Dwóch niepancernych i pies

Kiedyś znajomy celnik zapytał się zwierzchnika: „Jeżeli na oddział przypadają dwie kamizelki kuloodporne, to z tego wniosek, że reszta ludzi ma iść na odstrzał?”. Usłyszał, że jeśli się boi, to w takiej sytuacji ma odmówić udziału w akcji. „Gdybym się bał, to bym sprzedawał śledzie w sklepie rybnym” – odciął się zdesperowany.

Grzegorz Jasiński: Pracuje Pan w wydziale przeciwdziałającym przemytowi narkotyków, wymaga to determinacji. Czy można być celnikiem z powołania?

Myślę, że każdy, kto chce osiągnąć sukces w swoim zawodzie, musi być jego pasjonatem. Musi wiedzieć, czego oczekuje od siebie i czego mogą oczekiwać od niego inni. Ktoś, kto chce być celnikiem, a nie ma pewności, czy zdoła stanąć na granicy i nie wziąć łapówki, nie powinien wybierać tego zawodu. Każda łapówka jest złem, ale branie jej za przepuszczanie narkotyków jest złem zwielokrotnionym, bo dotyczy życia już nie tylko pojedynczego człowieka, ale znacznej części społeczeństwa. Jeśli chodzi o propozycje łapówki, to przy narkotykach w zależności od wielkości przemytu zaczynają się one od kilkuset marek, a kończą się na bardzo dużych pieniądzach. Za puszczenie większego transportu można sobie kupić niezłej klasy samochód.

Czy przepuszczanie narkotyków za łapówkę jest zjawiskiem częstym?

Nie słyszałem o jakimś koledze, żeby wziął „w łapę” i puścił. Nie mówię, że jest to zjawisko niespotykane, ale praktycznie niewykrywalne. Ryzyko jest zbyt duże. Człowiek, który weźmie łapówkę za narkotyki, jest już w pewnym sensie skończony, chodzi na pasku mafii czy przemytników. Najczęściej się go nagrywa albo filmuje. Musi zatem przepuszczać coraz więcej towaru.

Zawód celnika uchodzi za jeden z najstarszych skorumpowanych zawodów. Czy można zatem sądzić, że celnicy zajmujący się narkotykami to jakaś odrębna kasta?

Są celnicy, którzy są skorumpowani, i tacy, którzy łapówek nie biorą. Wielokrotnie spotykałem się z sytuacją, kiedy koledzy odmawiali wzięcia bardzo wysokiej łapówki. I to w momencie, kiedy próbujący ją wręczać powoływał się na swoje koneksje z przełożonymi. Oczywiście wielu ma połamane kręgosłupy i bierze. Łapówki bezpośrednie przestają być nawet najgorszym złem. Bardzo niebezpiecznym trendem jest ukryte łapówkarstwo, łapówkarstwo w białych rękawiczkach. Prywatne firmy wynajmują do prowadzenia swych księgowych spraw urzędników państwowych i celników. Ten czarny obraz warto rozjaśnić sylwetkami nieprzekupnych celników. Pamiętam człowieka pracującego w wydziale narkotykowym. Był on dla mnie człowiekiem nieskazitelnym. Tak się złożyło, że jego syn okazał się dealerem narkotyków. Zaczęto go szantażować, a gdy to nie pomagało, puszczono tu i tam plotkę, że jako ojciec musi przekazywać synowi informacje służbowe. Chłop tak się przejął, że zmarł na zawał serca. Powiedzieć w tym momencie, że był uczciwy do bólu, by nie starczyło. Zapewniam pana, że istnieją uczciwi celnicy, których się nie promuje, a przecież wart jest robotnik swojej zapłaty.

Ile celnik zarabia?

Przy takich obciążeniach psychicznych i ryzyku pracy stanowczo za mało. Dąży się do tego, żeby w danym urzędzie ponad 60% zatrudnionych miało wyższe wykształcenie, znało co najmniej jeden język zachodni. Początkujący celnik zarabia brutto około 1400 zł. To się ciągnie przez pierwsze trzy lata, a później jest to niewiele więcej. Pasja musi mu to wynagrodzić. Zarobek jest mały, natomiast cena, jaką przychodzi płacić, jest wysoka.

Człowiek, który wykryje na granicy duży przemyt, zahaczający o interesy zorganizowanej grupy przestępczej, jest poważnie zagrożony. Telefony do domu, grożenie rodzinie. W większości przypadków trzeba taką osobę dla ratowania życia jej czy rodziny przenosić z urzędów granicznych do urzędów wewnętrznych. I to po cichu, żeby nikt nie wiedział. Człowiek nakryty trafia za kratki, ale jego obstawa i zleceniodawcy — nie. Kolega po udanej akcji, za którą nie otrzymał nic oprócz pogróżek od mafii, sam odprowadza dzieci do przedszkola. Ilu ludzi się znajdzie, żeby dzień w dzień narażać swoje życie, a przede wszystkim rodziny, za takie pieniądze? Niekiedy rodzina nie wytrzymuje napięć związanych z zawodem męża, ojca. Kolega nie puścił przemytu, w konsekwencji musiał się przeprowadzić do innego miasta. Nie otrzymał praktycznie żadnych gratyfikacji finansowych. Za wykrycie przemytu o wartości 150 tysięcy dostał niecałe 600 złotych. Na dodatek rozpadła mu się rodzina, żona nie wytrzymała napięć i przeprowadzek.

W pewnym momencie celnik mówi po prostu: piep…, i przymyka oczy. Według ustawy celnik może dostać do 10% ze sprzedaży skonfiskowanego towaru albo do 10% jego wartości. W praktyce nie przekracza się trzykrotności jego pensji. Skonfiskowane towary przechodzą na rzecz Skarbu Państwa. I on dopiero po ich sprzedaży płaci celnikom. W praktyce wyegzekwowanie tego jest bardzo ciężkie.

Przypuszczam, że dostarczacie Skarbowi Państwa dużych pieniędzy. Dlaczego wam nie dają tego, co się należy?

Bo w kolejce czekają nauczyciele, pielęgniarki i wszystkie inne grupy potrzebujących.

Jednak gdybyście otrzymywali premie za wykryte towary, to wasza efektywność zwiększyłaby się i Skarb otrzymywałby więcej pieniędzy.

Jest oczywiste, że gdyby celnicy otrzymywali godziwe pieniądze, nie braliby łapówek i więcej pieniędzy trafiałoby do Skarbu Państwa. Z tym, że jeżeli chodzi o narkotyki, sprawa przedstawia się nieco inaczej. Jesteśmy jak gdyby deficytowi. Skonfiskowanych narkotyków nie można dalej sprzedać, zostają zniszczone. Ktoś inaczej powinien przeliczać wartość udaremnionych przemytów.

Jaka jest wykrywalność przemytu narkotyków?

Szacuje się, że 10 do 20% jest wykrywanych, a reszta przechodzi. Ale to równie dobrze może być 5%. Są różne metody liczenia. Porównuje się na przykład, ile kokainy potrzeba, żeby zaspokoić rynek, a ile zostało skonfiskowane. Różnica musiała przejść przez nieszczelną kontrolę.

W jaki sposób — poza lepszym finansowym motywowaniem celników — wzmocnić tę kontrolę?

Jednym ze sposobów na uzdrowienie sytuacji byłyby tzw. fundusze operacyjne, którymi Urząd Celny nie dysponuje. 90%, by nie powiedzieć 99% wykrycia przemytu jest możliwe dzięki tzw. „cynkom”. W wyniku rutynowych kontroli wykrywa się niewiele. Za stosunkowo niewielkie pieniądze można uzyskać informację, która umożliwia wykrycie przemytu.

Skoro nie ma funduszy, to skąd pochodzą informacje?

Jednym z ich źródeł są wzajemne donosy zwalczających się grup. Czasem zdarzy się tak, że celnik dzieli się z informatorem swoją nagrodą, której by nie zdobył, gdyby nie ta informacja. Do kolegi zgłosił się człowiek, który za obiecane 500 zł dał mu informację o przemycie. Informacja okazała się prawdziwa. Informator, niestety, pieniędzy nie dostał, bo i celnikowi nagrody nie dano. Na przykład niemiecki Urząd Celny ma na ten cel pieniądze i legalny taryfikator. Wiadomo, ile informator dostanie od przemytu, do którego wykrycia się przyczynił.

Czy to działanie jest moralne?

A jakie jest wyjście? Puszczanie przemytu? Bezbronność wobec przemytu? Dla mnie niemoralne jest przyzwolenie na przemyt bądź nieskuteczna walka z nim. Co jest bardziej moralne: trzymanie się litery prawa i w rezultacie zgoda na przemyt, na przestępstwo, czy działanie na granicy prawa wynikające z pragnienia uzdrowienia sytuacji?

Co jeszcze może usprawnić działania?

Zwiększanie bezpieczeństwa pracy. Celnik wchodzi do akcji nieuzbrojony, chyba że jest chroniony przez specjalne oddziały policyjne. Nie ma nawet kamizelki kuloodpornej, bo jej zakup przekracza możliwości finansowe GUCu. Kiedyś znajomy celnik zapytał się zwierzchnika: „Jeżeli na oddział przypadają dwie kamizelki kuloodporne, to z tego wniosek, że reszta ludzi ma iść na odstrzał?”. Usłyszał, że jeśli się boi, to w takiej sytuacji ma odmówić udziału w akcji. „Gdybym się bał, to bym sprzedawał śledzie w sklepie rybnym” — odciął się zdesperowany.

Jedną z najskuteczniejszych metod przeciwdziałania przemytowi byłaby intensyfikacja działań grup operacyjnych, które powoli zaczynają się pojawiać na szlakach komunikacyjnych. Chodzi mi o tzw. kontrolę tranzytu. W większości przypadków jest tak, że jeśli komuś uda się towar przemycić, to czuje się już bezkarny. Chodzi o to, żeby nikt się nie czuł bezpieczny dlatego, że na granicy dał komuś łapówkę. Skuteczność tych działań jest ewidentna.

Co Pan sądzi o nowelizacji ustawy antynarkotykowej? Środki masowego przekazu sugerują, że jest to ustawa nie przeciw handlarzom i narkobiznesowi, ale przeciw narkomanom, którym należy się raczej pomoc.

Trzeba znieść słabe miejsca w ustawie. Dotychczasowy punkt mówiący o dopuszczalności posiadania narkotyków na własny użytek jest fatalny. Przecież wiadomo, że dealerzy w większości przypadków mają przy sobie taką ilość towaru, którą zawsze można tak zakwalifikować. Kto ma decydować, czy to jest na własny użytek? Przecież tzw. działka jest uzależniona od rodzaju narkotyku i od biorącego. To, co dla jednego jest dawką śmiertelną, dla innego nie wystarcza. Policjant nie może się nad tymi sprawami zastanawiać, ale kierować zatrzymanych do kompetentnego organu orzekającego. Trzeba wierzyć w to, że nie będzie zdejmował z ulicy każdego ćpuna, żeby podwyższyć statystyki. Trzeba wierzyć w dobrą wolę i rozum policjanta. Natomiast dzięki temu narzędziu nie będzie mu grał na nosie dealer zasłaniający się tym niefortunnym punktem ustawy. W ustawie trzeba przynajmniej dokładnie określić, o jakie ilości posiadanego narkotyku chodzi. Ustawa nie może być niejasna. U nas, przy kontroli celnej, każda wykryta ilość jest zgłaszana policji. Nas nie interesuje, czy to jest na własne potrzeby. Cło w to nie wnika.

Część ludzi, w tym również niektórzy politycy, twierdzi, że legalny obrót narkotyków uzdrowiłby sytuację i zlikwidowałby podziemie.

Taką sytuację mamy w Holandii i w Danii i ludzie nadal tam umierają z przedawkowania. To nikogo niczego nie nauczyło.

Narkotyki to nie tylko wpędzanie w biedę młodego pokolenia. W międzynarodowej konwencji antynarkotykowej z 1988 roku czytamy, że stanowią one źródło niewyobrażalnego dochodu organizacji przestępczych. To dzięki pieniądzom pochodzącym z narkobiznesu mafie mogą później korumpować państwa nawet na szczeblu rządowym.

Wydaje mi się, że ktoś na górze nie widzi tego problemu. Nie zauważa się często związku między zażywaniem narkotyków a przestępczością. Dla części społeczeństwa narkotyki to problem jakiegoś odrażającego ćpuna. Jeden mniej, jeden więcej. Na cały Wojewódzki Urząd Celny jest dwóch pracowników przeszkolonych w dziedzinie narkotyków. I pies. Bardzo mądry pies, którego używamy też do wspólnych działań z policją.

Czyli dwóch niepancernych i pies. Ten ostatni ma chyba tę niepodważalną zaletę, że nie domaga się premii, nie da się go skorumpować ani zastraszyć. Czyli cała nadzieja w psie?

Jak już mówiłem, procent wykrywalności przemytu w wyniku rutynowych kontroli jest znikomy. Większość udanych akcji zaczyna się od informacji. I tutaj trzeba być ostrożnym, bo zdarza się, że celowo informuje się Urząd Celny, że będzie przemyt. I rzeczywiście jest. Wszystkie służby zajmują się kurierem, który ma przy sobie stosunkowo niewielką ilość towaru, po czym jedzie transport właściwy, o wiele większy.

Dalej, celnik szukający narkotyków ma za zadanie obstawić określone kierunki, szlaki, na przykład z Holandii i Turcji. Po trzecie, trzeba odczytywać tzw. body language, język ciała — przemytnik swoim zachowaniem często się zdradza: nadmierna gadatliwość, mówienie nie na temat, wędrowanie oczami w innym kierunku itd. Podejrzany bagaż. Na przykład kurier wiozący połyki, narkotyki w przewodzie pokarmowym, podpadł celnikowi przez to, że w swoim skromnym bagażu miał lekarstwa powstrzymujące wydzielanie soków trawiennych.

Dziękuję za rozmowę, myślę, że nie będziemy wchodzić w szczegóły, by przez przypadek nie stworzyć materiału instruktażowego i mimo kiepskiego wyposażenia życzę sukcesów.

Stwierdzone przestępstwa związane z narkotykami:
Rok 1985 1989 1994 1999
Liczba17632278400015628
Stwierdzone przestępstwa dealerskie:
Rok 1985 1989 1994 1999
Liczba14049336110305
Wykryty przywóz, wywóz lub tranzyt narkotyków:
Rok 1985 1989 1994 1999
Liczba4520406
Dwóch niepancernych i pies
Grzegorz Jasiński

urodzony w 1949 r. – nauczyciel w podpoznańskim gimnazjum, kawaler....