego istnieją dwa takie miejsca. Po pierwsze w Azji. Jest to kontynent, na którym żyje ponad połowa ludzkości, a procent chrześcijan jest tam najniższy. Tak wiele możemy się od nich nauczyć! Konfrontacja z kulturami i duchowością Azji może być niezwykle ubogacająca dla Kościoła. Drugim co do ważności jest kontynent europejski, ponieważ najbardziej został ukrzyżowany utratą sensu. Po co zostaliśmy stworzeni? Jaki jest cel naszego życia? Europa zgromadziła ogromną wiedzę, ale niewiele jej pozostało mądrości.

Z socjologicznego punktu widzenia na pierwszym planie stoi wyjście do tych, którzy cierpią najbardziej z powodu utraty sensu: długoterminowi bezrobotni, margines dużych miast, chorzy na AIDS… Powinniśmy również kierować się ku myślicielom, artystom, naukowcom, dziennikarzom, którzy mają trochę inną koncepcję sensu życia, i wejść na płaszczyznę dialogu z nimi. I wreszcie, a jest to najbardziej interesujące, z młodzieżą. W jej przypadku pytanie o sens wyłania się z największą ostrością, przed nią leży bowiem przyszłość.

Kto jest powołany na misje? Czy wezwanie do nich kierowane jest tylko do kapłanów, zakonnic, czy także do osób świeckich?

Wyjazd do Chin w celu głoszenia Ewangelii to tylko bardziej spektakularna forma robienia tego, co należy do każdego ludzkiego istnienia: przekraczanie własnych granic, by zawiązać wspólnotę z drugą osobą. Można tego dokonać na przeróżne sposoby: rozmawiając, śmiejąc się, tańcząc… Przypomina mi się pewna stara angielska zakonnica, siostra Dominika. W wieku 80 lat odnalazła ona cel reszty swego życia w towarzyszeniu umierającym na AIDS. Poszła tam, gdzie nikt jeszcze nie dotarł, stała się przyjaciółką chorych, chodziła na przyjęcia organizowane przez ich przyjaciół. Opowiadała mi: „W wieku 85 lat nauczyłam się tańczyć!”. Była misjonarką całym swym jestestwem, poprzez współczucie i miłość.

Czy dla takiego zakonu jak dominikanie wkroczenie na nowy obszar działalności misyjnej oznacza porzucenie form apostolskich odziedziczonych z przeszłości? Czy trzeba będzie porzucić np. cudowny klasztor Santa Maria Novella we Florencji, by więcej sił poświęcić Azji albo dzieciom ulicy?

Często stawiamy sobie pytanie: co powinniśmy zamknąć? Myślę, że najpierw należałoby raczej zadać sobie pytanie: co powinniśmy otworzyć? Zdziałajmy najpierw coś nowego, a dopiero potem zastanówmy się, czego w konsekwencji nie będziemy w stanie kontynuować. Skoro mówimy o Santa Maria Novella, muszę wyznać, że darzę tego typu miejsca dużą czułością. Powtarzam, by głosić Dobrą Nowinę, potrzebujemy piękna. Oczywiście nie możemy dać się zepchnąć do roli kustosza, nie wolno nam akceptować stanu, gdy nasza wolność pogrąża się w kamieniu, ale nie porzucajmy tych miejsc. Lubię na przykład klasztor w L’Arbresle, koło Lyonu, powstały w latach 50. z natchnienia Le Corbusiera. Tysiące architektów przyjeżdża każdego roku, żeby go zwiedzić. To jest miejsce głoszenia.

W kwietniu 1994 w liście do zakonu dominikańskiego pisał Ojciec: „Wszędzie na świecie jesteśmy posłani, by prowadzić dialog z islamem. Czy jesteśmy gotowi oddać w nim życie?”. Dwa lata później w Algierii zamordowany został Jego Eminencja Pierre Claverie, biskup Oranu. Czy misje potrzebują męczenników?

Nie mógłbym życzyć śmierci komukolwiek. Myśląc o tych braciach i siostrach, którzy żyją w sytuacjach zagrożenia — na przykład w Brazylii, gdzie bronią praw człowieka — nie mogę się modlić o śmierć dla nich. Gdyby się ona jednak przydarzyła, wolno mi za nią dziękować. Po pierwsze dlatego, że męczeństwo jest najwyższą formą wielkoduszności. I mam nadzieję, że zawsze będziemy wystarczająco wielkoduszni, by oddać to wszystko, o co nas poproszą, nawet jeśli będzie to nasze życie. Po wtóre męczeństwo uświadamia nam, że przeżycie nie jest najwyższą wartością. Żyjemy w społeczeństwie owładniętym obsesją przeżycia. Łykamy kapsułki, by dotrwać do następnego dnia, boimy się choroby, śmierci… Ale czy przeżycie jest czymś tak dogłębnie ważnym? Ewangelia mówi: „Jeżeli ziarno pszenicy, wpadłszy w ziemię, nie obumrze, zostanie tylko samo, ale jeżeli obumrze, przynosi plon obfity” (J 12,24).

tłum. Katarzyna Kubaszczyk

Przyszłość
Timothy Radcliffe OP

urodzony 22 sierpnia 1945 r. w Londynie w Wielkiej Brytanii – dominikanin, wieloletni profesor Nowego Testamentu na Uniwersytecie Londyńskim, generał Zakonu Kaznodziejskiego (1992-2001).Święcenia kapłańskie przyjął w 19...

Przyszłość
Guillame Goubert

dziennikarz, autor wywiadu Nazwałem was przyjaciółmi. Z Ojcem Timothym Radcliffe'm rozmawia Guillaume Goubert, który ukazał się wspólnym nakładem Wydawnictwa W drodze i ZNAK....