O kim jest Prymas?

O kim jest Prymas?

Do tytułowego pytania skłoniła mnie wypowiedź księdza Stanisława Skorodeckiego, który oznajmił dziennikarzom, iż nie jest to film o Prymasie Tysiąclecia. Znamienne to świadectwo, świadectwo człowieka, który jak pewnie nikt inny znał Wyszyńskiego z jego pobytu w Stoczku Warmińskim i Prudniku Śląskim. Twórcom filmu — reżyser Teresie Kotlarczyk i scenarzyście Janowi Purzyckiemu — trudno było zgodzić się z tym zdaniem. Czy słusznie?

Przeszłość przez pryzmat teraźniejszości

W wypadku filmów, w których bohaterowie są fikcyjni, widzowie nie zgłaszają pretensji do historycznej wierności, ponieważ z logicznego punktu widzenia są one bezzasadne. Nawet gdy film oparty jest na „faktach autentycznych” (tę tautologię często powtarzają filmowcy), ocenia się go pod kątem fikcji, gdyż stopień przetworzenia realiów historycznych jest zbyt duży, by odnosić się do konkretu. Po filmie Pokuszenie Barbary Sass z roku 1995, w którym odnaleźć można echo historii Prymasa, nikt nie wyrażał niezadowolenia co do treści, chociaż było ewidentne, iż tematyczną inspirację czerpali twórcy z doświadczeń Wyszyńskiego i siostry Leonii (na marginesie — jeśli inspiracja była tak oczywista, a wątkiem głównym filmu miłość hierarchy kościelnego i przydanej mu do posługi zakonnicy, to mogło niektórych wierzących zaboleć).

Jednak gdy bohaterem filmu czyni się postać historyczną, osobę ważną dla świadomości współczesnych, trzeba się liczyć z tym, iż do oceny artystycznej czy komercyjnej (zysk z projekcji) dojdzie jeszcze jedna — wierności historycznym realiom. Ileż zarzutów — z punktu widzenia historyka słusznych — postawiono filmowi Popiół i diament Andrzeja Wajdy! Nie przeszkodziło to uznać ten film za jedno z arcydzieł kina polskiego. W wypadku odstępstwa filmu od historycznych realiów mówi się o prawie do autorskiej wizji artysty. Jednych to satysfakcjonuje, innych nie. Pewne jest jednak, że zawsze będzie to wzbudzać kontrowersje — z tej prostej przyczyny, iż „przeszłość jest zawsze teraźniejsza i ważna tylko pod kątem przyszłości”. Przeszłość (szczególnie w sztuce) ma zawsze ten niezwykle aktualny rys — filmy o postaciach i wydarzeniach historycznych są zazwyczaj w większym stopniu filmami o ich twórcach niż o ich bohaterach. Autorzy dokonują tłumaczenia przeszłości na język współczesności. Jakiego tłumaczenia dokonali autorzy filmu Prymas — trzy lata z tysiąclecia?

Przede wszystkim, na ile to było możliwe w dziele o autentycznej postaci, oczyścili film z realiów historycznych w celu nadania uniwersalnego wymiaru opowiadanym zdarzeniom. Wszystkie historyczne wstawki, jak np. początkowe zdjęcia, ukazujące represje władzy wobec Kościoła i rozmowy w gabinecie Bieruta, są obowiązkową daniną, którą płacą autorzy zasadom filmowej ekspozycji. Zbytnia dbałość o realia również w dalszych partiach filmu nie jest intencją twórców. Łączą trzy pierwsze miejsca pobytu kardynała Wyszyńskiego (Rywałd, Stoczek i Prudnik Śląski) w jedno (Stoczek Warmiński). Zamiast trzech lat (jak sugeruje tytuł) ilustrują dwa, dodają fikcyjny wątek sobowtóra Kardynała. Dokładają też wizje Prymasa, których w Zapiskach znaleźć nie sposób, jak choćby przeczucie śmierci tegoż sobowtóra. Każdy, kto czytał Zapiski więzienne Wyszyńskiego, dostrzeże tych odstępstw dużo więcej. O tym, że autorom zależało na historycznej identyfikacji, świadczy reakcja na słowa księdza Skorodeckiego po projekcji filmu, a w samym filmie napisy informujące o miejscach i datach dziejących się wydarzeń oraz napisy na początku i końcu filmu.

Prymas na boku

Za okrojeniem historii idą inne zabiegi odrealniające świat. Koncepcja zdjęć bazuje na aktywnym wykorzystaniu światłocienia — opozycja światło–mrok jest w Prymasie mocno waloryzowana. Ma ona oddawać nastroje i charakter bohaterów. Można się w tym dopatrzyć echa niemieckiego ekspresjonizmu. Dualizm światłocienia podkreślony jest ponadto dualizmem odrealnionego świata przedstawionego: naprzeciw siebie stoją dwie siły — jedna utożsamiana przez Wyszyńskiego, druga — przez panów w ceratach. Obserwacja tej symetrii kieruje uwagę w stronę manichejskiego podziału świata na siły dobra i zła. Nie darmo Kotlarczyk mówiła o horrorze, którzy stworzyła. Diabelskości można by szukać po stronie sobowtóra i pułkownika UB, ale jest to diabelskość raczej rodem z Dostojewskiego, którego zresztą sobowtór cytuje, a nie z horroru. Diabeł nie jest tu postacią, która z założenia grasuje w świecie przedstawionym. Nie jest materialny — siedzi głęboko we wnętrzu ludzkim, które jest najgroźniejszym inferno. To nie jest piekło kultury masowej, do której horror się głównie odnosi. To nie piekło, które widać jak na dłoni i z którym można walczyć — to inferno intelektualistów, o ileż subtelniejsze i bez wątpienia groźniejsze, bo zrosłe z jednostką, której doskonałe portrety tworzył autor BiesówZbrodni i kary. Demoniczność oprawców miała być podkreślona kreacją Krzysztofa Wakulińskiego grającego pułkownika UB — piekielnie inteligentnego i do cna zesputego, pojawiającego się w aurze tajemniczości.

Po drugiej stronie — Wyszyński, człowiek wewnętrznie czysty, kochający nieprzyjaciół, skutecznie dający odpór pokusom. Zresztą co do pokus, to są one w tym filmie wyjątkowo bezbarwne. Scena, w której przedstawiciel rządu (Mariusz Benoit) prosi Wyszyńskiego o podpisanie dokumentu, na mocy którego miałby się zrzec wszystkich funkcji kościelnych, jest dramaturgicznie nieuzasadniona, znieważa nie tylko bohatera granego przez Seweryna, ale także widza.

W komentarzach podkreśla się znakomitą rolę Andrzeja Seweryna — owszem, jest ona znakomita pod tym względem, że aktor tak jednoznacznie zarysowaną w scenariuszu postać z najwyższym trudem broni przed hagiografią, nadając Wyszyńskiemu znamiona prawdziwości. O wiele bardziej przekonujący jest Zamachowski jako Skorodecki i świetna Maja Ostaszewska jako siostra Leonia. Z Zapisków Wyszyńskiego scenarzysta wyciągnął te fragmenty, które świadczyły o wewnętrznej prawości Prymasa. Przyczyna tej prawości — moc płynąca od Boga — to już psychologicznie nieuzasadniona deklaratywność.

I nie sposób nie zgodzić się z ks. Skorodeckim, że film nie jest o Prymasie — a przynajmniej nie wprost. Tak wyraźny dualizm, obecny w warstwie fabularnej i stylistycznej filmu, czyni postać Prymasa jedną ze stron, a nie centrum, którym, na mocy tytułu, być powinien. Stąd intuicja ks. Skorodeckiego, iż Prymas to film o ścieraniu się dwóch mocy, znajduje swoje potwierdzenie. Tadeusz Sobolewski w recenzji odwołał się nawet do… Gwiezdnych wojen i słynnych mocy. Ze skromnej jeszcze twórczości kinowej Kotlarczyk można wnioskować, iż reżyserka ma skłonność do wyraźnego wyodrębniania i zarysowywania dwóch sfer świata przedstawionego. W filmie Odwiedź mnie we śnie z 1997 roku mamy ziemię i zaświaty (rodzaj poczekalni, czyśćca?) oraz odwołania do biblijnego toposu pustyni — miejsca odosobnienia, z którego wyrusza się na wędrówkę w głąb duszy ludzkiej. Aktualnie pracuje nad średniowieczną opowieścią pt. Klasztor, która o tym właśnie będzie traktować. Te motywy są obecne w Prymasie — postać Wyszyńskiego jest tylko pretekstem do uwolnienia własnych twórczych obsesji, nawet gdy fascynuje i ilustruje pragnienie jasnego i pewnego autorytetu, którego łakną wszyscy poszukujący.

Prymas w centrum

Dla tej zmetaforyzowanej, autorskiej wizji filmu, podkreślanej dodatkowo charakterystyczną muzyką Zygmunta Koniecznego, zrezygnowano z bogatego materiału, jaki niosły Zapiski więzienne. W nich Wyszyński jest nieporównanie ciekawszy niż w filmie Kotlarczyk. Osadzają go one w konkrecie codziennych rozmyślań o historii, polityce, współwięźniach, borykania się ze swoim kapłaństwem i z tym, co stanowi centrum Zapisków — doskonalszą wiarą w Chrystusa. Jasne jest, że Zapiski są niezwykłym wyzwaniem dla filmowca — to świadectwo mentalnych doznań, które bardzo trudno pokazać. Jednak pisaną w pierwszej osobie literaturę da się przenieść na ekran, nie tracąc rangi oryginału — przykładem tego niech będzie choćby Dziennik wiejskiego proboszcza Bressona na podstawie powieści Bernanosa. W przeciwnym wypadku powstaje film, którego znaczenie da się streścić w takich zdaniach jak „walka sił dobra ze złem”, „miłuj nieprzyjaciół swoich” i „wewnętrzna wolność w zewnętrznym zniewoleniu”. Ta diagnoza Tadeusza Sobolewskiego — banalna nawet dla gimnazjalisty — raczej chluby filmowi nie przynosi.

Przy okazji Prymasa warto zwrócić uwagę na ucieczkę filmowców przed realiami, brak zaufania do historii — tak jakby wierność realiom (w tym realiom historycznym) musiała oznaczać prostą (prostacką w domyśle) faktografię i pozbawiała szans na uniwersalne przesłanie. Ileż to już razy krytycy wskazywali na ten metodologiczny błąd w myśleniu filmowców. Może warto było bardziej zaufać życiorysowi Wyszyńskiego? Pokazać go w pełnym kontekście historycznym: politycznym, socjalnym, kulturowym, w jego codzienności, i to niekoniecznie z lat 1953–1956, ale z okresu, gdy działał, gdy organizował Wielką Nowennę Tysiąclecia, gdy w sporach z tzw. katolicyzmem otwartym kształtowały się zręby katolicyzmu ludowego. Gdyby to wszystko uzupełnić powracającymi co jakiś czas myślami z Zapisków więziennych i retrospekcjami z lat 1953–1956, gdy krystalizowały się poglądy Wyszyńskiego, to czy taki film nie byłby bliższy postaci Prymasa?

Bóg w centrum

W biografii Świadek nadziei George Weigel postuluje, aby dla zrozumienia fenomenu Papieża spojrzeć na niego od wewnątrz, tzn. z perspektywy niezwykle głębokiej wiary w Boga, która znamionuje papieską duchowość, aby przez ten pryzmat odczytywać podejmowane przez Jana Pawła II decyzje dotyczące losów Kościoła i nie dziwić się temu, co z zewnątrz, z perspektywy świeckiej, wydaje się niezrozumiałe bądź trudne. Chcąc zrozumieć fenomen prymasa Wyszyńskiego i zrealizować film o nim, trzeba przyjąć, moim zdaniem, tę samą perspektywę poznawczą — najważniejszym bowiem bohaterem Zapisków więziennych nie jest kardynał Wyszyński, ale Bóg, bez którego by one nie powstały. Można to wyczytać na każdej stronicy tej książki. Kardynał Wyszyński był niepospolicie dobrym człowiekiem, to prawda. Jednak nade wszystko niepospolicie ufał Bogu. Kilka zdawkowych zdań wypowiadanych przez Andrzeja Seweryna tego nie odda. Nie jest to kwestia słów, ale serca.

O kim jest Prymas?
Krzysztof Kornacki

urodzony w 1970 r. w Gdańsku – polski nauczyciel akademicki, doktor habilitowany, prof. nadzwyczajny Uniwersytetu Gdańskiego, filmoznawca, pracownik Katedry Kultury i Sztuki Instytutu Filologii Polskiej, specjalizuje się w historii kina polskiego, autor książki Kino pols...